My z JedwabnegoTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anna Bikont

My z Jedwabnego


Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce pochodzi ze zbiorów Jose Gutsteina, www.radzilow.com

Fotografia Autorki © by MARCEL ŁOZIŃSKI

Wybór i układ zdjęć PATRYCJA KWAS

Copyright © by ANNA BIKONT, 2004

Wiersz Zbigniewa Herberta Pan Cogito szuka rady © by KATARZYNA HERBERT, HALINA HERBERT-ŻEBROWSKA

Mapa Jedwabnego na s. 552-553 © by MAGDA KOROTYŃSKA

Mapa Jedwabnego na s. 353 © by JACOB BAKER

Redakcja JOANNA SZCZĘSNA

Adiustacja nowego wydania i indeks nazwisk ALICJA LISTWAN / d2d.pl

Redakcja naukowa KRZYSZTOF PERSAK

Korekta MAGDALENA KĘDZIERSKA-ZAPOROWSKA / d2d.pl, ANNA WOŚ / d2d.pl

Przekład pamiętników i dokumentów opracowanych na użytek tej książki:

z hebrajskiego i z jidysz – HANNA LANOTA

z angielskiego – PIOTR BIKONT

z hiszpańskiego – ANNA HUSARSKA

Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład ROBERT OLEŚ / d2d.pl

ISBN 978-83-7536-434-7

Wołowiec 2012

Wydanie II

Skład wersji elektronicznej: MAGDALENA WOJTAS / VIRTUALO SP. Z O.O.

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.,

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice, tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa, tel. +48 18 351 00 70, e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa, tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: agnieszka@czarne.com.pl, anna@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl, zofia@czarne.com.pl

Dział marketingu: ewa.nowakowska@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: irek.gradkowski@czarne.com.pl, tel. 504 564 092, 605 955 550

Skład: d2d.pl, ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52, e-mail: info@d2d.pl

Spis treści

  Zapiski 28 sierpnia – 28 grudnia 2000

  Rozdział 1 Od Żydów Polskę racz oczyścić, Panie czyli o stosunkach polsko-żydowskich w Jedwabnem i okolicach w latach trzydziestych

  Zapiski 2 stycznia – 6 lutego 2001

  Rozdział 2 Chciałem ocalić jej życie, miłość przyszła później czyli opowieść o Racheli Finkelsztejn i Stanisławie Ramotowskim

  Zapiski 7 lutego – 10 marca 2001

  Rozdział 3 Cierpieliśmy za Niemców, za Sowietów i za PRL czyli opowieść o trzech braciach Laudańskich

  Zapiski 11–28 marca 2001

  Rozdział 4 U Żydów nie było widać tego smutku czyli pamięć polska i pamięć żydowska czasu okupacji sowieckiej

  Zapiski 29 marca – 12 maja 2001

  Rozdział 5 Powiem wam, kto to zrobił: mój ojciec czyli prywatne śledztwo Jana Skrodzkiego

  Zapiski 13 maja – 1 czerwca 2001

  Rozdział 6 Gdybym był wtedy w Jedwabnem czyli opowieść Meira Ronena, zesłanego do Kazachstanu

  Zapiski 2–12 czerwca 2001

  Rozdział 7 Przyjdzie pora, kiedy nawet kamień przemówi czyli monologi Leszka Dziedzica

  Zapiski 15 czerwca – 10 lipca 2001

  Rozdział 8 Jedyna szansa to udawać goja czyli opowieść o ocaleniu Awigdora Kochawa

  Zapiski 11 lipca – 30 listopada 2001

  Rozdział 9 Rozpaczliwe poszukiwanie pozytywów czyli monologi Krzysztofa Godlewskiego, byłego burmistrza Jedwabnego

  Zapiski 1–29 grudnia 2001

  Rozdział 10 Tylko ja wiedziałam, że było ich siedmioro czyli opowieść o Antoninie Wyrzykowskiej

  Rozdział 11 Ja, Szmul Wasersztejn, ostrzegam czyli w drodze z Jedwabnego do Kostaryki

  Zapiski 1 stycznia – 25 lutego 2002

  Rozdział 12 Mieli wódkę, broń i nienawiść czyli 7 lipca 1941 roku w Radziłowie

  Zapiski 27 lutego – 20 czerwca 2002

  Rozdział 13 Sny Chai Finkelsztejn czyli opowieść o ocaleniu rodziny radziłowskiego młynarza

