GomułkaTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

Swietłana Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (wyd. 4)

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążyłPaństwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

Kate Brown Czarnobyl. Instrukcje przetrwania

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 3 zmienione)

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 2)

Renata Radłowska Nowohucka telenowela (wyd. 2 zmienione)

Aleksandra Boćkowska Można wybierać. 4 czerwca 1989

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP (wyd. 2)

Marta Sapała Na marne

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 3)

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo

Piotr Lipiński
Gomułka
Władzy nie oddamy

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.



Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Zbyszko Siemaszko / FORUM


Copyright © by Piotr Lipiński, 2019


Redakcja Tomasz Zając

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl


Skład wersji elektronicznej d2d.pl


ISBN 978-83-8049-905-8

Prolog

Najnudniejszy człowiek świata. Taki zawsze wydawał mi się Władysław Gomułka.

Z oszczędności dzielił każdego papierosa na pół, a od cytryn wolał kiszoną kapustę. Jeździł ekskluzywnym mercedesem, a garnitury zamawiał u najdroższego warszawskiego krawca. Prawdziwy towarzysz Wiesław ukrył się gdzieś pomiędzy tymi dwiema postaciami.

Jego historia to miłosne dramaty. Zdradziła go ta, którą kochał najmocniej – partia. Zrozpaczony, pewnego dnia prosił: „Nie chcę, abyście mnie raz na zawsze skończyli”1.

Przez chwilę był jedynym komunistą, którego kochali Polacy. Przeraził się tej miłości. Wiedział, że kiedy przeminie, ludzie będą pragnęli więcej, niż zdoła im zapewnić. Niczego chyba tak bardzo nie znosił jak nierealnych marzeń.

To historia miłości, ale i nienawiści. Miłości i nienawiści Polaków do Gomułki. Miłości i nienawiści Gomułki do Związku Radzieckiego.

Opowiadano o nim dowcipy, w których pod warstwą ironii kryła się prawda. Jak ten: na początku lat pięćdziesiątych XX wieku w więziennej celi spotyka się trzech mężczyzn.

– Za co siedzisz? – pytają pierwszego.

– Za Gomułkę – odpowiada. – W 1945 roku mówiłem, że to ruski agent.

– A ty za co? – zwracają się do drugiego.

– W 1950 roku powiedziałem, że Gomułka to polski patriota – wyjaśnia. – I za to mnie wsadzili.

– A ty? – zagadują trzeciego.

– Ja jestem właśnie Gomułka.

Ta książka pomaga zrozumieć ów dowcip.


Końca tej kolejki widać nie było. To jednak nie wił się zwykły PRL-owski ogonek. Tym razem ludzie nie czekali, aż do sklepu rzucą wymarzony towar, szynkę, pomarańcze albo zimowe buty.

Odświętnie ubrani Polacy sunęli w ciszy między komnatami Domu Partii w centrum Warszawy, gdzie jeszcze niedawno zgrzytały gąsienice czołgów.

Taki obraz zapamiętałem z września 1982 roku. Wtedy dziadek zabrał mnie, nastolatka, do stolicy, aby oddać ostatni hołd Władysławowi Gomułce. Kiedy zmarł, jego trumnę wystawiono na widok publiczny w polskim Białym Domu, jak czasami nazywano siedzibę Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Polacy żegnali człowieka, który rządził krajem najdłużej w powojennych dziejach. Niewiele o nim wiedziałem. Nazwisko „Gomułka” raniło, zaszczycało, śmieszyło albo wściekało raczej tych, którzy pamiętali okres między początkami władzy ludowej a końcem lat sześćdziesiątych. Między Café Fogg a Czerwonymi Gitarami. Między pończochami z UNRRA a spódniczkami mini. Między Stalinem a Breżniewem.

Zmarł długo po tym, jak już przestano o nim wspominać w prasie. Zniknął z PRL-owskiej rzeczywistości, bo choć najpierw ją tworzył, to później przestał do niej pasować. Partia upchnęła Gomułkę jak niemodną bluzkę w komodzie z napisem „emerytura”. Po usunięciu ze stanowiska szefa PZPR wyparował z życia publicznego jak kilka lat wcześniej przywódca Związku Radzieckiego Nikita Chruszczow. Przypomniano sobie o Gomułce niedługo przed jego śmiercią, wówczas w gazetach pojawiły się życzenia z okazji urodzin.

