Pax RomanaTekst

Autor:Adrian Goldsworthy
Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rzymianie byli wojowniczymi, agresywnymi imperialistami, którzy wyciągali ze swych podbojów maksimum korzyści. W dzisiejszych czasach imperia nie budzą powszechnego podziwu, a już na pewno nie wśród zachodnich uczonych. Imperialna przeszłość Wielkiej Brytanii jest przez nią samą w dużej mierze ignorowana (jak zresztą cała jej historia, z wyjątkiem kilku wąskich tematów i okresów) albo postrzegana mocno nieprzychylnym okiem. W Stanach Zjednoczonych próby porównywania ich własnej sytuacji z dawnymi imperiami, czy to brytyjskim, rzymskim czy jakimkolwiek innym, budzą zwykle kontrowersje, odzwierciedlając bardzo zróżnicowane poglądy na to, jaką rolę Ameryka powinna odgrywać w świecie. Sto lat temu większość – choć nie wszyscy – mieszkańców Zachodu żyła w ogólnym przekonaniu, że imperia mogą być, i często są, rzeczą dobrą. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Zagraniczne interwencje USA oraz ich sojuszników są z miejsca krytykowane jako imperializm, nie tylko przez państwa będące ich celem, ale przez samych Amerykanów.

Istnieje niebezpieczeństwo, że po prostu zastąpiliśmy jedno nadmierne uproszczenie innym. Niechęć do imperiów skłania często do sceptycyzmu wobec ich dokonań. Wiele powstałych niedawno prac naukowych podaje w wątpliwość sprawność państwa rzymskiego, zarówno w czasach republiki, jak i pod rządami cesarzy. Archeolodzy, którzy dawniej mówili z entuzjazmem o procesie romanizacji prowincji, niemal bez wyjątku odrzucili ten termin i stojącą za nim koncepcję, często z zaskakującą furią. Wpływ i znaczenie rzymskich rządów są kwestionowane, wszelkie oznaki oporu – czy to politycznego, czy kulturalnego – postrzegane jako bardziej istotne, stulecia imperialnych rządów zaś traktowane jako aberracje. Rzymianie przedstawiani są raczej jako brutalni wyzyskiwacze niż krzewiciele cywilizacji, a w ramach tego ogólnego sceptycyzmu pod znakiem zapytania stawia się też realność domniemanego pax Romana. Przechwałki o ogarniającym cały świat pokoju stają się jedynie propagandą mającą usprawiedliwić cesarskie rządy, ukrywając wszechobecny bandytyzm, opór oraz ucisk ze strony władz. Współczesne poglądy na rzymski świat bywają naprawdę ponure. Jeden z nich określa dzieje imperium rzymskiego jako zwykły rozbój. Inny, mniej skrajny, ale krytyczny, mówi:

Rzymskie stwierdzenia, jakoby mieszkańcy prowincji cieszyli się nieprzerwanym pokojem, były przesadą i niektórzy Rzymianie wiedzieli o tym. Pomijając już powszednią przemoc, która cechowała życie we wszystkich starożytnych społeczeństwach, prowincje nękały również bunty i konflikty społeczne o charakterze poważniejszym, niż cesarze byli gotowi oficjalnie przyznać. Prowincje były nie tyle spacyfikowane, ile pacyfikowane wciąż na nowo, i nie panował w nich spokój8.

Coś z pax Romana wciąż tu pozostaje, jednak jego zakres jest poważnie ograniczony, choć – co istotne – rzekoma „powszednia przemoc” nie jest cechą wyłącznie rzymską. Innym podejściem jest przyznanie, że w znacznej części imperium panował powszechny pokój, ale jego cena dla ludności prowincji była o wiele za wysoka: „Pokój rzymski – nawet jeśli dla olbrzymiej większości populacji był to pokój, jakim cieszy się udomowione zwierzę, trzymane wyłącznie ze względu na korzyści, których dostarcza – był trwałą rzeczywistością”9.

