Dobre dziecko

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2012

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Rozdział 1

Rozdział 2

Pamiętnik Anny Abrahamerowej

Rozdział 3

Pamiętnik Anny Abrahamerowej

Rozdział 4

Pamiętnik Anny Abrahamerowej

Rozdział 5

Pamiętnik Anny Abrahamerowej

Rozdział 6

Rozdział 7

Przypisy

Opieka redakcyjna, redakcja: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Adiustacja i korekta: HENRYKA SALAWA, DOROTA TRZCINKA, EWA KOCHANOWICZ, MAŁGORZATA WÓJCIK

Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Na okładce wykorzystano elementy projektu okładki włoskiego wydania Dziewczynki w czerwonym płaszczyku oraz fotografie z archiwum Autorki

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

© Copyright by Roma Ligocka

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012

W książce zamieszczono zdjęcia z archiwum Autorki (fot. Andrzej Moskwian) oraz rysunki Romy Ligockiej powstałe w latach 50. XX w.

ISBN 978-83-0805019-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Darkowi, bez którego nie byłoby tej książki i który „zdążył przed Panem Bogiem”.

„Nasza przeszłość jest zawsze

tylko teraźniejszością naszą”.

(S. Brzozowski)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

BIAŁE ŻAGLÓWKI POD JASKRAWONIEBIESKIM niebem. Wielkie białe statki na horyzoncie. Słońce odbija się w wodzie tysiącem srebrnych, migoczących kropel. Kołyszą się wielkie palmy – zielone, wyblakłe od słońca.

Siedzę w porcie, nad samym brzegiem Río de la Plata, którą tu nazywają morzem, przy kawiarnianym stoliku, przy filiżance pierwszego espresso. Za mną cała noc podróży.

Pozwalam słońcu wędrować po mojej skórze, rozlewać się po niej falą ciepła. Powoli pozbywam się zimowych ubrań. Zdejmuję płaszcz, potem sweter, pończochy. Śmiesznie tak siedzieć z gołymi nogami. Przyjechałam ze środka zimy. Przyjechałam z Europy.

Przymykam oczy, żeby je ochronić przed falą kolorów, blasków migotania. Wkładam ciemne okulary. Jestem bliżej słońca, w środku lata.

Patrzę na zegarek. Która godzina? Na pewno inna niż w Europie. Tutaj widać, jak nieważny jest czas. Może czas jest osobą? Trochę despotyczną, trochę złośliwą? Może tylko kpi sobie z nas, a my traktujemy go poważnie?

Czekam.

Za chwilę zaprzyjaźniony szofer przyjedzie i zabierze mnie do miejsca, gdzie zamieszkam na chwilę. Znowu tylko na chwilę. Ma na imię Ángel.

Tu, w Buenos Aires, trzeba uważać, nie można wsiadać do byle jakiej taksówki. Nauczyłam się już tego – jestem tu nie po raz pierwszy. Parę razy udało mi się spędzić tu zimę. Ángel i ja zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić.

Zanim przyjedzie, przebije się przez ruch uliczny tego szalonego miasta, będę mogła trochę odpocząć.

Oddycham głęboko. Wchłaniam inne powietrze, obce zapachy, upał.

Witaj, Argentyno.

Przede mną kolorowe, jaskrawo pomalowane domy. Natłok kolorów. Na placu w oddali szumi fontanna. Na czerwonym murze kamienicy obok ktoś napisał niezgrabnymi literami: yo también te amo.

Czytam ten napis bezmyślnie kilka razy, zanim dotrze do mnie jego treść: ja też cię kocham!

Dawno nikt tak do mnie nie powiedział. Jak dawno? Może nigdy. Pewnie dlatego, że nikt nigdy tak naprawdę mnie nie kochał. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Umiem tylko kochać. Nie umiem być kochana. Nigdy nie umiałam – nawet jako dziecko. Prosiłam, modliłam się o czyjąś czułość, o uwagę – zawsze dostawałam jej za mało. Byłam tylko samotną dziewczynką w obcym świecie i chyba ciągle nią jestem. Dopiero jako dorosła kobieta zrozumiałam, że ta dziewczynka nie opuści mnie już nigdy. Nie muszę jej szukać. Nie muszę już przyglądać się obcym, podobnym dzieciom, żeby ją sobie przypomnieć.

Przyjechała wraz ze mną nawet tutaj – na drugi koniec świata. Trzynaście tysięcy kilometrów od Krakowa. Teraz wiem, że nigdy nie byłam nikim innym. Najpierw była mała dziewczynka w getcie. Nigdy nie miała domu ani nawet własnego nazwiska – kazano jej zapomnieć, jak się nazywa. Kazano nauczyć się nowego nazwiska, kupionego za pieniądze. Po to żeby przeżyć. Do dziś, kiedy się przedstawiam, mam dziwne uczucie, wiem, że moje nazwisko tak naprawdę nie jest moje, a to prawdziwe moim być przestało.

