Lab girl

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Lab girl
Tekst
Lab girl
E-book
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wszystko, co piszę,

dedykowane jest mojej matce

Im więcej przedmiotów dotykałam,

im więcej ich nazw i zastosowań poznawałam,

tym pewniejsze stawało się moje poczucie

przynależności do świata.

— Helen Keller

Prolog

Ludzie uwielbiają ocean. Zawsze pytają mnie, dlaczego nie zajmuję się badaniami nad nim – w końcu mieszkam na Hawajach. Odpowiadam, że ocean to puste, samotne miejsce. Na lądzie jest sześć razy więcej różnych form życia, głównie roślinnego. Przeciętna oceaniczna roślina to jednokomórkowy organizm, którego długość życia wynosi jakieś dwadzieścia dni. Przeciętna roślina lądowa to dwutonowe stuletnie drzewo. Stosunek masowy roślin do zwierząt żyjących w oceanie wynosi w przybliżeniu cztery do jednego, natomiast tych lądowych – tysiąc do jednego. Tu liczby są imponujące: w samych tylko lasach chronionych na zachodzie Stanów Zjednoczonych rośnie osiemdziesiąt miliardów drzew, a ich stosunek masowy do mieszkańców Ameryki wynosi dużo ponad dwieście do jednego. Generalnie ludzie żyją w otoczeniu roślin, ale ich nie dostrzegają. Odkąd poznałam te statystyki, nie widzę prawie nic poza nimi.

A więc proszę, spełnijcie moją prośbę i wyjrzyjcie na chwilę przez okno.

Co zobaczyliście? Prawdopodobnie to, co stworzył człowiek, a więc innych ludzi, samochody, budynki, chodniki. Już po kilku latach projektowania, konstruowania, wydobycia, wykuwania, kopania, spawania, kładzenia cegieł, wprawiania okien, szpachlowania, zakładania hydrauliki i instalacji elektrycznej oraz malowania ludzie są w stanie postawić stupiętrowy drapacz chmur, który rzuca cień na trzysta metrów. To naprawdę imponujące.

A teraz wyjrzyjcie przez okno raz jeszcze.

Czy zauważyliście coś zielonego? Jeśli tak, to wasz wzrok spoczął na jednej z niewielu rzeczy na świecie, których ludzie nie potrafią wytworzyć. To, co widzieliście, zostało wymyślone ponad czterysta milionów lat temu nieopodal równika. Być może mieliście szczęście i udało się wam dostrzec jakieś drzewo. Jego projekt pochodzi sprzed około trzystu milionów lat. Wydobycie pierwiastków z atmosfery, kładzenie komórek, szpachlowanie woskiem, zakładanie hydrauliki i pigmentacja zajęły naturze najwyżej kilka miesięcy, a finałem tych prac jest liść, ni mniej, ni więcej. Na jednym drzewie rośnie w przybliżeniu tyle samo liści co włosów na ludzkiej głowie. To naprawdę imponujące.

A teraz skupcie wzrok na pojedynczym liściu.

Ludzie nie mają pojęcia, jak je wytworzyć, ale za to bardzo dobrze radzą sobie z ich niszczeniem. W ciągu ostatniej dekady ścięto ponad pięćdziesiąt miliardów drzew. Jedna trzecia lądów naszej planety była kiedyś porośnięta lasami. Co dziesięć lat znika na zawsze mniej więcej procent tej pierwotnej puszczy. Ten jeden procent w przybliżeniu odpowiada powierzchni Francji. Przez całe lata jedną Francję za drugą ścierano z powierzchni ziemi. To ponad bilion liści dosłownie odrywanych od źródła pożywienia każdego dnia. I wygląda na to, że nikogo to nie obchodzi. A powinno. Powinno nas obchodzić z tego samego podstawowego powodu, z jakiego takie rzeczy zawsze powinny nas obchodzić: ponieważ umarł ktoś, kto nie musiał umierać.

Ktoś umarł?

Może uda mi się was przekonać. Każdego dnia patrzę na naprawdę mnóstwo liści. Spoglądam na nie i stawiam pytania. Zaczynam od przyjrzenia się kolorowi: jaki to dokładnie odcień zieleni? Czy góra różni się od dołu? Środek jest inny od krawędzi? I jakie są te krawędzie? Gładkie? Ząbkowane? Jak dobrze liść jest nawodniony? Czy jest zwiotczały? Pomarszczony? Ma czerwony odcień? Pod jakim kątem łączy się z łodygą? Jak duża jest jego powierzchnia? Większa od wnętrza dłoni? Mniejsza od paznokcia? Czy liść jest jadalny? A może trujący? Jakie jest jego nasłonecznienie? Jak często padają na niego krople deszczu? Jest chory? Zdrowy? Ważny? Zbędny? Żywy? I dlaczego?

A teraz wy zadajcie wasze pytania, patrząc na wasz liść.

I wiecie co? Jesteście teraz naukowcami. Ludzie mówią, że żeby być naukowcem, trzeba się znać na matematyce, fizyce czy chemii. Nie mają racji. To jak powiedzieć, że trzeba umieć szydełkować, żeby być gospodynią domową, albo że trzeba znać łacinę, żeby studiować Biblię. Jasne, to pomaga, ale na to przyjdzie czas. Najpierw pojawiają się pytania, które wy właśnie zadajecie. To wcale nie jest jakaś wiedza tajemna, jak się ludziom wydaje.

A więc pozwólcie, że podzielę się z wami moimi opowieściami, jak naukowiec z naukowcem.

Część I. Korzenie i liście"


1

Nie ma na świecie nic bardziej doskonałego od suwaka logarytmicznego. Połyskujące aluminium, z którego jest zrobiony, chłodzi usta, gdy go do nich przyłożyć, a jeśli podstawić go równo pod światło, to w jego rogach zobaczymy najdoskonalsze kąty proste, jakie widział świat. Przekręcony na bok z gracją zamienia się w oryginalny rapier, który niezauważalnie chowa się i wysuwa. Nawet mała dziewczynka może posługiwać się taką „bronią, której kursor służy za rękojeść. Moja pamięć nie jest w stanie oddzielić obrazów podobnej zabawy od zasłyszanych w dzieciństwie opowieści, więc zawsze już będę wyobrażać sobie, jak zrozpaczony Abraham unosi ten budzący grozę instrument nad głową biednego, małego Izaaka, którego ma zaraz złożyć w ofierze za pomocą wyżej wymienionego narzędzia.

Dorastałam w pracowni ojca, gdzie bawiłam się pod stołami laboratoryjnymi, aż urosłam na tyle, że mogłam się bawić na nich. W owym laboratorium należącym do skromnego college’u przygotowawczego w samym środku sielskiej Minnesoty mój ojciec przez czterdzieści dwa lata uczył podstaw fizyki i nauki o Ziemi. Kochał swoje laboratorium. Ja i moi bracia również pokochaliśmy to miejsce.

Jego ściany z pustaków pokryte były grubą warstwą połyskującej kremowej farby, ale jeśli się zamknęło oczy i skupiło, to można było wyczuć teksturę cementu. Pamiętam, że kiedyś stwierdziłam, że czarna kauczukowa boazeria musiała być czymś przyklejona do ścian, ponieważ gdy mierzyłam ją dokładnie za pomocą trzydziestometrowej żółtej taśmy, nie znalazłam ani jednego śladu gwoździa. W pomieszczeniu stały długie stoły warsztatowe, przy których siedziało obok siebie po pięciu studentów zwróconych w tę samą stronę. Te czarne blaty były zimne niczym płyty nagrobne i zrobiono je z równie trwałego materiału, którego nie mógł przeżreć kwas, a młotek rozbić („nie próbujcie tego w domu”). Stoły warsztatowe były na tyle mocne, że można było stanąć na ich brzegach i nic – nawet kamieniem nie dało się ich porysować („nie próbujcie tego w domu”).

W równych odstępach na stołach rozmieszczono oślepiająco świecące dysze, których uchwyty były tak mocno zakręcone, że aby przekręcić je o dziewięćdziesiąt stopni, trzeba było włożyć w to całą siłę, a kiedy już się to udawało, z tej, przy której widniał napis „gaz”, nie wydobywało się nic, ponieważ nie była podłączona, ale z tej, przy której był napis „powietrze”, wydobywał się tak silny podmuch, że aż chciało się przyłożyć do niej usta („nie próbujcie tego w domu”). Laboratorium było otwartą, czystą i pustą przestrzenią, ale każda szuflada zawierała fascynujący zbiór magnesów, drucików, szkiełek i metali, a każdy z tych przedmiotów miał swoje zastosowanie – trzeba było tylko dociec jakie. W szafce przy drzwiach trzymano taśmę do testowania pH, czarodziejską jak sztuczka magiczna, tyle że była jeszcze lepsza, ponieważ oprócz pokazywania magii wyjaśniała też jakąś tajemnicę: widziało się różnicę w kolorze, a więc i w pH, między kroplą śliny a kroplą wody, piwa korzennego bądź moczu – ale nie krwi, gdyż ta nie jest przezroczysta (więc „nie próbujcie tego w domu”). To nie były zabawki dla dzieci, ale poważne przedmioty dla dorosłych, jednak niektóre pociechy cieszyły się pewnymi przywilejami, bo ich tata miał wielki pęk kluczy, więc można się było bawić sprzętem laboratoryjnym za każdym razem, kiedy się mu towarzyszyło, a on nigdy, ale to nigdy nie odmawiał, gdy prosiło się go o wyjęcie całego tego dobra.

