Pax RomanaTekst

Autor:Adrian Goldsworthy
Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MASAKRA

Pod koniec 150 r. p.n.e. kilka grup Luzytanów zeszło ze wzgórz, żeby zawrzeć pokój z Rzymem w osobie namiestnika Hiszpanii Dalszej, Serwiusza Sulpicjusza Galby. Czekał on ze swą armią, której trzon stanowili legioniści i italscy sprzymierzeńcy. Większość tych żołnierzy była solidnie wyekwipowana w długie owalne tarcze, kolczugi i brązowe hełmy zwieńczone albo trzema wysokimi piórami, albo powiewającą kitą z końskiego włosia. W dłoniach dzierżyli ciężkie oszczepy zwane pilum, a u pasa przytroczone mieli dobrze wyważone miecze do cięcia i pchnięć, które określali jako gladius hispaniensis – „miecz hiszpański” – ponieważ skopiowali broń tego typu używaną przez iberyjskich wojowników.

Żołnierze ci wypełniali swój obowiązek wobec republiki; byli to głównie chłopi lub ich synowie, i większość przypuszczalnie nie miała jeszcze trzydziestu lat, gdyż – nie licząc sytuacji kryzysowych – wydaje się, że najchętniej werbowano młodych. Służyli oni w armii z silnego poczucia obowiązku wobec państwa oraz dlatego, że oczekiwało tego od nich społeczeństwo. Wielu niewątpliwie widziało w tym szansę na przygodę, oderwanie się od cyklu siewu i zbiorów, i miało nadzieję wzbogacić się na łupach wojennych – ich żołd pozostawał wciąż skromny – zanim wrócą do domów i do cywilnego życia. Niektórzy być może zaciągnęli się w szeregi, marząc chwale, o zdobyciu pochwały lub jednego z odznaczeń wojskowych wprowadzonych, by zachęcać do takiej postawy. Odznaki za męstwo noszono w każdy świąteczny dzień, aby dzielni weterani mogli zostać uhonorowani przez współobywateli29.

Pod wieloma względami rzymscy i latyńscy żołnierze z połowy II wieku p.n.e. nie różnili się zbytnio od rzesz młodych mężczyzn wysyłanych na wojnę w innych epokach i krajach. Byli zwykłymi ludźmi wedle ówczesnych norm i bez wątpienia mieli wiele wspólnego z obywatelami większości miast całego świata śródziemnomorskiego. Obywatelstwo niosło z sobą prawne i polityczne przywileje, ale także zobowiązania wobec całej społeczności. Służyli, ponieważ byli obywatelami, a jeśli ginęli, upamiętniano ich jako obywateli, nie żołnierzy. Nie było żadnych stałych baz ani instytucji wojskowych i nawet legiony przenumerowywano co roku, jeśli senat postanowił zatrzymać je pod bronią. Oznaczało to, że dwaj konsulowie zawsze dowodzili legionami I, II, III i IV. Rzymska armia jest w tym okresie niemal niewidzialna archeologicznie; jej żołnierze po zakończeniu każdej kampanii wtapiali się z powrotem w ludność cywilną.

Zalążkiem zawodowstwa była rosnąca tendencja do przedłużania przez niektórych ludzi służby w charakterze centurionów, dowódców podstawowych jednostek administracyjnych i taktycznych legionu, ale nawet to odbywało się nieformalnie i nie wiemy, jak było powszechne. Większość wyższych doradców była, tak samo jak ich podkomendni, obywatelami, którzy przeplatali okresy służby wojskowej z normalnym życiem cywilnym. Na czele armii stał namiestnik prowincji, urzędnik wybrany przez zgromadzenie ludowe. Był on albo konsulem, albo pretorem, z powodzeniem realizującym karierę w życiu publicznym; zamożny, na ogół wywodzący się z arystokratycznego rodu, ale dostojeństwo oznaczało tym większe zobowiązania – trzeba było odsłużyć dziesięć lat albo tyleż kampanii w wojsku, nim można było ubiegać się o najniższy urząd. Choć namiestnik był obywatelem jak inni, sprawował imperium, a z większymi obowiązkami szła w parze szansa zdobycia znacznie większej niż zwykli legioniści sławy i bogactw30.

