Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Pisanie wspomnień

Ocean

Śmierć i miłość

Rozważania o bólu

Szpital

Kamień

Starszy pan z radia

Zmartwienia

Kurteczka

Bezradność

Abbandonata

Rozmowa z samotnością

Zagubić się i odnaleźć

Przypisy

Opieka redakcyjna, redakcja: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Adiustacja: HENRYKA SALAWA

Korekta: BARBARA TURNAU, MAŁGORZATA WÓJCIK

Opracowanie graficzne wersji papierowej: MAREK PAWŁOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Na okładce i w książce wykorzystano rysunki i fotografie autorstwa Romy Ligockiej

© Copyright by Roma Ligocka

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07113-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

...Za tych, co biegną zdyszani

Do najbliższego doktora,

Za tych, co z miasta wracają

Z bijącym sercem do domu.

Za potrąconych grubiańsko,

Za wygwizdanych w teatrze.

Za nudnych, brzydkich, niezdarnych,

Za słabych, bitych, gnębionych,

Za tych, co usnąć nie mogą.

Za tych, co śmierci się boją,

Za czekających w aptekach

I za spóźnionych na pociąg...

Modlę się, Boże, serdecznie,

Modlę się, Boże, żarliwie!

Julian Tuwim, Litania

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Pisanie wspomnień

Co było w twoim życiu żywym ogniem, który rozgrzewał, a co ogniskiem, po którym została tylko czarna, wypalona w ziemi plama, na której nic nie urośnie?

Pisanie wspomnień jest jak przeglądanie starych fotografii – jedne mówią ci coś, inne nie. Pisanie wspomnień to wielka pokusa, to niebezpieczna ścieżka – szczególnie wtedy, kiedy uwierzysz, że jesteś ważny, wyjątkowy, niepowtarzalny.

Pisanie wspomnień to praca – trudna. Nieraz ponad siły.

***

Porządkuję moją szafę z ubraniami. Robię to dość często i nawet chętnie. To taka czynność, która uspokaja i pozwala przez chwilę nie zajmować się ważniejszymi sprawami.

Układam starannie koszulki, bluzki, spódniczki. Równiutko. A potem jednym niecierpliwym ruchem burzę ten cały porządek, ponieważ szukam i nie znajduję czerwonej koszulki, którą kupiłam w Rzymie. Koszulki z napisem ROMA.

Porządkuję moje życie. Staram się często mu przyglądać z różnych stron i w różnym świetle, w końcu mam tylko to jedno.

Boję się, że zagubię się w sobie samej i już się nie odnajdę. A ja zawsze wolę odnajdywać się, niż się gubić.

Gdzie więc jest ta Roma, której szukam?

***

Na nowo odczytywać swoje życie. Zawsze na nowo. Życie nie mija, ono po prostu jest, dopóki jest.

***

Nasze życie, czyli umowa z losem drobnym druczkiem pisana. Warunków jej nie znamy.

Ktoś wynajął nam to życie jak mieszkanie – bo przecież jesteśmy sami dla siebie mieszkaniem – kazał nam opiekować się nim, dbać o nie, nie psuć, chronić je, oszczędzać i pielęgnować. Ale nie powiedział, jak długo będziemy mogli w nim mieszkać i kiedy, w jakim momencie – bardziej lub mniej brutalnie, ale zawsze niespodziewanie – nas z niego wyrzucą.

Czy było to życie jak jeden dobry dzień?

Czy było dobre, choćby czasem?

Odpowiedz.

No, początek był trudny. Ale początek zawsze jest trudny, prawda?

Ten mój początek był może trudny wyjątkowo. Nie pomógł mi ani psycholog, ani psychiatra, nikogo takiego nie było. Czy zdołałam pomóc sobie sama? Pewnie nie. Do dziś tego nie wiem. Ale starałam się, jak potrafiłam najlepiej. Choćby przez szukanie ciszy, samotności.

Przyklejałam, jak umiałam, plastry na bolące miejsca. Czasem owijałam ten mój ból bandażem. Przeważnie czułam go i tak.

– Ta twoja córka jest trochę dziwna – mówili kiedyś znajomi do mojej mamy. I mama się martwiła.