Ja przyszedłem na świat trzy lata przed tym, gdy w Polsce w 1970 roku ostatecznie skończyła się epoka Gomułki. Jeszcze nie nabrałem świadomości istnienia, a już z rodzicami zamieszkałem w gomułkowskim bloku. Z rozmachem, bo w trzech pokojach, choć te właśnie po gomułkowsku – czyli oszczędnie – ubito w niecałych pięćdziesięciu metrach kwadratowych. Ale i tak luksusowo jak na tamte czasy – nawet kuchnia miała okno, co wcale nie było wówczas oczywiste. I każde mieszkanie posiadało własną łazienkę, a nie jedną wspólną na piętrze, co bardziej odpowiadałoby zamysłom Gomułki.

Blok nosił co prawda numer 2, ale w rzeczywistości był pierwszym postawionym na nowym osiedlu. Ten, który oznaczono numerem 1, zawalił się podczas budowy. Tak jak waliła się gospodarka epoki Gomułki.

Niecały rok przed jego śmiercią komuniści wprowadzili w Polsce stan wojenny. Na ulicach pojawiły się wojskowe patrole i czołgi. To zrodziło myśl, od której do dziś nie potrafię się uwolnić: czemu dziadek zawlókł mnie do stolicy, żeby uroczyście pożegnać jednego z tych zdrajców? Dziadek przecież nie był komunistą. Nigdy nie należał do partii. Moja rzeczywistość wydawała się wtedy prosta – byliśmy tylko dobrzy „my” i byli źli „oni”. Nie było nikogo pośrodku. Każdy musiał zmieścić się w jednej z tych dwu kategorii.

Kim jednak byli ludzie, którzy stali w kolejce wokół nas? Przecież nie wszystkich przymusowo delegowano z zakładów pracy jak na obowiązkowy pochód pierwszomajowy. W końcu my z dziadkiem – dziadek bardziej – przyjechaliśmy dobrowolnie. A on zawsze wieczorami słuchał polskich audycji radia BBC, zagłuszanych przez PRL-owskie władze.

Mój dziadek był rówieśnikiem rewolucji – tej z 1917 roku. Gomułka zaś innej – lutowej 1905 roku. Nie wpłynęły wprost na ich dzieciństwo, ale odbiły się na dorosłym życiu. Obaj byli metaforycznie dziećmi rewolucji.

Mój dziadek zapewne szanował Gomułkę za skromność i uczciwość. Czasami o tym wspominał. Jakby te cechy były najważniejsze u przywódcy kraju. Ale ludziom pamiętającym przedwojenną polską biedę – dziadek pochodził z wielodzietnej chłopskiej rodziny – podobała się ascetyczność Gomułki. Inaczej niż tym, którzy zaznali tylko powojennej siermięgi i marzyli o bogatszym świecie.

 

Dziś, trzydzieści lat po dniu, kiedy w Polsce upadł komunizm, oswoiłem się z myślą, że przyzwoici ludzie też cenili komunistów. Choć tylko niektórych.


Nagle poczuł, że ktoś dźga go palcem w piersi. Usłyszał przez sen:

– Wstawać, wstawać!2

Był ranek 24 kwietnia 1936 roku.

– Kim pan jest, czego chce? – zapytał otępiały Gomułka.

Pochylający się nad nim mężczyzna odburknął:

– Policja. Ubierać się.

Przyczajony w rogu pokoju stał ktoś jeszcze. Poeta. Spoglądał w milczeniu. Poeta z wierszami niewiele miał wspólnego. Tak brzmiało nazwisko właściciela mieszkania, w którym ukrywał się Gomułka.

Inny nieznajomy przeszukiwał leżącą na stole teczkę Gomułki. Do pokoju wkraczali kolejni ludzie. Niedługo później eskorta zgarnęła Gomułkę do aresztu.

Kwietniowy poranek przerósł jego wyobrażenia o chwili, gdy trafi do więzienia. Spodziewał się, że prędzej czy później wpadnie. Z myślą o aresztowaniu godził się każdy działacz nielegalnej Komunistycznej Partii Polski. Ale obudzony o świcie Gomułka czuł się, jakby tkwił jeszcze w półśnie, w którym zamazują się niektóre obrazy. Jakby to wszystko nie mogło być prawdą. Wokół kręcili się ludzie – jedni ubrani po cywilnemu, inni w służbowych mundurach. Obrzucali go nieprzyjaznymi spojrzeniami. Chwilę później korytarzem w kryminale prowadził go policjant. Dotarli do kancelarii, sporego pokoju z dwoma zakratowanymi oknami po lewej stronie. Środkiem biegła drewniana barierka oddzielająca dwa biurka. Za jednym z nich, pośród papierów, siedział mężczyzna w więziennej bluzie zapiętej wysoko pod szyję. W kącie stała niewysoka kobieta – oddziałowa. Ubrana w mundur strażniczki ze skórzanym pasem.