  Zapiski 25 czerwca 2002 – 15 czerwca 2003

  Rozdział 14 Przyzwoici polscy młodzieńcy i chuligani czyli o mordercach z Jedwabnego, Radziłowa, Wąsosza i okolic

  Zapiski 30 czerwca 2003 – 10 lipca 2004

  Rozdział 15 Sprawcami sensu stricto byli Polacy czyli rozmowa z prokuratorem Radosławem Ignatiewem

  Postscriptum

  Z okruchów zaginionego świata. Jedwabne latem 1939 roku

  Podziękowania

  Źródła I Źródła archiwalne II Inne materiały źródłowe III Źródła biblioteczne

  Spis ilustracji

  Przypisy

28 sierpnia 2000

– To kłamstwo, że w Jedwabnem Żydów zabili Polacy – oświadcza Tadeusz Ś., emerytowany lekarz z Warszawy, naoczny świadek wydarzeń z 10 lipca 1941 roku.

Tadeusza Ś. przyjmuje w swym gabinecie mój szef, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik. W głosie Adama, gdy mi oznajmiał, że – według poleconego mu przez zaprzyjaźnioną osobę Tadeusza Ś. – dokonaną w Jedwabnem zbrodnią nie można obciążać Polaków, słyszałam podekscytowanie i zarazem ulgę. Wiem, że nie był w stanie przyjąć do wiadomości ujawnionych w Sąsiadach Jana Tomasza Grossa faktów. Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Jeszcze nim w maju ukazała się książka Grossa, mówiłam na zebraniu redakcji, że powinniśmy przygotować reportaż o miasteczku, które będzie musiało się skonfrontować ze zbrodnią sprzed lat.

Gross w Sąsiadach odtwarza przebieg zbrodni na podstawie trzech źródeł: złożonego po wojnie świadectwa uratowanego z pogromu Szmula Wasersztejna, akt sądowych z powojennego procesu przeciw uczestnikom mordu, sądzonym za współpracę z Niemcami, i wspomnień żydowskich współmieszkańców z wydanej w USA Jedwabieńskiej księgi pamięci. Stawia ostre wnioski i jeszcze ostrzejsze hipotezy. „Mniej więcej połowa dorosłych mężczyzn wymieniona jest po nazwisku wśród uczestników pogromu. Było to zbiorowe morderstwo w podwójnym tego słowa znaczeniu ze względu na liczbę ofiar i prześladowców”.

 

Moje propozycje wyjazdu do Jedwabnego Adam odrzucił. Teraz chce, żebym na własne uszy usłyszała, jak było. Uparł się, żebym była przy rozmowie, choć Tadeusz Ś. długo nalegał na spotkanie z nim sam na sam. Nasz rozmówca nie pozwala nagrywać, nie chce, żeby podawać jego nazwisko. Z oporami zgadza się, bym robiła notatki.

W 1941 roku miał piętnaście lat. Akurat 10 lipca był w Jedwabnem. Mówi, że przyjechał do dentysty.

– Rano na rynek przyjechały dwa motocykle z Niemcami w czarnych mundurach gestapo. Patrzyłem z balkonu, jak kazali się Żydom zbierać. Rabinowi włożyli czarny kapelusz na kij, dla urągowiska. Poszedłem za Żydami aż do stodoły.

Adam Michnik pyta:

– Ilu pan widział pod stodołą Niemców?

– Trzech. Niemcy lubią porządek, więc kazali przyprowadzić gospodarza, żeby ją otworzył kluczem, choć mogli wyważyć drzwi.

– I to wszystko zrobiło trzech Niemców?

– Pewnie było ich więcej, w cywilu. A trzech było w mundurach, z pistoletami. Widziałem, że Żydzi sami wchodzili do stodoły, jak zahipnotyzowani.

– I nie próbowali uciekać, kiedy płonęła?

– Nie próbowali. To straszne.

– Jacyś Polacy brali udział w tej zbrodni?

– Nie, żaden.

– W każdej społeczności jest element przestępczy. Wystarczy dziś wziąć dowolną gazetę, a znajdzie pan w niej pełno doniesień o gwałtach, morderstwach. W czasie okupacji byli szmalcownicy.

– Tylko w dużych miastach. Pan nie zna prowincji. Tam mieszkają rdzenni Polacy, szlachta zaściankowa. Obce było im mszczenie się za to, że Żyd za Sowietów Polaka wydawał. Krzyczeli pod stodołą: „Uciekajta, Żydy!”. Trzech Niemców tylko stało z obrzynkami, to nawet nie były karabiny. Starsi ludzie, którzy tam byli, mieli pretensje. W następną niedzielę mówili o tym pod kościołem.

