SendlerowaTekst

Z serii: Biografie
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SERIA BIOGRAFIE

Już w księgarniach:

Beata Chomątowska Lachert i Szanajca. Architekci awangardy

Aleksander Kaczorowski Havel. Zemsta bezsilnych

Małgorzata Czyńska Kobro. Skok w przestrzeń

Angelika Kuźniak Stryjeńska. Diabli nadali

Aleksander Kaczorowski Hrabal. Słodka apokalipsa

Stanisław Bereś Gajcy. W pierścieniu śmierci

Olga Szmidt Kownacka. Ta od Plastusia

Mariusz Urbanek Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce

Wojciech Orliński Lem. Życie nie z tej ziemi

Klementyna Suchanow Gombrowicz. Ja, geniusz

Anna Bikont
Sendlerowa
W ukryciu


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce Irena Sendlerowa, 1943 rok; Archiwum Janiny Zgrzembskiej / East News

Wybór zdjęć Katarzyna Bułtowicz

Copyright © by Anna Bikont, 2017

Redakcja Magdalena Budzińska

Dokumentacja Wanda Lacrampe

Korekta Agata Czerwińska / d2d.pl, Gabriela Niemiec / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-590-6

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

1 Wyprowadzę na ulice i niech się dzieje wola Boża

2 Co ty byś zrobił, jakbyś Żyda u siebie znalazł?

3 Szła za mną złowroga opinia „komunistka-filosemitka”

4 Zaczęło się od bardzo małej pomocy dla przyjaciół

5 Widzę jego przygarbioną sylwetkę i długi łańcuch dzieci

6 Chyba zapomniałem, jak się naprawdę nazywam

7 Jedynie pod pretekstem akcji patriotyczno-polskiej

8 Dom Jagi był otwarty dniem i nocą dla ludzi z getta

9 Opuszczające umarłych wszy wpełzają mu na twarz

10 Jakże nam jeszcze uciekać w mrok przed żaglem nozdrzy węszących nas

11 Jego fizjonomia nie bardzo przypominała aryjską

12 Ja nie chcę wrócić do Żydów

13 Ponieważ moje dzieci są Żydami i mam kłopoty od sąsiadów

14 Biją Żydów, zakładamy nową Żegotę

15 Łatwiej było ukryć duży czołg niż małe żydowskie dziecko

16 Grupa moich koleżanek nie stanowiła charakterystycznego przekroju

17 Po Jedwabnem potrzebny był bohater

18 Powiedział „Elżunia już nie nasza” i zapłakał

19 Dwa i pół tysiąca nazwisk, miałam ten spis na cienkich bibułkach

20 Gdy dochodziło do Żydów, mur nie do przebicia

W książce występują

Podziękowania

Bibliografia

Źródła ilustracji

Przypisy

Kolofon

Mur dzielił ludzi i po to był postawiony.

Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym[1]

Kto miał szczęście ją poznać, mógł liczyć, że przeżyje.

Wanda Rotenberg o Irenie Sendlerowej[2]

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1
Wyprowadzę na ulice i niech się dzieje wola Boża

Szanowni Państwo!

Zapytujecie się Marysi czy jest zdrowa czy nie kaszle? Otóż jest zdrowa i nie kaszle, i tak się na zdrowiu czuje jak ryba i Daj Boże żeby jej to zdrowie sprzyjało tak do końca wojny. Teraz zapytujecie się jak spędziła dzień urodzin, że pewnie niewesoło. Nikt ją tu nie bije, nie maltretuje, i chociaż ma dach nad głową, ma co jeść i może się ciepło wyspać, ale to już jest u obcych. A teraz powinniście się zwrócić do mnie czy za nią płacą, jak jest u mnie od 20/VIII miesiąca to dopiero doszło za nią 2100 zł a ja sobie liczę po 60 zł dziennie więc kupa pieniędzy mi się należy. Właściwie kto jest jej opiekunem? P. Sendlerowa [pisana: Sejdlerowa], a ona była raz, później przesłała przez inne osoby pieniądze, więc jak do tej pory dali 2100 zł. A ja, z jakiej racji mam ją trzymać darmo? Wyprowadzę na ulicę i niech się dzieje wola Boża.

Proszę się namyśleć nad jej losem bo moje warunki są takie: 60 zł dziennie i z góry za 1 rok i pół zapłacone, a jeśli nie to proszę mi zapłacić za ten czas dokąd jest i proszę ją zabrać, bo w przeciwnym razie postąpię, jak mówiłam, bo nie chcę rezykować i nic z tego nie mieć.