Nagle rozległ się huk.

Gomułka otworzył oczy. Po chwili uświadomił sobie, że to był tylko zły sen.

Zegarek obok tapczanu wskazywał siódmą rano. O tej porze zwykle wstawał i zabierał się do konspiracyjnej roboty.

Wspomnienie sennej mary prześladowało go cały dzień. Budziło niejasne obawy. Tłumaczył sobie, że to podświadomość ujawniła strach przed więzieniem.

Tego dnia szczególnie bacznie szukał wokół siebie szpiclów. Kiedy wieczorem wracał do domu, zobaczył mężczyznę idącego wolno przez pole, jakieś dwieście metrów dalej. Z pewnością nie śledził Gomułki. Może jednak obserwował mieszkanie Poety. Gomułka pomyślał, że powinien zmienić lokal.

Wieczorem napisał trzy listy. Pierwszy do siedzącej w więzieniu kuzynki żony. Drugi do siostry żony. Trzeci do działaczki Komunistycznego Związku Młodzieży Polski – poznał ją na Śląsku. Zakleił i zaadresował koperty, jedną z nich po rosyjsku.

Zmęczony dniem, w którym wciąż towarzyszyło mu napięcie, późnym wieczorem zapadł w głęboki sen.

Rano poczuł, jak ktoś stuka w jego klatkę piersiową i żąda:

– Wstawać, wstawać.

Był świt 25 kwietnia 1936 roku.

Gomułka otworzył oczy. Zobaczył stojącego obok tapczanu mężczyznę. Wyglądał tak samo jak policjant z sennych zwidów ubiegłej nocy.

Gomułka leżał nieruchomo, sądząc, że nadal śni. Że to ciąg dalszy majaków.

– Wstawać, ubierać się, tu policja – usłyszał.

W pokoju trwało przeszukanie. Rewizji przyglądał się – jak w koszmarze z poprzedniego dnia – Józef Poeta.

Z mieszkania poszli na przystanek tramwajowy.

Funkcjonariusze zawieźli Gomułkę tramwajem do komisariatu policji w Chorzowie. Przesłuchali go i sfotografowali. Później umieścili w przechodnim pokoju, przez który przewinęło się kilkanaście osób. Jedni w mundurach, inni w cywilu. Wszyscy bacznie mu się przyglądali. Prawdopodobnie sprawdzali, czy już wcześniej się z nim gdzieś nie zetknęli.

Potem przesłuchiwano go w komendzie powiatowej policji w Świętochłowicach.

Nie przyznał się do niczego. Zeznał, że przyjechał na Śląsk, aby zebrać materiał do reportażu o życiu górników.

Wciąż towarzyszyło mu uczucie nierealności. Cały czas myślał o swoim śnie. Tu, na jawie, wszystko toczyło się niemal dokładnie tak samo.

Niedługo później ziścił się też ostatni jego fragment. Gomułka trafił do więzienia w Katowicach. Choć we śnie nie zobaczył drogi do aresztu, to już każdy detal od chwili, gdy znalazł się na zakratowanym korytarzu, zgadzał się niemal w najdrobniejszych szczegółach. Szedł tak samo eskortowany przez jednego policjanta. Korytarz był taki sam. Takie same drzwi do kancelarii. Pomieszczenie przedzielone przez środek drewnianą barierką. Za biurkiem mężczyzna. W kącie umundurowana strażniczka.

Przez lata ową historię Gomułka opowiedział zaledwie kilku osobom. Ale bez szczegółów. Te przedstawił dopiero na emeryturze, odsunięty od władzy, gdy spisywał swoje pamiętniki. Przyznał wówczas, że nigdy nie pojął, w jaki sposób mógł w rojeniach zobaczyć niemal wszystko to, co wydarzyło się następnego dnia3. Ufał jedynie, że kiedyś nauka znajdzie jakieś racjonalne wyjaśnienie. Bo jak tu być marksistą, kiedy miewa się prorocze sny?