Jednak wielkości i długowieczności rzymskiego imperium nie da się zanegować, co oznacza, że takie poglądy zakładają, iż udziałem wielu lub większości prowincji przez znaczną część ich dziejów był albo długotrwały ucisk, albo rozruchy i masowy rozlew krwi, a to z kolei sprawia, że trudno wytłumaczyć ową żywotność. Ta interpretacja implikuje, że Rzymianie byli jeszcze zręczniejsi w sztuce podporządkowywania sobie innych, niżbyśmy oczekiwali, i gdyby była prawdziwa, miałaby głęboki wpływ na nasze zrozumienie tego okresu. Inni uczeni sugerują ostrożnie, że długie istnienie imperium było dziełem przypadku, efektem ogólniejszych czynników, które skłoniły tak znaczną część świata do zjednoczenia się w owym czasie wokół wspólnego śródziemnomorskiego modelu gospodarczego. Jednak tak wielowiekowy sukces nie wskazuje na zwykły zbieg okoliczności, wciąż też wyjaśnienia domaga się kwestia, dlaczego to właśnie Rzymowi, a nie jakiemuś innemu państwu przypadła dominująca rola.

Oznaki dobrobytu na wielkich obszarach imperium są niezaprzeczalne, co nie oznacza, że ów komfort i zamożność były rozłożone równo lub sprawiedliwie pod jakimkolwiek względem. Oznacza to jednak, że prowincje nie były wyzyskiwane do tego stopnia, by to je zrujnowało i wpędziło w nędzę wszystkich ich mieszkańców – przez co nie należy rozumieć, że nie było takich, których to spotkało. Nie ma też wyraźnych dowodów wojen na rozległych połaciach rzymskiego świata w długich przedziałach czasu, a ich obecność trzeba wnioskować z aluzji albo po prostu z założenia, że cesarska propaganda musiała zawierać mnóstwo przekłamań. Twierdzenie, że ludność się buntowała, nie jest łatwe do uzasadnienia w wypadku większości prowincji i okresów. Do tego dochodzi kwestia przemocy na mniejszą skalę i pytanie, czy była ona tolerowana przez Rzym – albo uważana za niemożliwą do wykorzenienia. Wielu uczonych twierdzi, że bandytyzm był w imperium powszechną plagą, ale dowody bynajmniej nie są oczywiste.

Okres rzymskiej dominacji oraz imperium stanowi spory wycinek dziejów ziem, które weszły w jego skład, i jasne jest, że pod wieloma względami znacznie różnił się on od okresów przed i po narzuceniu rzymskiej władzy. Warto jeszcze raz przyjrzeć się pax Romana, próbując zrozumieć, co on naprawdę oznaczał i czy Rzymianie faktycznie władali pokojowym i stabilnym imperium, gdzie wojny były rzadkie i wygnane w większości na obrzeża świata. By odpowiedzieć na te pytania, musimy rozważyć, w jaki sposób imperium powstało i jak było zarządzane. Co najważniejsze, mimo wszystkich problemów, jakie wynikają z tego, że olbrzymia większość świadectw wytworzona została przez imperialną władzę, musimy wziąć pod uwagę doświadczenia nie tylko Rzymian, ale i podbitych ludów.

Nie liczę na to, że uda mi się omówić szczegółowo, jak dalece życie zmieniło się po narzuceniu rzymskiej zwierzchności albo bezpośrednich rządów, temat ten jest bowiem rozległy i skomplikowany. Świadectwa są w dużej mierze archeologiczne, uzależnione od liczby i jakości wykopalisk, badań terenowych oraz innych prac wykonanych w danym regionie. Dla niektórych prowincji mamy znacznie więcej danych niż dla innych; często koncentrują się one na wybranych obszarach, pewnych typach osiedli, rytuałach lub praktykach grzebalnych. Analizowanie tych świadectw, by uzyskać ogólny obraz danej prowincji, a następnie porównać go z okresami poprzedzającymi rzymskie rządy, by wykryć zmiany, nie jest proste. W prowincjach zachodnich datowanie warstw wykopaliskowych staje się znacznie łatwiejsze po przybyciu Rzymian, kiedy to pojawiają się monety oraz szybciej zmieniające się wzory ceramiki i innych dóbr. Tempa zmian w przedrzymskiej epoce żelaza nie da się zmierzyć tak łatwo jak niektórych procesów w okresie rzymskim. Wszystkie dane podlegają interpretacji, a opinie bywają często krańcowo różne, nierzadko obalane przez świeże odkrycia lub nowe metody badawcze. Staram się zachować rzetelność, ale przedstawiam własne poglądy na te sprawy. Inni będą widzieli je inaczej.