Przyglądam się jej codziennie. Widzę ją w lustrze. Podrosła przez ten czas. Ma teraz jakieś dwanaście, trzynaście lat. Coraz więcej o niej wiem. Coraz lepiej ją znam. Drobna dziewczynka, trochę niezgrabna, z ciasno splecionymi cienkimi warkoczykami. Szczupła, nerwowa – pełna lęków i nieuświadomionej rozpaczy.

Smutne dziecko. Nieśmiałe.

Nigdy nie umiała się bawić, cieszyć, głośno śmiać. Do dziś nie umie. Nauczono ją tylko uciekać, bronić się, ukrywać. Zawsze uciekać. Do końca. Bo trzeba przeżyć, cokolwiek by nas spotkało. I tylko to się liczy.

Przeżyć.

I nigdy nie dać się złapać.

Moja mama, dawno temu, kiedy była młodą dziewczyną, zakochała się w moim ojcu. Był pięknym mężczyzną. Mama marzyła o tym, żeby mieć z nim dużo dzieci. Co najmniej pięcioro. Ale miała tylko mnie.

Ja z kolei zawsze marzyłam o domu z ogródkiem, takim jak na dziecinnych rysunkach – czerwony dach, białe ściany, kwiaty dookoła.

Nigdy nie miałam domu.

Były tylko pokoje, mieszkania, hotele.

Zamiast tego podróżuję – niestrudzona, wiecznie zmęczona, wszędzie trochę obca. Szalona... samotniczka...

Przeżyć, nie dać się. Nie okazywać słabości...

– Hola, Roma, te sentís mal?[1]

Otwieram oczy. Chyba zdrzemnęłam się w tym upale. Mój opalony kruczowłosy taksówkarz pochyla się nad stolikiem.

– Hola, Ángel. Todo bien. Vamos[2].

Pakujemy moje bagaże do jego starej, rozklekotanej taksówki.

Za chwilę spotkam syna – moją jednoosobową rodzinę. Przycupnę u niego na jakiś czas. Znów będę go kochać za bardzo. On będzie zachwycony, ale też trochę mu to będzie przeszkadzać. Sama nie wiem.

Nigdy nie miałam pełnej rodziny – nawet nie potrafię jej sobie wyobrazić. Nigdy nie siedziałam przy stole wraz z rodzicami, dziadkami, rodzeństwem, aby porozmawiać, pożartować, po prostu być razem. Nie wiem, czy potrafiłabym ich kochać. Czy wytrzymałabym ich nieustanną, żywą obecność.

Przyjechałam tu, żeby pracować. Napisać książkę. Niedawno zrozumiałam, że właśnie wtedy, w tych trudnych czasach, w początku lat pięćdziesiątych działy się dla tej dziewczynki rzeczy najważniejsze – nie wszystko, co do dziś we mnie tkwi, co nie pozwala mi żyć spokojnie, odpocząć, wydarzyło się tylko w krakowskim getcie. Ból, lęk, samotność wzmagały się wraz z wiekiem, dojrzewały wraz ze mną... Myślę, że najtrudniejszy był ten czas, kiedy miałam dwanaście, trzynaście lat...

Może tu, w upalnym argentyńskim słońcu, uda mi się wyraźnie zobaczyć tamten zimny, ponury Kraków lat pięćdziesiątych. Może uda mi się zobaczyć z bliska dziewczynkę, którą byłam, jestem, i która nigdy nie trafiła do domu.

Napiszę o niej. Opowiem o niej. Przypomnę sobie tamten świat i tamten ból. Bo tylko to potrafię – widzieć i opisywać. Bo pewnie tylko do tego się nadaję. Bo może tylko to mi wolno.

Nasza teraźniejszość jest przecież naszą przeszłością – zbudowaną tylko z trochę innych kamieni.


Dwunastoletnia Roma z mamą.

– ŚWIĘTA SĄ DLA LUDZI SZCZĘŚLIWYCH – mówi mamusia. Stoi w kuchni z zakasanymi rękawami i pomaga Maryni piec ciasto. Na białej babcinej komodzie są już ułożone drożdżowe baby, posypane cukrem pudrem. Teraz robi się makowiec. W garnkach na kuchni gotują się ryba i barszcz. – Tyle jedzenia, tyle roboty, i kto to będzie jadł... – wzdycha mamusia.

 

Marynia, nasza służąca, patrzy na nią karcąco – jest mała, więc musi zadzierać głowę, a twarz ma całą w zmarszczkach.