Opiekunka Marysi[3]


[^] List Stanisławy Borcińskiej do Jonasa Turkowa i Diany Blumenfeld


[^] Dołączony do listu Borcińskiej list Margarity

List musiał zostać napisany niedługo po dniu urodzin Margarity, która była Marysią, gdy się ukrywała, a 26 listopada 1942 roku skończyła dziewięć lat. Adresatami są jej rodzice Diana Blumenfeld i Jonas Turkow.

Przeczytałam go najpierw w jednej z książek Jonasa Turkowa[4]. Wydawał się przytoczony in extenso, nie z pamięci. Ale czy na pewno? Na dodatek przeczytałam go po francusku w książce, która była tłumaczeniem z jidysz. Turkow musiał zatem list przetłumaczyć z polskiego na jidysz[5], z jidysz przełożył go francuski tłumacz, a ja z powrotem spolszczyłam. Na ile tekst był więc zgodny z oryginałem? Turkow opisywał, że przed powstaniem w getcie warszawskim zakopał skrzynię ze swoimi dokumentami na terenie getta, przy ulicy Mylnej. Odkopał ją po wojnie. Czy udało mu się wywieźć dokumenty, gdy po zakończeniu wojny nielegalnie opuszczał Polskę?

Kilka lat po przeczytaniu tego listu nieoczekiwanie natrafiłam na jego oryginał. Niewielka kartka zapisana starannym pismem, dwustronnie, gęsto, bez marginesów. Znalazłam ją w archiwum kibucu Lohamei Hagetaot, gdzie przeglądałam zbiory Adolfa Bermana, sekretarza Żegoty, polsko-żydowskiej organizacji powołanej do pomocy Żydom. Do listu dołączona była zapisana ołówkiem karteczka. Dziecinne pismo, a zdania tak dorosłe, że musiały zostać podyktowane. „Kochani Rodzice! Za mnie nie płacą, a pan Gadejski mówi że się mną nie zajmuje, a jak się do niego idzie to mówi że się go szantażuje. Odpiszcie na list od tej pani”[6]. W archiwum brak informacji, skąd list się tam wziął[7].

Margarita przeżyła wojnę. Jej ojciec zapłacił. Doszło do niego później, że Stanisława Borcińska, autorka listu, dostawała pieniądze i od Ireny Sendlerowej, i od żydowskich posłańców. Chciała tylko podwójnie zarobić[8].


[^] Diana Blumenfeld i Jonas Turkow z córką, półtoraroczną Margaritą, 1935

 

Dzięki staraniom Jonasa Turkowa Irena Sendlerowa jest wśród pierwszych Polaków odznaczonych medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata[9].

Z początku Margarita niezbyt martwiła się wojną. Przeciwnie, mogła teraz wieczorami mieć mamę dla siebie. Do siódmego roku życia spędzała czas z gosposią, nianią albo guwernantką, bo rodziców ciągle nie było w domu. Diana Blumenfeld i Jonas Turkow to znane postacie przedwojennej żydowskiej Warszawy. On – dyrektor teatru i aktor (podobnie jak jego brat Zygmunt, mąż Idy Kamińskiej, wielkiej aktorki i reżyserki teatru jidysz), ona – diwa sceny żydowskiej, występująca w trupie objazdowej swojego męża. Przebojem lata 1939 roku była Freuda teoria snów, w której oboje grali[10].


[^] Margarita Turkow i Jurek Blumenfeld, z którym mieszkała w getcie

Margarita słuchała nerwowych rozmów dorosłych, ale nie mogła się zorientować, kto ma pójść do getta: Żydzi czy Polacy. Zrozumiała, dopiero gdy już się przeprowadzali. Zabrali ze sobą walizki z materiałami teatralnymi Turkowa, szpule filmowe, książki, encyklopedie, obrazy i łóżko Margarity z jej haftowaną pościelą. Ich nowe mieszkanie na Nowolipkach 53 zapełniło się, gdy część rodziny uciekła tu z łódzkiego getta. Wkrótce jej mamy znów nie było wieczorami – Diana Blumenfeld grała w komediach i śpiewała w kawiarni przy ulicy Leszno 2, znanym lokalu artystycznym getta, gdzie akompaniował jej duet Władysław Szpilman – Artur Goldfeder. Ale to już Margaricie mniej przeszkadzało, odkąd mieszkał z nimi Jurek, jej kuzyn z Łodzi. „Nie byłam głodna, miałam koleżanki, chodziłam do szkoły, lubiłam rosół w stołówce na Karmelickiej, miałam swoje lalki i misia” – opowiada o czasie spędzonym w getcie w nagraniu dla Archiwum Fundacji Shoah[11]. Turkow był w kierownictwie Centosu, organizacji zajmującej się dziećmi w getcie[12], mogli więc jeść w stołówce, a od rodziny ze Związku Radzieckiego dostawał paczki. Poza tym przed wojną dobrze im się powodziło, mieli jakieś zapasy. Ich sytuacja była więc stosunkowo znośna. Jednak gdy tylko zamknęły się bramy getta, Turkow zaczął się szykować do wysłania córki na aryjską stronę. Ona za nic nie chciała.