Ogromny splendor spływał na urzędnika, który poprowadził armię rzymskiego ludu do zwycięstwa w wojnie. Do tego dochodziły także zyski z grabieży i sprzedaży jeńców jako niewolników, a prestiż i bogactwo zwycięzcy stanowiły pokaźne atuty przez resztę jego kariery, dając mu przewagę nad innymi senatorami ubiegającymi się o urzędy w przepojonej duchem zażartej rywalizacji kulturze politycznej Rzymu. Ponieważ czas sprawowania każdego urzędu był krótki, krótkotrwała była też sposobność zdobycia sławy i majątku. Czasami senat postanawiał przedłużyć namiestnictwo w danej prowincji na drugi rok – jej zarządca otrzymywał wówczas tytuł prokonsula albo propretora. Trzyletnie dowództwo było w II wieku p.n.e. czymś niemal niespotykanym. Tak częsta rotacja ambitnych nowych namiestników prowokowała ich do bardzo agresywnych poczynań.

W Luzytanii w 151 r. p.n.e. marzenia Galby i jego żołnierzy o chwale i bogatych łupach rozwiewały się jak dym. Dwa lata wcześniej dostali oni solidne cięgi od tych samych luzytańskich plemion, a przynajmniej od ludzi, którzy wyglądali bardzo podobnie do nich w ciemnych tunikach, z długimi, opadającymi na plecy włosami, które mieli w zwyczaju zaplatać w warkocze przed bitwą. Luzytanie byli jedną z trzech wielkich grup tubylczych ludów Półwyspu Iberyjskiego. Na południu mieszkali Iberowie, a środkową i znaczną część północnej Hiszpanii zajmowali Celtyberowie, o kulturze wykazującej elementy wpływów celtyckich i iberyjskich, ale wyraźnie odmiennej od obu. Luzytanie żyli na zachodzie, na obszarze z grubsza odpowiadającym dzisiejszej Portugalii. Żadna z tych grup nie była politycznie zjednoczona i można wątpić, czy którakolwiek z nich myślała o sobie jako o Iberach, Celtyberach albo Luzytanach. Były to określenia nadane im przez obcych: Greków, Fenicjan, Kartagińczyków i Rzymian – w ostatnich dwóch wypadkach przez imperialne mocarstwa dokonujące ekspansji na półwysep. Dla samych tych ludów istotniejsze były związki plemienne, a zwłaszcza niewielkie społeczności każdego warownego miasta czy wioski31.

Galba został pretorem na rok 151 p.n.e. i otrzymał przez losowanie dowództwo w Hiszpanii Dalszej. Od połowy dekady obie hiszpańskie prowincje stanowiły arenę ciężkich walk i Galba nie był jedynym namiestnikiem, który doznał porażki z rąk Celtyberów bądź Luzytanów. Obywatelom rzymskim nie brakowało motywacji i zwykle okazywali się znakomitymi żołnierzami, jeśli tylko dano im czas na szkolenie i kompetentnego dowódcę. Im dłużej legion pozostawał w służbie, tym stawał się lepszy, tak więc w końcowych fazach drugiej wojny punickiej oraz we wczesnych konfliktach z Macedończykami i Seleucydami Rzymianie okazywali się co najmniej równie skuteczni jak zaprawieni w bojach zawodowcy, którym stawiali czoło. W połowie II wieku p.n.e. walk było znacznie mniej i w miarę jak pokolenie weteranów się wykruszało, zarówno dowódcy, jak i zwykli żołnierze trafiali do armii z dużo mniejszym doświadczeniem, a także błogim przekonaniem, że zwyciężą po prostu dlatego, że są Rzymianami. Porażki stały się znacznie częstsze, a wojny wygrywano tylko dzięki większym zasobom i wytrwałości Rzymu oraz dlatego, że legiony mimo wszystko uczyły się z doświadczenia i poprawiała się ich bojowość.

Takie niepowodzenia szokowały nawykłą do zwycięstw republikę. Trudno sobie wyobrazić, że Kartagina mogłaby w roku 149 p.n.e. stanowić prawdziwe militarne zagrożenie dla Rzymu, jasne jest jednak, że wielu Rzymian autentycznie obawiało się dawnej rywalki. Kiedy niedoświadczona i zbyt pewna siebie rzymska armia oraz jej dowódcy przybyli do Afryki Północnej, zdesperowany wróg walczył zaciekle, a wynikły stąd ciąg porażek niewątpliwie podsycał te lęki. Polibiusz, który w owych latach przebywał w Rzymie, daje pojęcie o ówczesnej panice, określając zmagania z Celtyberami jako „ognistą wojnę”, ponieważ szalała niemal nieprzerwanie rok po roku. Pogłoski o tych ciężkich walkach przeciwko bezwzględnym wrogom docierały do Rzymu i w roku 151 p.n.e. choć raz patriotyzm jego obywateli osłabł. Bardzo niewielu mężczyzn przybyło, kiedy ogłoszono pobór, by zwerbować armię mającą służyć pod konsulem Lukullusem w Hiszpanii Bliższej. Dopiero intensywne namowy i demonstracyjne zgłoszenie się na ochotnika popularnego młodego arystokraty, Scypiona Emiliana, zdołały przekonać wystarczającą liczbę ludzi do stawienia się przed urzędnikami32.