A ja nie byłam dziwna, mamo, naprawdę. Dziś to wiem. Wtedy nie umiałam ci tego wytłumaczyć. Stałyśmy tylko naprzeciwko siebie milczące i pełne obcości. Nie byłam dziwna, mamo – po prostu było mnie trochę za dużo we mnie.

I nadal jest.

***

Pisanie wspomnień. Zadanie bardzo trudne. Czy twoje życie było jak jedne wielkie wakacje? I co ci się w nich podobało najbardziej?

Bo o tym, co ci się nie podobało, już trochę pisałaś.


Dziś nawet fakty, przeżycia, zdarzenia, które wydawałoby się, że już oceniłaś i oswoiłaś, nagle zmieniają się, tak jak i ty się zmieniasz. Pokazują inne, nieznane ci oblicze.

Jak książka, którą kiedyś z zaciekawieniem czytałaś, a dziś nie jesteś pewna, „co autor właściwie chciał w niej powiedzieć”. Co było dobre w twoim życiu, a co złe?

Co było twoim własnym błędem, a co bólem, który sprawili ci inni ludzie? I cóż pomoże doświadczenie, kiedy życie ucieka. Jego materia rwie się jak chusta z jedwabiu i już nie umiesz go scalić.

I czy na pewno chcesz to wiedzieć?

Doświadczenie życiowe – cenna skarbnica czy tylko tortury dla duszy?

I które doświadczenie było naprawdę potrzebne, a przed którym powinnaś była uciekać?

Bo uciekać zawsze umiałaś.

***

W szkole podstawowej na początku każdego roku dostawaliśmy zadanie z polskiego zawsze o tym samym tytule: „Jak spędziłam letnie wakacje i co mi się w nich najbardziej podobało”.

Nie wiem już, co pisałam, pewnie zmieniało się to z wiekiem. Dziś przypominam sobie tylko to pierwsze, kiedy miałam może osiem lub dziewięć lat.

„Na wakacje pojechałyśmy z mamusią w góry, do Zakopanego – pisałam wtedy – tam były owieczki i białe psy, owczarki, z którymi się bawiłam, i jedna pani chodziła z bańką i sprzedawała śmietanę, i opalałam się, ale trzeba uważać, bo w górach jest mocne słońce”.

Jak łatwo było wtedy pisać wspomnienia – i jak radośnie. Bardzo chciałabym móc tak pisać teraz. Ale dziś tytuł wypracowania brzmi: „Jak spędziłaś życie i co ci się w nim podobało” – a to już jest trudniejsze zadanie domowe. Może najtrudniejsze, jakie zdarzyło mi się napisać.

***

Spotykam wielu ludzi, którzy mnie rozpoznają. Traktuję ich jak znajomych, choć nieraz widzę ich po raz pierwszy.

– Ja panią tak dobrze znam – mówi spotkana przypadkiem na ulicy pani Krysia. – Przeczytałam wszystkie pani książki, więc wszystko o pani wiem.

Jak może pani wiedzieć o mnie wszystko – myślę, choć nie mówię tego głośno – jeśli ja o sobie nie wiem prawie nic?

***

Buntuję się przeciw porządkowi rzeczy, sile rzeczy, terrorowi rzeczy. Choć w końcu ustępuję – bo zawsze chcę być grzeczną dziewczynką. A potem buntuję się znowu.

Zapominam o planach na dzisiaj – nie patrzę na listę spraw do załatwienia, choć sama ją sobie napisałam.

Rano wybieram się z koszykiem na targ, aby kupić miód, marchewkę, owoce.

I nagle idę w kierunku przeciwnym do zamierzonego.

W południe na Wawelu robię sobie zdjęcie pod drzewami kwitnących różowych magnolii albo na barce na Wiśle z kieliszkiem prosecco. Takie to są moje dzisiejsze bunty, tak łatwe, bo nikt mnie za nie nie ukarze. I tłumaczyć się muszę tylko sama przed sobą.

Wracam więc do domu wieczorem z pustym koszykiem. No, nie jesteś osobą poważną – mówię do swojego odbicia w lustrze. Ale to już oboje wiemy od dawna – lustro i ja.

Moje codzienne piekło wybrukowane jest dobrymi postanowieniami – teraz już tylko piekiełko.