Tutaj mogła chodzić do domu obok, do Halinki Pokorny, swojej pierwszej przyjaciółki. Halinka też przeżyła. Po wojnie Margarita usłyszała, jak mama Halinki mówiła jej mamie, że „Halinka nigdy nie kłamie”. Zastanawiała się wtedy, jak w takim razie Halince udało się przeżyć wojnę.

Diana Blumenfeld przygotowywała się do zagrania głównej roli w sztuce Droga do szczęścia. W getcie komedie, wodewile, kabarety, programy satyryczne i rewie – wszystko, co błahe i wesołe – były w cenie, bo na chwilę odrywały od rozpaczy. Premiera w Nowym Teatrze Kameralnym przy Nowolipkach 52, zapowiedziana na 22 lipca 1942 roku, nigdy się nie odbyła[13].

Tego dnia o świcie getto zostało otoczone szczelnym kordonem Ukraińców, Litwinów, Łotyszy i polskich granatowych policjantów. Dzień wcześniej Niemcy zażądali od Judenratu dostarczania codziennie sześciu tysięcy Żydów „nieużytecznych społecznie” na plac przeładunkowy – Umschlagplatz – skąd mieli być „przesiedlani na Wschód”. Był to początek wielkiej akcji, w czasie której do 23 września 1942 roku wywieziono do Treblinki lub zamordowano na miejscu trzysta tysięcy osób.

Wtedy przestało istnieć getto w swojej pierwotnej funkcji: zamkniętej murem przestrzeni, w której mieli się gnieździć Żydzi z Warszawy i okolic. Od czasu wielkiej akcji getto stało się koncentracyjnym obozem pracy. Odtąd mogli w nim przebywać tylko ludzie mający „pozwolenie na życie”, czyli pracownicy funkcjonujących w getcie warsztatów, tak zwanych szopów, i ich rodziny. Innych zapędzano na Umschlagplatz, a na ulicach i po strychach trwało polowanie na dzieci, kobiety, ludzi starych i tych wszystkich, którym nie udało się dostać stosownych papierów. Widok kojarzony najczęściej z warszawskim gettem – przestrzeni zatłoczonej do granic możliwości, dzieci żebrzących i zmarłych przykrytych gazetami – to widok sprzed akcji. Później na ulicach nie było już dzieci. Zostały zamordowane w Treblince.

Turkow załatwił dla siebie i żony pracę w warsztacie na ulicy Mylnej. Musieli się tam przenieść, zostawiając cały swój dobytek. Jak bardzo można było łudzić się nadzieją w świecie bez nadziei, dowodzą karteczki, które przyczepili do każdego przedmiotu: „Prosimy dbać o te rzeczy, dopóki po nie nie wrócimy. Mają dla nas dużą wartość. Diana Blumenfeld i Jonas Turkow”. Córkę przeszmuglowali ze sobą na Mylną. Margarita już nigdy nie zobaczyła kuzyna Jurka; z ich łódzkiej rodziny nie ocalał nikt.

Ulica Mylna z dziesiątkami warsztatów stanowiła centrum produkcji lalek i przedmiotów drewnianych, robiono tu też papier, zeszyty, bieliznę, guziki, części do fonografów i radio­odbiorników, sztućce. Liczne warsztaty należały do firmy Karl Heinz Müller. Pracownicy czuli się względnie bezpiecznie, właścicielem był syn generała SS. Pod numerem 11, gdzie Turkowowie pracowali i mieszkali, znajdowało się sześć warsztatów, ich specjalizował się w obróbce metali. W potwornym hałasie Turkow ciął cynkowe blachy, jego żona polerowała łyżki.