Książka ta ma charakter przeglądowy i próbuje dać wyobrażenie o skali różnorodnych doświadczeń, ale nie rości sobie pretensji do wyczerpującego omówienia tematu. Prace przytoczone w przypisach pozwolą zainteresowanemu czytelnikowi zapoznać się dokładniej z licznymi zagadnieniami poruszonymi tu tylko pobieżnie, gdyż każda dostarcza odniesienia do dalszych studiów. Na wzmiankę zasługiwałoby znacznie więcej książek oraz artykułów i, jak zawsze, muszę uznać swój dług wobec pracy tak wielu uczonych. Celem, jaki mi przyświeca, jest zaprezentowanie najbardziej istotnych materiałów i poglądów i przedstawienie w każdym wypadku nie tylko tego, co wiemy, ale i tego, czego nie wiemy. Gdy pisze się o starożytnym świecie, niemal każde stwierdzenie może zostać zakwestionowane. Mam nadzieję, że ukazuję tu czytelnikowi dość świadectw i metod ich zinterpretowania, by mógł on wyrobić sobie własny pogląd.

To samo odnosi się do ogólniejszej kwestii – czy imperium rzymskie było rzeczą dobrą – gdyż nie wydaje mi się, żeby istniała prosta odpowiedź na takie pytanie. Nie ma sensu pytać, co by było, gdyby imperium rzymskie nigdy nie powstało, ale mimo to ważne jest, byśmy pamiętali, że Rzym bynajmniej nie był jedynym agresywnym, imperialistycznym państwem w starożytnym świecie. Nie powinniśmy idealizować mieszkańców prowincji czy też ludów spoza imperium ani trochę bardziej niż Rzymian. Musimy brać pod uwagę częstotliwość wojen w każdym regionie przed przybyciem Rzymian, by osądzić, czy sytuacja się pogorszyła, czy poprawiła. Imperia są niemodne, a wiele aspektów rzymskiego społeczeństwa jest dziwacznych i odpychających dla współczesnych oczu, jednak niechęć do Rzymu nie może się przekładać na automatyczne współczucie dla pozostałych ani też nie powinna skłaniać nas do zaprzeczania, jakoby Rzymianie osiągnęli cokolwiek godnego uwagi. Równie zwodnicza jest tendencja do skupiania się tak mocno na rzymskim imperializmie, rzymskich wojnach albo „wielkiej strategii” Rzymu, że wszyscy inni zostają zredukowani do roli zupełnie biernych ofiar. W owym świecie było mnóstwo innych ludów, państw i przywódców, mających własne cele, ambicje i lęki.

Rzymianie odnieśli większy sukces niż ich rywale i stworzyli rozległe imperium, które utrzymywali przez bardzo długi czas. Jego wpływ był odczuwalny w prowincjach, a także daleko poza granicami. Kwestię tego, w jakim stopniu imperium cieszyło się wewnętrznym pokojem, trzeba zawsze rozważać na tle jego kosztów, warto też zastanowić się bardziej ogólnie, jak z tego powodu zmieniło się życie. Tak więc każda dyskusja na temat pokoju rzymskiego – cokolwiek on naprawdę oznaczał – powinna być osadzona w kontekście rzymskich podbojów oraz zrozumienia, jak funkcjonowało imperium. Administracyjna i wojskowa maszyneria państwa rzymskiego ograniczała potencjalne osiągnięcia, bez względu na aspiracje jego przywódców. To jest książka na temat pokoju, niekiedy na temat obrony, ale z konieczności jest to również książka na temat podboju, agresji, wojny, przemocy i wyzysku, tak więc powinniśmy zacząć od Rzymian jako zdobywców, a nie jako panów imperium.

 
Część pierwsza

I
NARODZINY POTĘGI RZYMU

Natomiast Rzymianie, którzy nie poszczególne części, lecz cały niemal świat uczynili sobie poddanym, wznieśli swe panowanie do takiej wyżyny, że dawniejsze wieki nie mogą się z nią zmierzyć, a późniejsze nie potrafią jej przekroczyć. […] Skoro bowiem Rzymianie w wymienionej wojnie zwyciężyli Kartagińczyków i w przekonaniu swym dokonali tego, co było najważniejszym i największym krokiem do zdobycia świata, wtedy to po raz pierwszy odważyli się po resztę wyciągnąć ręce i z potęgą wojskową przeprawić się do Grecji i na wybrzeża Azji.