Może piszę dlatego, że nie mam do kogo mówić? Nie, to byłoby za proste. A może nieraz mało mówię, czasem milczę – oszczędzam słowa, ponieważ mam dla kogo pisać...

 

Nie zawsze czytam listy. Zaniedbuję przyjaciół. Bo co im powiem? Że mi smutno, że nie zawsze sobie radzę? Przecież ja jestem od pocieszania. Nie dzwonię do tych, do których powinnam zadzwonić. Czekam, aby ktoś zadzwonił do mnie. Najlepiej ten, którego głos pragnę usłyszeć.

***

Odkąd pamiętam, świat i życie próbowały narzucić mi jakiś ład i porządek, tyle że nie zawsze był to mój świat i mój porządek. Buntowałam się więc i próbowałam go zburzyć, choć rzadko mi się to udawało. Chcesz być dopasowana, grzeczna, pokorna, bo tak cię wychowano, tego – wydaje ci się – oczekuje od ciebie świat. Chcesz być zbuntowana, przebojowa, inna – i też ci się wydaje, że taką świat chce cię widzieć. A potem patrzysz w lustro, nie wiesz, kogo widzisz i chcesz już tylko, żeby nie bolało.

***

Zrywałam związki, zanim zaczęły zniewalać moją duszę. Uciekałam od relacji, gdy te próbowały mnie wchłonąć. Odrzucałam przyjaźń, która zawłaszcza.

Wyjeżdżałam z miast, z miejsc, które przestawałam kochać.

Przysparzałam sobie kłopotów, z którymi potem musiałam się uporać. Czasem myślałam, że winne są okoliczności – teraz częściej myślę, że winna byłam ja.

Nigdy nie zastanawiałam się, ile mam lat i czy starczy mi sił.

Nie pytałam innych o ich wiek, patrzyłam im tylko w oczy.

Może więc prawa i porządek losu nie są tak nieubłagane, jak nam się wydaje? – pytam dziś siebie. Może sama też jesteś swoim prawem i porządkiem?

***

Gdyby twoje życie było jak książka – na jakie podzieliłabyś je rozdziały?

Praca. Miłość. Podróże. Przyjaciele.

I jaka miałaby być tych rozdziałów kolejność?

Na pewno miłość przed pracą – ale czy przyjaźń przed miłością? Nie wiem.

***

Przyjaźń. Te dobre – nieliczne przetrwały do dziś. Może nigdy nie były poddane żadnej rozdzierającej próbie. Ale były dobre i są.

Ulegają tylko niespostrzeżenie i nieuchronnie korozji, jaką przynosi czas. A te inne?


Wydaje ci się, że ktoś cię rozumie, że ci na nim zależy, a potem wystarczy chwila, czas potrzebny do powiedzenia: „to na razie, cześć, będziemy w kontakcie”, i już wiesz: nie będę umiała przywiązać się do tej osoby, polubić ją naprawdę. Zamykają się jakieś drzwi, które nigdy się nie otworzyły.

Wracasz do domu znanymi ulicami i nawet nie musisz wyrzucać z pamięci czegoś, co cię nie obchodzi, nie obchodzi. Nie obchodzi.

***

Miłość. Kiedyś myślałam, że miłość jest jak podarunek. Jak prezent pod choinkę opakowany w bibułkę i obwiązany różową wstążeczką. A ona była jak wąska kamienna ścieżka wydeptana między skałami. Szłam, płakałam, zawracałam, i jeszcze dziś bolą mnie stopy.

Miłość – jej podstawowe prawa i obowiązki. Nacierpisz się, zanim je zapamiętasz.

Nie zawłaszczaj.

Pamiętaj, że nic nie jest twoje, wszystko tylko podarowane.

Pamiętaj, że nic ci się nie należy, ale wszystko może na ciebie czeka. Nie biegaj za uczuciem – wyjdź mu naprzeciw.

Bądź uważna. Ale nie sprawdzaj. Nie przykładaj miary ani wagi. – Zwłaszcza tej narzuconej ci nie swojej.

Nie oczekuj więcej, więcej i jeszcze więcej. – I jeszcze.

***

Inność w bliskości. Bliskość i inność.