Margarita, nielegalnik w getcie, spędzała dnie z rodzicami w warsztacie. Miała przykazane kryć się za wieszakiem z płaszczami, gdy tylko ktoś wchodził. Rodzice woleli zabierać ją ze sobą, niż trzymać schowaną w mieszkaniu. Krążyło coraz więcej opowieści o pozostawieniu dzieci czy wiekowych rodziców w skrytkach i powrotach wieczorem do opustoszałego mieszkania. Niemcy i Ukraińcy przeszukiwali kwartał po kwartale, znalezionych wygarniali na Umschlagplatz albo rozstrzeliwali na miejscu. Ciotki Margarity, bliźniaczki Sara i Rachela, same zgłosiły się na wywózkę. „Nie boimy się ciężkiej pracy – mówiły – lepsze to niż wieczny strach i głód w getcie, a najważniejsze, że będziemy razem”. „Mogę pracować, wyjedźmy razem na wschód” – przekonywała rodziców Margarita. Oni nalegali, żeby dała się wysłać na aryjską stronę. Płakała, błagała, powtarzała, że nie chce się z nimi rozstawać.

14 sierpnia 1942 roku usłyszała wrzaski. Schowała się, jak trzeba, za paltami. Do warsztatu wkroczył esesman w asyście czterech Ukraińców. Margarita widziała przez dziurkę od guzika wycelowane lufy karabinów. Słyszała, jak wszyscy wychodzą. Cisza, aż z podwórza zaczęły dochodzić krzyki i płacze. Potem znów krzyk, tuż koło niej: „Kto tu się jeszcze ukrywa?”. Znów cisza i głos siostrzenicy dyrektora warsztatu, dziewczynki dwuipółletniej: „Wujku, czy mogę już wyjść?”. Odpowiedziały jej głośne śmiechy Niemców. Margarita pomyślała: „Strzału nie słyszałam, spróbuję wyjść”. Wydostała się na dwór, zaczęła biec. Przeciskała się między nogami dorosłych, aż znalazła ojca. Przepychali się dalej, szukając matki. Odnaleźli się tuż przed miejscem selekcji.

Niemiecki oficer pokazał ręką: ojciec na prawo, ona z matką na lewo. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza: ojciec jeszcze przyda się do pracy, ona z matką mają wsiąść do podstawionych już na placu wagonów. Turkow zapytał dobrym niemieckim, czy mógłby towarzyszyć żonie i córce. Niemiec mu pozwolił. Koło nich ledwo szedł jakiś stary człowiek. Kazali Turkowowi go popchnąć. Margarita usłyszała syk matki: „Udawaj chociaż, że go popychasz”. Bili, ale jej się nie dostało, ojciec zasłaniał ją swoim ciałem. Gdy Turkow zauważył znajomego żydowskiego policjanta, rzucił w jego objęcia córkę, krzycząc: „Ratuj ją!”.

Policjant zaprowadził Margaritę bocznymi ulicami na plac, gdzie królował Mieczysław Szmerling, znienawidzony komendant Umschlagplatzu, żydowski policjant, który zasłynął z bezwzględności, okrucieństwa i łapówkarstwa[14]. Wokół niego tłum, całowali go po rękach, obejmowali za nogi, błagając o ocalenie. „To jest córka Turkowa – powiedział do Szmerlinga jej konwojent – zrób coś”. „Biegnij tam. – Szmerling wskazał Margaricie grupkę ludzi. – Wrócisz z nimi do getta”. Nigdzie nie chciała biec bez rodziców. Stała i się rozglądała. Dalej pamięta niewiele, ktoś ją chwycił, przykrył jakimś kocem i już nie była na Umschlagplatzu, tylko w mieszkaniu z rodzicami.

Turkowa z żoną rozpoznał w tłumie i wyprowadził do szpitala szef dzielnicowej policji żydowskiej. Dwa pomieszczenia szpitalne zorganizowała przy Umschlagplatzu przełożona pielęgniarek w getcie Ala Gołąb-Grynbergowa; służyły też jako przechowalnia dla tych, których udało się wyratować z tłumu. Wieczorem po zakończonej akcji uratowani wkładali lekarskie lub pielęgniarskie fartuchy i wracali do getta. Do następnego razu. To z okna szpitalika Diana Blumenfeld wypatrzyła błąkającą się Margaritę i wymusiła na żydowskim policjancie, by pobiegł po dziewczynkę.

Kiedy udało im się w ostatniej chwili uciec z transportu, decyzja o wysłaniu Margarity na aryjską stronę zapadła nieodwracalnie. „Ja mogę umrzeć, byle tylko umierać razem” – prosiła. „Ja nie przeżyję razem z tobą, a chcę żyć” – odpowiadała jej matka.

Turkow, szukając sposobu przerzucenia Margarity, poprzez cały łańcuch osób natrafił na Wandę Wyrobkową, a przez nią na Irenę Sendlerową; obie pracowały w miejskim Wydziale Opieki Społecznej i Zdrowia Publicznego. Ustalili, że Margarita będzie przechowywana w klasztorze. Turkow wybrał jej nazwisko do sfałszowanej kenkarty: Maria Kondrat[15].