Owe kampanie w obu hiszpańskich prowincjach składały się głównie z najazdów i akcji odwetowych, ataków na warowne osady oraz zasadzek. Staczano również bitwy, były one jednak często skutkiem niespodziewanych spotkań w trudnym terenie, na przykład na przełęczach górskich. Przez wszystkie te lata bandy luzytańskich rabusiów zapuszczały się coraz dalej w głąb Hiszpanii Dalszej; dotarły do wybrzeża, a w końcu przeprawiły się nawet przez Cieśninę Gibraltarską, do Afryki Północnej. Z rzadka tylko ofiarami ich ataków padali Rzymianie lub Italikowie, jak dotąd byli oni bowiem w tych prowincjach stosunkowo nieliczni. Obiektami napaści były natomiast sprzymierzone z Rzymem miejscowe społeczności. Galba miał tylko jeden legion i alę – łącznie nie więcej niż 10–12 tysięcy ludzi – czyli normalną siłę przydzielaną przez senat pretorowi. Było to zbyt mało, by bronić tak długiej i tak otwartej granicy, a problem nasilił się jeszcze, gdy jego wojska zostały poważnie uszczuplone po klęsce w 151 r. p.n.e. Rzymianie nie mieli szans powstrzymać każdej wdzierającej się bandy i najlepsze, co mogli zrobić, to próbować schwytać najeźdźców podczas odwrotu lub atakować w odwecie luzytańskie osiedla uznane za ich bazę. Każdy udany wypad – a jeszcze bardziej każda sytuacja, w której Rzymianie dopędzili wojowników, ale zostali pokonani – pobudzał do czynu kolejne, coraz większe bandy. Słyszymy o Luzytanach obnoszących zdobyczne rzymskie sztandary wojskowe oraz inne trofea po sąsiednich osadach, a także na terytorium celtyberyjskim, jako demonstrację własnej potęgi i zachętę dla innych, by przyłączyli się do nich w następnych atakach33.

Zdarzały się przerwy w walkach i był czas, kiedy rzymskie akcje odwetowe skłoniły te same bandy Luzytanów do zawarcia pokoju z poprzednikiem Galby, jednak po jego powrocie do Rzymu złamali oni traktat i znów wstąpili na ścieżkę wojenną. W 150 r. p.n.e. Galba ruszył do ataku, uzupełniwszy, jak się dało, straty z poprzedniego roku przez przeprowadzenie poboru wśród miejscowych, którzy nie bez racji uważali Luzytanów za wrogów. Jednocześnie Lukullus, którego dowództwo także zostało przedłużone, tak więc był teraz prokonsulem, wtargnął na luzytańskie terytorium z innego kierunku, zdobywając jedną warowną osadę po drugiej. Jego siły były większe, prowadził bowiem armię konsularną złożoną z dwóch legionów i dwóch al. Wzięci w dwa ognie Luzytanie doszli do wniosku, że lepiej będzie zabiegać o pokój, wysłali więc do Galby posłów z wyjaśnieniem, że ziemie zbyt jałowe, by utrzymać ich rzesze, kazały im wrócić do grabieży i brać to, czego im trzeba, od bogatszych sąsiadów.

 

Rzymski namiestnik na pozór odniósł się do tego ze współczuciem, stwierdzając, że „licha ziemia […] i bieda zmusza was do tego, ale ja przydzielę biedującym przyjaciołom dobrą ziemię i osiedlę was w urodzajnych okolicach”. Galba uchodził w Rzymie za znakomitego mówcę, choć w tym wypadku z pewnością zwracał się do wysłanników za pośrednictwem tłumacza. Z tego, co wiemy, nigdy nie był na Półwyspie Iberyjskim przed objęciem namiestnictwa Hiszpanii Dalszej, a niewielu rzymskich namiestników miało czas albo ochotę uczyć się miejscowych języków. Jednak przesiedlenie sprawiających kłopoty wojowników na lepsze ziemie daleko od ich pierwotnych siedzib było techniką, którą Rzymianie stosowali wcześniej i mieli stosować jeszcze nie raz, zawsze z dobrym skutkiem. Wyrwani ze swego dawnego terytorium i starych waśni, mając możliwość utrzymania swoich rodzin, a także bez wątpienia świadomi, że są pod ścisłą obserwacją władz, agresorzy szybko przeistaczali się w spokojnych rolników. Galba powiedział posłom, by sprowadzili współplemieńców w umówione miejsce, gdzie poddadzą się Rzymowi w zamian za obietnicę przesiedlenia34.

Polecono im przybyć w trzech grupach, z których każda przypuszczalnie miała się składać z określonych społeczności, klanów lub ludzi podległych konkretnym przywódcom, tak że podział był naturalny i łatwy do przeprowadzenia. Nie znamy nazw żadnej z tych grup ani imion ich wodzów. Jedno ze źródeł mówi, że liczyły one w sumie trzydzieści tysięcy ludzi, oprócz wojowników kobiety w barwnych sukniach i długich płaszczach, jakie noszono w tych stronach, dzieci oraz być może paru starców. Mężczyzn w wieku zdatnym do walki było tam zapewne więcej niż w przeciętnej populacji, gdyż byli to najeźdźcy żyjący z miecza, nie mając wystarczająco wiele ziem uprawnych czy bydła. Sprowadzili ze sobą swoje konie, stada i cały dobytek, jaki zdołali unieść, w tym broń. Każda z trzech grup udała się w wyznaczone miejsce i rozłożyła obóz, czekając na Rzymian, którzy mieli przydzielić im nowe ziemie35.

Galba przybył do pierwszej grupy i polecił tubylcom złożyć broń. Była to normalna oznaka kapitulacji, ale często także nerwowa chwila – w roku 1890 to właśnie stało się iskrą, która zapoczątkowała bitwę (albo masakrę, zależnie od punktu widzenia) nad Wounded Knee. Broń – zwłaszcza kosztowna, jak miecze – była wysoko ceniona i ważna emocjonalnie jako źródło bezpieczeństwa wojownika i jego rodziny. Luzytanie jednak usłuchali i oddali przynajmniej część swego wojskowego wyposażenia. Wówczas Galba nakazał żołnierzom otoczyć luzytańskie obozowisko rowem. Być może zostało to uzasadnione koniecznością zapewnienia ochrony tubylcom i ich rodzinom, teraz teoretycznie bezbronnym, ale z pewnością zaniepokoiło ich, wzmagając nerwowość już i tak napiętej sytuacji36.

Następnie rzymski namiestnik wysłał do obozu żołnierzy i rozpoczęła się rzeź. Gdy wszyscy mieszkańcy byli już martwi lub w pętach, Galba udał się do drugiej i trzeciej grupy i potraktował je dokładnie tak samo. Była to masakra, i to nie dokonana na odległość, z użyciem współczesnej broni palnej, ale twarzą w twarz. Rzymscy i latyńscy żołnierze oraz ich miejscowi sojusznicy zabijali głównie z bliska, tnąc i dźgając mieczami – inne źródło mówi, że w bitwie normalne było, iż tarcze i piersi koni bojowych spływały krwią. Liwiusz tak opisywał obrażenia zadawane przez legionistów posługujących się mieczem hiszpańskim: „[…] obcięte ręce wraz z ramionami, głowy odrąbane od tułowia cięciem przez całą szyję, otwarte wnętrzności i inne odrazę budzące rany”. (Niektóre z makabrycznych zdjęć z wojen domowych w Rwandzie z lat dziewięćdziesiątych XX wieku, ukazujące liczne rany od maczet, pozwalają być może wyobrazić sobie grozę owych scen). Jeśli dochodziło tam do jakichś walk, to były one jednostronne; ludzie Galby siali śmierć na prawo i lewo. Byli to żołnierze, którzy przeżyli kosztowną ubiegłoroczną klęskę z rąk Luzytanów, albo mieszkańcy tubylczych osad, na których żerowali ci rabusie, można więc przypuszczać, że nie mieli najmniejszych oporów przed wykonaniem rozkazów, nie wspominają też o tym nic nasze źródła. Nie wiemy, jak wielu Luzytanów zginęło, było ich jednak wystarczająco dużo, by okryć tę masakrę złą sławą. Pokaźną liczbę niedobitków sprzedano w niewolę i tylko nielicznym udało się uciec w zamęcie37.

Zdrada Galby była rozmyślna i dokonana z premedytacją, jego rozkazy dla żołnierzy jasne. Nie był to żaden koszmarny wypadek, w którym pochopne albo źle zrozumiane słowa lub czyny zaogniły już i tak napiętą sytuację, prowadząc do nieplanowanych okrucieństw. Rzymski namiestnik utrzymywał później, że postąpił w ten sposób, aby uprzedzić zdradę ze strony Luzytanów. Dowodem miało być to, że przeprowadzili oni rytuał, w którym złożyli w ofierze bogu wojny człowieka i konia, co zwykli robić jedynie przed wejściem na ścieżkę wojenną. Inne źródło potwierdza ów zwyczaj, opisując, jak brali oni jeńca wojennego, odziewali go w płaszcz, a następnie przebijali go nożem przez tkaninę, przepowiadając przyszłość ze sposobu, w jaki upadł i wił się w agonii.

Jeśli Galba zmyślił tę historyjkę, to przynajmniej wskazuje na pewną próbę zrozumienia zwyczajów Luzytanów. Być może źle ocenił sytuację – albo wręcz został wprowadzony w błąd, gdyż nie można wykluczyć, że jego sprzymierzeni żołnierze skłonili go do surowego potraktowania kapitulujących plemion z własnych powodów. Możliwe też, że faktycznie złożono taką ofiarę, jednak niekoniecznie odzwierciedlała ona nadzieje czy poglądy wszystkich tubylców. W luźnej strukturze politycznej Luzytanów niektórzy przywódcy lub grupy mogli z niechęcią przyjąć decyzję o zawarciu pokoju z Rzymem albo po prostu nie ufali Galbie i Rzymianom – jak się okazało, słusznie38.

Wieść o działaniach Galby wywołała oburzenie w Rzymie, ale nie z powodu masowej rzezi i niewoli. Tak brutalne metody uważano niekiedy za konieczne w toczonych przez Rzym wojnach i widziano w nich stosowne kary dla wrogów rzymskiego ludu. Podejście Rzymian do okrucieństw wojennych było pragmatyczne, a litość i bezwzględność oceniano na podstawie skuteczności, z jaką doprowadzały konflikt do pomyślnego końca. Zbrodnią Galby było to, że potraktował w ten sposób wroga, który już się poddał, tak więc Rzymianin bezsensownie złamał umowę, którą sam z nim zawarł. Było to naruszenie „dobrej wiary”, fides, którą Rzymianie się szczycili, chcąc wierzyć, że postępują wobec innych uczciwie i prostolinijnie. Dla kontrastu przedstawiali swych dawnych kartagińskich rywali jako przysłowiowo fałszywych, podobnie jak w XVII i XVIII w. Anglicy oczerniali Holendrów takimi określeniami jak „holenderska (czyli pijacka) odwaga”.

To również miało swój aspekt praktyczny. Reputacja tych, którzy dotrzymują umów i traktatów, wiernie wspierają sojuszników i uczciwie traktują pokonanych wrogów, sprzyjała późniejszym negocjacjom z innymi ludami. Dochodził do tego także wymiar religijny. Pomyślność republiki i jej sukcesy wojenne przypisywano boskiej przychylności, zapewnianej przez skrupulatne i regularnie powtarzane rytuały mające zjednać bogów. Wiele rzymskich świątyń zostało wzniesionych przez zwycięskich wodzów, którzy w trudnym momencie bitwy ślubowali uczcić w ten sposób któregoś z bogów. Jedną z typowo rzymskich cnót była pietas – pojęcie znacznie obszerniejsze niż dzisiejsza pobożność, gdyż obejmowało szacunek nie tylko dla bogów, ale również dla rodziców i przodków. Częścią tego szczególnego związku z boskimi mocami było przekonanie, że Rzymianie postępują słusznie, traktując uczciwie obcych i tocząc jedynie sprawiedliwe wojny w obronie własnej lub swych przyjaciół39.

Mnóstwo innych imperialnych potęg żywiło podobną wiarę we własną prawość. Masakra Luzytanów ukazuje znacznie bardziej ponury obraz rzymskiej ekspansji, zanim jednak wrócimy do historii Galby, warto spojrzeć na rzecz z szerszej perspektywy i spróbować zrozumieć, co zapoczątkowało oraz napędzało tworzenie się imperium rzymskiego.

BOGACTWA I SŁAWA – SIŁY NAPĘDOWE IMPERIUM

Nie są to nowe pytania. Polibiusz zaczął pisać swoje Dzieje około połowy II wieku p.n.e. – mniej więcej współcześnie z działalnością Galby w Hiszpanii, choć niestety jego relacja na jej temat się nie zachowała – i jeden motyw był dla niego ważniejszy niż wszystkie inne: „Któż bowiem z ludzi jest tak tępy lub obojętny, żeby nie chciał poznać, jak i dzięki jakiemu ustrojowi państwa cały prawie świat w niespełna pięćdziesięciu trzech latach opanowany popadł pod wyłączną władzę Rzymian, co nigdy przedtem się nie zdarzyło?”40.

Polibiusz pisał swoje dzieło w Rzymie, gdzie trafił jako jeden z wielu greckich zakładników wysłanych przez Związek Achajski jako gwarantów dobrego sprawowania członkowskich miast. Mieszkając przez długi czas jako gość w domu wybitnej rzymskiej rodziny arystokratycznej, historyk spotkał wiele czołowych postaci republiki i towarzyszył słynnemu Scypionowi Emilianowi, gdy w 146 r. p.n.e. podbił on i zniszczył wielkie miasto Kartaginę41.

Wyjaśnienie, jak Rzymianie pokonali Kartagińczyków w trzech wojnach punickich, zajmuje pokaźną część dzieła Polibiusza. Opisał on szczegółowo rzymski system wojskowy, chwaląc jego porządek, dyscyplinę, a także zachęcanie do indywidualnego męstwa. Jeszcze większe znaczenie przypisywał ustrojowi politycznemu republiki, w którym widział dobrze wyważoną mieszankę elementów monarchii, arystokracji i demokracji. Odmiennie od większości greckich miast-państw, którymi wstrząsały okresowe rewolucje i które z biegiem czasu przechodziły kolejno przez wszystkie te ustroje, Rzymianie cieszyli się stabilnością oraz niezwykłym poziomem jedności politycznej i społecznej. Mocne strony Rzymu pomagały wyjaśnić długofalowy sukces republiki, ale Polibiusz brał też pod uwagę wydarzenia poza jego granicami, zwłaszcza rywalizacje między królestwami i państwami świata hellenistycznego.

Nowożytni uczeni przyjęli w pewnej mierze ten pogląd, ale ponieważ skupiał się on raczej na sposobach niż przyczynach, przez długi czas szukali wytłumaczenia rzymskich podbojów gdzie indziej. W XIX i na początku XX wieku – w epoce, kiedy nowożytne imperia skolonizowały znaczną część globu – wielu było skłonnych przyjąć za dobrą monetę twierdzenia samych Rzymian. Otoczeni przez wrogich sąsiadów walczyli tylko we własnej obronie, tak więc wygrywali jeden konflikt za drugim i stworzyli imperium niemal przez przypadek. W bliższych nam czasach wahadło wychyliło się ku przeciwnej skrajności, poglądowi, który skrystalizował się wśród anglojęzycznych uczonych po wojnie wietnamskiej, znajdując zwolenników zwłaszcza wśród tych, którzy wkroczyli w dorosłość po drugiej wojnie światowej. Głęboka niechęć do wojen jakiegokolwiek rodzaju, a co dopiero zamorskich awantur, przenika to środowisko naukowe, którego zdaniem ustrój polityczny, społeczeństwo oraz gospodarka Rzymu popychały republikę do prawie bezustannej agresywnej wojny, będącej niemal biologiczną koniecznością. Całe to gadanie o samoobronie było mydleniem oczu, a Rzymianie byli aktywnymi, bezwzględnymi drapieżnikami, rok w rok wyprawiającymi się przeciwko innym ludom42.

Badania z tamtych lat dowodziły, jak ogromną rolę w życiu republiki odgrywało toczenie wojen. Zwycięstwo wojenne przynosiło senatorom najwyższą chwałę i bogactwo z łupów, a szanse na objęcie dowództwa mieli jedynie ci, którzy doszli do najwyższych urzędów. Galba był jednym z sześciu pretorów wybranych na rok 151 p.n.e., ale konsulów było tylko dwóch – w owym roku Lucjusz Licyniusz Lukullus i Aulus Postumiusz Albinus. Rywalizacja o to najwyższe i najbardziej prestiżowe ze stanowisk była zażarta, a prosta arytmetyka mówi nam, że większości pretorów nie dane było sprawować konsulatu. Jeśli człowiek miał wystarczająco wiele szczęścia, by otrzymać dowództwo jako pretor w prowincji, w której stacjonowała armia (co nie odnosiło się już do Sycylii oraz, w niektórych okresach, Sardynii i Korsyki), i jeśli stanął w obliczu militarnego zagrożenia (albo przynajmniej czegoś, co można było w ten sposób przedstawić), a do tego udało mu się odnieść decydujące zwycięstwo, wówczas ogromnie poprawiało to jego widoki na konsulat. Konsulowie mogli się spodziewać przydziału najważniejszych dowództw w danym roku, jednak większa skala wojny sprawiała często, że trudno było im odnieść pełne zwycięstwo przed upływem dwunastomiesięcznej kadencji43.

 

Urzędnicy spędzali zwykle kilka miesięcy w Rzymie, nim udali się do swych prowincji. W 153 r. p.n.e. przeniesiono początek roku politycznego z 15 marca na 1 stycznia, tak by mogli dotrzeć do odległej prowincji i wykorzystać wiosenne i letnie miesiące na kampanię. Przedłużenie dowództwa w charakterze prokonsula lub propretora było raczej wyjątkiem niż regułą, gdyż każdy rok przynosił nowy wysyp urzędników równie spragnionych chwały. W sytuacji, gdy wielu namiestników spędzało w prowincji zaledwie rok, a niemal żaden dłużej niż dwa lata, mieli oni mało czasu, by zdobyć miejscowe doświadczenie, a większość paliła się do szybkich sukcesów44.

W 264 r. p.n.e. pewien ambitny konsul nakłonił senat do interwencji na Sycylii, prowokując pierwszą wojnę punicką. W 198 r. p.n.e. konsul walczący z macedońskim królem Filipem V rozpoczął pertraktacje pokojowe, ponieważ obawiał się, że senat przyśle mu następcę i ktoś inny zyska uznanie za ostateczne zwycięstwo. Przez pewien czas skłonny był zaoferować królowi łagodne warunki, dopóki nie doszła go wieść, że obaj konsulowie z roku 197 p.n.e. mają pomaszerować przeciwko galijskim plemionom w północnej Italii, tak więc jego własne dowództwo zostanie przedłużone. Natychmiast zerwał rozmowy, wznowił konflikt i miał dość szczęścia, by wygrać decydującą bitwę, po której mógł narzucić Filipowi V surowszy traktat pokojowy i zgarnąć dla siebie zasługę wygrania drugiej wojny macedońskiej. Gdy w roku 172 p.n.e. wybuchła trzecia wojna macedońska, jeden z ówczesnych konsulów był rozczarowany, że dowództwo w niej przypadło w losowaniu jego koledze. Wysłany do Ilirii, wzgardził perspektywą strzeżenia granicy przed błahymi wypadami rabunkowymi i ruszył ze swoją armią lądem do Macedonii. Senat zmuszony był wysłać komisję, by nakazać mu powrót do własnej prowincji45.

Kiedy Lukullus w roku 151 p.n.e. przybył do Hiszpanii Bliższej, przekonał się, że wojna z Arewakami, jednym z celtyberyjskich ludów, została zakończona przez jego poprzednika. Zaatakował więc Wakceów, grupę plemienną sprzymierzoną z Rzymem. Nie byli oni prawdopodobnie zupełnie niewinnymi ofiarami, wydaje się, że najeżdżali inne sprzymierzone społeczności, niemniej senat nie zlecił mu walki z tym ludem. Jego metody były podobne do tych, którymi posługiwał się Galba. Ruszywszy na miasto Kauka, przyjął od jego mieszkańców kapitulację na łagodnych warunkach, ale potem złamał słowo i wymordował wielu z nich, a niedobitków sprzedał w niewolę. Następne miasto poddało się na warunkach, których namiestnik dotrzymał, jednak taka mieszanka okrucieństwa i wspaniałomyślności nie przekonała trzeciej dużej społeczności do poddania się, kiedy podszedł pod mury. Lukullusowi nie udało się wziąć miasta szturmem i tak jego kampania zakończyła się fiaskiem46.

Inni spragnieni triumfu namiestnicy mieli nieco więcej szczęścia. W roku 189 p.n.e. konsul Gnejusz Manliusz Wulso otrzymał dowództwo w wojnie syryjskiej, ale dotarłszy do Azji Mniejszej, przekonał się, że jego poprzednik już ją wygrał, pokonawszy Antiocha Wielkiego pod Magnezją. Wulso poprowadził swą armię na granicę państwa Seleucydów, próbując sprowokować króla do złamania traktatu pokojowego. Gdy to zawiodło, zdecydowany za wszelką cenę stoczyć zwycięską wojnę, przypuścił atak na Galatów – trzy plemiona, które w III wieku p.n.e. wywędrowały z Galii i osiadły w środkowej Azji Mniejszej, gdzie rutynowo napadały na sąsiadów. W błyskawicznej i brutalnie skutecznej kampanii pokonał ich i złupił, a po upływie swej rocznej kadencji wyruszył do Rzymu, by zażądać triumfu. Sprzeciw był silny, gdyż nie został on upoważniony do stoczenia tej wojny, i długa debata w senacie zdawała się przechylać na jego niekorzyść, kiedy zaszło słońce i zebranie zostało zamknięte – rzymski senat nie mógł legalnie obradować w ciemności. Przez noc Wulso i jego polityczni sojusznicy zabiegali o względy, gdzie tylko się dało, wykorzystując jego łupy wojenne, by kupić nowych przyjaciół. Na następnym posiedzeniu nastrój się zmienił i Wulsowi przyznano triumf, który odprawił z wielką pompą47.