Bliski człowiek ma wszystkie cechy, których sama nie mam – siłę i spokój, pogodną zgodę i ciekawość życia. Wystarczy dotyk jego ręki i uśmiech, żeby wiedzieć... więcej nie trzeba.

Nie muszę mieć wszystkiego.

***

Najłatwiej jest opisywać wakacje. Podróże. Szczególnie te z dzieciństwa.

Nie leciało się wtedy samolotem na tydzień do Australii, żeby spędzić cztery dni w samolocie i trzy dni na miejscu.

Jeździło się na wieś. Przynajmniej na miesiąc albo więcej. Można było się przyzwyczaić, polubić to miejsce. Polubić kogoś albo coś – uznać za swoje.

Były oczywiście zielone łąki, były lasy, pastwiska. Było brodzenie bosymi stopami w lodowatej wodzie strumyka. Były też komary, osy, był czerstwy chleb z cukrem i deszcz, który czasem padał godzinami.

Stałam wtedy w oknie, zaplatałam warkocze i liczyłam krople deszczu na szybach. Zawsze też były jeszcze książki.

Moja mama miała dużo przyjaciółek, te zaś miały dzieci i z nimi wszystkimi spędzaliśmy razem wakacje. Mnie zaś często kazano uważać na pozostałe dzieci, bo tylko ja byłam grzeczną dziewczynką.

Nienawidziłam tych dzieci szczerze.

Pod jasnym błękitem polskiego nieba, wśród idylli łąk i kwiatów – życzyłam im wtedy bezgłośnie wszystkiego najgorszego...

Ale opiekowałam się nimi, jak umiałam, bo przecież naprawdę chciałam być dobrą dziewczynką.

***

A potem wakacje już nigdy nie były wakacjami. Zamieniły się w podróże, w których należało coś przeżyć, coś z nich przywieźć, jak z polowania. Takie jedno wielkie życiowe safari.

Były wielkie białe, puste plaże. W Grecji, w Hiszpanii, we Włoszech... w Ameryce Południowej.

Potem zaczęły się zapełniać.

***

Mam kamienie z Urugwaju. Piękne, kolorowe – przemyte wodą morską, oszlifowane piaskiem. Poprzylepiałam je w kuchni na białych kafelkach.

Ileż to rzeczy ludzie przewożą z jednego końca ziemi na drugi, w nadziei, że coś zostanie z nimi z tamtych szczęśliwych dni. Wieczni tragarze – przenosimy na swoich plecach, na ramionach cząsteczki tego obcego świata, aby uczynić go własnym.

Wieczne mróweczki niosące ciężar zbyt wielki. Wędrowne ptaki – ufnie i niezmordowanie budujemy swoje gniazda, choć wiemy przecież, że już za chwilę rozwieje je wiatr...

***

Były miasta – wymarzone, znane z książek, wytęsknione i wreszcie dostępne. Paryż, Rzym, Wenecja. Wieczorem tętniące życiem, ale w ciągu dnia piękne, spokojne i trochę senne. Można było po nich spacerować i nie czuć się intruzem, lecz gościem.

Potem zaczęły się zapełniać.

Były chwile, kiedy o świcie na placu św. Marka w Wenecji mogłam być całkiem sama – patrzyły na mnie tylko maszkarony z katedry i kamienne, podniszczone, podobne do kotów lwy.

I była specjalnie bliska mojemu sercu Sycylia.

Taormina i księżyc nad nią, pusta knajpka przy kościelnych schodach. Senny kelner, który podawał mi spaghetti scarabeo i nigdy się nie śpieszył. A było to w środku lata...

Potem knajpka zaczęła się zapełniać. Jest pełna także i dziś.

Można tak wspominać godzinami. Ale życie to nie zestaw zdjęć w albumie lub w telefonie. Więc przestaję i nie żałuję niczego.

Życie to też miejsca, w których nie byłam, dokąd nie dojechałam, o których zapomniałam, które mnie ominęły, nie chciały. Ludzie, których nie spotkałam, nie zauważyłam, lekcje, których nie odrobiłam. Nie zapominam o tym teraz, kiedy do tego wracam. Bo to też moje wspomnienia.