Matka wbijała córce do głowy: „Nigdy, nigdy nie mów nikomu, że jesteś Żydówką. Zobaczysz nas, powiedz, że nas nie znasz. Zaśpiewają w jidysz, ty nie rozumiesz. Będziesz Marysia, to jest jedyne imię, które masz, ktoś powie »Margarita«, nie reagujesz”. Uczyła ją modlitw: „Masz udawać, że wierzysz w Boga”. Margarita nie przyznała się matce, że naprawdę w Niego wierzy. W getcie wymyśliła sobie, że istnieje żydowski Bóg, choć rodzice tak chyba nie myśleli, i polski – znała Go, bo niania zabierała ją czasem w tajemnicy do kościoła – i że lepiej będzie modlić się do polskiego Boga.

Dostali wreszcie wiadomość, że mogą przesłać dziecko. Świtem 20 sierpnia 1942 roku Turkow przyprowadził córkę na skrzyżowanie Leszna i Żelaznej. Tamtędy wychodzili placówkarze – brygady pracy, w których Żydzi pod konwojem pracowali po aryjskiej stronie, a na noc wracali do getta. Reguły każdy znał. Gdy uzbiera się komplet, szef placówki melduje, że brygada jest gotowa, i pokazuje dokumenty. Pieniądze za każdą dodatkową głowę płaci się żydowskiemu policjantowi, zwanemu grajkiem (od „szafa gra”), który musi całą sumę przekazać niemieckiemu strażnikowi. Po przejściu placówki niemiecki żandarm liczy, ile było dodatkowych głów, ile dostał pieniędzy i czy się zgadza. Następnie rozdziela pieniądze między niemieckich żandarmów, polskich policjantów po aryjskiej stronie i żydowskiego policjanta. Wszyscy coś przemycają, i to też jest rozliczane. Proceder udaje się, tylko gdy przejścia pilnują „dobrzy”, czyli przekupni Niemcy. Wachy zmieniają się co kilka godzin, nie wiadomo, na jaką się trafi. Za każdym razem wychodzącym na placówkę grozi rewizja, publiczne rozbieranie się, konfiskata przemycanych rzeczy połączona z biciem, a osobom bez papierów – zastrzelenie na miejscu[16].

Szef placówki, który organizował przerzut, ostrzegł, że jest zła wacha i nie da się przeprowadzić dziecka. Wtedy podeszła jego polska wspólniczka. Zlustrowała Margaritę: „Dobry wygląd, przejdzie ze mną”. Usłyszeli strzał. Margarita błagała: „Tatusiu, tylko nie dzisiaj”. Turkow patrzył, jak Polka, trzymając Margaritę za rękę, przeszła pewnym krokiem, żartując ze strażą.

Margarita wspomina, że gdy tylko znalazła się poza gettem, wyrzuciła kanapkę, którą dostała na drogę. W getcie jadła ten ciężki, gliniasty, ohydny chleb, a tu zaraz poczuła, że nawet pies by tego nie tknął. Czekająca po drugiej stronie muru Wanda Wyrobkowa zaprowadziła ją do domu młodej kobiety o imieniu Basia[17]. Wszyscy byli dla niej mili, jedzenie pyszne, ziemniaki z jagodami, bułka z szynką. Dowiedziała się, że nie przygotowano jeszcze dla niej miejsca w klasztorze, więc zostanie na razie z polską rodziną. Kobieta zawiozła ją dokądś dwoma tramwajami. Gdy wysiadły, zobaczyła przechadzającą się panią o surowym wyglądzie, za nią na smyczy szedł czarny piesek. Margarita miała do niej podejść.

Stanisława Borcińska zaprowadziła ją na Wspólną 73. Mieszkała tam z mężem Józefem, piętnastoletnim synem Bogdanem i dwiema córkami, Bożenką w wieku Margarity i dorosłą Danusią, z którymi Margarita miała dzielić łóżko w kuchni.

Tej pierwszej nocy, z 20 na 21 sierpnia, obudził ją dźwięk syren. Samoloty sowieckie bombardowały Warszawę. Turkow też się obudził. W getcie ludzie wychodzili na dachy, żeby popatrzeć. Nie myśleli, że bezpieczniej byłoby się schować. Ogarnęła ich euforia – nie są osamotnieni, ktoś walczy z Niemcami.