– Święta są dla wszystkich ludzi – mówi surowo, a jej palce cały czas z wielką wprawą obracają ciasto w misce. Żeby ludzie wiedzieli, że się Chrystus narodził. Potem prostuje się i rozgląda z dumą po kuchni pełnej jedzenia. – A to się letko zje, niech się pani nie martwi. We święta musi być wszystkiego pod dostatkiem, żeby się darzyło na cały rok.

Stoję na progu kuchni, oparta o framugę drzwi, i przyglądam się całej tej krzątaninie.

Nie bardzo rozumiem, co to znaczy, że „święta są dla ludzi szczęśliwych”, ale nie chcę się teraz nad tym zastanawiać. Bardziej niepokoi mnie to, czy będę miała choinkę...

– Choinkę mają goje, przecież wiesz. Co rok ci to powtarzam – rzuca niecierpliwie mamusia, nie bardzo przejmując się Marynią, która przecież jest gojką. – A u nas jest Chanuka!

– Ale ja chcę choinkę! – upieram się płaczliwie.

– No pewnie! Ona ma rację – mruczy Marynia, poklepując ciasto, jakby dawała komuś klapsy. – Żeby dziecku choinki nie postawić! Jak Wigilia, to i choinka!

– Ale na co ci drzewko? Tylko będzie schnąć i sypać się! – broni się mamusia.

– Jak to na co? Bo wszyscy mają. A jak przyjdą do mnie jakieś koleżanki? To zaraz zobaczą, że jesteśmy Żydzi – dodaję cicho, bo mam się tego nie wstydzić. Jesteśmy Żydami i już. „Kto Żyda nie szanuje, niech go w dupę pocałuje”, powtarza nieraz mamusia. Ale ja i tak czasem trochę się tego wstydzę – no, może nie wstydzę, ale nie chcę, żeby wiedziały o tym wszystkie koleżanki.

– Koleżanki! Koleżanki! – przedrzeźnia mnie mamusia. – Czy do ciebie przychodzą jakieś koleżanki? Ty przecież nie umiesz z nikim żyć! Tylko siedzisz sama z nosem w książce albo rysujesz!

Zamykam oczy – tyle razy już to słyszałam. Zaraz powie: „Zamiast się uczyć”.

– Zamiast się uczyć! – dodaje mamusia. – Taka duża dziewczynka, a zachowuje się jak dziecko! Masz już trzynaście lat!

– Dwanaście – poprawiam ją mechanicznie. Dla mamusi mam zawsze dwanaście albo trzynaście, zależnie od tego, czy mi coś wolno, czy nie.

Odwracam się. Chcę jeszcze skubnąć parę rodzynek, ale Marynia szybko odsuwa miskę.

– To do ciasta! – mruczy.

Ciasto każą mi jeść, a rodzynek, które będą w cieście – nie pozwalają. Wzruszam ramionami obrażona. Idąc do swojego pokoju, zerkam jeszcze na szafę z lustrem w przedpokoju. Lustro pokazuje niewysoką dziewczynkę z warkoczami, o ciemnych oczach i trochę za szerokich ustach. Niektórzy mówią, że jest chuda jak szczapa, ale ja tego nie widzę.

Siadam przy biurku w swoim pokoju, który jest jednocześnie naszym salonem. Zaglądam do książek, ale nie mogę się na niczym skupić. Zapach barszczu i ryby dochodzi aż tutaj, opływa mnie i dusi w gardle. A ja nie lubię zapachu jedzenia.

Mechanicznie przewracam kartki i słucham, jak one w kuchni ciągle jeszcze dyskutują o tym drzewku.

Ale sprawa choinki rozwiązuje się po chwili sama. Krótki dzwonek i w drzwiach mieszkania ukazuje się wujek Arek, bardzo zmarznięty, ma czerwone od zimna policzki. Ulubiony mój wujek – zawsze taki miły, wesoły i szarmancki. Czasem nawet całuje mnie w rękę i mówi, że jestem już damą. Wiem, że ten wujek naprawdę mnie lubi. Często mówi nawet, że kocha mnie jak własne dziecko...

Teraz ma w rękach opakowaną w papier choinkę z kwiaciarni.

– To dla Romeczki – mówi w odpowiedzi na zdziwione spojrzenie mamusi i widać, że cieszy się razem ze mną z tej niespodzianki. Rozwijamy drzewko wspólnie i stawiamy na stole. Ozdobione jest wielkimi, błyszczącymi kokardami w kolorze różowym i lila. Bardzo elegancka.

– Niepotrzebnie wydajesz pieniądze – mówi mamusia, ale uśmiecha się łagodnie. Zawsze się tak uśmiecha, kiedy jest ten wujek. A on tylko całuje ją w rękę.

– No, muszę lecieć – mówi jeszcze wujek.

– Nie napijesz się herbaty? – mamusia kładzie mu rękę na ramieniu, ale on tylko podnosi kołnierz płaszcza i zmierza w stronę drzwi.

– Wpadnę jutro...

A jutro jest Wigilia.

Już po zmroku, nie czekając na pierwszą gwiazdkę, siadamy do stołu, który jest pięknie nakryty. W pokoju, a nie jak zwykle w kuchni.

Marynia wszystko przygotowała: rybę na półmisku, barszcz, śledzie i dużo innych rzeczy, a potem poszła świętować u swojej siostrzenicy. Prezentów nie było, bo były na Mikołaja.

– To taki kompromis między Wigilią a Chanuką – tłumaczy mamusia.

Ale ja nie bardzo to rozumiem.

Teraz siedzimy naprzeciwko siebie, a w powietrzu jest pełno smutku.

Mamusia wpatruje się w okno, przez które widać podwórko. Ściemnia się, zaczyna padać śnieg. Pokrywa kamienne płyty i metalowy śmietnik, który zaraz zrobi się biały. Płatki śniegu wirują i już nie wiadomo, czy lecą z góry na dół, czy z dołu do góry.

– Masz, jedz – mówi mamusia i nakłada mi na talerz rybę, sałatkę jarzynową... sama też je, nawet dużo, żeby dać mi dobry przykład. Ale cały czas tak na mnie patrzy, jakbym coś przewiniła. Ja jednak nie wiem, na czym teraz polega moja wina. Dziobię widelcem małe kawałki ryby, wydłubuję zielony groszek z sałatki, popijam barszczem, żeby łatwiej połknąć.

– Jedz – mówi mamusia mechanicznie – połknij, popij.

Chwilę później przychodzi wujek Arek. I znów ma twarz całą czerwoną od mrozu. Siada. Pije z nami herbatę. Chwali mamusine ciasto. Potem wykłada na stół prezenty. Dla mnie książkę i moje ulubione gęste, słodzone amerykańskie mleko w puszce – mogłabym to jeść po troszeczku przez cały dzień, i nic więcej. Dla mamusi takie małe pudełeczko – w środku jest coś złotego. Mamusia szybko chowa to do kieszeni i znów mówi o tym, „że po co robi sobie wydatki”...

Jeszcze trochę rozmawiają, a potem wujek dość szybko wychodzi. Stoją chwilę w przedpokoju i jest tam bardzo cicho, a ja oglądam nową książkę. Kiedy po chwili się od niej odrywam, w przedpokoju nadal jest cicho... Skradam się na palcach: mamusia stoi sama, twarz ma ukrytą w wiszących na wieszaku płaszczach i płacze. Pewnie przeze mnie, bo znowu nic nie zjadłam. Ale przecież się starałam...

– Święta są dla ludzi szczęśliwych – powtarza, wracając do pokoju.

Nie wiem, czy mówi do mnie, czy do siebie.

Następnego dnia jesteśmy zaproszone na obiad do cioci Dziuni i wujka Kazka.

– No, chodź, zbieraj się, bo późno.

Ale ja nie chcę iść.

– Znowu jesteś dzika – złości się mamusia.

Ale ja wolę zostać w domu. Mam nową książkę.

– No, ubieraj się, już, chodź! Dlaczego jesteś taka? Wstyd mi robisz! – Mamusia patrzy na mnie dużymi brązowymi oczami. A wokół oczu ma zmarszczki. – Zawsze jesteś taka! Zawsze są z tobą kłopoty, żeby choć raz... No, chodź, pobawisz się z dziećmi!

Jakie dzieci? Przecież to maluchy, nawet do szkoły jeszcze nie chodzą. Biegają tylko po mieszkaniu i piszczą. Głupie dziewuchy. Nie chcę się z nimi bawić!

Mamusia wzdycha, stoi chwilę i patrzy na mnie z troską, potem wychodzi ze spuszczoną głową.

– Siłą cię przecież nie zawlokę – słyszę jeszcze z przedpokoju jej głos, a potem mocne trzaśnięcie drzwiami.

Jestem sama. Kładę się na tapczanie. Jak zwykle, żeby się uspokoić, patrzę na kilimek, który nad nim wisi. Powoli wodzę palcem po dziwnych tureckich wzorach... A potem sięgam po książkę. Dużo w niej zdjęć. Lubię książki, w których są opisy pałaców, dworów, pięknych wiejskich domów, gdzie są złocone sprzęty, gdzie ogień pali się na kominku, a przed kominkiem leżą psy. Lubię czytać o ludziach, którzy mieszkają w takich domach – to nie są ludzie, tylko państwo – o tym, jak się ubierali, co jedli, jakie mieli meble, stroje; panie miały kapelusze z kwiatami, długie koronkowe suknie, a w salonie zawsze stał fortepian.