Był Izrael, w którym nigdy się nie odnalazłam. Ziemia obiecana, ale niekochana. Może za bardzo obiecana?

Ameryka Południowa. Na początku bałam się, że sobie nie poradzę. Tak daleko, tak obco. Potem znalazłam miejsce, które polubiłam. Nauczyłam się języka, poznałam inny świat, innych ludzi. Dobry świat i dobrych ludzi.

W końcu pewnego poranka stanęłam nad oceanem. Tam mnie odnalazła, tam dopadła – a ja ją zobaczyłam, realną i żywą. Moja samotność.

Ocean

Znalazłam się tu pewnego dnia po długiej podróży.

Od razu pokochałam to miejsce.

Zamieszkałam w starym, przedwojennym domu przy plaży – przede mną był już tylko piasek, kilka palm kołyszących się na lekkim wietrze i wielka woda aż po horyzont.

Za mną – ruchliwe ulice wielkiego miasta.

To tutaj pewnej nocy, która właśnie zamieniała się w świt, spotkało mnie coś, czego nazwać nie umiem, ale do dziś wiem, że było bardzo ważne. Chciałam o tym komuś opowiedzieć, ale nie znalazłam dotąd takiej jednej jedynej osoby, której mogłabym powierzyć to moje doświadczenie. Metafizyczne, ulotne, a tak dojmujące.

Więc teraz opowiem je wam.

Mieszkałam na dziesiątym, ostatnim piętrze – nade mną już tylko niebo.

Kiedyś był to hotel, bardzo wytworny. Zbudowany, jak wiele drogich hoteli w tamtych czasach, na podobieństwo statku Titanic.

Na dole był hall z wysokimi oknami, podłoga wyłożona dywanami i palmy w ogromnych donicach. Szerokie schody prowadziły na pierwsze piętro do sali balowej. Krużganki, miejsce dla orkiestry, błyszczący parkiet ułożony w mozaikę. Kiedyś tańczyły tu elegancko ubrane pary – panowie we frakach, panie w zwiewnych sukniach, na pewno białych w tym gorącym klimacie.

Teraz, kiedy tu zamieszkałam, hotel nie był już hotelem. Zniknęli wytworni goście.

Pozostała stara, przedwojenna winda, zamykana masywną żelazną kratą – prowadzona przez siedzącego na krzesełku windziarza. Windziarz ów jakimś dziwnym sposobem wiedział zawsze, kto na którym piętrze mieszka, i wprawnie przesuwał dużą skrzypiącą wajchę, aby ruszyć i zatrzymać się tam, gdzie trzeba.

Zostały jeszcze spłowiałe i wytarte dywany w hallu. W dawnej sali balowej był jakiś klub czy dyskoteka. Pokoje zamieniono w apartamenty do wynajęcia. Wszystkie miały dobudowaną małą łazienkę i jeszcze mniejszą kuchnię. Wszystkie miały też przepiękny duży balkon – tego nie dało się już w nic zamienić – z widokiem na bezbrzeżną wodę i niebo nad nią. Na bezkresną rzekę La Plata, która parę kilometrów dalej, za skalistym cyplem, łączyła się z oceanem. Już tu czuło się jego obecność, jego groźny pomruk, strumienie wody i piany, które wyrzucał na brzeg. I zawsze obecny wiatr, który zbliżał się i oddalał.

Kochałam to miejsce. Pokój tak mały, że mieściło się w nim właściwie tylko duże łóżko – oprócz niego były szafa w ścianie, półka na książki i dwa krzesełka. Pierwszego dnia dokupiłam sobie malutki stolik. Bo jakiż to pokój bez stolika.

Mała kuchenka, w której udawało mi się gotować całkiem przyzwoite obiady. Lata emigracji, może też jakiś instynkt, a może tylko wspomnienie mojej babci nauczyły mnie gotować zawsze i wszędzie. Kupowałam na pobliskim targu ryby, krewetki. Do tego jarzyny, owoce.

Nie mieściło się to na małym stoliczku, nakrywałam więc łóżko obrusem i robiłam sobie piknik. W słoneczne dni przenosiłam się na balkon. Był szeroki jak pół mojego pokoju. A dni były przeważnie słoneczne.