– Pretensje do siebie?

– Do Żydów. Żadnego z nich nie było stać, by rzucić się na Niemców.

– Mieli pretensje do pomordowanych?

– Że sami się nie bronili.

– Przecież jeśli na moich oczach kogoś mordują, powinienem pomóc. A jeśli tego nie robię, ze strachu, ogłupienia, z tego, że sytuacja mnie przerasta, winię siebie, nie zamordowanych.

– Polacy pomogliby im, gdyby oni się rzucili na Niemców. Kiedy karabiny brali za władzy sowieckiej i po wsi jeździli, to byli chojracy, a gdy ich Niemcy prowadzili do stodoły, to co? Społeczeństwo się obraża, że się je w to wplątuje, bo Żydzi powinni byli sami się bronić. Przypisywano im tchórzostwo, bo oczekiwali, że będą bronieni przez Polaków, i sami nic nie zrobili. Ale że tam było tysiąc sześćset osób, to kłamstwo i kpina.

– A według pana ilu ich było? – wtrącam się do rozmowy.

– Tysiąc, nie więcej – odpowiada Tadeusz Ś.

Patrzę na Adama i widzę, że blednie.

Na zakończenie Ś. raz jeszcze zastrzega:

– Proszę nie wymieniać mego nazwiska, nie chcę, by pod domem czatowały na mnie żydowskie jastrzębie.

1 września 2000

Instytut Pamięci Narodowej zapowiada wszczęcie śledztwa w sprawie zbrodni w Jedwabnem.

Spotkany na korytarzu w „Gazecie” Adam Michnik mówi, że rozmowa z Tadeuszem Ś. nie daje mu spokoju. Proponuje, bym na jej kanwie napisała opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w miasteczku J. w czasie wojny. Ale ja nie umiem pisać opowiadań. Postanawiam poprosić o urlop z „Gazety”. Musi istnieć w miasteczku pamięć zbrodni, muszą żyć jeszcze jacyś świadkowie. Spróbuję zrekonstruować fakty, ale też odtworzyć, co działo się z pamięcią tamtych wydarzeń przez następne sześćdziesiąt lat.

5 września 2000

Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie. Trzymam w ręku pięć stroniczek luźno pisanego, pokreślonego rękopisu – to przetłumaczona z jidysz relacja Szmula Wasersztejna z Jedwabnego: „Zabijano niemowlęta u piersi matek, bito morderczo i zmuszano do śpiewów i tańców. Pokrwawieni, skaleczeni, zostali wszyscy wepchnięci do stodoły. Potem stodoła została oblana benzyną i podpalona. Po czym poszli bandyci po żydowskich mieszkaniach, szukając pozostałych chorych i dzieci. Znalezionych chorych zanieśli sami do stodoły, a dzieci wiązali po kilkoro za nóżki i przytaszczali na plecach, kładli na widły i rzucali na żarzące się węgle…”.

6 września 2000

Jedwabieńska księga pamięci, opracowana przez dwóch rabinów, braci Juliusa i Jacoba Bakerów, którzy jeszcze przed wojną wyemigrowali z Jedwabnego do Ameryki, przez dwadzieścia lat istniała w stu egzemplarzach. Dziś czytam ją w internecie (www.jewishgen.org/Yizkor/jedwabne/Yedwabne.html). Odnajduję tam relacje o dniu piętnastego miesiąca tamuz roku 5701 – czyli 10 lipca 1941 roku – spisane przez Rivkę Fogel („Goje obcięli głowę córki Judki Nadolnika, Gitele, i bawili się nią jak piłką”), Itzchoka Newmarka („Polacy z pieśnią na ustach oblali benzyną stodołę, gdzie stłoczono Żydów”), Awigdora Kochawa („Grupa chłopaków potłukła mnie bezlitośnie i zawlekli mnie na rynek; poganiali i bestialsko bili umęczonych, głodnych i spragnionych ludzi, którzy mdleli od stania cały dzień w piekącym słońcu”) i Herschela, trzeciego brata Bakerów z Goniądza („Matka, kompletnie wyczerpana, dotarła [z Jedwabnego] do Goniądza 14 lipca; uciekając przed masakrą, biegła z Jedwabnego przez pola i lasy. Nie mogła dojść do siebie po tym, co widziała, jak Polacy unicestwili wszystkich Żydów”).

25 września 2000

Muszę pokończyć różne teksty do „Gazety”, więc składam podanie o urlop bezpłatny od 1 stycznia.

