Geniusz i świnieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Piotr Lipiński
GENIUSZ I ŚWINIE
rzecz o Jacku Karpińskim


Igorowi

PROLOG

– Gdyby Amerykanie skazali na śmierć cywilną Billa Gatesa, byłoby to równie absurdalne jak to, co zrobiono z Jackiem Karpińskim w Polsce – uważa redaktor naczelny czasopisma informatycznego „CRN”, Adrian Markowski. I nie może wyjść z podziwu: – Zbudowany przez Karpińskiego komputer wykonywał milion operacji na sekundę – więcej niż pecety dziesięć lat później!

– Komputery Karpińskiego miałyby większą szansę na produkcję, gdyby konstruktor należał do partii.

To opinia Józefa Tejchmy, w owych latach wicepremiera polskiego rządu, ministra, członka Biura Politycznego i Komitetu Centralnego PZPR.

– To był geniusz.

Co do tego nie ma wątpliwości Diana Wierzbicka, współpracowniczka Karpińskiego. I dodaje:

– Geniusz, który miał wizję tego, co tworzy, a innymi sprawami w ogóle się nie interesował.

Być geniuszem w PRL to jednak za mało. Należało jeszcze polubić świnie.

*

Najpierw był cud. Rano na śniadanie Jacek Karpiński zjadł biały ser z miodem. To był jego codzienny rytuał od dziesiątków lat. Kuchnię wypełnił zapach kawy instant marago, popijanej z wielkiego kubka. Mieszkanie w Warszawie rozbrzmiewało muzyką jego ulubieńca, Bacha. Znał ją na pamięć. Po komputerach to muzyka była jego drugą pasją. Do filharmonii chodził regularnie, wykupił abonament.

Jacek dostrzegał podobieństwa w komponowaniu muzyki i budowaniu cyfrowych mózgów. Uważał, że komputery to dzieła sztuki, podobnie jak pisane dla nich programy. Konstruktorzy i programiści to artyści, którzy tworzą piękne, niepowtarzalne dzieła.

Każdą swoją maszynę budował najpierw w głowie, podczas spacerów w lesie, jazdy na rowerze i tego, co uważał za najprzyjemniejsze: górskiej wspinaczki. Wierzył w siłę podświadomości, w której mimowolnie łączą się ze sobą pomysły i skojarzenia.

Ostatnie miesiące to była mordercza praca. Mawiał, że skoro dziecko potrzebuje tylko dziewięciu miesięcy, aby przyjść na świat, to komputer nie powinien rodzić się dłużej.

Pracujący z nim konstruktorzy przesiadywali w zakładzie po dziesięć, dwanaście godzin. Przez ostatnie trzy dni przed uruchomieniem nowej maszyny w ogóle nie wychodzili do domu.

Jacek Karpiński przeszedł do głównego pokoju i włączył telewizor. Polskę zalewała propaganda sukcesu. Pokazywano migawki z ostatnich podróży Edwarda Gierka, który przejął władzę po siermiężnym Gomułce. Wraz z nowym pierwszym sekretarzem partii pojawiła się nadzieja, że ludzie wreszcie zaczną żyć lepiej. Że rządzący Polską komuniści bardziej zajmą się codziennymi potrzebami Polaków niż narzucaną przez Związek Radziecki ideologią.

Choć Jacek Karpiński – i prawie nikt z zespołu – nie należał do partii, to wszyscy uwierzyli, że przed Polską pojawiła się szansa na zmiany. Sami przecież pracowali nad komputerem, który zapowiadał się jako jedna z najlepszych maszyn na świecie. Kiedy wraca wiara, ludzie odzyskują radość życia, nawet w komunizmie.

Edward Gierek od kilku miesięcy jeździł po kraju i mobilizował Polaków. W styczniu 1971 roku po raz pierwszy rzucił swój słynny propagandowy slogan. Na zebraniu z aktywem partyjnym Trójmiasta, kończąc przemówienie dotyczące przyszłości kraju, zapytał:

– To jak, towarzysze, pomożecie?

Sala odpowiedziała:

– Pomożemy, pomożemy!

Jacek Karpiński zajrzał do gazety – opisywano przygotowania do Targów Poznańskich, najbardziej znanej w Polsce ekspozycji przemysłu. Pokazywano tam wszystko: obrabiarki, glebogryzarki, maszyny do szycia. A wśród nich – komputery. Na wystawie po raz pierwszy miała się znaleźć przełomowa konstrukcja Karpińskiego, komputer K-202.