Lubiłam siedzieć tam z filiżanką kawy – wpatrywać się w wiecznie żywą, zmieniającą barwy wodę, w przejrzyście błękitne niebo, przyglądać się kolorowym latawcom. Lubiłam sprawdzać, co dzieje się na plaży, obserwować tych wszystkich śmiałków na deskach, z żaglami i latawcami.

Kiedy wiatr się nasilał, zaszywałam się w mojej dziupli, zamykałam drzwi balkonowe, a szum oceanu stawał się wtedy łagodnym mruczeniem. Czułam się bezpiecznie. Zasypiałam w moim dużym łóżku wśród tego delikatnego szumu, mając przed oczami niebo i chmury. Wydawało się, że płyną wprost nad moją głową.

Tego dnia pogoda się zmieniła. Wróciłam wieczorem zmoczona deszczem i przewiana wiatrem, który zjawił się nagle, szarpał ubranie, podrzucał tumany liści, przyginał palmy.

– Ten prawdziwy będzie dopiero w nocy – ostrzegał wszystkowiedzący windziarz, zamykając za mną kratę. – Pamiętaj, pozamykaj dobrze okna! – przypomniał, kiedy odchodziłam do siebie. – To niebezpieczny wiatr...

Chciałam to zrobić, ale nie mogłam. W pokoju było duszno, gorąco, ubranie lepiło się do ciała. Zostawiłam więc drzwi balkonowe lekko uchylone, żeby złapać choć odrobinę powietrza. Zasnęłam.

W nocy obudziło mnie wycie wiatru – ramy okienne dygotały, szyby dzwoniły, dygotały także meble, przez ściany przechodziło raz po raz gwałtowne drganie, jakby dreszcz gorączki.

Stolik kołysał się i płynął od ściany do ściany jak papierowa łódeczka.

Kołysało się wszystko. Książki pospadały na podłogę i szeleściły kartkami.

Wtuliłam się w poduszkę, próbowałam zasnąć, ale o śnie nie było już mowy. Wiatr wybuchał, a potem cichł na chwilę, żeby zaraz wybuchnąć jeszcze mocniej. Potem wycie wichury wraz z szumem deszczu zlały się w jeden nieustający jęk.

Od oceanu przetaczał się i potężniał równomierny huk. Zdawało się, że był coraz bliżej.

Tuż nad moją głową błyskawice rozjaśniały niebo – na zielono, czerwono i biało. Zdawało się, że ściany się uginają, jakby jakieś ogromne zwierzę napierało na nie swoimi wielkimi łapami.

Od oceanu dochodził niemilknący, jednostajny ryk...

 

– Niech to przestanie, błagam – modliłam się. – Niech to przestanie!

Nagle poczułam, jak lodowaty podmuch wiatru wdziera się do pokoju, wypełnia go. Zobaczyłam w świetle błyskawic, że drzwi balkonowe wyginają się do wewnątrz, jak kartka papieru... potem ostry, przejmujący trzask rozbijającego się szkła, a przez pokój przeleciała jakby seria z karabinu maszynowego. W świetle kolejnej błyskawicy zobaczyłam stłuczoną szybę – odłamki szkła były wszędzie, nawet na łóżku.

Leżałam nieruchomo w ciemności. Nie mogłam wstać, by zapalić światło, bałam się na coś nadepnąć. Trwałam w bezruchu, w ciemności. Aż przyszedł świt.

Wiatr ciągle huczał, ale już jakby cichszy i słabszy. Padał deszcz, krople rozbijały się o płyty balkonu. Wstałam, ostrożnie stąpając. Drzwi wyrwane z futryny. Przez otwór, w którym kiedyś były, wyszłam na balkon.


Zanurzyłam się w sinej, gęstej, szarej mgle – bez granic, bez kresu... Nie było wody ani nieba, ani ziemi, tylko złowroga, tajemnicza przestrzeń, smagana wiatrem, strugami deszczu. Zachwiałam się, omal nie straciłam równowagi – przeszył mnie nagły chłód. Stanęłam oparta o balustradę.

Wiatr tamował oddech, rozwiewał włosy, wzdymał jak żagiel moją sukienkę. Ocean grzmiał ciągle złowrogo, ale ten dźwięk jakby się oddalał...