Polibiusz, lata czterdzieste II w. p.n.e.10

POCZĄTKI

Rzym był już imperium na długo przed epoką cesarstwa, ale dużo wcześniej było to po prostu jedno z wielu italskich miast – a konkretniej jedna z latyńskich społeczności w regionie zwanym Lacjum. Latynowie nie stanowili jednolitego ludu, lecz grupę językową, a ich osiedla pod wieloma względami nie różniły się zbytnio od osad sąsiadów, takich jak etruskie czy greckie kolonie, na przykład Kapua. Rzym powstał w VIII wieku p.n.e., około roku 753 p.n.e., który późniejsza tradycja uznała za datę założenia miasta. Podanie o Romulusie i Remusie, bliźniaczych synach boga wojny Marsa, wykarmionych przez wilczycę i wychowanych przez pasterza, istniało w starożytności w rozmaitych wersjach, ale niewiele wiedziano na pewno o tych wczesnych latach. Żaden Rzymianin nie zasiadł do spisywania historii narracyjnej przed około 200 rokiem p.n.e. Grecy znacznie wyprzedzili ich pod tym względem, ale nie powinniśmy zapominać, że Herodot pisał dopiero po pokonaniu Persji w roku 479 p.n.e. Wiedza Greków o ich własnych dziejach w VIII i VII w. p.n.e. była naprawdę mglista i tak samo wypełniona legendami i czynami herosów. Nie było niczym niezwykłym, że Rzymianie niewiele wiedzą o własnych początkach.

Nie oznacza to, że nie było żadnych zapisów, gdyż społeczności te od wczesnych lat robiły pewien użytek ze słowa pisanego. Uwieczniano w ten sposób prawa, a także akty fundacyjne ołtarzy, świątyń i pomników zwycięstwa. Istniała też bogata tradycja ustna, pieśni i opowieści o przeszłości, często przechowywane przez arystokratyczne rody i oczywiście wielce pochlebne dla ich przodków. Nie ma żadnego wyraźnego powodu, by wątpić w podstawowy zarys późniejszych tradycji na temat pierwszych wieków Miasta, nawet jeśli wiele wydarzeń i postaci występujących w tych opowieściach zostało zmyślonych lub zniekształconych nie do poznania. Bezpiecznie stwierdzić można, że we wczesnych wiekach Rzymem rządzili królowie. Wygnanie ostatniego monarchy w roku 509 p.n.e. i ustanowienie republiki zdają się być oparte na wiarygodnych zapisach, nawet jeśli opowieści dotyczące tych zdarzeń zawierają sporo romantycznych upiększeń11.

Wojny są stałym motywem tradycyjnych przekazów na temat tak monarchii, jak i republiki. Ich skala była niewątpliwie skromna; walczono zazwyczaj z najbliższymi sąsiadami i na ogół były to zwykłe najazdy rabunkowe dla zdobycia bydła, jeńców i łupów. Rzymianie atakowali i byli atakowani w ten sposób przez pobliskie społeczności i z rzadka jedynie walki przeradzały się w walne bitwy. Rok po roku stawiano czoło tym samym wrogom, co sugeruje, że żadna ze stron nie była zdolna do odniesienia trwałego zwycięstwa nad rywalami. Nie wszystkie kontakty z innymi miały agresywny charakter; rozwijały się również handel oraz pokojowa wymiana umiejętności i dóbr. W pierwszym roku republiki Rzymianie zawarli układ z wielkim kupieckim imperium Kartaginy w Afryce Północnej (z centrum w dzisiejszej Tunezji), którego od dawna zapomniana kopia, napisana archaiczną łaciną, przetrwała w państwowych archiwach, gdzie mniej więcej trzysta pięćdziesiąt lat później przeczytał ją grecki historyk Polibiusz. Traktat dotyczył głównie praw i ograniczeń nałożonych na Rzymian podróżujących po kartagińskim terytorium, świadczy jednak o tym, w jak dalekie strony wyprawiali się kupcy12.