Mahoniowe biurko

Usiadł przy biurku w samej koszuli, bez marynarki. Tak właśnie powinien wyglądać, gdy przygotowywał się do swojej nowej roli. Kiedy przed wojną potajemnie przebywał na szkoleniu w Związku Radzieckim, oszczędzał na jedzeniu. Marzył wówczas o dobrej koszuli. Wypatrzył sobie taką w Moskwie w sklepach Torgsinu, przypominających późniejsze PRL-owskie pewexy. W Moskwie odebrano mu zaoszczędzone pieniądze. Dostał lichą sowiecką szmatę; taką, w jakiej znikał w moskiewskim tłumie. Włożył ją tylko raz, ale zapamiętał dokładnie, że była stara, wypłowiała, z wytartym kołnierzem, uszyta z rudego pluszowego materiału. Budziła w nim odrazę. Po wojnie szył więc porządne garnitury u najlepszego warszawskiego krawca, Zalewskiego. Zazdrościli mu ich towarzysze z Moskwy. Kiedy przyjeżdżali do Polski, sami udawali się do mistrza igły i nici.

Cichym świadkiem powojennych losów Gomułki, wszystkich jego wzlotów i upadków, stało się również coś luksusowego. To mahoniowe biurko, które stoi teraz w mieszkaniu jego syna Ryszarda.

To przy nim pisał przemówienie, którym porwał Polaków w 1956 roku na placu Defilad. I to z 1967 roku, kiedy porównał polskich Żydów do piątej kolumny i tym podmuchem rozpalił żarzący się w Polsce antysemityzm. Wszystkie owe podziwiane i pogardzane słowa zapisał na tym meblu z blatem pościnanym prosto na rogach, z szufladą pośrodku i dwoma szafkami po bokach. Każda część otwierana kluczykiem. Nawet bez uchwytów, za które dałoby się pociągnąć.

Notował zawsze ołówkiem. Kiedy coś mu się nie spodobało, sięgał po gumkę i wycierał. Szkolne przyzwyczajenie do ołówka i gumki pozostało mu na całe życie; odręcznie dodawał uzupełnienia na rządowych maszynopisach i usuwał wątpliwe miejsca w przygotowywanych przemówieniach. W jego biurze podwładni ostrzyli kolejne ołówki, żeby zawsze miał zapas gotowych do pracy. Charakter pisma miał czytelny, wyraźny, wyuczony w austriackiej szkole. Porządny i elegancki, jak ulubione garnitury.

Podczas partyjnych narad z oszczędności pisał na odwrocie zadrukowanych biuletynów Polskiej Agencji Prasowej.

– Zmierzył mnie kiedyś lodowatym wzrokiem, gdy zobaczył, że robię notatki na czystym, dobrym papierze – opowiadał mi Andrzej Kurz, działacz partyjny z tamtej epoki.

Przy tym biurku miały teraz powstać jego wspomnienia. To w nich zamierzał pokazać, że różnił się od swoich partyjnych współtowarzyszy, którzy przed wojną wyobrażali sobie Związek Radziecki jako proletariacki raj na ziemi. A on szybko się zorientował, że ów eden przypomina piekło. Świadomość tego dzieliła go od wielu zaczadzonych członków Komunistycznej Partii Polski.

To nie znaczy, że wątpił w komunizm. Przeciwnie. Wierzył w nowy ustrój z zapałem światoburcy. Ale najważniejsza myśl Gomułki była taka: polski komunizm nie musi być wierną kopią radzieckiego wzorca. Jego towarzysze nie rozumieli, że w każdym kraju może przybrać inną postać, tak jak różniły się koszule z kołnierzykiem Słowackiego, ukraińskie soroczki i rosyjskie rubaszki.

Usiadł do spisywania wspomnień w świecie już odmiennym od tego, jaki zapamiętał z przedwojennych lat, kiedy dopiero stawał się komunistą. Ale też różny od tego, gdy komunistom matkował. Partią kierował Edward Gierek, który ogłosił, że w ciągu jednego pokolenia zamierza zbudować drugą Polskę.

Obietnice. Tych Gomułka zawsze się wystrzegał. Wolał nie rozbudzać nadziei. Bronił Polaków przed myślami o mocarstwowości.

Był właśnie rok 1972. Dla Władysława Gomułki drugi rok, w którym jako zwykły emeryt najwięcej czasu spędzał pod Warszawą na spacerach, aby rozruszać kontuzjowaną nogę.


Na niedzielę 5 lutego 1905 roku prognoza pogody dla Galicji przewidywała przelotne opady, lekki wiatr, temperaturę bliską zeru.

W Krakowie pękła nowa rura wodociągowa, skutkiem czego woda zalała ulicę Zwierzyniecką, wpadając do sklepów i piwnic.