 

Margarita poczuła szarpnięcie gospodyni. Zeszli do piwnicy, gdzie schronili się też inni mieszkańcy domu. Margarita słyszała ich rozmowy: „Może te bomby są na getto i wreszcie będzie z Żydami koniec?”. Zaczęła płakać, że chce do mamy. „Zatkaj pysk” – syknęła jej do ucha Borcińska. Wtedy, tej pierwszej nocy, jeszcze jej nie uderzyła, ale wkrótce bicie stanie się codziennością.

Czekała tylko, aż zabiorą ją do klasztoru, jak jej obiecano. Któregoś dnia przyszedł wysłannik rodziców Józef Zysman-Ziemian, który ukrywał się po aryjskiej stronie i przekazywał pieniądze z Żydowskiego Komitetu Narodowego na jej utrzymanie[18]. Zapytał, czy chce tu zostać. Borcińska nie spuszczała z niej oka. Margarita pomyślała, że jeśli powie „nie”, a ten pan nie będzie mógł jej zabrać, to Borcińska zbije ją do nieprzytomności. „Powiedziałam »Tak, dobrze mnie traktują« i oczyma błagałam go, żeby mnie zabrał. I tak zostałam”[19].

Jonas Turkow po otrzymaniu listu Stanisławy Borcińskiej, że albo pieniądze, albo ona wystawi dziecko na ulicę, nie wpadł w panikę. Odczytał list racjonalnie: Borcińskiej chodzi o pieniądze, nie o wydanie jego córki[20]. Zresztą wcześniej dowiedział się od Sendlerowej, że kilkutygodniowy pobyt, który miał służyć, jak to nazwała, „duchowej kwarantannie i oswojeniu ze zwyczajami chrześcijańskimi”, przedłuża się zgodnie z wolą rodziny, u której jest Margarita[21]. Zaczął z żoną obliczać, na co ich stać. Wymknął się z getta na pertraktacje z Borcińską. Przedstawił się jako wujek Margarity, żeby uzyskać lepszą pozycję negocjacyjną. Z sześćdziesięciu złotych dziennie płatnych za półtora roku z góry Borcińska zeszła do czterdziestu złotych w miesięcznych ratach; nadal nie przyznała, że dostaje już pieniądze[22].

Podczas kolejnej łapanki w trakcie wielkiej akcji mieszkańcy ulicy Mylnej, wszyscy z odpowiednimi papierami, użyteczni w warsztatach, zostali pognani na Umschlagplatz. Lutek Rotblat, znajomy Turkowa, uratował jego i Dianę, proponując im kryjówkę u siebie. Podał adres: Mylna 18, trzecie piętro, i instrukcję, jak znaleźć wewnętrzne schody i jak pukać. Dotarli do miejsca, gdzie – według relacji Turkowa – schowane było ponad sto osób. Maria Rotblat, matka Lutka, przed wojną w Wydziale Opieki, w getcie prowadziła bursę dla dziewcząt na Twardej 7. Swoje osiemdziesiąt podopiecznych – opisywał Turkow – przeprowadziła na czas wielkiej akcji do zbudowanej w tym celu kryjówki na Mylnej[23]. Były tam tajna stołówka, wychowawczynie, był pediatra, który ratował mdlejących z gorąca i sam mdlał – był już wrzesień, ale upał nie słabł.

„Mama zna ofiarność pani Wyrobkowej i pani Sendlerowej, ale możliwość znalezienia ratunku dla kilkorga dzieci niczego nie rozwiązuje – tłumaczył Lutek Rotblat Turkowowi. – Nie możemy na nie liczyć. Musimy sami wywalczyć od Niemców, z bronią w ręku, wolność dla nas i dla naszych dzieci”[24].

Tymczasem Borcińska biła Margaritę za wszystko. Za to, że się modli: z pewnością udaje, żeby naśmiewać się z ich wiary. Za kłamstwa: opowiada o matce, że jest aktorką – „Co ty sobie wyobrażasz, że jesteś kimś?”. Za to, że nie płacze, kiedy jest bita. A Margarita zawzięła się, że nie da Borcińskiej satysfakcji. Za lekkie przewinienie gospodyni ją policzkuje albo wykręca ucho czy nos. Za poważniejsze chwyta za szyję i bije, gdzie trafi, po głowie, po rękach, po całym ciele. Za jeszcze poważniejsze (według własnych bliżej nieokreślonych kryteriów) uderza ją gorącą szczapką wyjętą z pieca. „Bardziej bolały mnie jej słowa – opisuje Margarita. – »Ty głupia imbecylko, zastanawiam się, jacy są twoi rodzice, że stworzyli takie gówno«”[25]. Raz śniło jej się, że Borcińska ją pocałowała, opowiedziała to Bożence, a ta powtórzyła matce. Kobieta naigrywała się z niej później: „Ciebie bym całowała, ty podróbko ludzkiego dziecka?”. Margarita miała lalkę, powiernicę swoich łez; gdy sąsiadka uszyła lalce ubranie, gospodyni uznała, że lalka będzie świetną ozdobą na wezgłowie jej łóżka, i ją sobie wzięła.