Odrywam wzrok od książki. Jest jeszcze wcześnie, a już robi się ciemno. Zapalam lampkę przy tapczanie. Rozświetla pokój – rozglądam się po nim, jakby też był opisany w jakiejś książce, jakbym widziała go po raz pierwszy.

Mamy ładne mieszkanie. „Jak na dzisiejsze czasy”, mówi mamusia.

Jest ładne, chociaż przeważnie jest ciemno i prawie cały czas trzeba palić światło. To dlatego że jest na parterze, a okno wychodzi na podwórko, sięga aż do ziemi i jest zakratowane. Widać z niego nogi ludzi, którzy po nim chodzą, i czasem psy albo koty. W nocy można też zobaczyć szczura, jak mówiła dozorczyni, ale ja jeszcze na szczęście żadnego nie widziałam – strasznie bym się bała.

Ta dozorczyni jest stara, gruba i zła. Najbardziej nie lubi, kiedy się ją budzi po dziesiątej wieczorem, żeby otworzyła, bo brama jest już zamknięta. Chodzi po podwórku ubrana w trzy spódnice, jedna na drugiej. Czasem zadziera te spódnice i sika na kamienie – nieraz wprost przed naszym oknem.

Ale, jak mówi mamusia, to mieszkanie przynajmniej jest samodzielne i nie musimy mieszkać z kimś – tak jak większość ludzi teraz. Nazywają ich sublokatorami. Oni przeważnie się kłócą. Przedtem mieszkaliśmy z wujkiem Stefanem, który tak naprawdę ma na imię Szymek i jest najmłodszym bratem tatusia. Ukrywał się w czasie wojny za szafą u pewnej Niemki. I ona nazywała go Stefan. To była dobra Niemka, pozwalała nam czasem go tam odwiedzać, chociaż same też musiałyśmy się ukrywać. A wujek był zawsze bardzo blady i trzęsły mu się ręce. Po wojnie ożenił się z ciocią Marysią i zamieszkaliśmy wszyscy razem w dużym mieszkaniu. Tam był też mój tatuś. I tam chorował, zanim umarł w szpitalu. Później wujek Stefan z żoną i synkiem, który im się właśnie urodził, postanowił wyemigrować do Australii. Zawsze zapominam, gdzie jest ta Australia, i trochę mi się myli z Kanadą. Wujek mówił wtedy, że już nie chce być Żydem w Polsce, że ma tego wszystkiego dość i chce żyć jak normalny człowiek. A mamusia powiedziała, że jak się nazwało swoje dziecko Władysław Ferdynand, to na pewno się nie chce być Żydem... Strasznie się wtedy pokłócili. Potem mamusia zaczęła szukać mieszkania, bo przecież nie mogła zostać w tym dużym sama ze mną albo z obcymi lokatorami.

Wreszcie znalazło się to mieszkanie. Mamusia długo je załatwiała, trzeba było zapłacić pani, która mieszkała tu przedtem, następnie zapłacić za przydział. To wszystko kosztowało majątek. „Takie zdzierstwo! Za wszystko teraz trzeba płacić, ale najważniejsze, że jest samodzielne”, powtarzała mamusia. Przeprowadzka odbyła się, kiedy byłam latem na szkolnej kolonii w Szczecinku (okropna była ta kolonia). Gdy wróciłam, to już mieszkałyśmy w tym nowym. „Masz nowy adres, córko”, mówiła mamusia z dumą.

Mamy tu pokój i kuchnię. Ja śpię na tapczanie w pokoju, mam biurko, prawdziwe, duże, z szufladami i szklanym blatem, pod który można podkładać różne ładne obrazki. Obok jest półka na książki. To biurko ma być do odrabiania lekcji, ale ja przeważnie przy nim siedzę i rysuję albo czytam, albo marzę. Chciałabym napisać książkę, tylko jeszcze nie wiem o czym.

W kuchni też jest tapczan i tam śpi mamusia. Jest jeszcze łazienka i długi przedpokój, gdzie stoją szafy z naszymi ubraniami. Przedtem spała tam na składanym łóżku nasza Marynia, która była u mamusi dawniej i wróciła do nas zaraz po wojnie. Ale teraz Marynia nocuje u siostrzenicy, która ma małe dziecko i ona tego dziecka wieczorami pilnuje.