Donosił o tym krakowski „Czas” wychodzący dwa razy dziennie, z wyjątkiem poniedziałków i dni poświątecznych, kiedy publikował tylko nakład wieczorny.

Firma Heinricha Kertésza anonsowała w porannym wydaniu swój bezpłatny ilustrowany katalog karnawałowy o balowych i wszelkich żartobliwych przedmiotach. Znajdowały się w nim nader zajmujące nowości, a to przybory kotylionowe, węże powietrzne oraz coriandoli, czyli konfetti.

Tani sklep chrześcijański polecał po bardzo niskich cenach bieliznę, a W. Grabowski oferował osuszanie wilgotnych ścian w kościołach, mieszkaniach, sklepach, składach i sieniach sposobem patentowym.

Odmiennie wyglądały Galicja i świat widziane oczami krakowskiego „Naprzodu”, organu Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej. W niedzielę 5 lutego 1905 roku pismo ostrzegało, że każdy nożownik jest za pan brat z policją, która za pensjonarką czytającą broszurki polityczne puszcza w ruch sforę ogarów, a złodziejom za kilka rubli łapówki hulać pozwala.

Firma B. Karlsberg informowała, że do Ameryki i do innych zamorskich krajów przeprawia najtaniej.

Głównym tematem była jednak rewolucja w Rosji.

Władysław Gomułka przyszedł na świat dzień później, 6 lutego 1905 roku, w tejże Galicji. Rodzice mieszkali w Białobrzegach Franciszkańskich w pobliżu Krosna, w domu przy ulicy Mostowej 5. Urodził się na ubogich i zacofanych terenach Polski pod zaborami, które nazywano „nędzą galicyjską”. Ale przynajmniej za język urzędowy służył polski.

Matka – Kunegunda z domu Bazan. Całe życie pracowała w domu. Tak jak jej rodzice, którzy również w domu zarabiali jako tkacze, dopóki mechanizacja krosen nie pozbawiła ich zatrudnienia.

Ojciec – Jan, robotnik naftowy. Socjalista. Przez kilka lat emigrant zarobkowy w USA. Pewnie też do zamorskiego kraju przeprawiał się jak najtaniej. Tam, w Ameryce, Kunegunda i Jan poznali się i wzięli ślub.

Jan na emigracji ciężko pracował – był górnikiem w kopalni węgla w Pensylwanii. Może z wycieńczenia zaczął poważnie chorować. Razem z żoną wrócił do kraju, na ubogą prowincję. Gospodarzył tu na spłachetku ziemi.

Władysław wychowywał się z dwiema siostrami, starszą Józefiną, która przyszła na świat jeszcze w Stanach Zjednoczonych, i młodszą Ludwiką, urodzoną tak jak on już w Polsce pod zaborami.

Gomułka przez wiele lat bywał „Gomółką”. Tak zanotowano jego nazwisko w aktach policyjnych sporządzonych w 1929 i 1931 roku. Tak zapisano w zeznaniach niektórych świadków, kiedy przesłuchiwali ich w 1951 roku śledczy Departamentu X. Gomułka – to jakby ktoś nazywał się Żeka albo Gura. Gomółka jest dawnym określeniem kawałka kulistej miękkiej masy. Gomółka to też rodzaj sera. Ludziom, którzy używali kiedyś tych określeń, pisownia nazwiska Gomułka musiała wydawać się błędna. Gomułka zdawał się łamać reguły ortograficzne.

 

Wiedział, czym jest głód. Jedzenie, jedzenie, jedzenie. Myśli o tej podstawowej potrzebie wypełniały jego dzieciństwo i lata, kiedy sprawował rządy.

Mięso. W młodości – odświętna rzadkość. Jedynie na Wielkanoc i w Boże Narodzenie. W dni powszednie tylko wtedy, gdy ktoś zarżnął kurę, która już się nie niosła. Kiedy kierował krajem, dziwił się więc, że ludzie chcieliby na co dzień jeść szynkę. Przecież szczawiowa z jajkiem to też jest świetne pożywienie, mawiał, nie rozumiejąc tych zbędnych potrzeb. Wszak w powojennej Polsce już nie brakowało chleba, a u niego w domu szczenięctwa matka tylko raz w miesiącu piekła dziesięć bochenków na sześcioosobową rodzinę.

Tych wspomnień związanych z jedzeniem było całe mnóstwo. W wakacje Władek co rano chodził boso do sąsiada pasać krowy, bo tam dawali mu zjeść lepiej niż w domu. Lepiej, czyli na śniadanie kromkę chleba z serem albo masłem i kubek mleka. Czasami gęstą kaszę z poprzedniego dnia. Dostawał też w pole drugie śniadanie: zawiniętą w białą szmatkę pajdę chleba posmarowaną serem zmieszanym z masłem.