Sięgając pamięcią do tych ciemnych zimowych wieczorów, które spędziliśmy razem w laboratorium, cały budynek nauk ścisłych jawi mi się niczym zamek należący do mnie i taty, po którym przechadzamy się jak udzielny książę z następczynią tronu, zbyt zajęci, by myśleć o naszym skutym lodem księstwie. Kiedy ojciec przygotowywał się do zajęć na następny dzień, mogłam uczestniczyć we wszystkich eksperymentach i pokazach, upewniając się, że studenci nie napotkają na swej drodze problemów i uda im się osiągnąć łatwy sukces, którego łaknęli. Ślęczeliśmy nad sprzętem i naprawialiśmy to, co było zepsute, a tata zawczasu nauczył mnie, jak rozkładać przyrządy na części, i zaznajamiał z ich działaniem po to, bym umiała je naprawić, jeśli coś się kiedyś zepsuje. Wpoił mi, że wstydem nie jest coś zepsuć, ale nie umieć tego naprawić.

O ósmej wieczorem wychodziliśmy do domu, żebym o dziewiątej była już w łóżku. Po drodze zahaczaliśmy najpierw o maleńki, pozbawiony okien gabinet ojca. Jedyną ozdobą tego miejsca był gliniany kubek na ołówki, który dla niego zrobiłam. Zabieraliśmy stamtąd nasze palta, czapki, szaliki i inne rzeczy, które mama wydziergała mi na drutach, bo sama nie miała podobnych porządnych rzeczy, gdy była małą dziewczynką. Kiedy siłowałam się, by włożyć swoje solidne buciory na dwie pary skarpet, zapach ciepłej, wilgotnej wełny mieszał się z wonią wiórków z ołówków, które stępiliśmy, a które tata zawsze wtedy temperował. Potem z werwą zapinał swoje obszerne palto, wkładał rękawiczki z jeleniej skóry i przypominał mi, żebym dobrze naciągnęła czapkę na uszy.

 

Zawsze jako ostatni opuszczał budynek i przed wyjściem robił jeszcze dwie rundki po korytarzach: pierwszą, by upewnić się, że wszystkie prowadzące na zewnątrz drzwi są zamknięte, a drugą, żeby jedno po drugim pogasić wszystkie światła. Człapałam za nim, uciekając przed postępującą ciemnością. Kiedy w końcu docieraliśmy do bocznego wyjścia, tata pozwalał mi wyłączyć ostatnie światła i wychodziliśmy z budynku. Zamykając drzwi wyjściowe, zawsze dwa razy sprawdzał, czy zamek na pewno się zablokował.

I tak, znalazłszy się na zimnie bez możliwości powrotu do ciepłego budynku, staliśmy na rampie, wpatrując się w mroźne niebo i dalej, w spowitą chłodem przestrzeń. Patrzyliśmy na światła wydzielone całe lata wcześniej przez niewyobrażalnie gorące ognie, które wciąż płonęły na drugim końcu galaktyki. Nie znałam nazw konstelacji świecących nade mną gwiazd, choć jestem pewna, że tata znał je wszystkie, a także historię każdej z nich. Zazwyczaj przemierzaliśmy w ciszy te dwie mile, które dzieliły nas od domu. Wspólne milczenie jest naturalnym stanem w skandynawskich rodzinach i to chyba wychodzi im najlepiej.

College przygotowawczy, gdzie pracował tata, znajdował się na zachodnim skraju naszego miasteczka, które rozciągało się zaledwie na dziesięć kilometrów, licząc od jednego postoju ciężarówek do drugiego. Rodzice, ja i moi trzej starsi bracia mieszkaliśmy w ceglanym domu na południe od głównej ulicy, cztery przecznice na zachód od miejsca, w którym w latach dwudziestych wychowywał się tata, osiem przecznic na wschód od miejsca, w którym w latach trzydziestych wychowywała się mama, dwieście kilometrów na południe od Minneapolis i dziesięć kilometrów na północ od granicy ze stanem Iowa.

Nasza droga przez miasteczko prowadziła obok przychodni, w której ten sam lekarz, który przyjął mnie na świat, od czasu do czasu robił mi wymaz z gardła, żeby sprawdzić, czy nie nabawiłam się anginy. Następnie mijaliśmy wieżę w kolorze błękitnej pasty do zębów, będącą najwyższą budowlą w mieście, a potem przechodziliśmy obok liceum, w którym uczyli dawni studenci taty.

Gdy przechodziliśmy pod okapem budynku kościoła prezbiteriańskiego, gdzie moi rodzice byli na swojej pierwszej randce podczas pikniku szkółki niedzielnej w 1949 roku, gdzie pobrali się w 1953 roku, mnie samą ochrzczono w 1969 roku i gdzie nasza rodzina spędzała każdy niedzielny poranek bez wyjątku, tata podnosił mnie, żebym mogła sobie odłamać jakiś gruby sopel lodu. Idąc, kopałam go jak hokejowy krążek, a on co jakieś dziesięć kroków rozdzwaniał się, uderzając o leżący na poboczu ubity śnieg.

Szliśmy odśnieżonymi chodnikami, mijając solidnie ocieplone domy chroniące przed zimnem mieszkające w nich rodziny, które bez wątpienia podobnie jak my zatopione były w milczeniu. Prawie w każdym z tych domów mieszkał ktoś znajomy: od czasów zabaw w piaskownicy po bal maturalny dorastałam z synami i córkami chłopców i dziewcząt, z którymi w dzieciństwie bawili się moi rodzice, a żadne z nas nie było w stanie przypomnieć sobie czasów, kiedy się nie znaliśmy, chociaż nasza głęboko zakorzeniona powściągliwość nie pozwalała nam zbyt dobrze się poznać. Dopiero gdy w wieku siedemnastu lat wyjechałam na studia, zdałam sobie sprawę z tego, że świat zamieszkują głównie obcy sobie ludzie.

Kiedy z drugiego końca miasteczka moich uszu dobiegało westchnienie zmęczonego potwora, wiedziałam, że jest dwadzieścia trzy po ósmej, a z miejscowej przetwórni jak co wieczór wyjeżdża właśnie pociąg. Słyszałam, jak jego żelazne hamulce najpierw zgrzytają, a potem cichną, gdy sznur pustych cystern, z których się składał, zaczynał powoli toczyć się na północ, w kierunku Saint Paul, gdzie każda z nich była napełniana ponad stoma tysiącami litrów solanki. Rano słyszeliśmy, jak pociąg wraca. Ten wyczerpany potwór ponownie wydawał z siebie westchnienie, kiedy zawartość cystern wypompowywano do przepastnego zbiornika soli niezbędnej do wyrobu bekonu.

Tory kolejowe biegły na linii północ–południe, odcinając od reszty miasteczka jego część, gdzie wciąż stoi prawdopodobnie największa rzeźnia na Środkowym Zachodzie. Każdego dnia prowadzi się tu ubój i przetwarza mięso ponad dwudziestu tysięcy zwierząt.

My należeliśmy do nielicznych znanych mi rodzin, których członkowie nie byli bezpośrednio zatrudnieni w przetwórni, ale nasi liczni przodkowie już tak. Moi pradziadkowie, podobnie zresztą jak praktycznie całe miasteczko, przybyli do Minnesoty na fali masowej emigracji z Norwegii, która rozpoczęła się około roku 1800. I jak wszyscy inni mieszkańcy miasta, w zasadzie nie wiedziałam nic więcej o swoich przodkach. Zgadywałam, że nie przenieśli się do najzimniejszego miejsca na ziemi, by zająć się patroszeniem świń, bo w Europie dobrze się im powodziło, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać, jak to było.

Nie dane mi było poznać żadnej z moich babć – obie umarły, zanim się urodziłam. Pamiętam natomiast dziadków: jeden umarł, gdy miałam cztery lata, a drugi, gdy skończyłam siedem, jednak nie jestem w stanie przypomnieć sobie, by kiedykolwiek odezwali się bezpośrednio do mnie. Tata był jedynakiem, ale mama miała chyba ponad dziesięcioro rodzeństwa, z czego większości nigdy nie poznałam. Z ciotkami i wujami nie spotykaliśmy się całymi latami, mimo że niektórzy mieszkali w naszym mieście. Prawie nie zauważyłam, kiedy moi bracia dorośli i po kolei wyprowadzali się z domu, ponieważ żyjąc pod jednym dachem, czasami i przez wiele dni nie bardzo mieliśmy o czym ze sobą rozmawiać.

Emocjonalny dystans między członkami skandynawskich rodzin jest czymś, co zaczyna się we wczesnym dzieciństwie i jest codziennie „pielęgnowane”. Czy wyobrażacie sobie dorastanie w kulturze, w której nigdy nie możecie nikogo o nic zapytać? W której zwykłe „Jak się masz?” uznawane jest za zbyt osobiste pytanie, na które nie ma obowiązku odpowiadać? W której jesteście uczeni, że zawsze należy zaczekać, aż ktoś pierwszy wspomni o tym, co go trapi, mimo że uczy się was, żeby nigdy nie wspominać o własnych bolączkach? To musi być pozostałość po technikach przetrwania jeszcze z czasów wikingów, kiedy należało długo trzymać język za zębami dla zapobieżenia niepotrzebnym morderstwom podczas przeciągających się ciemnych zim spędzanych w bliskości z innymi wobec kurczących się zapasów żywności.

Będąc dzieckiem, myślałam, że cały świat zachowuje się tak samo jak my, więc byłam zdezorientowana, gdy wyprowadziwszy się ze stanu, zaczęłam poznawać ludzi, którzy w niewymuszony sposób okazywali sobie ciepło i troskę, za czym tak długo tęskniłam. Wtedy musiałam nauczyć się żyć w świecie, w którym ludzie nie odzywają się do siebie nie dlatego, że się znają, ale dlatego, że się nie znają. Zanim jeszcze docieraliśmy do Czwartej Ulicy (lub też „Alei Kenwood”, jak nazywał ją tata, który dorastał w latach dwudziestych, na długo przed tym, jak zaczęto nadawać ulicom nazwy numeryczne, i nigdy nie przywykł do nowego systemu), w dali już widzieliśmy drzwi frontowe naszego dużego ceglanego domu. Moja mama jako dziecko marzyła, by w nim zamieszkać, a po ślubie rodzice przez osiemnaście lat odkładali pieniądze na jego zakup. Mimo że szłam żwawym tempem, zawsze dużo wysiłku kosztowało mnie, by dotrzymać tacie kroku. Moje palce były tak skostniałe z zimna, że wiedziałam, że będą mnie bolały, kiedy już je ogrzeję. Gdy temperatura spada do pewnej wartości poniżej zera, nawet najgrubsze rękawiczki świata nie ogrzeją dłoni, więc widząc dom, zawsze cieszyłam się, że jesteśmy prawie na miejscu. Tata naciskał ciężką, żelazną klamkę i ramieniem otwierał dębowe drzwi. Wchodziliśmy do środka, z jednego zimna w drugie, innego rodzaju.

W korytarzu znów siłowałam się z butami, tym razem, by je zdjąć, a potem wygrzebywałam się spod warstw palta, swetrów i szalików. Tata wieszał nasze ubrania w ogrzewanej szafie, a ja wiedziałam, że rano przed wyjściem do szkoły będą na mnie czekać cieplutkie i suche rzeczy. Słyszałam, jak w kuchni mama wyjmuje naczynia ze zmywarki, jak noże obijają się o siebie, kiedy wkłada je do szuflady na sztućce i z łoskotem zamyka. Mama zawsze chodziła nadąsana, a ja nigdy nie potrafiłam pojąć dlaczego. Z charakterystycznym dla dziecka egocentryzmem myślałam, że to przez coś, co powiedziałam lub zrobiłam. W takich chwilach przysięgałam sobie, że w przyszłości będę miała większe baczenie na słowa.

Szłam na górę, przebierałam się we flanelową piżamkę i kładłam do łóżka. Okna mojej sypialni wychodziły na południe i rozciągał się z nich widok na zamarznięty staw, gdzie w sobotę cały dzień ślizgałam się na łyżwach, jeśli do tego czasu nieco się ociepliło. Wełniany dywan w moim pokoju miał kolor przydymionego błękitu, a ściany oklejone były pasującym do niego adamaszkiem. Początkowo pokój urządzono dla bliźniaczek i stały w nim dwa wbudowane biureczka, dwie wbudowane toaletki i tak dalej, i tak dalej. Kiedy w nocy nie mogłam spać, siadywałam we wnęce przy oknie, przesuwając palcem wzdłuż piórkowych kryształków szronu na szybie i starając się nie spoglądać na puste miejsce przy drugim oknie, gdzie powinna siedzieć druga siostra.

To, że z dzieciństwa pamiętam tak dużo chłodu i ciemności, nie jest niczym niezwykłym, biorąc pod uwagę, że dorastałam w miejscu, gdzie przez dziewięć miesięcy w roku leżał śnieg. Wejście i wyjście z zimy wyznaczało rytm naszego życia. Jako dziecko zakładałam, że ludzie na całym świecie patrzyli, jak umiera świat lata, pewni jego ponownych narodzin, ponieważ ta ich wiara zawsze wychodziła zwycięsko z próby lodu i chłodu zimy.

Co roku widziałam, jak opadają pierwsze płatki wrześniowej obfitości, zamieniając się w białe grudniowe zaspy, które z kolei zastygają w głębokiej, lodowej pustce pod koniec lutego, by ostatecznie stać się połyskującą nieruchomą bryłą wypolerowaną przez zacinającą kwietniową słotę. Nasze kostiumy na Halloween i na Wielkanoc były uszyte tak, by można było włożyć na nie zimowy kombinezon, a czas Bożego Narodzenia opatulał nas w wełnę, aksamit i jeszcze trochę wełny. Jedyne letnie zajęcie, jakie dobrze pamiętam, to prace w ogrodzie z mamą.

W Minnesocie wiosenna odwilż przychodzi znienacka, kiedy nagle z dnia na dzień zamarznięta ziemia odtaje w słońcu, a gąbczasta gleba wilgotnieje od środka. Pierwszego dnia wiosny można sięgnąć w głąb ziemi, bez trudu wyciągając duże, luźne bryłki, jakby nabierało się całe garście wilgotnego murzynka prosto z piekarnika – oczywiście nie licząc wynurzających się z niego i ponownie chowających się tłuściutkich różowych dżdżownic. W całej południowej Minnesocie nie ma nawet skrawka gliniastego podłoża. Leży tu tylko gruby koc czarnej ziemi, który od stu tysięcy lat przykrywa wapień, i tylko od czasu do czasu przechodzi po nim lodowiec. Gleba tu jest bogatsza niż gotowa ziemia doniczkowa dostępna w jakimkolwiek sklepie. W ogrodzie w Minnesocie wyrośnie wszystko, co tylko chcecie, bez potrzeby nawadniania czy nawożenia – wszelkich niezbędnych substancji dostarczają deszcz i dżdżownice. Jednak okres wegetacji jest krótki, więc nie ma czasu do stracenia.

Moja mama oczekiwała od swojego ogrodu dwóch rzeczy: wydajności i efektów. Preferowała rozrosłe, samodzielne rośliny, takie jak botwina i rabarbar, które gwarantowały obfite zbiory, a częste „żniwa” tylko je wzmacniały. Nie miała ani czasu, ani ochoty pielęgnować wymagającej sałaty czy pomidorów do suszenia. Zamiast tego wolała sadzić chrzan i marchew, które po cichu i pod ziemią same się sobą zajmowały. Nawet kwiaty dobierała „twarde” i znane z wytrzymałości: pąki peonii wielkości piłek, które przeradzały się w kwiaty wielkości główki kapusty, w morze różowych płatków. Szorstkie lilie tygrysie oraz tłuściutkie, brodate irysy, które nigdy nie zawodziły i wiosna za wiosną wyrastały z cebulek.

Każdego roku w Święto Pracy razem z mamą siałyśmy nasiona, a tydzień później usuwałyśmy te, z których nic nie wyrosło, od ręki zastępując je nowymi. Pod koniec czerwca rośliny osiągały już odpowiednie rozmiary, a cały świat dookoła nas był tak zielony, że wydawać by się mogło, że to niemożliwe, by kiedykolwiek wyglądał inaczej. W lipcu potniejące liście wszystkich tych roślin wydzielały tyle wilgoci, że linie energetyczne nad naszymi głowami aż skwierczały.

Moje najwyraźniejsze wspomnienie naszego ogrodu to wcale nie wypełniające go zapachy, lecz dźwięki. Być może zabrzmi to dla was dziwnie, ale na Środkowym Zachodzie naprawdę można usłyszeć, jak rosną rośliny. U szczytu sezonu słodka kukurydza zyskuje cal każdego dnia, a kiedy jej łupiny ruszają się nieco, robiąc miejsce dla tego przyrostu masy, wydają cichy szmer, który można usłyszeć, jeśli w bezszelestny sierpniowy dzień stanie się na polu pomiędzy rzędami. Kiedy tak kopałyśmy w ogrodzie, przysłuchiwałam się leniwemu brzęczeniu pszczół, które jak pijane przefruwały z kwiatka na kwiatek. Przysłuchiwałam się miłemu dla ucha urywanemu świergotowi kardynałów wygłaszających swoje uwagi na temat naszego karmnika, chrobotaniu naszych rydli wbijających się w ziemię, a także władczemu wyciu syreny fabrycznej, które rozlegało się codziennie w południe.

 

Mama uważała, że wszystko można zrobić dobrze, ale można i źle, co oznaczało robienie wszystkiego od początku, najlepiej kilkakrotnie. Wiedziała, jak mocno należy przyszyć każdy guzik przy koszuli, mając na uwadze częstotliwość jego użycia. Znała najlepszy sposób zbioru jagód dzikiego bzu w poniedziałek, tak aby w środę ich łodygi nie zapchały starego blaszanego durszlaka, kiedy je odcedzałyśmy po całym dniu duszenia we wtorek. Zawsze wybiegała myślą o dwa kroki naprzód w każdym możliwym kierunku i nigdy nie wątpiła w swoją rację, a ja uważałam, że nie było na świecie niczego, czego nie potrafiłaby zrobić.

Mama faktycznie umiała robić – i robiła – wiele rzeczy, które nie do końca były przydatne po zakończeniu wielkiego kryzysu, kiedy nie brakowało dostaw z powodu wojny, a prezydent Ford uspokajał, że wszystkie nasze koszmary już minęły. W historii swojego życia „od zera do (powiedzmy) milionera” widziała niełatwe zwycięstwo odniesione nad jakimś złem. Stwierdziła, że jej dzieci powinny kontynuować walkę, by dorównać tej legendzie, po czym zaprawiała nas do boju, który nigdy nie nadszedł.

Za każdym razem, gdy na nią patrzyłam, trudno mi było uwierzyć, że ta stojąca przede mną elokwentna i elegancka kobieta była kiedyś brudnym, głodnym i przerażonym dzieckiem. Tylko dłonie ją zdradzały: były zbyt wytrzymałe jak na styl życia, który wówczas prowadziła, a ja odnosiłam wrażenie, że umiałaby pochwycić królika, który był zmorą naszego ogrodu, i bez mrugnięcia okiem skręcić mu kark, gdyby stworzenie owo było na tyle głupie, by za bardzo się do niej zbliżyć.

Jeśli dorastasz wśród ludzi, którzy nie mówią zbyt wiele, to kiedy w końcu się do ciebie odezwą, jest to nie do zniesienia. Jako dziecko moja mama była nie tylko najbiedniejszą, ale i najbystrzejszą dziewczynką w hrabstwie Mower. Będąc uczennicą ostatniej klasy liceum, otrzymała wyróżnienie w dziewiątym dorocznym krajowym konkursie młodych talentów o nazwie Westinghouse Science Talent Search. Otrzymała wyróżnienie, które co roku przyznawano uczennicy z terenów wiejskich, i chociaż nie było nagrodą główną, to i tak włączało ją w poczet tych najlepszych. Znalazła się w towarzystwie takich późniejszych sław jak Sheldon Glashow, zdobywca Nagrody Nobla z dziedziny fizyki, oraz Paul Cohen, któremu w 1966 roku przyznano Medal Fieldsa, będący najwyższym wyróżnieniem w dziedzinie matematyki.

Niestety, za wyróżnieniem, które otrzymała, szło jedynie roczne honorowe członkostwo w Akademii Nauk Stanu Minnesota, a nie stypendium na studia wyższe, na które liczyła. Niezrażona i tak przeniosła się do Minneapolis i próbowała się utrzymać, studiując chemię na Uniwersytecie Minnesoty, ale niedługo potem stwierdziła, że nie jest w stanie pogodzić studiów wymagających spędzania długich godzin popołudniami w laboratorium z pracą opiekunki do dzieci, którą zarabiała na czesne. W 1951 roku wymyślono „doświadczenie uniwersyteckie” dla mężczyzn, głównie tych, którzy mieli środki finansowe albo przynajmniej różne możliwości podjęcia pracy innej niż czyjaś niania. Mama wróciła do naszego miasteczka, wyszła za tatę, urodziła czworo dzieci i kolejne dwadzieścia lat swojego życia poświęciła na ich wychowanie. Zdecydowana uzyskać dyplom licencjata, kiedy najmłodsze z nich będzie przynajmniej w wieku przedszkolnym, ponownie zapisała się na Uniwersytet Minnesoty. Ponieważ musiała ograniczyć się do kursów korespondencyjnych, wybrała literaturę angielską. A ja, spędzając większość dni pod jej opieką, zostałam w sposób naturalny włączona w jej studia.

Przedzierałyśmy się przez Chaucera, a ja nauczyłam się asystować jej, wyszukując hasła w słowniku. Spędziłyśmy kiedyś całą zimę, pieczołowicie notując na osobnych karteczkach każdy przykład symbolizmu w Wędrówce Pielgrzyma. Z zadowoleniem patrzyłam, jak ich stosik rośnie, grubością przewyższając samą książkę. Mama zawijała sobie włosy na wałeczki, bez przerwy i od nowa słuchając nagrań wierszy Carla Sandburga, i instruowała mnie, jak mam słuchać ich słów, za każdym razem inaczej. Kiedy odkryła Susan Sontag, wyjaśniła mi, że nawet samo znaczenie jest swego rodzaju konstruktem, a ja nauczyłam się wtedy, jak należy przytakiwać i udawać, że rozumiem.

Mama pokazała mi, że czytanie jest pracą, a każdy akapit zasługuje na włożenie wysiłku w jego zrozumienie. W ten sposób nauczyłam się pochłaniać trudne książki. Jednak niedługo po pójściu do przedszkola dowiedziałam się, że czytanie trudnych książek niesie ze sobą również kłopoty. Karano mnie za czytanie z wyprzedzeniem, przed resztą klasy, a także za niechęć do mówienia i „miłego” zachowania. Nie mam pojęcia, dlaczego jednocześnie bałam się i ubóstwiałam moje nauczycielki, ale wiedziałam, że stale potrzebuję ich uwagi, pozytywnej czy negatywnej. Malutka, ale zdeterminowana, płynęłam po niespokojnych wodach bycia sobą, wiedząc, że to więcej, niż ludzie chcą widzieć.

W domu, pracując w ogrodzie i czytając z mamą, doświadczałam niejasnego uczucia, że czegoś nie robimy, że to coś czułego, co normalnym matkom i córkom przychodzi naturalnie, ale nie byłam w stanie określić, co to takiego, i myślę, że mama też tego nie wiedziała. Najprawdopodobniej kochamy się, każda na swój uparty sposób, choć nie mogę tego na sto procent stwierdzić, zapewne dlatego, że nigdy o tym szczerze nie rozmawiałyśmy. Bycie matką i córką zawsze odczuwałam jak eksperyment, którego jakoś nie udaje nam się dobrze przeprowadzić.

W wieku pięciu lat olśniło mnie, że nie jestem chłopcem. Wciąż nie byłam pewna, kim jestem, ale kimkolwiek bym była, nie miałam wątpliwości, że było to stworzenie gorsze od chłopca. Widziałam, jak moi bracia, o pięć, dziesięć i piętnaście lat starsi ode mnie, mogą przenosić całą naszą laboratoryjną zabawę do świata zewnętrznego: jako młodzi skauci ścigali się na modelach samochodów, budowali i odpalali rakiety, a na zajęciach technicznych pozwalano im używać tych potężnych narzędzi zawieszonych na ścianach i suficie. Oglądając Carla Sagana, Pana Spocka, Doktora Who czy Profesora, nigdy nie komentowaliśmy poczynań Siostry Chapel czy Mary Ann, obecnych gdzieś w tle. Jeszcze bardziej zaszyłam się w laboratorium taty jako w miejscu, gdzie mogłam najswobodniej zgłębiać tajniki świata mechaniki.

Był w tym pewien sens. To ja byłam tym dzieckiem, które było podobne do taty, a przynajmniej tak o sobie myślałam. Różnice między nami były jedynie kosmetyczne: tata wyglądał tak, jak naukowiec wyglądać powinien. Był wysoki, blady, gładko ogolony, a w swoich spodniach koloru khaki, białej koszuli i okularach w rogowej oprawce wyglądał chudo, a nawet cherlawo. Całości dopełniało wystające jabłko Adama. Jako pięciolatka stwierdziłam, że prawdziwa ja właśnie tak wyglądałam, mimo że na zewnątrz nosiłam przebranie małej dziewczynki.

Częścią tego przebrania było też udawanie dziewczynki, więc nabrałam zręczności w dbaniu o swój wygląd i spędzałam czas na plotkowaniu z koleżankami o tym, kto kogo lubi i co jeśli nie lubi. Godzinami mogłam skakać na skakance, umiałam szyć dla siebie ubrania i na trzy różne sposoby przyrządzić od zera każdą potrawę, wedle życzenia. Jednak późnym wieczorem, kiedy budynek college’u był opustoszały, ale dobrze oświetlony, towarzyszyłam ojcu w laboratorium. Tam przeobrażałam się z dziewczynki w naukowca, tak jak Peter Parker przemieniał się w Spider-Mana, tyle że w drugą stronę.