28 września 2000

Ruszamy w kilkuosobowej grupie przyjaciół na wycieczkę do Wilna. Po drodze zatrzymujemy się w Sejnach u Małgorzaty i Krzysztofa Czyżewskich, twórców Ośrodka Pogranicze i wydawców Sąsiadów. Irena Grudzińska-Gross opowiada, że Janek Gross chciał umieścić świadectwo Wasersztejna już w zbiorze esejów Upiorna dekada. Irena poradziła mu, żeby to usunął. Jak można – przekonywała go – na podstawie jednego świadectwa uwierzyć w coś tak potwornego?

23 października 2000

Na Dniach Książki Żydowskiej organizowanych przez „Midrasz”, żydowski miesięcznik założony przez Konstantego Geberta, dyskusja o książce Grossa. Profesor Ireneusz Krzemiński, socjolog, nawiązuje do głośnej książki harwardzkiego historyka Daniela Goldhagena Gorliwi kaci Hitlera (Goldhagen dowodził, że w dziele Zagłady wzięli udział „zwyczajni Niemcy” oderwani na chwilę od warsztatów pracy i biurek, mogli odmówić, ale w ich pojęciu był to czyn sprawiedliwy i moralny, Żydzi bowiem uosabiali zło).

– Goldhagen analizował zachowania urzędników zbrodni – mówi. – W Jedwabnem ludzie stali się mordercami z własnej woli. Coś jednak łączy jednych i drugich: wiara, że można kogoś naznaczyć i wykluczyć z ludzkości, oraz przekonanie, że ludzie wyłączeni spod jurysdykcji prawa zostają wyłączeni spod jurysdykcji sumienia.

Profesor Jerzy Borejsza, historyk, zwraca uwagę, że nie można wyjaśniać zbrodni zachowaniem Żydów w czasie okupacji sowieckiej:

– Niewątpliwie Żydzi witali radośnie Armię Czerwoną. Tylko że to samo dotyczy Białorusinów, a nie było pogromów białoruskich. Te przyczyny leżą dużo głębiej.

18 listopada 2000

W „Gazecie” wywiad Jacka Żakowskiego z profesorem Tomaszem Szarotą Diabelskie szczegóły. „Nie zdawaliśmy sobie sprawy – mówi profesor Szarota – że Polacy byli też sprawcami Holokaustu. A w Jedwabnem byli. I to nie jacyś pojedynczy dewianci, którzy w każdej społeczności się znajdą, ale tłum z władzami miasteczka na czele”. Ale zaraz dodaje, że diabeł często siedzi w szczegółach. Grossowi zarzuca, że nie próbuje wyjaśnić, „dlaczego 1500 zdrowych, będących w pełni sił osób prowadzonych na śmierć przez mniej niż setkę uzbrojonych tylko w kije zbrodniarzy nie próbowało się bronić ani nawet uciekać”.

Trudno pojąć, jak Szarocie, autorowi książki U progu Zagłady o pogromach w okupowanej przez Niemców Europie, takie zdanie mogło przejść przez gardło. Przecież w tym tłumie byli starcy, kobiety z dziećmi przy piersi, kilkulatki uczepione matczynej spódnicy (żydowskie rodziny były najczęściej wielodzietne), młodych mężczyzn natomiast jak na lekarstwo – ze świadectwa Wasersztejna wynika, że wymordowano ich wcześniej tego dnia. Ile Szarota zna przypadków, by tłum prowadzony na śmierć zbuntował się i zaatakował oprawców?

Powołując się na śledztwo prowadzone na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przez prokuratora Waldemara Monkiewicza z Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, Szarota zarzuca Grossowi, że nie zajął się zbadaniem udziału Niemców w zbrodni: „Wątpię, żeby prokurator z palca wyssał tych 232 Niemców, ciężarówki i samą postać Wolfganga Birknera. Tak czy inaczej – nie jest w porządku, że w książce Grossa nazwisko Birknera w ogóle nie pada”.

Ja osobiście do śledztwa prowadzonego w czasach narodowo-komunistycznego antysemityzmu spod znaku Moczara podchodziłabym z dużą ostrożnością. Gross miał w ręku zeznania świadków z procesu z 1949 roku. Jak to możliwe, by żaden nie zauważył kolumny ciężarówek? Nie wiem, ilu pod jedwabieńską stodołą było Niemców, ale Tadeusz Ś., który chciał przekonać Adama Michnika, że Polacy nie mieli z tym nic wspólnego, widział ich trzech.