– To nie miało nic wspólnego z antysemityzmem – odpowiada na moje pytanie Margarita. – Z tym się nigdy nie spotkałam w ich domu. Ona mówiła tak jak wszyscy Polacy „Żydki”, ale to nie było antysemickie. Biła mnie tak samo jak własne dzieci, tylko one były do bicia przyzwyczajone. Bardzo dobry był dla mnie jej mąż. Bawił się ze mną w chowanego. Nie miał odwagi stanąć w mojej obronie, dopiero kiedy się upił po wypłacie. Nasłuchiwałam w nocy ich kłótni na mój temat. Ona go tłukła, była od niego silniejsza.

Jak na ironię, to dzięki Borcińskiej Margarita trafiła do ich domu i przeżyła wojnę. Szlachetny pan Borciński był gotów pomagać Żydom, ale nie aż tak, żeby przyjmować ich pod swój dach. Uwielbiał swoją córkę Bożenkę i nie chciał jej narażać. W sprawie Margarity przeważyło, jak we wszystkich sprawach domowych, zdanie żony, która była zmotywowana – chciała zarobić.

Jest jeszcze problem z Bogdanem, synem Borcińskich, który dziewczynce dokucza. Kiedy ona używa mydła, mówi, że jest zrobione z Żydów. I molestuje Margaritę. „Był problem z seksem, ja nic nie wiedziałam. Jak Bożenka mi opowiadała, pomyślałam, że to tylko Polacy tak robią dzieci, ale nie Żydzi. On się bawił ze swoją siostrą. Jak mu się znudziła siostra, to się bawił ze mną”[26].

W listach, które Margarita wysyła rodzicom – dla konspiracji nazywając ich Danusią i Jasieczkiem – prawie wszystko jest pisane pod dyktando gospodyni. Przebija składnia Borcińskiej: „Mnie tu jest bardzo dobrze i nie potrzeba, żeby było mnie lepiej do końca wojny”[27]; „Jak wyglądałam pierw, tak teraz wyglądam lepiej. Zresztą mogą wam powiedzieć ci, którzy mnie widzieli pierw i teraz. Zapytujecie się mnie, czy trzymam się czysto? Tu, gdzie jestem, jest czysto, dbają o mój wygląd, myję się co dzień jak zwykle, a co tydzień z gruntu”[28]. Czasem gospodyni pewnie każe pilnować córce, co Margarita pisze, a Bożenka dyktuje jej co bądź: „Jak się zaczniemy wygłupiać, to aż ludziom tynk na głowę leci”[29]; „Bawimy się z Bożenką i czas mi przyjemnie schodzi. Hahaha, hihihi, kukuryku! Na patyku! Hejjho!!! Tralala, trumba, bumba, aaaha!!! liii, lula, lola!!!!!!”[30]. Żadnej szansy, żeby Margaricie udało się przemycić między jednym a drugim zdaniem tęsknotę i samotność dziesięcioletniej bitej dziewczynki.

Wiedziała, że nikomu nie może mówić, kim jest. Tylko jednej Wiesi wyznała, że ma tajemnicę, którą wyjawi jej po wojnie. „Ale po wojnie też jej nie powiedziałam. Po wojnie miałam kłopoty z powiedzeniem, że jestem Żydówką”[31].

– Dlaczego nie uciekłam? Myślałam o sobie: „Jestem tchórzliwa, nienawidzę siebie, bo nie mam odwagi uciec, muszę uciec, ale jestem tak bardzo nikim, że nie mam dokąd” – opowiadała mi.

Rodzice nadal byli w getcie. Matka Margarity panicznie bała się życia po aryjskiej stronie, w jej wyobrażeniu – dżungli, w której będzie zwierzyną łowną. Mężowi udało się namówić ją do wyjścia dopiero w kwietniu 1943 roku, tuż przed powstaniem. Zostawiła list, który w razie jej śmierci miał oddać córce.

Płaczę piekącymi krwawymi łzami, które mi zasłaniają pismo moje, nie chciałam zginąć, walczę i będę walczyć do ostatniego tchnienia! Chcę żyć!! Mam prawo do życia! Mam Ciebie i sztukę. Dla was chciałam żyć! Córuś moja najdroższa, najukochańsza, wybacz mi, że Cię urodziłam na taką mękę!! Wybacz mi, jeśli będziesz musiała cierpieć!!