Zbudował go w kilkunastoosobowym zespole. Zapamiętał fantastyczną atmosferę pracy. Komputerowcy nie liczyli na duże pieniądze. W PRL rzadko kto wyróżniał się zarobkami. Ale budowa elektronicznego mózgu to zajęcie tak pasjonujące, jakby spełniały się marzenia o największym bogactwie i egzotycznych podróżach.

To była romantyczna wyprawa w nieznane. Rodacy oglądali w Polskiej Kronice Filmowej olbrzymie, wypełniające cały pokój rodzime komputery marki Odra. Tymczasem Karpiński wymyślił maszynę wielkości średniej walizki. Opowieść o niej brzmiała jak bajka. Uwierzyć w nią mogli tylko konstruktorzy wybijający się ponad krajową średnią. Koncepcja była tak wyrafinowana, że większość informatyków w ogóle jej nie rozumiała.

Ale prawdę mówiąc, jeszcze gorzej mieli ci, którzy ją pojęli i zamierzali wcielić w życie: wyobraźnia zderzyła się z bezradnością socjalistycznego przemysłu. Już przy poprzednim komputerze Karpińskiego, słynnym KAR-65, konstruktorzy większość oprzyrządowania robili sami. Polski przemysł elektroniczny nie radził sobie z nietypowymi zleceniami. Pracownicy Jacka zamawiali więc elementy w najbardziej zaskakujących miejscach. Blaszki stykowe, razem z kielichami mszalnymi, złocił Veritas. Obwody drukowane trawił prywatny fotograf-portrecista.

Współpracownicy widzieli w Karpińskim nie tylko geniusza, ale też wizjonera. Niedawno zaproszono go do telewizyjnego programu „Zza kulis elektroniki”. Prowadzący w rogowych okularach zapytał:

– Szał mikrominiaturyzacji ogarnął elektroników. Czego zwykły, przeciętny śmiertelnik może spodziewać się od mikroelektroniki w przyszłości?

Jacek Karpiński odpowiedział z przekonaniem:

– Warto od razu uwzględnić rozwój cywilizacji. Ludzkość na wynalezienie koła potrzebowała tysięcy lat, na wprowadzenie maszyny parowej – kilkudziesięciu, a na wprowadzenie komputerów będzie trzeba dwudziestu. A nie wiadomo, jak szybki nastąpi postęp za lat dziesięć. W każdym razie musimy jak najszybciej myśleć o tym, ażeby przyspieszyć nasz rozwój i gonić światową czołówkę.

Wyglądało na to, że jego K-202 nie tylko dołączył do światowej czołówki, ale nawet zostawił ją w tyle.

Po śniadaniu Jacek Karpiński wsiadł do swojego forda capri i ruszył do Poznania. Uwielbiał ostrą jazdę. Startował w wyścigach, kiedyś wygrał nawet Monte Calvaria, zimowy rajd w okolicach Warszawy. Jechał wtedy triumphem heraldem. Ale cenzura wycięła jego nazwisko. Dostał puchar, w prasie jeszcze następnego dnia można było przeczytać, że zwyciężył. Ale już po tygodniu z publikacji związku motorowego wynikało, że kto inny zajął pierwsze miejsce.

Dziś jednak nie obawiał się urzędników z ulicy Mysiej, gdzie mieścił się urząd cenzorski. Karpiński był właśnie u szczytu powodzenia. Na szczęście zrozumiał to dopiero po latach. Kiedy kariera sięga zenitu, nie zdajemy sobie sprawy, że to właśnie ten moment. I dobrze, bo na szczycie powodzenia dopadałaby nas depresyjna myśl, że niczego lepszego w życiu już nie doświadczymy.

Jacek po drodze do Poznania podśpiewywał piosenki. Czasami, dla żartu, sam je komponował. Miał w domu klawesyn, kiedyś kupił mikrofon, żeby je nagrywać. Muzykował jednak nie z nut, ale ze słuchu, z pamięci. Kolejne akordy, synkopy i pauzy wypełniały jego życie.