Z czasem Rzym rozrastał się i bogacił, a jego populacja powiększała się zarówno naturalnie, jak i za sprawą niezwykłej gotowości i zdolności do wchłaniania obcych. Obok wojen częstym elementem późniejszych mitów jest dołączanie cudzoziemców do społeczności, czy chodziło o Romulusa ściągającego do swojej osady włóczęgów i wyrzutków z całej Italii, porwanie sabińskich kobiet czy przybycie, już w czasach republiki, arystokratycznego rodu Klaudiuszów z całą rzeszą domowników i klientów. Jednocześnie rosła też potęga Rzymu, aż stał się on zdecydowanie największym i najsilniejszym ze wszystkich latyńskich miast. Traktat z Kartaginą z przełomu lat 509–508 p.n.e. wymienia z nazwy pięć latyńskich społeczności sprzymierzonych z Rzymem oraz ogólnie wszelkie ludy Latynów, „ilu ich podlega Rzymowi”. Nie były to sojusze pomiędzy równymi, ale znak pojawienia się dominującej lokalnej potęgi13.

Jednym z powodów, dla których inne miasta przyjmowały zwierzchność Rzymu, była presja ze strony silniejszego sąsiada, ale w grę wchodziła również potrzeba ochrony przed najzupełniej realnymi zagrożeniami. W Italii z przełomu VI i V wieku p.n.e. panował powszechny zamęt, gdy grupy takie jak Ekwowie, Wolskowie i Samnici, posługujący się językiem oskijskim górale z Apeninów, parły na bardziej żyzne nadbrzeżne ziemie, na północ na ziemie półwyspu zaś wtargnęły plemiona Galów. Wiele latyńskich, etruskich i greckich miast padło łupem tych najeźdźców – Herodot, opisując pokonanie przez jedno z owych plemion wielkiego miasta Tarentum (dzisiejszy Tarent) w roku 473 p.n.e., stwierdził, że była to „największa rzeź wśród Hellenów ze wszystkich, jakie znamy”14.

Rzym przetrwał i był w stanie chronić swoich sojuszników, ale w tak niebezpiecznych czasach wojny nabrały bardziej brutalnego charakteru, a wzrost rzymskiej potęgi prowadził do trwalszych rozstrzygnięć. W 396 roku p.n.e. Rzymianie złupili etruskie miasto Weje i wymordowali większość jego mieszkańców, kładąc kres rywalizacji, która trwała od najwcześniejszych dni Rzymu. Weje położone były na silnej naturalnej pozycji obronnej, zaledwie osiemnaście kilometrów od Rzymu, co unaocznia skromną skalę wielu z tych wczesnych wojen. Tradycja, jakoby oblężenie trwało dziesięć lat, może być wymysłem mającym zrównać je z epickim oblężeniem Troi, choć niewykluczone, że walki naprawdę były długie. To właśnie w trakcie tej wojny Rzymianie po raz pierwszy zaczęli płacić swoim legionistom, co wskazuje, że od żołnierzy tych wymagano długich okresów ciągłej służby z dala od swych gospodarstw. Terytorium Wejów zostało trwale włączone do ziem ludu rzymskiego, ager Romanus15.

W 390 r. p.n.e. oddział galijskich wojowników podejrzanie łatwo rozgromił rzymską armię i złupił sam Rzym. Późniejsza tradycja próbowała osłodzić to upokorzenie, twierdząc, że obrońcy utrzymali się na Kapitolu, przyznawała jednak, że wojowników skłoniono do odejścia okupem. Uzmysławia to, jak niebezpiecznym regionem była w tamtych wiekach Italia. Na szczęście dla Rzymian Galowie byli bandą najemników korzystających z okazji do grabieży, a nie najeźdźcami chcącymi osiedlić się na stałe. Odeszli, a Rzym powoli zaleczył rany, jednak wspomnienie tych mrocznych dni na długo pozostało częścią rzymskiej świadomości. Widomą oznaką tej traumy było błyskawiczne wzniesienie kosztownych, długich na jedenaście kilometrów kamiennych murów, dzięki którym Rzym stał się zdecydowanie największym warownym miastem w Italii16.

Imperium rzymskie w okresie republiki, ok. 60 r. p.n.e.