U gospodarza zjadał obiad. Kapuśniak, kartoflankę, gęsty biały barszcz. Kluski, kasze albo ziemniaki ze zsiadłym mlekiem.

Na kolację: kwaśne mleko z ziemniakami albo mleko i znowu chleb z serem.

Podczas I wojny światowej było jeszcze gorzej. Jedli głównie ziemniaki sadzone na zagonie dzierżawionym przez matkę. Czasami za pracę u kogoś przy żniwach dostawała miarkę żyta, które potem mały Władek mielił w domu na mąkę.

Wtedy w chałupie nie było już nawet chleba. Z mąki i ziemniaków matka piekła placki. Popijali herbatą z kwiatów lipy albo liści czarnych jagód. Słodzili sacharyną.

Czasami, kiedy w pobliżu stacjonowało wojsko, dzieci ustawiały się w kolejce do kuchni polowej, która po wydaniu racji żołnierzom resztki rozdawała miejscowym. Niedaleko siedliska Gomułków mieściły się krośnieńskie magazyny kolejowe. Przechowywały zapasy mąki, sucharów, kawy, cukru, kaszy i grochu. Kiedy zbliżał się front, ludzie gromadzili się w pobliżu składów. Armie, wycofując się, paliły to, czego nie zdołały zabrać ze sobą. Ale żołnierze walczących wojsk różnili się w oczach miejscowych. Austriaccy czy niemieccy niszczyli wszystko metodycznie, pod groźbą broni nie pozwalając niczego wyszabrować. Rosyjscy najpierw wpuszczali do środka ludzi, żeby ci się obłowili, a dopiero potem podpalali resztki.

Raz Gomułce udało się zdobyć w magazynach pięćdziesiąt kilogramów białych, oficerskich sucharów. Innym razem uzbierał z podłogi i upchał w kieszeniach jesionki kilka kilogramów cukru w kostkach.

W wakacje czas dla siebie miał dopiero po kolacji – wtedy mógł popływać w Wisłoku.

Codzienność była monotonna. Wstawał o wpół do szóstej. Mył się zimną wodą ze studni, a potem szedł do pracy u sąsiada.

Chwytał sznur i zakładał krowom pętle na nogi. Jedną puszczał przed sobą, drugą ciągnął z tyłu. Czasami dla pewności wiązał cieńszym sznurem cielę za głowę. Nawet nie po to, żeby uchronić przed zaginięciem, bo i tak by od matki nie odeszło, ale żeby nie narobiło szkód w polu.

Zabierał krasule na pastwisko. Choć to właściwie były nawet nie pastwiska, tylko polne drogi albo miedze porośnięte trawą. Całą resztę areału gospodarze przeznaczali na grunty orne.

Po pracy pędził nad Wisłok. Rzeka miejscami była tak płytka, że dawało się ją przejść po kamieniach, tylko trochę mocząc stopy. Gdzie indziej była głęboka, wymagająca wprawnego pływania.

Tam właśnie nauczył się kraula. Wiele lat później, kiedy został najważniejszą osobą w Polsce, pływał na basenie w Pałacu Kultury i Nauki. Samej budowli nie znosił – nie widział, jak rośnie, bo wówczas siedział uwięziony przez komunistów w tajnej willi w Miedzeszynie. Kiedy go uwolniono, zobaczył, że w centrum Warszawy stanął spiczasty pałac na wzór tych, które można było oglądać w Moskwie. Orzekł wtedy: „Paskudztwo”4.

Ale basen w pałacu lubił. Przywożono go rano, koło siódmej, rezerwowano dla niego osobny tor. Obok, na swoich pasach pływali zwykle dwaj inni działacze partyjni. Szykowany na następcę Gomułki Józef Tejchma oraz Artur Starewicz.

Z przyjemnością ćwiczył też w jeziorze w Łańsku, w którym odwiedzał ośrodek rządowy.

– Gomułka chętnie odpoczywał w samotności – opowiadał mi Józef Tejchma. – Nigdy nie palił się do wypoczynku w Związku Radzieckim, co polubił Edward Gierek.

W dzieciństwie, jeśli nie pływał z kolegami, to wieczorami grali w palanta albo kiczki. Czasami wspinali się na słupy. A niekiedy szli „na dzierżawę” – podwędzali niedojrzałe jabłka z czyjegoś ogrodu. Ubogie dzieci z epoki, gdy w wiejskich chatach nie było wody ani prądu.