Obok rozmowy z Szarotą tekst Żakowskiego. Atakuje Grossa za język, jakim posługuje się w Sąsiadach: „To język wojny etnicznej. Język ludobójstwa. Gross nas w stronę takiego języka wyraźnie popycha. […] przez ostatnie pół wieku podjęliśmy w Europie bardzo wiele wysiłków, by rozumem zgłuszyć etniczne emocje, […] by kulturą okiełznać niebezpieczną naturę. […] Tym bardziej się dziwię Janowi Grossowi – który sam ten język kiedyś w Polsce słyszał – że gotów jest się teraz do niego odwołać, podejmując ryzyko dożywienia przymierających upiorów. […] Słowa i myśli mogą realnie mordować. Dlatego chciałbym tu bardzo zdecydowanie zachęcić do samoograniczenia w imię naszego wspólnego bezpieczeństwa”.

Jakże trudno mord w Jedwabnem przyjąć do wiadomości, skoro ma z tym problem nawet Żakowski, autor tekstu Czarna sukienka o polskim grzechu obojętności, gdzie porównywał powstanie styczniowe, po którego upadku Polki masowo wdziewały żałobny strój, z powstaniem w getcie warszawskim, po którego zdławieniu Polacy nie poczuwali się do żałoby.

21 listopada 2000

Mówią mi w „Gazecie”, że ktoś dzwonił, chciałby opowiedzieć o Radziłowie. Oddzwaniam. Jan Skrodzki mieszka w Gdańsku ale pochodzi z odległego od Jedwabnego o osiemnaście kilometrów Radziłowa, gdzie trzy dni przed zbrodnią w Jedwabnem też zgładzono całą społeczność żydowską. 7 lipca 1941 roku jako mały chłopiec z okna domu rodzinnego oglądał zza firanki pędzonych na spalenie Żydów. Nie widział żadnego Niemca. Cytuje mi zdanie z artykułu Żakowskiego: „Jan Gross odpowiada za siebie, a ja za siebie. Żaden z nas nie ma prawa wypominać drugiemu ziomków ani przodków” i oświadcza: „Ja poczuwam się do odpowiedzialności za Jedwabne, za Radziłów, za to wszystko, co jeszcze się okaże”.

Czytałam w Żydowskim Instytucie Historycznym relację Menachema Finkelsztejna ze spalenia całej społeczności Żydów w Radziłowie. I tam – jak zeznawał – wykonawcami zbrodni byli Polacy. Brnęłam przez przerażające sceny gwałtów, bicia, wrzucania dzieci żywcem do płonącej stodoły, obcięcia piłą głowy żydowskiej dziewczyny i chciałam wierzyć, że to siła przerażenia kazała ocalałym wyolbrzymiać i wyostrzać.

Finkelsztejn, próbując pojąć ten wybuch barbarzyństwa, pisał: „Ziarno nienawiści padło na dobrze użyźnioną ziemię, która była dobrze przygotowaną w przeciągu długich lat przez duchowieństwo. A chęć zdobycia żydowskich zysków i żydowskich bogactw jeszcze więcej zaostrzyła ich apetyty”.

Umawiamy się, że przyjadę do Skrodzkiego do Gdańska.

23 listopada 2000

Jak co roku w rocznicę śmierci Gai, żony Jacka Kuronia, która zmarła w stanie wojennym, gdy Jacek był w więzieniu – zebrało się u niego grono przyjaciół. W rozmowach dominuje Jedwabne, nie tylko ze względu na obecność Janka Grossa u Jacka, ale i przez teksty Żakowskiego i Szaroty. Kuroń oburza się na Żakowskiego.

 

– Nienawiść – mówi Jacek – bierze się z czegoś innego: kiedy człowiek ma poczucie winy, którego sobie nie uświadamia. Gdzieś w środku wie, że wymordowano tu naród, a on z tego skorzystał, bo ma pożydowski dom, albo chociaż poduszkę. Nie chce się z tym zmierzyć i nienawiść w nim rośnie.

24 listopada 2000

W Instytucie Historii pan zebranie Pracowni Dziejów Inteligencji zorganizowane przez profesora Jerzego Jedlickiego na temat książki Grossa. Na sali ponad sto osób, większość to historycy. Od progu wyczuwa się ładunek emocji rzadko spotykany na zebraniach naukowych.

Tomasz Szarota referuje stan wiedzy o Jedwabnem. Przytacza kolejne publikacje poświadczające, że w Jedwabnem działało komando Białystok pod kierownictwem Birknera z warszawskiego getta. Tylko że źródło jest tak naprawdę jedno – prokurator Monkiewicz, który powtarzał to po wielekroć przy każdej nadarzającej się okazji, jak na przykład dwustupięćdziesięciolecia nadania praw miejskich Jedwabnemu.

Gross wprowadza odmienny ton. Mówi ostro, bezpośrednio, ironicznie. Przypomina Szarocie o spotkaniu w maju z udziałem historyków, przedstawicieli Ministerstwa Spraw Zagranicznych i gabinetu premiera. Monkiewicz oświadczył tam, że latem 1941 roku na Białostocczyźnie Polacy nie mordowali Żydów ani w ich mordowaniu nie pomagali, i był tylko jeden taki przypadek, kiedy Niemcy zmusili Polaków, by chwycili się za ręce, tworząc łańcuch uniemożliwiający Żydom ucieczkę.

– Uznałem, że panu prokuratorowi można podziękować – mówi Gross. – Źle się dzieje, że Tomasz Szarota swym autorytetem naukowym uwiarygodnia bałamutną wersję jedwabieńskiej tragedii, wprowadzając tezy Monkiewicza w wielonakładowy obieg. Rozmawialiśmy o tym, Tomku – zwraca się wprost do Szaroty – mówiłem ci, że obecność Birknera w Jedwabnem to wymysł i żebyś dał sobie spokój z Monkiewiczem.

Po tym jak kolejne osoby zwracają uwagę na warsztatowe niedociągnięcia książki Grossa, do mikrofonu podchodzi Marek Edelman.

– Tu każdy chciałby znaleźć coś na dowód, że Gross to marny historyk, bo się pomylił i tego pana zabili wcześniej, a tamtą panią później. Ale nie o to chodzi. Jedwabne ani nie było pierwsze, ani odosobnione. W Polsce była wtedy atmosfera do zabijania Żydów. I nie chodziło o grabież. W człowieku jest coś takiego, że lubi mordować.

Głos zabiera Jedlicki:

– Jacek Żakowski myli się, przypisując etniczne emocje jakiejś przedkulturowej naturze. Etniczne emocje są fundamentalną mapą kulturową nowoczesnych społeczeństw europejskich. Nienawiść do Żydów, pogarda i śmiech to część dwudziestowiecznej kultury środkowoeuropejskiej, w tym polskiej. Nie chcę przez to powiedzieć, że każdy był gotów do zbrodni. Ale zagładzie Żydów towarzyszyła uciecha znacznej części ich polskiego otoczenia. Tę uciechę, ten śmiech, który towarzyszył Zagładzie, pamiętam, bo byłem wtedy po drugiej, aryjskiej stronie muru. Do dziś naszą postawą, moją też, była ucieczka od tego tematu, tchórzliwy lęk przed tym ciemnym, co się czai w naszej zbiorowej historii. Gross Sąsiadami i wcześniejszą Upiorną dekadą budzi nas z otępienia. I to najważniejsze. Cała reszta to szczegóły, a diabeł w Jedwabnem czy Radziłowie tkwi nie w szczegółach, lecz w generaliach.

Spotkanie trwa niemal pięć godzin, momentami przypomina psychodramę. Alina Skibińska pracująca dla Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, mówiąc o morzu nienawiści do Żydów, z którą styka się w materiałach archiwalnych i na co dzień w swojej pracy, wybucha płaczem.

Pod wieczór dzwonią do mnie: Marek Edelman – że wyszedł ze spotkania chory (w przenośni) i Hanna Krall – że wyszła chora (dosłownie – trzydzieści osiem stopni). Zmierzyłam temperaturę – wariant drugi.

25 listopada 2000

Wśród mieszkańców Jedwabnego nie znalazłoby się tyle osób gotowych zabijać, gdyby nie czuli wsparcia u innych podobnie myślących i u autorytetów – pisze w „Gazecie” profesor psychologii Krystyna Skarżyńska. Przytacza badania Janusza Grzelaka i Bogdana Wojciszke, że Polacy traktują narodowe cierpienia jako rodzaj specjalnego wkładu czy inwestycji, za które należy im się od świata więcej niż innym. „Uważamy się za wyjątkowych, przypisujemy sobie moralne zasługi i szczególny wkład w losy świata. Badania wykazują, że ludzie tak myślący szczególnie łatwo akceptują zabijanie niewinnych”.

U Jacka Kuronia z Joasią Szczęsną, z którą często pracuję w tandemie. Ostatnie pytania do portretu jego żony Gajki, który przygotowujemy do wigilijnego numeru „Gazety”. Relacjonuję mu spotkanie w PAN-ie. Jacek zapamiętał to samo co Edelman: społeczny klimat przyzwolenia na szykanowanie Żydów. We Lwowie widział na własne oczy, jak młodzi ludzie rzucali kamieniami w stronę getta i nikogo to nie oburzało, naokoło słyszał tę samą śpiewkę, jak to „Hitler robi za nas dobrą robotę”.

– Tego nawet Holokaust nie zmienił – mówi Jacek. I opowiada, jak latem 1945 roku mieszkał w Krakowie z rodzicami, dziadkami i młodszym bratem Felkiem. Któregoś dnia na spacerze dziadek ciągnął Felka za rękę i ten się rozpłakał. Zaraz zebrał się tłum, który szarpał i wyzywał starszego pana. Uznano, że jest Żydem, a chłopczyk polskim dzieckiem, które ma być przerobione na macę. Tylko dlatego że Felek był blondynkiem, a dziadek nosił czapkę. Niedługo później w Krakowie był pogrom.

– Nie zgadzam się z Żakowskim – ciągnie Jacek. – Z niepoczuwania się do odpowiedzialności jak świat światem nic dobrego nie wyszło.

5 grudnia 2000

List Kazimierza Laudańskiego do Adama Michnika. Starszy brat Jerzego i Zygmunta, skazanych w 1949 roku na piętnaście i dwanaście lat za udział w mordzie na jedwabieńskich Żydach, przedstawia swoją wersję wydarzeń. Niemcy są w niej głównymi aktorami, za to Żydzi-komuniści „razem z NKWD układali listy zaplanowanych rodzin do wywiezienia na Sybir”.

Narzuca się pytanie: jeśli przyjąć, że zbrodnia jest dziełem niemieckim, co ma do rzeczy, że Żydzi wydawali Polaków w ręce NKWD?

Kazimierz Laudański, protestując przeciw szkalowaniu braci, wychwala patriotyzm rodziny: „Marszałek Piłsudski otaczał się oficerami o nazwisku Laudański”. I dalej: „Wśród młodszego pokolenia naszych dzieci i wnuków jest wielu nauczycieli, inżynierów i lekarzy, w kraju i za granicą, a dwoje posiada najwyższe tytuły naukowe”. Kończy słowami: „Zawsze byliśmy i jesteśmy gotowi służyć krajowi… pro publico bono”.

Wśród dokumentów ze sprawy sądowej przeciw uczestnikom zbrodni Jan Gross znalazł list Zygmunta Laudańskiego, w którym ten pisze do władz więziennych o swoich kontaktach z NKWD, o wstąpieniu do ppr, o tym, że „właśnie na takich ramionach może się opierać nasz ustrój robotniczy”. Grossa uderzył „nieugięty konformizm tego człowieka, który próbuje antycypować oczekiwania wszystkich kolejnych reżimów epoki pieców i angażuje się za każdym razem na całego – najpierw jako konfident NKWD, później morderca Żydów, wreszcie wstępując do ppr”.

Z relacji Szmula Wasersztejna: „Rozkaz zniszczenia wszystkich Żydów dali Niemcy, ale polscy chuligani podjęli go i przeprowadzili najstraszniejszymi sposobami. W czasie pierwszych pogromów i podczas rzezi odznaczyli się okrucieństwem niżej wymienieni wyrzutki: […]”. Wśród kilkunastu przytoczonych nazwisk jest nazwisko Jerzego Laudańskiego.

Tego już chyba dla Michnika za wiele. Embargo przerwane. Jadę do Pisza na rozmowę z Laudańskim.

8 grudnia 2000

Przygotowujemy z Joasią Szczęsną wywiad z Jeremim Przyborą do „Gazety”. Rozmawiamy o piosenkach Starszych Panów, ale moje myśli krążą wokół Jedwabnego. Przypominam sobie Przymknięte oko opaczności, gdzie Przybora wyznał, iż należał przed wojną do jednej z korporacji studenckich, która co prawda stroniła od burd ulicznych, ale jej członkowie wygłaszali żydożercze przemówienia. Przyborę odwiedził kiedyś przyjaciel Alek Nadelman, utalentowany matematyk, który z powodu numerus clausus nie dostał się na politechnikę. Kiedy zauważył jego dekiel – znak korporacji – pożegnał się chłodno i wyszedł. „Nigdy już ani nie zadzwonił do mnie, ani ja do niego – pisał Przybora. – Nie zadzwoniłem nawet wtedy, kiedy zaczęło się wysiedlanie Żydów do getta. I kiedy czytam dziś o dominującej wśród Polaków obojętności wobec Zagłady, czuję na sobie wskazujący palec tego oskarżenia”.

Poruszył mnie tym wyznaniem i wyobraziłam sobie, jak zwierza się z tego drugiemu Starszemu Panu. Wiedziałam, że Jerzy Wasowski przechował się w czasie wojny jako korepetytor polskiego w majątku rodziny babci mojego przyjaciela Grzegorza Przewłockiego. Wasowski pochodził z zasymilowanej rodziny i jego ojcu, znanemu dziennikarzowi, tropiciele obcości wypominali przed wojną, że w młodości nazywał się Wasserzug.

Pytam Przyborę, czy konfrontował swoje doświadczenie jako Polaka właściwego pochodzenia z doświadczeniem Wasowskiego, któremu pewnie w latach trzydziestych nieraz boleśnie dawano do zrozumienia, że jest w Polsce intruzem.

– Wasowski nigdy ze mną nie poruszał tego tematu – wyjaśnia Przybora.

9 grudnia 2000

Pisz, siedemdziesiąt kilometrów na północ od Jedwabnego. Kazimierz Laudański czeka na mnie u wylotu uliczki prowadzącej do jego domu. Nim doszliśmy, zdążył mnie odpytać, z jakich okolic pochodzą moi rodzice i jakie było nazwisko rodowe matki. Mama miała całkiem porządne nazwisko panieńskie i imię też jak trzeba. Przynajmniej od momentu, kiedy zakochany w niej Polak wyrobił jej aryjskie papiery, łącznie ze świadectwem chrztu, i ożenił się z nią. W ten sposób w 1942 roku we Lwowie zniknęła Lea Horowicz. Zniknęła tak bardzo, że o swoim pochodzeniu dowiedziałam się jako całkiem dorosła osoba. Przypadkiem, na ulicy.

Moja mama nie utrzymywała kontaktów z rodziną, w naszym domu nigdy nie pojawił się żaden wujek czy kuzynka. Przyjęłam za coś naturalnego, że mama, typ osoby niezależnej i zbuntowanej, rodzinne więzi i spotkania uważa za nudny, mieszczański obowiązek, któremu nie zamierza się poddawać. Dopiero jako dorosła osoba, po studiach, poznałam na naszej działce nad Zalewem pana, lat koło pięćdziesięciu, którego mama przedstawiła mi jako syna swej ukochanej siostry, zamordowanej w Związku Radzieckim w 1937 roku. Byłam z przyjaciółmi, przywitałam się i pobiegliśmy nad wodę. Minęło kilka lat, nim spotkałam go po raz drugi. Zagadnęłam go, że jest jedynym znanym mi krewnym ze strony mamy i czy może coś wie o naszej wspólnej rodzinie. „Nasz dziadek Hirsz Horowicz…” – zaczął mój kuzyn Olgierd Wołyński.

Obdzwaniałam przyjaciół i znajomych z mojego telefonicznego notesu, systematycznie od A do Z. „Jestem Żydówką” – obwieszczałam. Jakoś na nikim – poza mną – fakt ten nie robił specjalnego wrażenia. Tylko jeden znajomy, doradca „Solidarności”, spotkał się ze mną i zasugerował, żeby w redakcji „Tygodnika Mazowsze”, pisma podziemnej „Solidarności”, które współtworzyłam – był rok 1982 – nie przyjmować już osób o takim pochodzeniu. „Już i tak przeważacie i jak was posadzą, to może zaszkodzić sprawie” – mówił, zresztą w dobrej wierze i z troską, nie przeciwko mnie. Największym szokiem było uprzytomnienie sobie, że niemal wszyscy moi przyjaciele wiedzieli. Choćby stąd, że matka jednego z nich chodziła przed wojną do jednej klasy z moją mamą w renomowanym gimnazjum dla żydowskich panienek z dobrych domów. „Dlaczego nikt mi tego nie powiedział?” – dopytywałam się. Jeden był przekonany, że ja wiem, tylko postanowiłam udawać stuprocentową Polkę (wypytywałam go wielokrotnie, jak to jest być Żydem). Drugi uznał, że decyzja o ujawnieniu mego pochodzenia należy do mojej matki (przyjmował oczywiste dla niego założenie, że bycie Żydem jest czymś wstydliwym, co się „ujawnia”). Trzeci doszedł do wniosku, że jak nie wiem, to dla mnie lepiej.