Wykaz map

W kolejnych dziesięcioleciach niektóre latyńskie społeczności zwróciły się przeciwko Rzymowi, czy to mniej przekonane o jego potędze, czy też niechętne jego dominacji i korzystające ze sposobności, gdy był osłabiony. Inne utrzymały sojusz i walczyły u boku Rzymian przeciwko pozostałym Latynom. W 340 r. p.n.e. grupa miast utworzyła związek i podniosła bunt przeciwko Rzymowi, została jednak pobita dwa lata później i więcej nie powtórzono takiej próby. W następnym półwieczu doszło do wojny na jeszcze większą skalę przeciwko etruskim miastom oraz plemionom samnickim i galijskim, a nawet przeciwko sojuszowi wszystkich trzech w roku 296 p.n.e. Rzymianie doznawali porażek, niekiedy poważnych, ostatecznie jednak zwyciężyli, a ich obywatelska armia rozprawiła się zarówno z innymi takimi wojskami, jak i z zawodowymi żołnierzami. Uczyli się od wrogów, kopiowali ich taktykę i sprzęt, i dostosowywali się, walcząc z każdym z nich po kolei.

Republika rzymska nie ograniczała się już do samego Rzymu i okolicznych terenów. Rzymskie obywatelstwo nadawano lojalnym sojusznikom i wyzwolonym niewolnikom – aczkolwiek z pewnymi ograniczeniami co do praw tych ostatnich – wskutek czego liczba obywateli rosła i znacznie przewyższała populację jakiegokolwiek innego miasta-państwa w Italii czy na świecie. Innym społecznościom przyznawano status Latynów, który przestał mieć jakikolwiek związek z narodowością lub językiem. Na podbitych terytoriach zakładano kolonie, niektóre w strategicznych lokalizacjach, a inne po prostu na dobrych ziemiach uprawnych. Osadnikami byli zarówno Rzymianie, jak i Latynowie, choć często cała społeczność otrzymywała status latyński17.

Inkorporacja przyczyniała się do rozwoju państwa w większym stopniu niż kolonizacja, choć i ta była znacząca. Pokonani wrogowie niekiedy przestawali istnieć jako byty polityczne, olbrzymia większość jednak stawała się podporządkowanymi sprzymierzeńcami Rzymu. Po pewnym czasie przyznawano im prawa latyńskie, a nawet obywatelstwo. Greckie miasta zazdrośnie strzegły swego obywatelstwa i nawet najmniejsze z nich były zdecydowane za wszelką cenę zachować niezależną tożsamość. Zdarzało się, że taka czy inna latyńska społeczność odrzucała ofertę rzymskiego obywatelstwa – senat szanował takie decyzje – ale większość przyjmowała ją chętnie. W rezultacie miasto-państwo Rzym przewyższało wielkością nawet największe z greckich miast. Ateny w szczytowym okresie rozwoju swej demokracji i zamorskiego imperium raczej zaostrzały, niż łagodziły kryteria obywatelstwa, mogły więc poszczycić się nie więcej niż sześćdziesięcioma tysiącami obywateli płci męskiej, z których mniej niż połowa miała majątek wystarczający, by służyć jako hoplici – ciężkozbrojna piechota, która stanowiła trzon armii. Wystawienie w polu sił liczących dziesięć tysięcy hoplitów było dla Aten poważnym przedsięwzięciem18.

Piszący w I wieku n.e. Pliniusz Starszy twierdził, że w roku 392 p.n.e. było 152 573 obywateli rzymskich, choć liczba ta może uwzględniać też kobiety i dzieci. Niektórzy uczeni uznają ją za zbyt wysoką; dane przedstawione przez greckiego historyka Polibiusza dla roku 225 p.n.e. zasługują na większą wiarę. Dotyczą one jedynie mężczyzn wciągniętych do rejestrów wojskowych i choć niewątpliwie zaokrąglone w górę, dają przynajmniej wyobrażenie o skali. Twierdzi on, że było dwieście pięćdziesiąt tysięcy obywateli zobowiązanych do służby w piechocie i dwadzieścia trzy tysiące w konnicy. Latynowie – w owym czasie istniało dwadzieścia osiem kolonii latyńskich – dostarczali osiemdziesiąt tysięcy piechurów i pięć tysięcy konnych. Dodając do tego pozostałych sojuszników, łączne siły, jakie teoretycznie mogła powołać pod broń republika rzymska, liczyły imponujące siedemset tysięcy pieszych żołnierzy i siedemdziesiąt tysięcy jeźdźców. Mobilizacja wojsk do walk z Hannibalem, które rozpoczęły się siedem lat później, jest dowodem, że Polibiusz niewiele przesadzał19.