Mój pokój – tu niekiedy urządzamy przyjęcia i zapraszamy gości. Mamy oszkloną serwantkę, a w niej zebrane piękne przedmioty. Niektóre z nich mamusia odnalazła u ludzi, tam gdzie były w czasie wojny oddane na przechowanie. Stare srebrne łyżeczki, które dziadek przywiózł z podróży za granicę – podobno takich łyżeczek musi być siedem, to przynosi szczęście. Jest jeszcze wazonik ze szkła rzeźbionego w kwiaty, z napisem „Anna” – należał dawniej do babci Ani, matki mamusi. Tej babci prawie nie znałam, bo ją i dziadka zabrali zaraz Niemcy – do gazu, jak się później dowiedzieliśmy. Tylko raz w życiu ich widziałam. Miałam wtedy urodziny, skończyłam dwa lata. Przyszli się pożegnać, bo mieli zostać „wysiedleni”. Pamiętam to słowo: WYSIEDLENIE. Babcia miała kolczyki z perełkami. Dziadek podnosił mnie wysoko do góry – pamiętam zapach jego wąsów, pamiętam, że miał złoty łańcuszek przy zegarku. Podniósł mnie wysoko, pod sam sufit – chwilę tak trzymał, a potem postawił na podłodze. Stali jeszcze na progu. A potem wyszli oboje, drzwi się za nimi zamknęły i nie zobaczyłam nigdy więcej ani dziadka, ani babci.

Te pamiątki mamusia odnalazła u dawnych sąsiadów. Nasza rodzina im je powierzyła, zanim musiała iść do getta. Dziś ci ludzie nie wszystko mogą sobie przypomnieć zostały tylko drobne rzeczy. Fortepian, dywany, obrazy zniknęły bez śladu. „Draństwo”, mówi mamusia, chcieli się wzbogacić na ludzkim nieszczęściu.

 

Teraz dokłada do tej serwantki, co tylko może – malowaną w liście wazę na zupę, kryształowe kieliszki. A ja włożyłam tam moją lalkę murzynkę w czerwonej atłasowej krynolinie, bo też jest piękna.

Odzyskałyśmy niedawno babciną komodę, białą z zielonymi kafelkami na blacie, rzeźbioną w lilie. Dziadek ją podobno sprowadził z Wiednia. Teraz stoi w kuchni obok tapczanu. A niedawno znalazły się jeszcze dwa dywaniki dziadków. Jeden leży na podłodze, a drugi wisi nad moim tapczanem, bardzo lubię go dotykać; kiedy nie mogę spać albo chcę o czymś spokojnie pomyśleć, wodzę palcami po miękkiej wełnie, po dziwnych, kolorowych tureckich wzorach – czerwonych, żółtych, fioletowych...

Niedawno schowałyśmy moje lalki.

Przedtem były wszędzie, w całym pokoju – siedziały na tapczanie, na krzesłach, na podłodze. Zawsze bardzo kochałam lalki. W czasie wojny nie miałam żadnych zabawek, lalek też nie, dlatego potem wszyscy mi je przynosili – mama, znajome, ciocie i wujkowie.

A teraz nagle zaczęli się śmiać, że już jestem za duża. Mamusia się śmiała, Marynia, a najbardziej ciocia Ela, przyjaciółka mamusi jeszcze z wojny. „A poza tym jak ten pokój wygląda, jak goście przychodzą? Istny magazyn”, denerwowała się mamusia. I w końcu je schowałyśmy. To był cały rytuał. Spakowałyśmy je wszystkie do wiklinowego kosza – Marynia wspięła się po drabinie na pawlacz i tam je włożyła. „Nie martw się, będą jeszcze dla twoich dzieci”, pocieszała mnie.

A dla mnie, nie wiem dlaczego, wyglądało to trochę jak pogrzeb. Chciałam sobie zostawić choć jedną, żeby mieć ją w łóżku do przytulania, ale wstydziłam się powiedzieć. I teraz te lalki śpią sobie w wiklinowym koszu i czekają, aż będę dorosła.

Mamusia bardzo o wszystko dba. Stale sprząta. Przynosi z miasta kwiaty w doniczkach, asparagusy, fiołki alpejskie, i książki z kolorowymi reprodukcjami. Co tydzień jest duże sprzątanie i trzepanie dywanów. A w poniedziałek pranie

W każdy piątek czyści klamki w całym mieszkaniu miękką szmatką i sidolem, tak że błyszczą jak złoto. „Czemu zawsze w piątek?”. „Bo tak się robiło w naszym domu”.

Często to słyszę, kiedy o coś pytam: „Bo tak się robiło w naszym domu”. A mnie się zawsze wtedy przypomina, że muszę się uczyć, iść do gimnazjum i zdać maturę. Bo jakbym nie zdała, byłby wstyd. „U nas w rodzinie wszyscy mieli maturę”, mówi mamusia.

Wiem, wiem, i duży dom, i konie, i powóz, i dużo służby... Ale to było przed wojną. Dziadek miał młyny i piekarnie... był wielki ogród, a w nim altana. A mamusia i jej siostra do szkoły jeździły bryczką...

Przykrywam się szczelniej kocem, bo w pokoju jest trochę zimno. W zielonym kaflowym piecu ogień wygasa, a ja nie umiem do niego dołożyć, zawsze robi to Marynia.

Przypominam sobie, że powinnam zacząć odrabiać lekcje, bo dużo nam zadali, mimo że święta. Nie lubię się uczyć. Czasem tylko spojrzę w książkę i już wiem wszystko. Czasem nie wiem, co czytam, zamyślam się i nic nie rozumiem, po prostu nic.

Lubię tak sobie leżeć albo siedzieć i myśleć o świecie. Jest taki ogromny, nieogarniony, są inne piękne kraje, pustynie, które widziałam w fotoplastykonie na ulicy Szczepańskiej, piramidy, wielbłądy... może to byłoby pięknie mieszkać w kraju, gdzie zawsze jest ciepło, morze i piasek. Nigdy nie widziałam prawdziwego morza... Zasypiam – budzę się na chwilę, gaszę lampkę. Leżąc w mroku, myślę, że chciałabym być dobrym dzieckiem, grzecznym. Już się nie sprzeczać z mamusią. Przecież ją kocham, mam tylko ją i ona ma tylko mnie... zawsze to mówi: „Tylko ty mi zostałaś po tej strasznej wojnie”. Może powinnam była pójść z nią do tych wujków? Następnym razem pójdę. Poprawię się! Na pewno! Zaraz wstanę, odrobię wszystkie lekcje. Żeby mama już się nie martwiła, ona i tak najbardziej lubi, jak ja się uczę. Poprawię się...

Zasypiam. Śni mi się wojna...

Jest zimno, lodowato zimno. W getcie zawsze jest zimno, w domu i na zewnątrz. Na ulicach leży śnieg. Słońce też tu nie świeci. Stoimy. Potem biegniemy. Los! Los! Raus! Weiter! Schnell! Schnell! W szarości poranka słyszę tupot nóg, który miesza się z wrzaskami Niemców i szczekaniem psów. Dokąd idziemy? Słyszę tylko tupot butów – tyle jest stóp, małych i dużych. Powoli tupot się oddala – wrzaski stają się coraz cichsze, aż wreszcie milkną. Stoimy. Czekamy. Ale to się jeszcze nie skończyło. Zaraz znów po nas przyjdą. Tak się strasznie boję, że mnie zabiorą. Oderwą od mamusi, a ona zostanie sama... Stoję wraz z innymi na wielkim placu i czekam. Słychać strzały, płacz. To się nie skończyło, to dopiero początek. I mrok... Przedzieram się przez tunel... muszę ją znaleźć w tej czerni.

– Co ty tak leżysz w tej ciemności? Śpisz? Zimno tutaj. Trzeba do pieca dołożyć.

Mamusia już wróciła, zapala lampę, stoi nade mną i patrzy na mnie z troską. Widać, że już się nie gniewa.

– Jadłaś coś? – pyta jeszcze.

Przecieram oczy, siadam.

– Śniło mi się gestapo – mówię – i Umschlagplatz...

– Dałabyś spokój – mamusia macha ręką niecierpliwie i bezradnie. – Jest pięć lat po wojnie! Pięć lat!!! Najwyższy czas, żebyś zapomniała i przestała być meschuge. Uczyłaś się? Pamiętaj, że zaraz skończą się ferie! Gestapo! Przestań o tym myśleć. Rozchorować się można od tego.

Parę dni później idę znów do szkoły. Ubrana w ciepłą czapkę i okutana w szalik, ledwo mogę oddychać. Ale na ulicy jest bardzo zimno. Nie lubię tej pory dnia, kiedy jeszcze jest szaro; mokry śnieg plaszcze pod nogami, trzeba uważać, żeby się nie poślizgnąć, a mnie oczy się zamykają i właściwie jeszcze śpię. Wlokę się powoli w tym śniegu, w tym błocie. Znowu się spóźnię. A może wcale nie iść? Tak bym chciała nie iść do szkoły, nie musieć nic mówić, z nikim rozmawiać... Spać, spać, spać... W rękach trzymam drugie śniadanie zawinięte w papier. Mamusia zawsze mi je wręcza przed wyjściem – schowaj, nie zgub, zjedz! A przedtem jeszcze muszę wypić ciepłe mleko z ovomaltiną. I zjeść bułkę. „No, choćby pół”, prosi mama. A potem sprawdza, czy wszystko mam. „I uważaj, jak przechodzisz przez jezdnię”, mówi zawsze, zanim zamknie za mną drzwi.