I wówczas właśnie, na Targach Poznańskich w 1971 roku, zdarzył się lokalny świecki cud. Przy komputerze K-202, zaprojektowanym przez Jacka Karpińskiego, zatrzymał się sam Edward Gierek, ówcześnie panujący Pierwszy Sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Towarzyszył mu tylko nieco mniej wybitny przedstawiciel władzy w osobie premiera Piotra Jaroszewicza. Za nimi, w pełnym powagi i szacunku odstępie, sunął dwór złożony z partyjnych potakiwaczy, urzędniczych halabardników i telewizyjnych służek.

Dostojnie przystanęli przy komputerze.

– Ekspozycja była wspaniała – wspominał ten dzień Jacek Karpiński. – Prototyp pokazaliśmy pod hasłem, że jest to minikomputer uniwersalny, nadający się do sterowania różnymi automatami i przemysłowymi urządzeniami. Pierwszy Sekretarz Edward Gierek wraz ze świtą całego rządu, z premierem Jaroszewiczem i wszystkim ministrami, zatrzymał się przy naszym stoisku i rozmawiał ze mną przez piętnaście minut! Co odnotowano we wszystkich annałach! Że towarzysz Pierwszy Sekretarz poświęcił piętnaście minut na rozmowę z panem Karpińskim!

Przywódca partii i narodu, jak pisano wówczas o Gierku, pogratulował, a pod koniec zapytał, czy Karpiński rzeczywiście doprowadzi do produkcji urządzenia. Jacek odpowiedział z uśmiechem na twarzy:

– A pomożecie?

Towarzysz sekretarz wyczuł żart i podchwycił:

– O tak, pomożemy, pomożemy!

Ten kwadrans mógł odmienić dzieje polskiej informatyki. Jacek Karpiński skonstruował jeden z najlepszych na świecie komputerów. Przez chwilę mieliśmy szansę na polską Dolinę Krzemową.

KSIĘŻYCOWA KONSTRUKCJA

„Człowiek, który nie chciał, aby ktokolwiek deptał mu po głowie, dlatego wybierał sobie mieszkanie na najwyższym piętrze”. Tak Roman Bratny opisywał bohatera powieści „Lot ku ziemi”. Pierwowzorem tej postaci był Jacek Karpiński. „Tym, co zadecydowało o wszystkim na zawsze, była jego obsesja: brać udział, być”.

Myśli Jacka Karpińskiego zawsze pędziły do przodu. Zanim skończył jakąś maszynę, rozwijał w głowie pomysł na następną. Fascynowało go to, co jeszcze może zrobić, a nie to, co już działało.

Historia jego najlepszego i najbardziej znanego komputera – K-202 – zaczęła się pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jacek Karpiński właśnie kończył sporych rozmiarów maszynę nazwaną KAR-65, kiedy wpadł na szalony w owych czasach pomysł. Wymyślił komputer, który mógłby zmieścić się w walizce. Wizja wydawała się niedorzeczna – ówczesne maszyny zajmowały całe ściany w laboratoriach. Tymczasem Karpińskiemu przyszło do głowy urządzenie, którego wielkość można by dziś porównać do leżącego na biurku peceta.

 

Pomysł miał jednak szansę powodzenia, bo na rynku pojawiły się właśnie układy scalone. Mieściły jeszcze niewiele obwodów, cechowały się tak zwaną małą skalą integracji. Ale i tak w porównaniu z tranzystorami stanowiły olbrzymi postęp. To, co do tej pory zajmowało płytkę o rozmiarze połowy kartki A-4, teraz wchodziło do kostki o wymiarach dwadzieścia na sześć milimetrów.

W elektronice – inaczej niż w życiu – mniejsze zawsze znaczyło lepsze.

*

Rano Jacek Karpiński pobiegł do profesora Jerzego Pniewskiego, szefa Instytutu Fizyki Doświadczalnej; tu pracował na etacie, tu powstawała jego poprzednia konstrukcja, KAR-65.

– Chciałbym zbudować nową, jeszcze lepszą maszynę! – powiedział z entuzjazmem.

Tym razem profesor był sceptyczny.

– Panie Jacku – powiedział – my nie jesteśmy instytutem komputerów, tylko fizyki. Badamy atomy, a nie produkujemy maszyny. Zrobiliśmy KAR-65, ale na kolejną konstrukcję nie mogę się zgodzić. Z tym pomysłem trzeba iść do przemysłu.

