Pax RomanaTekst

Autor:Adrian Goldsworthy
Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Obywatele żołnierze Rzymu byli zdolni do budzącego grozę bestialstwa. Pokolenie za pokoleniem byli także skorzy do opuszczania na dłuższy czas swoich domów. Sześć lat z rzędu było zapewne typowym okresem służby dla ludzi wysyłanych w II wieku p.n.e. do Hiszpanii, a niewykluczone, że wielu z nich służyło jeszcze dłużej. W tym czasie ludzie tracili większość praw wynikających z obywatelstwa i podlegali karom cielesnym oraz karze śmierci z wyroku swych dowódców, a także narażali się na ryzyko śmierci z powodu chorób lub w starciu z wrogiem. Z drugiej strony – mogli zdobyć szacunek, czy wręcz podziw, towarzyszy broni, a za ich pośrednictwem ogółu obywateli. Bardziej namacalne nagrody pochodziły z łupów, które teoretycznie rozdzielano według ustalonego, dobrze zorganizowanego systemu. Polibiuszowy opis rzymskich żołnierzy wyrzynających ludzi i zwierzęta podczas szturmu na Nową Kartaginę miał podkreślić ich zdyscyplinowanie. Legioniści posłusznie wypełnili rozkazy, siejąc grozę i śmierć wśród mieszkańców, zamiast rozproszyć się i splądrować miasto, ufni, że po zgromadzeniu łupów otrzymają swój sprawiedliwy udział52.

Skala mobilizacji obywateli rzymskich nie miała sobie równych, dopóki pobór w rewolucyjnej i napoleońskiej Francji nie przewyższył nawet zaciągów Fryderyka Wielkiego. W republice rzymskiej była ona znacznie bardziej długotrwała i niewykluczone, że obejmowała większy odsetek ludności Rzymu, tym bardziej że jej ciężar spadał głównie na klasy posiadające. W II wieku p.n.e. co roku pod bronią było przynajmniej sześć legionów, niekiedy aż dwanaście, każdy liczący – w teorii, choć rzadko w praktyce – mniej więcej 4500–5000 żołnierzy. Podczas walk z Hannibalem często służyło ich jednocześnie aż dwadzieścia. Niechęć mężczyzn do zgłaszania się, kiedy Lukullus werbował armię w 151 r. p.n.e., była zjawiskiem rzadkim, do tego – w tym wypadku – szybko przezwyciężonym. Choć łatwo zrozumieć entuzjazm ludzi, którzy zaciągali się do walki z Hannibalem – był to wróg tuż za progiem, zagrażający samemu istnieniu republiki – uderzać musi gotowość, z jaką Rzymianie byli skłonni służyć nawet na bardziej odległych frontach w ciężkich kampaniach, które toczono z mniej oczywistych powodów53.

Wielu Rzymian czerpało korzyści z wygranych wojen. Zwykli żołnierze otrzymywali skromny udział w łupach, a w pewnych okresach niektórym z nich po zakończeniu służby państwo nadawało ziemię, choć nie robiło tego na tyle konsekwentnie, by wyjaśniało to gotowość, z jaką zaciągali się do wojska. Senatorowie, którzy poprowadzili armię do zwycięstwa, stawali się ludźmi bogatymi, a bogactwo wspomagało ich kariery i podnosiło prestiż ich samych oraz ich rodów, niekiedy w namacalnej formie pomników, takich jak świątynie ufundowane z łupów. Inni bogacze czerpali zyski z kontraktów na zaopatrywanie armii, z pośrednictwa w sprzedaży łupów i jeńców wojennych albo z nadzorowania poboru podatków w prowincjach.

Niewolnicy napływali do Italii przez cały II wiek p.n.e., a znaczną ich część stanowili jeńcy wojenni – Juliusz Cezar w latach 58–51 p.n.e. pojmał ich podobno aż milion. Ludzie wzbogaceni na zyskach z ekspansji często inwestowali w ziemię w Italii, nabywając wielkie posiadłości i kupując niewolników, żeby zapewnić siłę roboczą do uprawiania pól czy doglądania stad. W drugiej połowie stulecia wielu Rzymian zaczęło się niepokoić, że kiedy sami wysyłają swych młodych ludzi za granicę, by walczyli za republikę, ich miejsce i środki do życia w coraz większym stopniu przywłaszczają sobie obcy niewolnicy. Prawda była bardziej skomplikowana, ale napływ niewolników rzeczywiście odmienił gospodarkę i społeczeństwo Italii. Można wątpić, czy jakąkolwiek wojnę stoczono po prostu dla zdobycia jeńców, ale byli oni z pewnością atrakcyjnym i lukratywnym produktem ubocznym ekspansji. Analogicznie, jedynym realnym zobowiązaniem nakładanym na italskich sprzymierzeńców Rzymu było dostarczanie kontyngentów żołnierzy mających służyć u boku legionów, ale nie ma żadnych dowodów wojen wszczynanych specjalnie po to, by podtrzymać ten związek. Jednakże Polibiusz wyjaśnia decyzję senatu o wysłaniu w 157 r. p.n.e. armii przeciwko Dalmatom po części tym, że „nie chcieli, by ludzie w Italii zniewieścieli na skutek długotrwałego pokoju. Był to przecież już dwunasty rok od czasów wojny z Perseuszem i akcji wojennej w Macedonii”54.

Republika rzymska sławiła dokonania militarne jako najwyższą służbę na rzecz państwa i mobilizowała olbrzymie zasoby – zwłaszcza sił ludzkich, własnych i sprzymierzonych – by praktycznie co roku toczyć wojnę. Nie wydaje się, by kiedykolwiek ktokolwiek w Rzymie sugerował, że nie jest to do końca naturalne lub słuszne. Mimo to, choć niektórzy uczeni zaczęli wskazywać na rzymską agresję jako na główną siłę napędową, która doprowadziła do stworzenia imperium, inni podkreślali, że owe strukturalne czynniki były znacznie bardziej skomplikowane. Republika nie była machiną tak przystosowaną do wojny, że po prostu szukała sobie jednego przeciwnika po drugim, stosowała wobec nich „masową przemoc” i na dłuższą metę podporządkowała wszystkich rzymskiej władzy55.

Zdarzały się długie okresy, w których toczono mniej wojen. Na przykład w ciągu trzydziestu trzech lat pomiędzy rokiem 200 a 167 p.n.e. odprawiono trzydzieści dziewięć triumfów, a potem czterdzieści sześć na przestrzeni siedemdziesięciu pięciu lat, od roku 166 do 91 p.n.e. Nie każdy wysoki urzędnik chciał ani też nie każdy otrzymywał prowincję wojskową – Sycylia po drugiej wojnie punickiej była w znacznej mierze zdemilitaryzowana, a jednak stanowisko jej namiestnika pozostawało prestiżowe. Nawet ludzie wysyłani, by dowodzić armiami w innych prowincjach, nie zawsze robili z nich użytek. Nic nie wskazuje na to, by w latach siedemdziesiątych i sześćdziesiątych II wieku p.n.e. w którejkolwiek z hiszpańskich prowincji toczyły się jakieś działania wojenne. Polowanie na triumfy się zdarzało, ale bynajmniej nie było powszechne, zdrady zaś i niczym nieuzasadnione rzezie były raczej wyjątkiem. Niekiedy senat interweniował w sprawach innych państw i wysyłał urzędnika z armią do walki z najbłahszego powodu. Przed rokiem 219 p.n.e. Rzymianie zawarli sojusz z hiszpańskim miastem Sagunt, które prowadziło wojnę z jednym ze sprzymierzeńców Hannibala. Być może ich celem było powstrzymać odradzanie się kartagińskiej potęgi w Hiszpanii, ale wtedy i przy innych okazjach zarzucano im, że wchodzą w sojusze po to tylko, by zyskać pretekst do stoczenia wojny, która oczywiście byłaby sprawiedliwa, gdyż teoretycznie wszczęto ją w obronie sojusznika56.

Częściej senat postanawiał nie interweniować pomimo wielokrotnych apeli o sojusz i bezpośrednią pomoc wojskową. Czasami było to kwestią możliwości. Zasoby ludzkie obywateli i sprzymierzeńców, choć ogromne, nie były nieograniczone, a przy tym nie można było powołać pod broń zbyt wielkiej ich części na zbyt długi czas. Nie zawsze też było komu powierzyć dowództwo. W 219 r. p.n.e. obaj konsulowie zostali wysłani za Adriatyk, do Ilirii, co oznaczało, że nie było do dyspozycji nikogo, kto mógłby poprowadzić armię na odsiecz Saguntowi, kiedy Hannibal obległ miasto. Zamiast wojsk wysłano posłów z żądaniem, by odstąpił od oblężenia. Zanim Rzymianie zdobyli się na interwencję zbrojną, Sagunt został złupiony, jego mieszkańcy uprowadzeni do niewoli, sam Hannibal zaś był gotów do ataku na Italię.

Rzym nie zawsze działał agresywnie ani też nie sprowokował każdej wojny, którą stoczył. Jedną z najpoważniejszych słabości większości badań nad rzymskim imperializmem jest to, że mają one skłonność do analizowania go w oderwaniu od szerszego tła, jak gdyby wszystko zależało od zachowania Rzymian, a inne państwa były tylko biernymi ofiarami imperialistycznej agresji. Tak się składa, że wiemy znacznie więcej na temat dziejów Rzymu niż niemal jakiegokolwiek innego państwa, i wiemy także, że Rzymianie stworzyli imperium, które przetrwało wieki. Nie ulega wątpliwości, że republika była agresywnym imperialistycznym mocarstwem, ale jeśli przyjrzymy się bliżej ówczesnym państwom, staje się oczywiste, że dokładnie to samo można by powiedzieć o niemal każdym innym królestwie, kraju i nacji57.

Greckie miasta, włącznie – czy wręcz na czele – z demokratycznymi Atenami, toczyły wojny często i z wielkim zapałem, ich obywatele chętnie zgłaszali się na ochotnika do służby wojskowej i oddawali cześć poległym. Piractwo w VI wieku p.n.e. i później było najzupełniej godnym zajęciem dla ateńskiego arystokraty, tak samo zaszczytnym jak pokojowy handel. Grecy zabijali Greków znacznie częściej niż kulturowo odmienni cudzoziemcy, tacy jak Persowie. Aleksander Wielki i jego ojciec Filip II walczyli długo i zaciekle o dominację nad Grecją, a syn zaczął realizować później jeden z największych programów podboju w dziejach, atakując Persję – rzekomo w odwecie za perską inwazję na Grecję sprzed półtora wieku, choć twierdzenie to przestało brzmieć przekonująco, gdy dotarł do Indii. Filozofowie nie posunęli się do uznania wojny za normalną relację między dwoma państwami, ale jasne jest, że uważali, iż autentycznie pokojowe stosunki są czymś niezwykłym. Powszechną praktyką było deklarowanie określonej liczby lat pokoju w traktatach kończących wojny, i istniało spore prawdopodobieństwo, że jedna lub druga strona złamie porozumienie, wznawiając działania zbrojne przed upływem tego czasu58.

Ustrój polityczny nie miał większego wpływu na częstotliwość agresji; demokracje, oligarchie i monarchie były jednakowo skłonne do napadania innych. Hellenistyczne państwa, które powstały po rozpadzie imperium Aleksandra Wielkiego, były wybitnie wojownicze, gdyż każdy z ich władców chciał się okazać prawdziwym dziedzicem wielkiego zdobywcy. Pyrrus ochoczo zareagował na apel Tarentum, przeprawiając się do Italii, by stoczyć wojnę, która zupełnie go nie dotyczyła, w nadziei zdobycia potęgi, bogactwa i chwały. Kartagina także nie odstawała znacząco od tego grona, zagarniając rozległe terytoria w Afryce, przez stulecia rywalizując z greckimi miastami o kontrolę nad Sycylią, a później inicjując program podbojów w Hiszpanii. Pyrrus w pewnym momencie zaangażował się w walkę przeciwko Kartagińczykom na Sycylii, co na kilka lat oderwało go od wojny z Rzymem.

 

Nawet najdrobniejszy pretekst wystarczał dla usprawiedliwienia wojny i nie tylko Rzymianie zawierali dogodne sojusze, aby uzasadnić interwencję zbrojną. W szeroko pojętym świecie greckim liczono się wprawdzie z opinią publiczną, ale tylko do pewnego stopnia, i było mało prawdopodobne, by jej ignorowanie mogło mocno zaszkodzić odnoszącemu ciągłe sukcesy państwu. Wojny greckie, macedońskie i kartagińskie dostarczają licznych przykładów rzezi, zdrad i masowego zniewolenia, dorównujących bezwzględności rzymskiej sztuki wojennej. Można wątpić, czy mieszkańcy Saguntu zostali potraktowani przez żołnierzy Hannibala łagodniej niż ludność Nowej Kartaginy przez legionistów Scypiona – albo, skoro już o tym mowa, Tebańczycy, kiedy Aleksander Wielki splądrował ich miasto w 335 r. p.n.e. Wojna w starożytnym świecie bywała niezwykle brutalna59.

Grecy, a po nich Rzymianie, stereotypowo przedstawiali „barbarzyńców” – początkowo po prostu wszystkich poza Grekami, co obejmowało też Rzymian i innych mieszkańców Italii – jako z natury dzikich i wojowniczych. Przy całej głęboko zakorzenionej ksenofobii widocznej w tych poglądach wszelkie świadectwa wskazują, że wśród plemiennych ludów całego świata wojny były zjawiskiem nadzwyczaj częstym. Fortyfikacje występują na wielu obszarach, a broń jest licznie reprezentowana w zapisie archeologicznym, szczególnie w Europie. Często jest ona wyraźnie przeznaczona do wojowania, nie do polowań – nikt nie wybrałby miecza jako swego głównego oręża, chcąc upolować zwierzynę. Warowne osiedla i sprzęt wojskowy nie dowodzą, że konflikty były na porządku dziennym, świadczą jednak co najmniej o tym, że demonstrowanie zdolności do użycia siły militarnej było rzeczą ważną. Ale istnieją też bezpośrednie dowody znacznej przemocy w niektórych częściach Europy epoki żelaza na długo przed przybyciem Rzymian. Juliusz Cezar twierdził, że plemiona Galii niemal co roku toczyły między sobą wojny, oraz wspominał o germańskich ludach utrzymujących wokół swych terytoriów pasy bezludnej ziemi dla zademonstrowania swej potęgi i zabezpieczenia się przed napaścią60.

Znaczna część tej aktywności militarnej miała prawdopodobnie dość skromny charakter: były to raczej zbrojne wypady niż wielkie inwazje – typ walk dość powszechny również w świecie greckim, a w formie piractwa na całym Morzu Śródziemnym. Nie oznaczało to, że był choć trochę mniej traumatyczny dla ofiar, gdyż najeźdźcom mogło chodzić o bydło lub inne łupy, ale mogli też przybyć, aby siać śmierć. Polowania na głowy były zwyczajem rozpowszechnionym wśród ludów z epoki żelaza, a odcięta głowa wroga miała często większe znaczenie rytualne niż sama tylko pamiątka zwycięstwa. Posejdonios, grecki uczony z początków I wieku p.n.e., który wśród swych licznych podróży odwiedził ludy południowej Galii, pisał o głowach wywieszonych nad drzwiami domów i gospodarzach dumnie wyciągających te makabryczne trofea, by pokazać je gościom. Początkowo szokowało go to, ale z czasem przywykł do tego widoku. Archeologia potwierdza wystawianie na widok publiczny głów i innych części ciał ludzkich, zwłaszcza w kontekście rytualnym, na wielu stanowiskach w Galii. Jasne jest też, że zbrojne wypady bywały czasem sporymi akcjami, że zdarzały się walne bitwy, a wojna prowadziła niekiedy do ogromnych zniszczeń i wysiedlenia lub nawet unicestwienia całych społeczności61.

Starożytny świat był niebezpieczny i targany wojnami. Najważniejszym wkładem w debatę nad ekspansją Rzymu jest spostrzeżenie, że choć Rzymianie byli wybitnie agresywni, to samo powiedzieć można o niemal wszystkich ich sąsiadach. (Jeśli ktoś uparcie wyznaje pogląd, że Rzym odznaczał się wyjątkową wojowniczością, niech zwróci uwagę, że samo istnienie takiego państwa z pewnością wystarczyłoby, aby zmilitaryzować inne w jego otoczeniu, chociażby dla samoobrony). Był to świat, w którym przetrwanie zależało od siły militarnej. Nie ma po prostu żadnych śladów jakiegokolwiek autentycznie pacyfistycznego państwa czy ludu – i trudno wyobrazić sobie, jak mogłyby one przetrwać.

Wymowny jest fakt, że Polibiuszowi nie przyszło do głowy zapytać, dlaczego Rzymianie dokonywali ekspansji, odpowiedź była bowiem oczywista. Byli silni dzięki swemu ustrojowi politycznemu i wojskowemu, tak więc podbijali innych. Gdyby tamci byli silniejsi, wówczas to oni podporządkowaliby sobie Rzymian. Dominacja potężniejszych państw nad sąsiadami była po prostu naturalna i nie wymagała wyjaśnień. Bezpieczeństwo każdego państwa opierało się na jego sile militarnej, a zwłaszcza na tym, jak postrzegali ją inni. Lud, który wydawał się silny, był znacznie mniej narażony na ataki niż ten, który uchodził wśród sąsiadów za bezbronny62.

Rzym był jednym z wielu agresywnych, imperialistycznych państw, niezwykłym nie dlatego, że wyróżniał się wojowniczością, ale dlatego, że odniósł taki sukces. Wydatnie przyczyniła się do tego jego zdolność do wchłaniania innych ludów i wiązania ich trwale z republiką jako lojalnych, choć ewidentnie podporządkowanych sojuszników. Rzymianie opanowali Italię, a w trakcie tego procesu stan liczebny ich własnych oraz sprzymierzonych wojsk rósł, aż przewyższył zasoby ludzkie każdego z rywali. Zamorskie prowincje traktowali początkowo inaczej, aczkolwiek robili niemały użytek z sojuszy o odmiennym charakterze i większości społeczności pozwalali nadal samodzielnie kierować własnymi sprawami.

Potencjał militarny pozwalał republice wystawiać bardzo liczne armie patriotycznie nastawionych obywateli żołnierzy i umożliwił jej prowadzenie wojen z ogromną determinacją. Rzymianie potrafili uczyć się na błędach i stosownie do okoliczności zmieniać metody walki, ale najbardziej uderzające było ich niegodzenie się z przegraną i gotowość poświęcania wciąż nowych zasobów, póki nie postawili na swoim. Zwycięstwa Pyrrusa byłyby wystarczające, by skłonić do negocjacji większość innych państw. Straty zadane przez Hannibala były znacznie cięższe i nie dałby rady ich znieść żaden inny lud. Jednak w każdym z tych konfliktów republika rzymska wytrwała i w końcu osiągnęła zwycięstwo. Wojny te zostały zainicjowane przez drugą stronę, nawet jeśli w obu wypadkach można zinterpretować je jako sprowokowane przez rosnącą potęgę Rzymu, a strategią zarówno Pyrrusa, jak i Hannibala była ofensywa w celu złamania rzymskiej potęgi wojskowej. Konfliktów rozpoczętych przez przeciwników Rzymu było zresztą więcej, gdyż republika nie była jedynym drapieżcą na świecie63.

WIARA I OKRUCIEŃSTWO

Luzytanie zdradziecko wymordowani i wzięci do niewoli przez Galbę byli aktywnymi najeźdźcami, robiącymi to, co inni mieszkańcy tego regionu robili w przeszłości i mieli robić w przyszłości. Grecki historyk z I wieku p.n.e., Diodor Sycylijski, twierdził:

Pewien szczególny obyczaj panuje wśród Iberów, a zwłaszcza wśród Luzytanów: spośród ludzi w kwiecie wieku ci najubożsi mieniem, ale wyróżniający się siłą i odwagą, zaopatrują się w oręż i środki, zbierają się w surowych regionach górskich i formując dość spore bandy, najeżdżają Iberię, gromadząc bogactwa z grabieży.64

Ich ofiarami były społeczności żyjące na lepszych ziemiach, a geograf Strabon wyjaśniał, że wysiłki, jakie podejmowały one, by się bronić, zwykle prowadziły jedynie do eskalacji przemocy, tak że z czasem nie miał kto uprawiać pól, gdyż chłopi mieli do wyboru albo sami przeistoczyć się w rabusiów, albo umrzeć z głodu65.

Ataki Luzytanów nie były wymierzone konkretnie przeciwko Rzymianom, ale stanowiły kontynuację tradycyjnego wzorca działań zbrojnych przybierających głównie formę wypadów łupieskich. Ludy Półwyspu Iberyjskiego łupiły i najeżdżały się nawzajem na długo przed przybyciem Rzymian – czy też, jeśli już o to chodzi, Kartagińczyków. Świadczy o tym dobitnie częstość, z jaką broń pojawia się w zapisie archeologicznym – w końcu to Rzymianie przejęli „hiszpański” miecz. Niewykluczone, że działalność imperialnych potęg Kartaginy i Rzymu wzmogła intensywność miejscowych wojen. Być może też w przeszłości najemnicza służba u Kartagińczyków pozbawiała kraj wielu młodych wojowników, którzy w przeciwnym razie zwróciliby się ku bandytyzmowi, przynajmniej dopóki opcja ta nie została wyeliminowana przez Rzym66.

Łupieskie napady na sprzymierzone społeczności są jednym z najczęściej podawanych przez nasze źródła uzasadnień rzymskich kampanii, zwłaszcza toczonych na granicach z plemiennymi ludami w Hiszpanii, Galii czy Macedonii. Jak wskazują doświadczenia Galby i Lukullusa, prowadzone w ich ramach operacje bynajmniej nie były jednostronne, a niejedna zakończyła się poważną porażką Rzymian. Ci, którzy uparcie chcą widzieć winę zawsze po stronie Rzymu, skłonni są lekceważyć źródła jako czcze usprawiedliwienia zdobywców. W niektórych wypadkach mogło to być prawdą – atak Lukullusa na Wakceów być może należał do tej kategorii. Częściej jednak wyprawy łupieskie były faktem, motywowane czystym oportunizmem, biedą bądź zadawnionymi urazami wynikłymi z wcześniejszych konfliktów z innymi miejscowymi ludami lub Rzymianami.

Pozostawianie takich ataków bez kary świadczyło o słabości i zachęcało do ich eskalacji. Gdyby Rzymianie nie byli w stanie chronić sprzymierzonych społeczności, nie miałyby one zbytnich powodów utrzymywać sojuszu i akceptować swe podporządkowanie zwierzchności Rzymu. W tym sensie trwałość rzymskiej władzy uwarunkowana była obroną przyjaciół Rzymu oraz ich interesów – źródła mówią o jednym przypadku, kiedy rzymski dowódca próbował zwrócić odzyskany łup jego pierwotnym iberyjskim właścicielom, choć nie wiemy, jak dalece było to przyjęte zachowanie. Tak więc w miarę jak potęga republiki rosła, a Rzym zdobywał kolejne prowincje i nowych sojuszników, niemal nieuchronnie wzrastało też prawdopodobieństwo wojen67.

Postępek Galby na krótką metę zlikwidował jedno ze źródeł problemu. Być może liczył on na to, że groza, jaką wzbudził, podziała jako straszak na przyszłość, choć biorąc pod uwagę, że wkrótce wracał do Rzymu, możliwe, że go to nie obchodziło. Nim dotarł do Miasta w 149 r. p.n.e., pojawiły się już ruchy na rzecz wyzwolenia z niewoli pozostałych przy życiu Luzytanów. Chodziło tu nie o wątpliwość, czy godzi się zmieniać jeńców wojennych w niewolników, ale o złamanie fides wobec ludzi, którzy poddali się Rzymowi i którym obiecano lepsze traktowanie. Ostatecznie nic nie wyszło z tych starań i o ile nam wiadomo, Luzytanie spędzili resztę życia w niewoli68.

Jednym z czołowych zwolenników niedoszłej próby ich wyzwolenia był siedemdziesięciopięcioletni Marek Porcjusz Katon, wybitny mąż stanu i wymowny orędownik surowych cnót rzymskich. Był także jednym z tych, którzy opowiadali się za postawieniem Galby przed sądem za jego czyny. Szczegóły są dziś niejasne i trudno stwierdzić, czy faktycznie doszło do procesu albo czy stoczono batalię w senacie i na nieoficjalnych zebraniach publicznych. Katon zarządzał Hiszpanią Bliższą jako konsul w 195 r. p.n.e., tak więc widział wojnę graniczną na własne oczy. To samo odnosiło się do jednego z głównych obrońców Galby, który miał świeższe doświadczenie, gdyż rządził tą samą prowincją w roku 153 p.n.e. Późniejsze pokolenia zapomniały szczegóły tych sporów, zapamiętały jedynie to, jak Galba grał na uczuciach audytorium. Przyprowadził swoich małych synków oraz przybranego syna i wygłosił wzruszającą mowę, w której oddawał ich pod opiekę ludu rzymskiego, w razie gdyby został skazany. Katon stwierdził, że „gdyby nie uciekł się do dzieci i łez, wymierzono by mu karę”69.

Później Galba uzyskał konsulat na rok 144 p.n.e., a jego reputacja jako mówcy znacznie wzrosła dzięki skutecznemu wymiganiu się od oskarżenia. Warto pamiętać, że w 151 r. p.n.e. poniósł poważną klęskę, co uzmysławia nam, że o wyniku wyborów w Rzymie decydowały także inne czynniki prócz zwycięstwa na wojnie. Krytyka jego ewidentnego wiarołomstwa i okrucieństwa świadczy o tym, że Rzymianie naprawdę wierzyli, iż przedstawiciele republiki winni przestrzegać pewnych norm. Z drugiej strony fakt, że uniknął kary, wskazuje, że takie względy mogły zostać odsunięte na bok przez koneksje polityczne, zręczną retorykę czy zwykły sentyment. Ogólnie rzecz biorąc, rzymskie elity niechętnie potępiały jednego ze swoich. Mimo to starania Galby o ponowne wysłanie go jako konsula do Hiszpanii Dalszej spełzły na niczym z powodu silnej opozycji w senacie70.

 

Jeśli Galba twierdził, że jego brutalność skutecznie zakończyła wojnę, to już kilka lat później okazało się to nieprawdą, gdyż jeden z ocalałych z rzezi okazał się niezwykle zdolnym i charyzmatycznym wodzem. Nazywał się Wiriatus i w latach 147–139 p.n.e. najeżdżał rzymską prowincję, unikając każdej wysłanej przeciwko niemu armii lub ją pokonując. Jak zwykle ofiarami jego ataków były hiszpańskie społeczności, z których część skłonił do porzucenia sojuszu z Rzymem i oddania się pod jego opiekę. Mimo wymordowania i uprowadzenia do niewoli jego współplemieńców Wiriatusem nie kierowała zwykła nienawiść do Rzymu. Chciał, by Rzymianie zaakceptowali jego potęgę, co osiągnął, kiedy w 140 r. p.n.e. pozwolił odejść wolno schwytanej w pułapkę rzymskiej armii. Przez krótki czas luzytański przywódca cieszył się statusem przyjaciela ludu rzymskiego, dopóki ambitny nowy namiestnik nie przekonał senatu do wznowienia wojny. Nie mogąc pokonać go w bitwie, Rzymianie przyjęli ofertę kilku jego podwładnych, którzy podjęli się zamordować Wiriatusa w zamian za nagrodę. Dotrzymali słowa, nie doczekali się jednak obiecanych bogactw, mimo że osobiście udali się do Rzymu. Wojna ostatecznie się zakończyła, kiedy niektórzy z tubylców skapitulowali i tym razem zostali pokojowo przesiedleni na lepsze ziemie71.

Śmierć Wiriatusa i zdobycie w 136 r. p.n.e. celtyberyjskiej twierdzy Numancji wydatnie zmniejszyły częstotliwość wojen i najazdów w obu hiszpańskich prowincjach, przynajmniej na pewien czas. Nie zlikwidowały problemu do końca i wyprawy łupieskie oraz bandytyzm na mniejszą skalę trwały dalej, grożąc ponownym wybuchem przy pierwszej oznace słabości Rzymian. W obydwu prowincjach przez następne pokolenia utrzymywano silne garnizony72.