Mamusia ma urodziny. Robimy przyjęcie. Zaczęło się źle. Wczoraj, kiedy wracałyśmy od fryzjera, powiedziałam:

– W niedzielę są twoje urodziny.

– Jak to w niedzielę? – mamusia aż przystanęła na ulicy z oburzenia. – Jutro!!! Jutro są moje urodziny! Szóstego lutego! Żeby córka nie pamiętała dnia urodzin własnej matki! To tylko ty potrafisz!

Zrobiło mi się strasznie wstyd i obiecałam sobie, że nigdy więcej tej daty nie zapomnę. Na szczęście mamusia szybko dała się przeprosić. Wieczorem jeszcze potajemnie zrobiłam z tektury i włóczki piękną zakładkę do książki i namalowałam na niej różę. I napisałam laurkę.

Następnego dnia wręczyłam jej to razem z wierszykiem: „Gdy się rano obudziłam, zaraz sobie przypomniałam, że dziś twoje urodziny. Przyjm więc szczere me życzenia zdrowia, szczęścia, powodzenia!”.

Mamusia nawet trochę się przy tym popłakała.

A teraz urządzamy przyjęcie.

Najpierw były długie narady z Marynią, co podać gościom. Bo teraz nie wszystko można dostać w sklepach. Właściwie to mało jest rzeczy, które można dostać. Chyba że się kogoś zna.

Na samo mięso trzeba było czekać kilka dni, aż przyjdzie baba z cielęciną. Wreszcie któregoś dnia przyszła. Akurat wychodziłam do szkoły.

– Ma pani? – pytała mamusia niecierpliwie.

Baba stanęła w progu i rozchyliła poły płaszcza.

– Niech pani patrzy, jaki piękny towar – powiedziała i uśmiechnęła się bezzębnymi ustami.

Na piersiach, pomiędzy bluzką a bielizną, wepchnięty miała kawałek mięsa, zakrwawionego i poszarpanego. Zaraz odwróciłam wzrok. Potem długo nie mogłam zapomnieć widoku tego mięsa. A teraz jest z tego upieczony mostek cielęcy, czymś nadziewany, chyba jajkami i jarzynką. Do tego będą farfelki. Czyli takie kluseczki z ciasta. A na przystawkę muchomorki, galaretka, koreczki. Bardzo lubię pomagać robić przystawki i zdobić je, żeby były ładne. Robię muchomorki z pomidora przepołowionego i nafaszerowanego posiekanym jajkiem na twardo i zielonym groszkiem, a na kapeluszu takiego grzybka maluję kropeczki z majonezu i przybieram to wszystko zieleniną – to ma być trawa. Potem nadziewamy na patyczki ser, kiełbasę, korniszony – i to są koreczki. Układamy wszystko na półmiskach. Są jeszcze grzybki marynowane, które bardzo lubię „wydziobywać” ze słoika. I jeszcze gruszki w occie, które mamusia sama zrobiła latem.

– Takie się jadło w naszym domu. Z goździkami – dodaje, wykładając je na salaterkę.

Na deser będzie tort Sachera, który mamusia piekła w nocy, kiedy już spałam. Pieczenia tego tortu nauczyła się w domu od babci. A przepis był z Wiednia, taki jaki znali na dworze cesarza Franciszka Józefa.

Stół nakrywamy białym koronkowym obrusem.

– To jeszcze prezent od mojej teściowej – mówi mamusia do Maryni. – Zawsze żartowała, że na tym obrusie może ucztować, nie daj Boże, dwanaście osób – bo wszystkich trzeba nakarmić.

Słucham tego i też się uśmiecham, choć już znam ten żart.

Gości nie będzie dużo. Nie tak jak przed wojną. Wtedy na przyjęcia do rodziców czy dziadków przychodziło bardzo wielu gości. Nieraz kilkudziesięcioro. I podawano całego pieczonego indyka.

Mieliśmy dużą rodzinę. Mamusia miała troje rodzeństwa. Siostrę Sabinę, do której jestem podobna. Ta siostra przeżyła Oświęcim, ale umarła zaraz potem na tyfus. Mamusia dostała list, że jej siostra czeka na nią w obozie, ale nie było czym tam dojechać. Kiedy mama dotarła już do Oświęcimia – ciocia Sabina, która była chora na tyfus, umarła na jej rękach. Miała też brata Jakuba i najmłodszą siostrę Irenkę – oni oboje z dziadkami poszli do gazu. Było też dużo kuzynów i kuzynek, ale wszyscy zginęli.