Łatwo go wykpić. Jak w politycznych dowcipach o tym, że rządzący po wojnie komuniści w dzieciństwie pasali krowy i do szkół nie chadzali. Był tego najlepszym przykładem.

Gomułka rzeczywiście do szkoły uczęszczał krótko. Przynajmniej patrząc z dzisiejszej perspektywy. Liche wykształcenie wynikało jednak nie z braku jego zdolności czy wytrwałości, tylko z ubóstwa.

Uczył się w Krośnie, kilka kilometrów od domu. Edukację zaczął w 1912 roku od czteroletniej szkoły ludowej. Po niej spędził jeszcze dwa lata w trzyletniej Szkole Wydziałowej Męskiej.

Czasem przez cały rok nie miał podręcznika, bo rodziny nie było stać na zakup. Pożyczał więc od kolegów i czytał na przerwach.

Według świadectwa z drugiego semestru roku szkolnego 1916/1917, podsumowującego pierwszą klasę Szkoły Wydziałowej Męskiej w Krośnie, zachowywał się „chwalebnie”. Do nauk przykładał się z „pilnością wytrwałą”5. Opuścił piętnaście godzin i wszystkie nieobecności usprawiedliwił.

Zapamiętał, że nie miał trudności w nauce. Prawie każdy przedmiot zaliczał na piątkę. Najlepszy był z matematyki, najgorszy ze śpiewu. W rachunkach dorównywał mu w klasie tylko jeden kolega, który potem został księdzem.

Z pewnością nie potrafił jednego – dopasować się do tego, jak inni grają. Nauczyciel nad jego uchem prowadził melodię na skrzypcach, a on i tak nigdy nie umiał odpowiednio zaintonować gamy C-dur. Kiedy ze ścisłych przedmiotów otrzymywał oceny chwalebne i celujące, to ze śpiewu słabsze, bo ledwie zadowalające.

Słabo radził sobie też z rysunkami. Przedmioty artystyczne wyraźnie mijały się z jego naturą. Może dlatego nieszczególnie potem cenił kulturę i sztukę.

Pod koniec szkoły jeden z nauczycieli namawiał go, aby dalej się uczył. Przekonywał, że pieniądze nie będą przeszkodą, bo mógłby dorabiać korepetycjami.

Ale Gomułka czuł psychiczną barierę, a ta wydawała mu się nieprzekraczalna. Ci, którym dawałby korepetycje, przychodzili do szkoły w dobrych ubraniach i w butach, a na przerwach jedli drugie śniadanie. On był z innego świata – bosy i głodny. Jak mógłby uczyć tych lepszych?

Ojciec Gomułki wyliczył, że syn musiałby się szkolić przynajmniej kilka lat, żeby zostać urzędnikiem albo nauczycielem. A w domu brakowało pieniędzy na życie.

– Idzie ci czternasty rok – powiedział. – Pora, żebyś się nauczył jakiegoś zawodu i zarabiał na siebie6.

Obaj nie wyobrażali sobie, że zdoła uciułać na szkołę tym, co już potrafi – pracą umysłową. Został robotnikiem.


Jesienią 1918 roku trafił na nauki do warsztatu ślusarskiego Jana Zygmuntowicza w Krośnie. Ojciec widział w nim krawca, ale to profesja ślusarza wydała się młodemu Gomułce kusząca; bardziej męska niż obracanie igłą. Oznaczała wysoką pozycję wśród robotników. Kolejne trzy lata terminował regularnie: sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin.

Długo pamiętał upokorzenie z powodu butów. Kiedy zatrudnił się w zakładzie ślusarskim, na co dzień zaczął chodzić obuty. Nie wypadało biegać boso, tak jak do szkoły. Ale jego pierwsze robocze chodaki miały grube, drewniane podeszwy, z przybitymi cholewkami z cielęcej skóry. Stukały głośno na ulicy, jak wszystkie drewniaki.

Z każdym krokiem Gomułka czuł, jakby wszyscy spoglądali na niego z pogardą. Jakby każde stąpnięcie potwierdzało jego podłą pozycję społeczną. Już nie bosy, ale wciąż gorszy.

Ubranie też miał niewiele lepsze. Do pracy zakładał zapinaną pod szyję bluzę. Ta była jeszcze w miarę przyzwoita, kupiona w sklepie albo na jarmarku. Ale do tego nosił długie spodnie uszyte przez matkę z grubego i sztywnego materiału przeznaczonego nie na ubrania, lecz do uszczelniania pras w fabryce.