Był to jeden z serii triumfów na przestrzeni II wieku p.n.e., które opisywano jako bardziej wystawne od tych, jakie odbyły się w przeszłości. Wszystkie one celebrowały zwycięstwa odniesione w zamożnej wschodniej części regionu śródziemnomorskiego i każdy z nich podnosił coraz wyżej poprzeczkę dla kolejnych triumfów. Rywalizacja przybrała na sile, gdyż potrzeba było jeszcze większych i jeszcze bardziej zyskownych zwycięstw, żeby wyróżnić się wśród innych wodzów48.

Źródła mówią, że w latach 200–91 p.n.e. odprawiono osiemdziesiąt pięć triumfów. W całym tym okresie było bardzo niewiele lat, w których rzymscy żołnierze nie toczyli gdzieś aktywnych walk, gdyż nie każdemu namiestnikowi prowincji udało się uzyskać triumf, niektórym dlatego, że nie wygrali wojny, a innym – ponieważ skala konfliktu była zbyt mała. Na początku II wieku p.n.e. zarządzono, że aby zwycięstwo zasługiwało na triumf, w pojedynczej bitwie musi polec nie mniej niż pięć tysięcy nieprzyjaciół. Zgodnie z tym odnotowane triumfy oznaczałyby co najmniej 425 tysięcy zabitych wrogów. Jest to wynik przybliżony, gdyż niektóre sukcesy były znacznie bardziej krwawe (choć niewykluczone, że w wypadku innych rachunki były zawyżone, gdyż zapewne nikt nie sprawdzał tego zbyt dokładnie). Całkowite straty poniesione przez wroga byłyby o wiele większe, gdyby uwzględnić poległych w innych operacjach, nienagrodzonych triumfem. Ponieważ rzymska ekspansja nie rozpoczęła się w 200 r. p.n.e. ani nie zakończyła się w roku 91 p.n.e., ogólna liczba musi być dużo, dużo wyższa – podobno w trakcie samych tylko galijskich kampanii Juliusza Cezara życie straciło milion wrogów. Niewykluczone, że aż do czasów współczesnych więcej ludzi zginęło od rzymskich gladiusów niż od jakiejkolwiek innej broni (w ostatnim półwieczu ów ponury rekord pobił bez wątpienia wszechobecny AK-47). Dodatkowo każda ocena skali cierpień ludzkich spowodowanych przez rzymską ekspansję musi wziąć pod uwagę straty samych Rzymian49.

Dokonana przez Galbę rzeź Luzytanów wzbudziła oburzenie, jednak bez trudu znaleźć można relacje o przerażającej brutalności Rzymian traktowanej jako rutynowy element niejednej kampanii. Na przykład w 210 r. p.n.e. szturmowali oni Nową Kartaginę (dzisiejszą Kartagenę) w Hiszpanii i, jak opisuje Polibiusz:

Publiusz [Scypion Afrykański Starszy, dowódca Rzymian], gdy uznał, że do środka weszło już wystarczająco dużo jego ludzi, nasłał ich, według panującego u nich zwyczaju, na mieszkańców miasta, polecając zabijać każdego, kogo tylko spotkają w drodze, i nikogo nie oszczędzać, ale do grabieży nie przystępować, dopóki nie zostanie wydane hasło. Robiąc to, mają oni na celu, jak sądzę, szerzenie postrachu. Stąd też przy zajęciu miast przez Rzymian można widzieć nie tylko zabitych ludzi, ale i psy rozcięte na pół i poodcinane członki innych zwierząt. W tym zaś wypadku było nawet bardzo wskazane takie postępowanie ze względu na wielką liczbę mieszkańców zajętego miasta.50

Zdobycie warownego miasta bezpośrednim szturmem było trudną i niebezpieczną operacją i jeśli obrońcy mężnie kontynuowali opór na ulicach, mieli spore szanse wyprzeć atakujących, nawet gdy ci sforsowali już mury. Tak więc rozmyślna taktyka mająca na celu zastraszenie zarówno mieszkańców, jak i garnizonu była sensowną, aczkolwiek brutalną metodą zapobieżenia temu. Nie wydaje się, żeby Scypionowi zależało na tym, by jego ludzie wykurzyli całą ludność z kryjówek; chciał tylko, żeby zabili tych, którzy byli widoczni. Jego zamiarem było oczyszczenie ulic i wszelkich otwartych przestrzeni, gdzie wróg mógł stawić zorganizowany opór. Dodatkową korzyścią takiego postępowania mogło być i to, że inne twierdze będą mniej skłonne przeciwstawiać się Rzymianom w przyszłości51.