Deszcz, wiatr, niebo i ziemia stopiły się w jedno – nie miały granic ani kresu. Byłam w ogromnej szklanej kuli.

Byłam we wszechświecie. Sama.

Podniosłam do góry ręce. Gdybym umiała krzyczeć, pewnie krzyknęłabym coś do tej wszechogarniającej mnie nieskończoności. Ale krzyk zdławiono we mnie już w dzieciństwie.

Umiem tylko szeptać – szeptałam więc.

– Jest tam kto? – wołałam szeptem, patrząc w górę...

– Jest tam ktoś?

– Niech się do mnie odezwie!

A może tam w górze nie ma nikogo? I nigdy nie było?

Może jestem naprawdę sama? Sama z moim lękiem, z moim losem, z moim życiem, z którym nie umiem sobie poradzić i które kiedyś – teraz? później? – musi się skończyć.

– Jeśli ktoś tam jest, niech się do mnie odezwie!

– Niech mnie ogarnie, otoczy opieką, niech chociaż da znak, że mnie słyszy!

Nie uzyskałam odpowiedzi.

Stałam, wpatrując się w bezkres, który był tylko milczeniem.

– Jeśli jest tam ktoś – prosiłam – niech da znak swojej obecności!

– Niech powie, że czuwa nade mną, że jest!

Odpowiedzi nie było.

Niebiosa, powietrze, woda – trwały zimne, obce i zjednoczone, żeby mi powiedzieć, że nic dla nich nie znaczę, że nie jestem im potrzebna, że o moim istnieniu nie wiedzą.

Jakby mnie wcale nie było.

I nie odezwał się żaden głos.

***

To moje jedyne spotkanie z nieskończonością noszę w sobie do dziś. Bardzo chciałam o nim komuś opowiedzieć. Może chciałam usłyszeć, że się myliłam, że jednak ktoś tam był... nie wiem. Do dziś nie wiem.

Ale życie – ten warkocz tak ciasno upleciony z małości i wielkości, z poezji i prozy, podniosłości i codzienności – napisało mi jeszcze jedno tej historii zakończenie.

Rano zadzwoniłam do dyżurnego windziarza, który tutaj był ważną instytucją, opiekunem domu, stróżem i wszystkim po trochu. Miły, przyjazny, jak ludzie tutaj, powiedział, żebym się nie martwiła i że przyśle kogoś, kto naprawi drzwi. Najszybciej jak się da, jeszcze przed południem.

Zajęłam więc stanowisko na rozsłonecznionym balkonie, pod niebem już znowu spokojnie błękitnym, i spoglądałam w stronę ulicy, na której miał pojawić się naprawiacz.

W pewnej chwili ujrzałam niewysokiego, krępego człowieka z wielką szklaną szybą, którą niósł na głowie. Patrzyłam z podziwem, jak balansuje nią, nie tracąc ani na chwilę równowagi.

W pewnym momencie przed nim pojawiła się dziewczyna. Smagła, ciemnowłosa, stąpała drobnym kroczkiem na bardzo wysokich obcasach. Miała na sobie minispódniczkę, której prawie nie było...

Mężczyzna przystanął, zdjął szybę z głowy, oparł o drzewo i długo patrzył za dziewczyną. Odprowadził ją wzrokiem, aż zniknęła. Potem spokojnie podniósł szybę, znów położył ją sobie na głowie i ruszył w drogę.

Po chwili zadzwonił do moich drzwi.

Szybko uporał się z naprawą – zrobił, co należało.

Na odchodnym upewnił mnie jeszcze, że tej nowej szyby już żaden wiatr nie rozbije, po czym uśmiechnął się i puścił do mnie oko.

Uśmiechnęłam się i ja – oboje wiedzieliśmy, że tak się tylko mówi i że to nie musi być prawda. Byłam mu jednak wdzięczna.

Stałam przed błyszczącą w słońcu nową szybą, która odgradzała mnie od nieskończoności.

Tu, nad oceanem, tej nocy otworzyły się dla mnie jakieś drzwi, a inne się zamknęły...

A może jest tak, że od samotności, niewiedzy, od burzy i wiatru może ochronić cię tylko inny człowiek.

A jeśli nie tylko on?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?