Jeszcze niedawno zakład Zygmuntowicza tętnił życiem. Majster zatrudniał kilkunastu uczniów i dwóch czy trzech czeladników. Ale po I wojnie światowej, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, koniunktura się pogorszyła. Wolność bywa okrutna: kiedy przyszła, skończyła się praca. Tej wystarczało już tylko dla majstra i najwyżej trzech jego uczniów. Spośród nich Gomułka warunki miał najlepsze – jedyny otrzymywał zapłatę.

Czasami zakład Zygmuntowicza przypominał zwyczajną kuźnię. Sami robili świdry i dłuta. Na gorąco łączyli balustrady balkonów, bo nie mieli maszyny spawającej. Gomułka przy kuciu żelaza wywijał młotem przez cały dzień. A gdy nie trafiał, słyszał z ust majstra jedyne obraźliwe określenie: „Ciura!”. Żadnych innych przekleństw Zygmuntowicz nie używał.

Ale po latach sam Gomułka miotał wyzwiskami, i to wobec najważniejszych w Polsce ludzi.

W zakładzie ślusarskim nauczył się też pracy z pszczołami. Produkowali tam bowiem miodarki do pasiek. Sam majster Zygmuntowicz miał kilkadziesiąt uli.

Kiedy Władysław zaczął trzeci rok nauki, ruszyła gazyfikacja Krosna. Wtedy posiadł nową umiejętność: prowadzenia instalacji gazowych do domów.

W tym czasie jego ojciec pracował w rafinerii naftowej. Choć w porównaniu z latami wojny rodzinie żyło się lepiej, to wciąż się nie przelewało. Jan Gomułka zarabiał mało. Ale robotnicy dostawali paczki z pomocy amerykańskiej: mleko w puszkach, mąkę pszenną i smalec. Do Gomułków przychodziły też listy od braci ojca z USA, a w nich zwykle banknot jedno-, dwu- lub pięciodolarowy. Niemal nigdy się nie zdarzało, aby na poczcie okradziono taką przesyłkę.

Po trzech latach Gomułka doczekał się wyzwolin na czeladnika. Jako pracę egzaminacyjną miał do wykonania sklepową wagę według powierzonego wzorca.

Przez dwa tygodnie udało mu się wszystko dokładnie skopiować. Waga wyglądała pięknie, ale nie pokazywała właściwych pomiarów. Wreszcie po wielu próbach Gomułka odkrył, że źle ustawił gwintowane regulatory.

Zdał więc pomyślnie egzamin i dostał świadectwo czeladnika, a majster sprzedał wagę do sklepu prowadzonego przez rolników.

Wyzwoliny na czeladnika oznaczały bezrobocie. Majstrowi wystarczali słabiej opłacani uczniowie. Gomułka został więc bezrobotnym czeladnikiem ślusarskim.

1Andrzej Werblan, Władysława Gomułki lata próby, „Dziś” 2002, nr 9.
2Władysław Gomułka, Pamiętniki, t. 1, red. Andrzej Werblan, Warszawa: Polska Oficyna Wydawnicza „BGW”, 1994, s. 24–29. Kolejne dialogi tamże.
3Gomułka prawdopodobnie błędnie podaje w Pamiętnikach, że „słyszane rankiem 25 kwietnia słowa: »Wstawać, wstawać« i odczuwane stukanie palcami w moje piersi brałem za rzeczywistość, dokładne zaś odtworzenie tej sceny rankiem 26 kwietnia brałem początkowo za powtórzenie wczorajszych przeżyć sennych” (Władysław Gomułka, Pamiętniki, t. 1, red. Andrzej Werblan, Warszawa: Polska Oficyna Wydawnicza „BGW”, 1994, s. 28). Gomułkę aresztowano 25 kwietnia, więc sen musiał go dręczyć dzień wcześniej, 24 kwietnia.
4Ryszard Strzelecki-Gomułka, Eleonora Salwa-Syzdek, Między realizmem a utopią. Władysław Gomułka we wspomnieniach syna, Warszawa: Studio Emka, 2003, s. 46, 47.
5Andrzej Werblan, Władysław Gomułka. Sekretarz Generalny PPR, Warszawa: Książka i Wiedza, 1988, s. 19.
6Władysław Gomułka, Pamiętniki, t. 1, red. Andrzej Werblan, Warszawa: Polska Oficyna Wydawnicza „BGW”, 1994, s. 71.