Twoja matka Diana Blumenfeld-Turkow[32]

Diana Blumenfeld odpowiada stereotypowemu wyobrażeniu o diwie: egocentryczna i egzaltowana, przyzwyczajona do bycia adorowaną i obsługiwaną. Miała tak zwany niedobry wygląd. Wszystko razem było kiepskim wyposażeniem na czas Zagłady. A jednak przeżyje, i to nie tylko dzięki pieniądzom i znajomościom, ale też dzięki przypadkowo spotkanym szlachetnym ludziom.

Turkow uzgodnił przez jeden z nielicznych telefonów, które jeszcze działały w getcie, że będzie na nią czekać Basia Temkin-Bermanowa, dobry duch ukrywających się Żydów. Diana Blumenfeld przeszła na aryjską stronę przez przekupioną wachę. Zapukała pod zapamiętany adres: Polna 40 m. 34. Gospodarze nie wiedzieli, o co chodzi. Stała bezradnie w bramie z nadzieją, że Basia się pojawi. Nie było na to szans, pomyliła adres. Zbliżała się godzina policyjna, gdy podszedł do niej gospodarz mieszkania 34. Zobaczyli z żoną, że wciąż czeka, więc zaprosili ją do siebie na nocleg. Rano pan domu odprowadził ją do Borcińskich na Wspólną, pod jedyny adres, jaki jeszcze znała.

W listach przekazywanych mężowi do getta Diana Blumen­feld opisuje, co zastała: wymizerowane brudne dziecko, zawszone i zagnidzone tak, że musiała zapanować nad obrzydzeniem. Kupiła sabadylę, ścięła obu dziewczynkom, Bożence też, włosy do zera i zaczęła szorować im skórę. „W ciągu 2 dni śladu nie było”[33]. Wprowadziła zasady higieny, kazała im się myć, co przedtem zdarzało się tylko od święta. Wyobrażam sobie, jak musiało iskrzyć między nią a Borcińską, kiedy tak zaprowadzała własne porządki. Ale trafiła kosa na kamień. O Borcińskiej pisze: „Ona jest psychopatka i zły demon. Powietrza też się czepia”[34]. „Mimo to Marysia musi tu zostać, bo nie ma innej rady. Słowo powiem, to ona dziecko wyrzuci na ulicę. Ona do tego zdolna jest”[35].

Diana Blumenfeld na razie też została u Borcińskich. W listach wyliczyła wydatki. Za tydzień miała płacić trzysta pięćdziesiąt złotych. Borcińska mówiła jej, że to tanio, bo normalnie bierze sto złotych za noc. Za samo spanie. Lura z kuchni ludowej i wieczorem zupa – pięćdziesiąt złotych dziennie. Było jasne, że Diany Blumenfeld na to nie stać[36].

Odwiedziła ją u Borcińskich Basia Temkin-Bermanowa. Namawiała, żeby wynajęła mieszkanie jako Polka, ona wyrobi jej dobre dokumenty i będzie jej wypłacać pięćset złotych miesięcznie, co wystarczy, bo tylko mieszkania dla Żydów są tak upiornie drogie. Do nowych dokumentów potrzebowała aktualnej fotografii. „Jak mi radziła, to dziś poszłam w Aleje Jerozolimskie do fotografii w jasny dzień – pisała do męża do getta. – Zresztą może by było lepiej wpaść na ulicy, bo samej odebrać sobie życia nie mam sił, a nie ma wyjścia. Niestety, nikt mnie nie zaczepił, nikt mnie nie zagadnął”[37]. Próbowała przekonać męża, żeby sprowadził ją z powrotem do getta. „Może wrócić i uda nam się ujść z życiem na Mylnej ulicy? Błagam Cię, zastanów się nad tym. Zrobię, jak Ty postanowisz, ale Ty żyjesz w błędzie, a ja mam otwarte oczy”[38].

Turkow nie zawierzył otwartym oczom żony i nie sprowadził jej z powrotem. Ale jest wiele świadectw o ukrywających się Żydach, którzy nie wytrzymali po aryjskiej stronie i zdecydowali się na powrót do getta. Diana Blumenfeld wynajęła pokój jako Polka przy pomocy Poli Ziemiańskiej, tej, do której drzwi przypadkowo zapukała na Polnej. Współlokator, student, pytał Dianę: „Dlaczego pani ma takie smutne oczy?”. Ziemiańskiej zaproponował, by wspólnie tę Żydówkę zaszantażowali. Ziemiańska ją ostrzegła. Diana musiała zmienić mieszkanie. Jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz.