Droga Romo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Droga Romo

Opieka redakcyjna, redakcja: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Adiustacja i korekta: HENRYKA SALAWA, PAULINA ORŁOWSKA, DOROTA TRZCINKA, BARBARA TURNAU

Na okładce wykorzystano elementy projektu okładki włoskiego wydania Dziewczynki w czerwonym płaszczyku oraz zdjęcie Autorki – fot. Franciszek Fuchs

Opracowanie okładki: ALICJA MIGDAŁ-DROZD

Projekt stron tytułowych i opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

W książce zamieszczono dokumenty i zdjęcia z archiwum Autorki (s. [3], [38], [56], [93], [180], fot. Franciszek Fuchs) oraz rysunki Romy Ligockiej powstałe w latach 50. XX w. (s. [47], [50], [53], [90], [120–121], [133], [209], [210], [221]).

© Copyright by Roma Ligocka

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2014

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05685-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Darka

ta książka jak wyciągnięta dłoń

poprzez przestrzeń i czas...

Książka oparta na motywach autobiograficznych.

Nie jest autobiografią.

Jestem Julią

mam lat tysiąc

żyję –

HALINA POŚWIATOWSKA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

DOBRZE JEST PŁYNĄĆ. Nie trzeba żyć, trzeba płynąć, mówi coś we mnie łagodnie... Unoszę się nad Krakowem pośród chmur. Widzę z góry mój dom, mieszkanie, całe moje życie.

Nagle czuję, że zbliża się ktoś obcy... odpycham czyjeś ręce... boję się dotyku, boję się pocałunków...

Nigdy jeszcze się nie całowałam – mówię głośno – przecież ja nigdy...

Wtedy dopiero się budzę.

Odebrałam list na poczcie. Leżał tam już kilka dni. Napisany ręką mamusi, ale litery tak zawsze ładne i okrągłe są jakieś rozmazane.


Córko!

Czy to prawda, że jesteś w ciąży? Roma! Napisz mi natychmiast, czy to prawda, bo ja tu oszaleję!

(Córko! – nie jak zwykle „Kochana Romo” albo trochę milej „Moja Romeczko”, tylko po prostu „Córko”).

Jak Ty mogłaś mi to zrobić, żebym się od obcych ludzi musiała dowiadywać takich rzeczy?

Dlaczego nie piszesz? Już trzy tygodnie nie mam od Ciebie wiadomości! Ty nie wiesz, jak ja się denerwuję, nie śpię w nocy i serce mi już coraz bardziej dolega. Pytałam o Ciebie wujka, ale on też nic nie wie. A może tylko nie chciał mnie martwić...


Listy od mamy przychodzą na poste restante – to znaczy, że trzeba je osobiście odebrać, podpisać i pokazać dowód. Nie przychodzą ze zwykłą pocztą, którą listonosz wrzuca przez szparę w drzwiach. Ale nie przeszkadza mi to, że muszę iść na pocztę – lubię chodzić do miasta, szczególnie w stronę Rynku. Idę tak sobie spacerkiem, oglądam wystawy. Na poczcie trzeba trochę poczekać w kolejce, a potem chętnie pokazuję pani w okienku mój dowód – on oznacza, że jestem już dorosła.

Jeszcze inaczej jest, kiedy przychodzą paczki. Odbiera się je na drugim końcu miasta, trzeba tam jechać taksówką i zawsze jeździ ze mną wujek. „Jakby coś było nie w porządku” – mówi.

Ale co ma być nie w porządku w tym, że mamusia przysyła mi z Wiednia sweterki, różne rzeczy do jedzenia, słodycze, sardynki, a czasem nawet owinięte w bibułkę pachnące zielone jabłka?

Nie przeczytałam do końca listu od mamy – poczułam, że nie mogę, że nogi się pode mną uginają.

Potem chciałam usiąść na ławce na Plantach i tam go dokończyć, ale pomyślałam, że jest za dużo ludzi, i to by było tak, jakbym czytała go na głos tym wszystkim przechodzącym osobom, jakby one też słyszały słowa mamusi. A ona pisze takie straszne rzeczy!

W końcu wracam do domu.

Kładę list na stole, a sama podchodzę do okna i przytulam twarz do szyby. Okno wychodzi na podwórko. Daleko ponad migającymi światełkami mieszkań naprzeciwko kryje się coś, czego nie mogę dostrzec i co czai się na mnie. A może to coś jest w liście od mamy? A może jest we mnie?

Podchodzę do stołu, obracam w palcach dwie cienkie niebieskawe kartki. U nas nie ma takiego papieru, delikatnego jak bibułka, błyszczącego, w bladoniebieskim kolorze. Od razu widać, że to list z zagranicy. Mam tych listów pełną szufladę, bo mamusia już od dawna jest w Wiedniu i często pisze. Wujek mówi, żeby je zaraz niszczyć, na wypadek gdyby przyszła jakaś kontrola, milicja albo coś, ale jak na razie nikt taki się nie pojawił.

Teraz się zastanawiam – a gdyby wcale tego dalej nie czytać? Albo poczekać do jutra? Albo do kiedyś?


Roma! Boże drogi, co Ty robisz całymi dniami? A w nocy podobno gdzieś chodzisz, włóczysz się po jakichś piwnicach czy klubach! Czyś Ty już rozum straciła? A tak mi obiecywałaś, że będziesz rozsądna i odpowiedzialna. Przecież wiesz, że ja tu, w Wiedniu, nie jestem dla zabawy, że inaczej się nie dało. Musiałam wyjechać, ale nie jesteś sama, jest wujek, który Ci pomaga, bo mnie kocha, jest Marynia, która się Tobą opiekuje. A Ty? Co masz do roboty? Tylko się uczyć i być grzeczna...

Może ja muszę wrócić, żeby to wszystko się skończyło? A ile mnie kosztuje ten pobyt tutaj i jak ja się staram, żeby móc Ci czasem coś posłać – o tym to Ty wcale nie myślisz...



Czytam to wszystko, a właściwie nie czytam, nie mogę się skupić.

Na drugiej kartce jest już niewiele słów, tylko coś jakby prośba.


Błagam Cię, dziecko, powiedz prawdę! Jak to się już stało, to chociaż się przyznaj! Idź do wujka i wszystko mu powiedz. Nie bój się. To można jakoś załatwić. Jak tylko dostaniesz ten list, to idź do wujka. Nie kłam, nie oszukuj, tylko się przyznaj. Jak będzie trzeba, to przyjadę. Tylko już nie rób głupstw i nie bój się. Bo ze strachu w jeszcze gorsze rzeczy możesz się wpakować...

Mama



Siadam na tapczanie, tu czuję się najlepiej, najpewniej, ciągle z tymi kartkami w ręce. Opieram plecy o miękki kolorowy kilim, który wisi na ścianie nad tapczanem – jego dotyk zawsze mnie pocieszał, pociesza i teraz.

Czy ja jestem w ciąży? Jak mogę być w ciąży? Przecież ja nigdy jeszcze... nigdy nie zrobiłam tego...

Przypominam sobie, że kiedyś, nie tak dawno temu, ale byłam wtedy ciągle dzieckiem, wierzyłam, że od pocałunku można zajść w ciążę, a nawet przez to, że się tylko myślało o takich rzeczach...

Teraz wszystko niby już wiem, ale nie chcę tego wiedzieć. Boję się gniewu mamy. Cały czas się czegoś boję, a jednocześnie robię wiele niemądrych rzeczy, których robić nie powinnam i których potem się wstydzę. Próbuję sobie wyobrazić wszystko to, co się wydarzyło, odkąd nie ma tu mamusi. Chyba zrobiłam same głupstwa. A oni tak się o mnie martwią, ona i wujek, i tak się starają, żebym wszystko miała, pieniądze i jedzenie, i w ogóle, a ja to tylko marnuję, marnuję...

 

Nawet nie wiem, kiedy się zdrzemnęłam. W naszym pokoju przeważnie jest mrok, bo mieszkamy na parterze, i trzeba zapalić światło, żeby sprawdzić, która godzina... Budzi mnie głos Maryni:

– Ja idę do kościoła, a potem do domu. A pani Romeczka teraz śpi? A nawet obiadu nie zjadła.

– Och, tak! Przepraszam, Maryniu.

Zapomniałam o obiedzie. To przez ten list!!

Marynia ciągle jeszcze jest u nas. Nie odeszła, choć nieraz się odgrażała, że to zrobi: „Bo ja na takie coś patrzeć nie mogę – mówiła – jak ktoś do południa śpi i tylko się maluje albo przebiera przed lustrem, i nic nie je, żeby być chudym i nosić te wszystkie krótkie kiecki. A w nocy w domu nie śpi, bo mi dozorczyni mówiła, że Romeczka to i nad ranem wraca”.

Marynia narzeka, ale jest u nas, tak jak była zawsze. Gotuje, sprząta, dba o mnie. A ja staram się jej nie rozgniewać, bo co bym bez niej zrobiła? Nie umiem gotować, a naczynia ciągle mi się gromadzą w zlewie i zawsze zapominam je umyć...

– Pani Romeczka to nawet naczyń zmyć po sobie nie potrafi, a jajka to zawsze przypali... – narzeka Marynia. – Pani Teofila Romeczkę tak przyzwyczaiła, na księżniczkę wychowała. A teraz książąt już nie ma, teraz są inne czasy... Pani mamusia to tylko patrzy, żeby sobie Romeczka rączek nie brudziła. Pozwalała tylko uczyć się i czytać... a teraz pani Romeczka nawet się pewnie i nie uczy, tylko gdzieś lata...

Odkąd mamusia wyjechała za granicę, a ja zostałam w mieszkaniu tylko z Marynią, nasza gosposia przestała mi mówić „ty”. Najpierw nie wiedziała, jak się do mnie zwracać. Ale teraz od jakiegoś czasu mówi mi „pani”, widać uznała mnie już za dorosłą.

Marynia była w naszym domu jeszcze przed wojną, kiedy mnie nie było na świecie. A po wojnie wróciła. Stanęła któregoś dnia w progu z tobołkiem u nóg i już u nas została. Mimo że na początku, po śmierci tatusia, nie było pieniędzy. „Jak ja ci zapłacę, Maryniu?”, pytała mama bezradnie. „Niech się pani już nie martwi – mówiła Marynia, lekko sepleniąc – byle kawałek chleba był, a Pan Bóg to nam w niebie zapłaci...”

Mieszkanie mamy teraz małe, tylko pokój z kuchnią. Marynia przez pewien czas spała w przedpokoju na składanym łóżku. Potem zamieszkała u swojej siostrzenicy. Ale przychodzi rano, wychodzi wieczorem i dba o dom. Odkąd mama wyjechała do Wiednia, niby na leczenie, ale i trochę z innych powodów, Marynia się mną opiekuje.

Teraz szykuje się do wyjścia. Jak zwykle starannie zapina ciemny, znoszony płaszcz i zawiązuje na głowie chustkę. Jest maleńka – odkąd ja urosłam, sięga mi już tylko do ramienia – i twarz ma bardzo pomarszczoną. Kiedy się gniewa, a gniewa się często, jej czoło i policzki układają się w grube fałdy. Tak samo zresztą, kiedy się uśmiecha.

Odwraca się jeszcze od drzwi:

– A, byłabym zapomniała. Jak Romeczki nie było, to tu był ten Romeczki kolega, ten, co ma wąsy pod brodą...

– Piotr?

– No! Piotruś. Obiad mu dałam – ale jadł! Nie tak jak Romeczka, co tylko widelcem po talerzu grzebie.

Ten kolega to Piotr Skrzynecki. Teraz zapuścił brodę, która rośnie mu prawie na szyi i dziwnie się rozdziela, dlatego Marynia mówi, że ma wąsy pod brodą. Wpada do mnie zawsze na chwilę, jak to Piotr, bez zapowiedzi i zaraz dokądś się śpieszy. Moja gosposia bardzo go lubi i czasem, kiedy mnie nie ma, karmi go moim obiadem. „Pani Romeczka to i tak nigdy nic nie je, niech się choć chłop pożywi, widać, że głodny, chyba artysta jest”.

Piotra poznałam dawno temu, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły. Byliśmy z klasą na wycieczce w muzeum w Sukiennicach, żeby oglądać obrazy. Dziewczyny tylko snuły się po sali i mówiły, że nudno. Było gorąco i nikomu nic się nie chciało. Mnie się to malarstwo nawet podobało, u nas w domu zawsze było pełno albumów z reprodukcjami. Mama je kupowała.

Wiele z tych dzieł już znałam... chodziłam więc sobie od sali do sali, od obrazu do obrazu, aż nagle przy Odlocie żurawi Chełmońskiego pojawił się młody facet z rozwianą czarną czupryną, w sztruksowej marynarce, wyciągnął ręce przed siebie, jak aktor w teatrze poezji, i powiedział: „Józef Chełmoński malował światło”. Patrzyłam zachęcona. Wszystko w nim było niezwykłe – jego głos, wygląd i to, co mówił – słuchałam przejęta, nie wiedziałam, że można tak mówić o malarstwie. W sali nagle zrobiło się cicho, a moje koleżanki zbiły się w gromadkę i też słuchały z przejęciem. Ale ja i tak wiedziałam, że mówił tylko do mnie.

To był Piotr.

Następnego dnia w szkole dowiedziałam się, jak się nazywa i że mieszka kątem u moich znajomych. Przez jakiś czas tylko o nim myślałam i mówiłam. Miał taki niezwykły głos, olbrzymie, płonące, czarne oczy... zdawało mi się, że jestem zakochana.

Napisałam do niego list i podpisałam: „Twoja Julia”, a on bardzo miło odpisał i umówił się ze mną na spacer nad Wisłą.

Chodziliśmy i rozmawialiśmy długo. Tłumaczył mi, że w młodości zawsze tak jest – wydaje nam się, że kogoś kochamy, ale to nie jest naprawdę. Jakoś bardzo szybko wytłumaczył mi, że nie powinnam się w nim kochać, a potem obrócił wszystko w żart. Odtąd się przyjaźnimy.

Widujemy się często. Piotra nie można nie spotkać, bo jest po prostu wszędzie.

Najczęściej spotykamy się na Rynku. Piotr kupuje kwiaty, dużo kwiatów, i zawsze je od niego dostaję.

Latem ogolił głowę na łyso i chodził owinięty czarną peleryną. Przekupki mówiły do niego „proszę księdza”, a on nie protestował, tylko uśmiechał się z godnością. „Tu, proszę księdza, do mnie! Proszę do mnie! – wołała na przykład jedna z nich. – Mam przepiękne fiołeczki!”

Piotr zawijał poły peleryny, podchodził, wybierał jeden bukiecik, potem drugi, trzeci, wreszcie całe to naręcze fioletowe, pachnące, wkładał w moje ramiona, potem przyklękał i bardzo teatralnym gestem unosił moją dłoń i całował...

Przekupka nie mogła zamknąć ust ze zdziwienia: „Trzy pięćdziesiąt, trzy pięćdziesiąt za bukiecik, proszę, proszę... księdza”, udawało się jej w końcu wyszeptać.

Teraz Piotr już przestał udawać duchownego, zapuścił dość długie włosy, szyję owija powiewnym jedwabnym szalem i jest artystą – jakby prosto z Paryża. Podobno prowadzi jakiś teatr amatorski... nie wiem, bo spotykam go tylko w mieście, na Plantach, na Rynku, w kawiarni; od czasu do czasu piszę do niego list, a on zawsze odpisuje, posyłam mu swoje wiersze.

Kiedyś, jakiś czas temu, wpadł do mnie na chwilę – akurat z radia płynęła jakaś piękna muzyka, staliśmy przy oknie, on patrzył na podwórko, a ja na niego – nagle przyciągnął mnie do siebie i... pocałował. Ale tak naprawdę, tak jak mówiła Lena, że całują się dorośli.

Na początku nic nie czułam, tylko zdziwienie, a potem nogi lekko zaczęły się pode mną uginać, on zaś szybko mnie puścił, poprawił marynarkę, uśmiechnął się po swojemu i powiedział, że musi gdzieś pędzić, po czym wybiegł w pośpiechu z pokoju. „Wiesz, ja mam w Australii żonę i syna – tylko nikomu nie mów”, rzucił jeszcze na odchodnym w drzwiach. „Nikomu nie mów!”, powtórzył.

Myślę sobie, że on tak naprawdę nie ma żadnej żony ani syna, tylko tak powiedział, żeby się ode mnie jakoś odgrodzić, żebym się w nim znów nie zakochała. Ale ja wiem, że zawsze będę go kochać – tak jak można kochać Piotra...

Moja nowa przyjaciółka, Lena, już kilka razy była zakochana, ja jeszcze nie.

Marynia wychodzi. Jest wczesny wieczór, zwijam się w kłębek na tapczanie i próbuję pomyśleć. Przecież będę musiała jakoś odpowiedzieć na ten list z Wiednia.

Staram się przypomnieć sobie, co robiłam w tym roku. Boże! Tyle niemądrych rzeczy. Ale w ciąży?

A może jednak jest coś, czego nie wiem? Przecież kiedyś się upiłam, to może wtedy... Próbuję sobie wyobrazić, jak by to było, jak to jest być w ciąży; próbuję wsłuchać się w swoje ciało, zajrzeć do jego wnętrza. Czy tam się coś dzieje? Czy tam ktoś jest? Ktoś obcy?

Patrzę na swój brzuch – jest płaski, prawie go nie ma, wszyscy mówią, że jestem za szczupła, ale czy tam nagle nie rysuje się jakieś zgrubienie? Taki jakby mały pagórek? Zrywam się z tapczanu, zsuwam spódnicę i przyglądam się sobie w lustrze. Rzeczywiście, ten mój brzuch jest jakby jakiś inny... Patrzę w górę – mam małe piersi... za małe, mama mówiła, że ona miała większe w moim wieku. Lena też ma tyle lat, ile ja, a piersi ma duże i nosi stanik, a ja nie. Ja w ogóle bym nie lubiła mieć za dużo ciała, nie wiedziałabym, co z nim zrobić, wolę, jak jest mnie mniej.

Lena jest całkiem inna. I dlatego tak się cieszę, że została moją przyjaciółką.

Włosy ma złotorude, długie, rozpuszczone albo splecione w gruby warkocz. Tak ją zobaczyłam po raz pierwszy w naszej szkolnej auli, na akademii z okazji urodzin Mickiewicza. Grała na skrzypcach, a czerwone włosy błyszczały i kołysały się w rytm muzyki. Wszyscy ją tu znali – Lena, Lenka... rozlegały się szepty. To cudowne dziecko... będzie sławną skrzypaczką. Właściwie nazywa się Milena, ale wszyscy mówią do niej Lena. Widywałam ją potem na różnych akademiach, czasem na szkolnym korytarzu. Zawsze była otoczona wianuszkiem jakichś koleżanek i nigdy nie udało nam się porozmawiać. Czasem o niej myślałam – chciałam, nie wiem dlaczego, chciałam się z nią zaprzyjaźnić... Być taka jak ona. I ciągle jeszcze tego chcę.

Ruda, z niebieskimi oczami, wyglądająca już jak kobieta, a nie jak dziecko; ja chyba nigdy nie będę wyglądać jak kobieta, sama nie wiem. Najważniejsze jednak było to, że tak pięknie grała. Występowała już na scenie. Jak prawdziwa artystka, jak dorosła.

Zawsze, całe życie chciałam grać na jakimś instrumencie, choćby na pianinie. Ale ktoś powiedział mamie, że nie mam słuchu, i tak się to skończyło. (Zresztą, gdzie by się u nas zmieściło jakieś pianino?). A przecież kiedy chodzę do filharmonii na koncerty, to słyszę wszystko, i po prostu kocham każdego z muzyków. Często myślę, jak by to było tak wyjść na scenę, tylko się ukłonić i grać... Myślę, że taki pianista czy skrzypek musi być bardzo inteligentny, żeby zapamiętać i zrozumieć całą tę muzykę. Nieraz sobie wyobrażam siebie na scenie – w długiej, czarnej szeleszczącej sukni, kłaniam się spokojnie, uśmiecham się, siadam do fortepianu i kładę ręce na klawiaturze...

Lena zna prawie wszystkich artystów, stale mi obiecuje, że mnie z nimi zapozna. Tylko czy ja potrafię z nimi rozmawiać? Ja się przecież na niczym nie znam. Lubię patrzeć, jak Lena bierze do ręki skrzypce, lubię słuchać, jak gra. Nawet jak nie ma długiej czarnej sukni, tylko zwyczajną, granatową z białym kołnierzykiem i jak gra tylko u siebie w domu, dla mnie. Rozstawia szeroko stopy, jakby chciała wrosnąć w ziemię, przymyka oczy, przytula instrument do policzka. Czasem ktoś zagląda do jej pokoju. Ojciec albo mama, albo siostra – grasz, mówią, to dobrze! A mnie pozwalają z nią zostać.

Lenką wszyscy się zachwycają. A teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Udało mi się! Sama nawet nie wiem jak.

Tylko często się boję, że jej się znudzę, bo jestem taka niepewna... umiem rozmawiać tylko o książkach, a to Leny nie interesuje. Ona by chciała o chłopakach, o miłości... a ja tylko raz się całowałam... Lena miała już różne przygody i stale mi o nich opowiada. Mówi, że to nic takiego, i jak się już zacznie, to jest fajnie.

Najczęściej spotykamy się w niedzielę przed południem. Marynia jest oczywiście w kościele, a my siedzimy sobie i gadamy, i śmiejemy się z byle czego. A czasem rozmawiamy o takich rzeczach, o jakich dotąd nie miałam pojęcia, ale udaję, że wiem, o co chodzi, bo wstydzę się zapytać.

Moja nowa przyjaciółka mieszka dość daleko, właściwie to już za parkiem Krakowskim, ale lubi biegać po mieście i często do mnie wpada. Na czwartym piętrze poniemieckiej kamienicy. Mają kilka pokoi, bo jest ich dużo – rodzeństwo i rodzice. Jest tam prawdziwy salon, gdzie stoi fortepian i cała rodzina zbiera się przy stole. Mnie się to czasem bardzo podoba i wtedy czuję, że w moim domu jestem sama i trochę tęsknię za taką rodziną, ale czasem nagle się krępuję, że może im przeszkadzam... i uciekam do siebie. Rodzice Leny są bardzo pobożni i zawsze w niedzielę rano zabierają dzieci do kościoła. Lena nieraz do późnego wieczora ćwiczy, więc pozwalają jej się wyspać. Może iść sama na mszę dopiero na dwunastą. A ona zamiast do kościoła przychodzi do mnie. „Słuchaj! Co ja powiem, co ksiądz mówił na kazaniu?”, martwi się zawsze na pożegnanie, bo ojciec ją z tego przepytuje. Więc naprędce wymyślamy jakieś zdania – coś o grzechu i cnocie, ja jestem dobra w wymyślaniu i zawsze byłam dobra z religii. A jak nic mi nie przychodzi do głowy, to zaglądamy do Biblii, tylko trochę nam się mylą te Ewangelie...

 

„No nic, coś nakłamię”, mówi Lena beztrosko, odrzuca w tył swój rudy warkocz i pędzi do domu, bo u nich obiad jest zawsze punktualnie o drugiej i wszyscy muszą na nim być. Nie wolno się spóźnić, nawet starszej siostrze, która ma już narzeczonego. „Wiesz co? Jak wyciągnę od taty jakąś forsę, to pójdziemy na tandetę, kupimy sobie ładne sukienki”, woła jeszcze Lena, a jej włosy błyszczą się nawet w ciemnej sieni naszego domu.

Często spacerujemy razem po mieście. Obie modnie ubrane – w kolorowe spódnice, moja jest z ciuchów, amerykańska, w czarno-żółto-czerwoną kratę, mocno ściśnięta w talii szerokim paskiem z klamrą. Do tego bluzki zrobione z męskich podkoszulków ufarbowanych przez nas własnoręcznie na czarno, z bardzo dużym dekoltem, tak się teraz nosi. Lena z dekoltem wygląda pięknie, ma biust jak aktorka. Ja czasem wpycham sobie pod bluzkę zwinięte pończochy, żeby wyglądać tak jak ona. A czasem nie, bo się wstydzę; kiedyś mi się taka pończocha wysunęła na ulicy, dobrze, że nikt nie widział.

Obie mamy w uszach długie wiszące kolczyki, które kiedy idziemy, podzwaniają przy każdym ruchu – w takich kolczykach wygląda się doroślej.

W drodze do Rynku kupujemy sobie na rogu w budce wiśnie albo truskawki, które pakują nam w papierową torebkę w kształcie rożka. Pojadamy sobie, rozmawiając. Zanim dojdziemy do Rynku, torebka jest pusta.

Pewnego dnia spotykamy tuż koło straganów z kwiatami dwóch znajomych Leny. Jeden jest śpiewakiem, tenorem. Występował już w filharmonii, znam więc go z widzenia. Ubrany w białą koszulę i czarne spodnie, ma dość długie ciemne włosy, przystojny! Drugi to jego kolega, trochę tęższy i okrągły na twarzy, włosy ma kręcone mysiego koloru. Jest filmowcem, przedstawia się.

– Kolega właśnie przyjechał z Łodzi – mówi śpiewak i klepie go przyjaźnie po plecach. Obaj są dosyć starzy, mają już pewnie trzydzieści lat...

Lena wyraźnie się ożywia, uśmiecha, cieszy się z tego spotkania. Widać, że chce mi wreszcie pokazać swoich dorosłych kolegów. Ale ja nie bardzo wiem, jak z nimi rozmawiać, i już bym chciała, żeby sobie poszli i żebyśmy były z Leną same. Stoimy tak przez chwilę na środku Rynku, jakby na coś czekając...

– No to zapraszamy na śniadanko! – mówi nagle śpiewak mocnym głosem. – Do nowego baru na Jagiellońskiej. Takie spotkanie trzeba przecież uczcić.

Spuszczam oczy, nie wiem, gdzie patrzeć i co powiedzieć, mam ochotę uciec. Ten bar jest mały i ciasny, zawsze pełno w nim ludzi i pachnie dymem z papierosów, nigdy nie byłam w środku, ale zaglądałam, przechodząc. Głodna też wcale nie jestem, ale przecież nie mogę odmówić, nie mogę! Boję się, że Lena się obrazi, już na pewno uzna mnie za dziecko, i że ją stracę...

Stracić jej przyjaźń to by było... to by znaczyło stać się znów zwykłą dziewczyną... tylko z nią mogę być inna, mogę być kimś wyjątkowym, jak ona...

– No, idziemy czy nie? – Lena niecierpliwie potrząsa moim ramieniem. – Obudź się – dodaje – będzie fajnie!

– Ależ oczywiście, pani Poziomka idzie z nami – wspomagają ją panowie zgodnym chórem (kto im powiedział, że kiedyś nazywano mnie Poziomką?).

– No to naprzód, młoda damo! – ten grubszy facet z galanterią podaje mi ramię.

Nie wiem, co robić, więc trochę z wahaniem kładę dłoń na rękawie jego kraciastej koszuli. Lena ze swoim tenorem kroczą raźnie naprzód, my za nimi.

– Pan naprawdę jest filmowcem? – pytam, bo nie mogę tak nic nie mówić.

– Tak się składa, że naprawdę – gruby ożywia się wyraźnie, potem odwraca głowę w moją stronę i długo patrzy mi w twarz, mruży oczy, jakby chciał mi zrobić zdjęcie. – Z taką urodą mogłaby pani pewnie zagrać w filmie – uśmiecha się obiecująco – najpierw jakieś próbne zdjęcia... pomyślimy o tym... Da mi pani swój telefon, a ja zadzwonię...

Milczymy znowu, a mnie, choć wcale tego nie chcę, przypominają się najnowsze filmy, które ostatnio widziałam, te wszystkie aktorki... Może to nie byłoby takie trudne być taka jak one? A gdybym naprawdę dostała rolę w filmie i zagrała? Przecież chciałam być aktorką. A jeśli on rzeczywiście może mi załatwić rolę w filmie?

Co by powiedziała mamusia?! Ależby się ucieszyła! Jaka byłaby ze mnie dumna. Pokazywałaby każdemu moje zdjęcia w gazecie. Ten film grano by w kinach w całej Polsce. Uwierzyłaby wtedy, że ja też coś potrafię. Poszłaby do kina ze wszystkimi przyjaciółkami i znajomymi... nie jeden raz, na pewno kilka razy! „No, widzicie – powiedziałaby – moja córka! Myśleliście, że ona do niczego się nie nadaje, a tymczasem stała się prawdziwą artystką!”

I już by nigdy nie mówiła, że zepsułam jej życie...

***

W barze jest tłoczno, pełno dymu.

– To i tak jeszcze o tej porze nie tak strasznie, dopiero druga godzina – mówi filmowiec, otwierając drzwi.

Dostajemy mały stolik przy drzwiach, panowie go zdobyli. Cały czas flirtują z kelnerką. Potem zamawiają wódkę.

– Tylko po kieliszeczku – mówią. – Przecież musimy wypić na „ty”...

Śpiewak ma na imię Artur.

– Do mnie mówcie Micky – uśmiecha się jego kolega i szybko wypija wódkę.

Trzymam w ręce kieliszek, jest zimny, wódka pachnie jak lekarstwo, dotykam ostrożnie ustami brzegu kieliszka – jeszcze nigdy tego nie piłam, w ogóle jeszcze nigdy nie piłam alkoholu, czasem łyk wina na urodzinach mamusi. Chyba nie chcę tego wypić. I nie potrafię przełknąć.

Nagle widzę, że wszyscy na mnie patrzą, robi się cicho. Patrzą na moje ręce, na usta, na kieliszek...

A ja uśmiecham się, jakbym żartowała, kołyszę kieliszkiem, jakbym się nim bawiła. Potem szybko przechylam, wypijam. Wstrętne! Okropny zapach. I pali w gardle.

Panowie radośnie zamawiają coś do jedzenia.

– Może być śledzik po japońsku, tatar, ogóreczki – mówi kelnerka.

Czuję w żołądku rozchodzące się ciepło.

Po chwili nasz stolik jest pełny, talerzyki z jedzeniem, pieczywo, butelka.

– Niech pani przyniesie od razu pół litra, po co tyle razy chodzić – Artur robi oko do kelnerki.

Czuję się świetnie, widzę, że Lenka też. Patrzę na ich miłe twarze: Artur, Lenka, ten Micky też jest sympatyczny i takie ma śmieszne kręcone włosy! To są przecież moi koledzy, znajomi, z nimi jest dobrze i tak wesoło. Wszyscy mnie lubią i to jest najważniejsze.

Potem żartujemy, opowiadają dowcipy, których nie rozumiem, ale po prostu chcę się śmiać, świat jest wesoły, lekki, śmieszny po prostu.

– No to razem na raz, dwa, trzy – mówi Artur i unosi ramiona w białej koszuli, jak dyrygent, kiedy zbierze orkiestrę... – razem! I jeszcze raz!

Siedzę tak, spokojna i bezpieczna, opieram plecy o ścianę. Jest mi dobrze jak jeszcze nigdy w życiu. Jesteśmy tu już chyba bardzo długo... powinnam pójść do toalety...

Wstaję wreszcie wśród dziwnie kołyszących się ścian i kroczę ostrożnie po podłodze, która miękko się pode mną ugina. Toaleta jest w podwórku, trzeba przejść przez oszklone drzwi, które jakby same się przede mną otwierają. Na podwórku jest mroczno czy tylko mi się tak wydaje? Wszystko rozpływa się we mgle. Owiewa mnie chłód i nagle zaczyna kręcić mi się w głowie, coraz bardziej, tak strasznie, moja głowa jest jedną wielką huczącą, rozpędzoną karuzelą... żołądek podchodzi mi do gardła, karuzela pędzi, chcę się czegoś przytrzymać, chcę złapać się ścian, ale tu żadnych ścian nie ma... Nie mam już rąk, nie mam nóg, jestem cała tylko dziką, wirującą karuzelą... osuwam się w mrok, w ciemność...

***

Wszędzie wokół ręce, wiele rąk, dotykają mnie, szarpią, podnoszą, boli! Chcę tutaj zostać, na ziemi, nie mogę wstać, nie mogę! Nie dotykać! Proszę! To boli... Ja tu zostanę. Proszę!

– Ty, ona jest zupełnie nieprzytomna! – huczy jakiś głos tuż nad moją głową.

Ale jestem przytomna, wszystko słyszę, tylko nie mogę otworzyć oczu, nie mogę. Nie mogę też nic powiedzieć, bo ta karuzela nie przestaje się kręcić.

– No, to ty za ręce, ja za nogi i przez podwórko! – dudni znowu nade mną ten sam głos.

W samochodzie jest jeszcze gorzej. Ciasno. Ktoś przyciska się do mnie mocno. Pachnie wódką. Ktoś przygniata moją spódnicę. A ona jest z Ameryki... Nie mogę oddychać, duszę się, chcę się położyć... Ktoś podtrzymuje moją głowę.

– Tylko mi tu nie zwymiotuj!

Wychodzimy. Jakieś schodki. Ostrożnie! Ktoś otwiera drzwi...

To jest duży, ciemny pokój. Tapczan. Ktoś kładzie mnie na tym tapczanie. Ciemność. Potem w tej ciemności słyszę głosy, a w mojej głowie zapala się boleśnie jarzące światełko, którego nie da się zgasić! Słyszę głosy, szepty, ktoś jęczy, pewnie też chory... potem taki dźwięk ostry, jednostajny, to chyba skrzypienie łóżka... jednostajne i coraz szybsze...

Na chwilę chyba zasypiam. Słyszę kroki przy tapczanie. Ktoś podchodzi do mnie, a potem kładzie się na mnie ciężko całym ciałem...

– Ty, ona się nawet nie rozebrała – jakieś ręce mocują się z moją spódnicą.

– Bo tak mi zimno i niedobrze – szepcę.

– Słuchaj, zostaw ją, bo ci się zaraz... – mówi ten inny głos.

Potem w ciemności słychać śmiech. Głosy się oddalają i już nie ma przy mnie nikogo. Zasypiam, budzę się. Ze wszystkich stron słyszę pojękiwanie, sapanie, ciężkie oddechy. Śmiechy.

– Daj papierosa – mówi ktoś głośno w ciemności.

Obok w pokoju jest chyba jeszcze więcej ludzi. Szum w mojej głowie powoli się zmniejsza, tylko gdzieś w środku, między oczami, czai się ból i pali się ciągle to samo światełko.

Kiedy znowu się budzę, w pokoju jest szaro i wszystko ma zamazane kontury. W kącie ktoś pochrapuje. Podnoszę się, nie chcę się nawet rozglądać. Pachnie bardzo silnie wódką i papierosami, od tego zapachu znów lekko kręci mi się w głowie. Ostrożnie przesuwam dłońmi po swoim ciele, jestem ubrana! Mam wszystko: bluzkę, spódnicę, majtki... Zsuwam się z tapczanu, nic mnie nie boli. Wstaję. Potem już tylko chcę szybko uciekać z tego pokoju, przed tym zapachem, tym chrapaniem...

Na ulicy jest chłodno, mglisto i mokro, jakby przed chwilą padał deszcz.

Dom, z którego wyszłam, cichuteńko otwierając drzwi, jest kwadratową willą z szarego kamienia. Rozglądam się. Wokół stoją takie same szare domy. Zdaje mi się, że to Wola Justowska. Tu mieszkają najbogatsi ludzie, tu są najelegantsze wille, tak mówiła zawsze mamusia. Dopiero na ulicy stwierdzam, że nie włożyłam butów, ale już za nic bym po nie nie wróciła.

Idę wolno ulicą, boso po mokrym chodniku. Jest chłodno i zupełnie cicho. Czeka mnie daleka droga do domu. Tramwaje chyba jeszcze nie jeżdżą. Zresztą nie miałabym pieniędzy na bilet. Teraz widzę, że zostawiłam także torebkę, ale i tak nie było w niej ani grosza.