Jacek Karpiński popędził z projektem do znajomego pułkownika, któremu pomysł szalenie się spodobał. Inżynier nie czuł zakłopotania, że próbuje zainteresować wojsko.

– Wyszedłem z założenia, że armia potrzebuje takiego urządzenia – tłumaczył. – A z punktu widzenia obywatela Polski jest to nieszkodliwe, ponieważ taki komputer nie służy ani do tajnych misji, ani do strzelania rakietami. On się po prostu do tego nie nadaje. Wszystkie zaawansowane rozwiązania, ważne dla obronności kraju, Rosjanie zwyczajnie kradli od Amerykanów. Nie czułem więc dyskomfortu, że mój komputer będzie służył w wojsku.

Armia przyznała, że bardzo chętnie korzystałaby z takiego urządzenia. Pod warunkiem, że ktoś je wcześniej wyprodukuje. Typowo wojskowe podejście, całkiem jak z ludźmi. Siły zbrojne zawsze chętnie mobilizowały to, co kto inny powołał do życia.

Karpiński nie poddawał się. Po rodzicach odziedziczył entuzjazm i upór w dążeniu do celu. Pobiegł do Zjednoczenia Mera. Trafił na dyrektora Jerzego Huka. Ten również uznał projekt za ciekawy. Nastąpił przełom – skończyło się niechętne wzruszanie ramionami. Ktoś wreszcie postanowił przyjrzeć się projektowi.

Huk, jak na prawdziwego urzędnika przystało, do gruntownego zbadania wynalazku powołał komisję. I wówczas rozsypał się domek z kart, który mozolnie wznosił Karpiński. Porównanie z kartami jest o tyle trafne, że na tym etapie wszystko odbywało się na papierze. W urzędowych pismach, podaniach, odpowiedziach, opiniach.

– Komisja po dłuższym badaniu wydała opinię, że mój pomysł to księżycowa konstrukcja – wspomina Jacek Karpiński. – Że założenia są jakieś dziwne, że nie da się tego zrobić. Najważniejsza konkluzja komisji brzmiała: gdyby zbudowanie takiej maszyny było możliwe, Amerykanie już dawno by to zrobili. Z takim argumentem trudno było rzeczowo dyskutować.

Mera uznała sprawę za zamkniętą. Miała przecież opinię na papierze z pieczątką: to się nie uda. Urzędowy wyrok oznaczał, że w Polsce nikt więcej nie będzie zaprzątał sobie głowy tym dziwacznym pomysłem.

*

Kiedy Jacek Karpiński wymyślał swój nowy komputer, sytuacja gospodarcza w Polsce była fatalna. W sklepach brakowało wszystkiego, ale Polacy żartowali sobie z tego z wisielczym humorem.

Dwóch pijaczków w epoce Gomułki wykrzykuje na ulicy:

– Mięsa nie ma, schabu nie ma!

Zatrzymuje ich milicjant.

– Za Stalina dostalibyście kulkę w łeb!

Pijaczkowie odkrzykują:

– Nic już nie ma, nawet kul dziś brak!

Pod koniec 1970 roku mizerii gospodarczej Polski nie wytrzymali robotnicy. Na Wybrzeżu wybuchły protesty. Ówczesne władze zostały obalone przez… apetyt na mięso, które w PRL było czymś szczególnym. Ale nie ze względu na walory smakowe. Stało się problemem politycznym, bo ciągle go brakowało. Polacy dowcipkowali:

– Liczba mnoga od „człowiek”?

– Kolejka.

– Co to jest kolejka?

– Socjalistyczne podejście do sklepu.

Humor Polakom co prawda dopisywał, ale tłoczenie się godzinami w spożywczych i zdanie na łaskę sprzedawczyń poniżało ludzi. Komunistyczne władze dostrzegały problemy w zaopatrzeniu. Ale reform gospodarczych dokonywały w ramach systemu socjalistycznego, co z góry skazywało je na klęskę. To jakby ktoś w Polsce się uparł, żeby domy budować z lodu. Zimą nawet przez chwilę cieszyłby się z pierwszych sukcesów, ale marzenia o innym, lepszym świecie spłynęłyby z wiosną.

W ramach takiej socjalistycznej reformy ówczesny I sekretarz partii, Władysław Gomułka, ogłosił przed świętami Bożego Narodzenia 1970 roku podwyżkę cen mięsa. Robotnicy Wybrzeża wyszli na ulice.

Protest zaczął się rano czternastego grudnia od wiecu w Stoczni im. Lenina w Gdańsku. Stoczniowcy pomaszerowali pod Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Władze z Warszawy wydały milicji rozkaz rozproszenia demonstracji. Już tego pierwszego dnia zginęło sześć osób.

Ludzie jednak nadal wychodzili na ulice. Wtedy już zdawali sobie sprawę, że protest grozi śmiercią. Wystąpienia rozszerzyły się na Szczecin, Słupsk i Elbląg.

Schorowany Władysław Gomułka uznał publicznie robotnicze demonstracje za kontrrewolucję. Tracił poczucie rzeczywistości i panowanie nad sytuacją. W chaosie, jaki zapanował, milicjanci zaczęli strzelać do robotników, którzy po prostu szli do pracy. W grudniu 1970 roku zginęło czterdzieści pięć osób, sto sześćdziesiąt pięć zostało rannych.

Partyjni działacze zaczęli przygotowywać zmianę warty. Tym bardziej, że nawet Moskwa sugerowała polityczne ustępstwa. Podczas zakulisowych negocjacji partyjni działacze namówili na przejęcie władzy Edwarda Gierka, do tej pory władającego królestwem śląskim. Władysław Gomułka udał się – według oficjalnego komunikatu – do szpitala, a po drodze ustąpił ze stanowiska. Edward Gierek potwierdził przejęcie władzy, występując z przemówieniem w telewizji. Posunięcie okazało się trafne. Polacy szczerze nienawidzili Gomułki za jego siermiężną politykę, stawiającą ideologię ponad potrzebami zwykłych ludzi. Gierek w porównaniu z nim wydawał się władcą prawdziwie oświeconym.

*

Jacek Karpiński od dzieciństwa był uparty. Skoro wymyślił K-202, to ten komputer musiał powstać. W 1969 roku kupił coś w ówczesnej szarej Polsce niesłychanie rzadkiego: bilet lotniczy. Wsiadł do samolotu, który był już namiastką kolorowego Zachodu. Poleciał do Londynu, w którym miał sporą rodzinę.

Nie mógł się doczekać spotkania ze znajomym z branży elektronicznej, który zajmował się co prawda nie komputerami, tylko urządzeniami pomiarowymi, ale był jednak biznesmenem i handlowcem. Jacek więc liczył, że pomoże mu znaleźć brytyjskich wspólników.

Z entuzjazmem pokazywał swój projekt koledze, choć ten powiedział, że się niestety na tym nie zna. Brytyjski przyjaciel miał na szczęście zaprzyjaźnionych ekspertów, dwóch Anglików i jednego Amerykanina. Namówił ich, aby bliżej przyjrzeli się propozycji. Ci błyskawicznie stwierdzili, że pomysł Karpińskiego jest fantastyczny. Że to najlepsza konstrukcja logiczna, jaką widzieli gdziekolwiek na świecie. Czyli: trzeba koniecznie produkować. Do załatwienia pozostał tylko drobny – z punktu widzenia konstruktora – problem: skąd wziąć pieniądze?

Był wrzesień 1969 roku. Znajomy umówił Jacka Karpińskiego z Michaelem Lehnamem, dyrektorem dużej angielskiej firmy MB Metals w Brighton. Ten po swoich gości zwykł wysyłać rolls-royce’a. Biznesmen dysponował już opinią ekspertów, potwierdzającą świetne możliwości projektu. Dość szybko zdecydował, że chce produkować komputer. I to już, zaraz, bez odwlekania sprawy.

– Zostanie pan dyrektorem technicznym – zaproponował Jackowi. – Daję wszystko, co potrzebne do realizacji projektu. Jutro otwieramy zakład i możemy zaczynać.

Ale Jacek, ku zaskoczeniu przemysłowca, nie zamierzał się zgodzić.

– Chcę budować maszynę w Polsce – powiedział. – Żeby nową technologię, nowe rozwiązania wprowadzać w kraju.

– Dlaczego panu na tym tak bardzo zależy? – dociekał Lehnam. – U mnie na miejscu daję panu znakomite warunki.

– Bo ja jestem polskim patriotą – odpowiedział Karpiński.

Lehnam rozjaśnił się, uśmiechnął i wyciągnął rękę do konstruktora:

– Mów mi Michael, ja też jestem patriotą, walczyłem podczas wojny w RAF-ie. Cenię patriotyzm.

Biznesmen wiedział, że Jacek Karpiński w czasie wojny był żołnierzem Armii Krajowej.

– Jesteś moim przyjacielem – powiedział Lehnam. – Świetnie cię rozumiem. Wracaj do Polski, będziemy to robić razem, Anglicy i Polacy.

Patriotyzm zaważył na życiowych wyborach Jacka Karpińskiego tak samo, jak jego upór. Jedno i drugie odziedziczył po rodzicach.

Anglicy zaproponowali Karpińskiemu stanowisko konsultanta technicznego w firmie MB Metals, należącej do większej grupy Carbon Electric. Powierzono mu rolę projektanta małej maszyny cyfrowej. Firma Data-Loop, która reprezentowała MB Metals w sprawach eksportowych, pisała do Jacka Karpińskiego (tłumaczenie uwierzytelnione wówczas w Polsce):

Wynagrodzenie £ 15000 będzie wypłacone Panu gotówką w naszym kraju przed wyjazdem dla pokrycia wstępnych propozycji konstrukcyjnych, które wykona Pan w czasie około jednego miesiąca i dla rozpoczęcia studiów konstrukcji logicznej.

Dalsze płatności za kontynuowanie tej pracy będą dokonywane na uzgodnionej bazie, która będzie ustalona w czasie wspólnej dyskusji i w ciągu następnych dwóch miesięcy. Chcielibyśmy, aby Pan mógł odwiedzić Anglię znów za dwa miesiące dla sfinalizowania przyszłych kroków.

Jacek Karpiński miał czterdzieści cztery lata i sukces wydawał mu się na wyciągnięcie ręki. Na szczęście rodzice od dzieciństwa hartowali go w pokonywaniu trudności. Bo nadmiar pieniędzy, a co gorsza entuzjazmu, zapowiadał w PRL poważne kłopoty.

POD DACHEM EUROPY

Miał przyjść na świat pod szczytem Mont Blanc.

– Tak wymarzyli sobie moi rodzice, którzy poznali się w górach – wspominał Jacek Karpiński.

Kiedy mi o tym opowiadał, miał już 82 lata. Poruszał się tylko na wózku inwalidzkim. Był w pewnym sensie uwięziony w swoim mieszkaniu – ręce miał tak niewładne, że nie mógł samodzielnie otworzyć drzwi. Żeby wpuścić gości, musiał przyjeżdżać jego syn. Ale chociaż podstarzałe ciało nie chciało słuchać umysłu, ten wciąż był jasny jak w młodości.

– Tata i mama kochali siebie i wspinaczkę – zapamiętał jedną z najważniejszych pasji, jakie połączyły rodziców, Adama i Wandę.

Zaczynali od Tatr. Każdy szczyt był dla nich nowym wyzwaniem. Wymyślili, że Jacek powita świat na Dachu Europy, jak niektórzy nazywają Mont Blanc. Na miejsce urodzenia dziecka wybrali schronisko Vallot pod szczytem. Niewielką drewnianą chatkę o spadzistym dachu, podtrzymywaną linami zakotwiczonymi w lodowcu. Najpierw służyła do obserwacji astronomicznych, a potem ratowała wspinaczy w razie załamania pogody. Nikt w niej nie mieszkał na stałe. Całe wyposażenie stanowiły drewniana prycza i parę koców.

Podobno to przyszły ojciec Adam wpadł na pomysł z narodzinami pod szczytem; w rodzinie zawsze on decydował. Postanowił, że syn Jacek musi być twardy, żeby kiedyś zdobył Mount Everest.


Ojciec i syn; lata 30.


Jacek z ojcem Adamem i bratem Markiem w Tatrach; lata 30.

Znajomi ze szpitala, w którym ciężarna Wanda odbywała praktyki (sama była lekarką), pomysł z porodem pod Mont Blanc uznali za szalony. Dotarcie pod wierzchołek góry uważanej wówczas za najwyższą w Europie (4810,45 m n.p.m.), to poważna wyprawa dla wspinacza, niebezpieczna i nader uciążliwa fizycznie.

 

Kobiety nie powinny rodzić na szczytach gór, przekonywali znajomi. Jest lodowato, hula wiatr i brakuje powietrza. Choroba wysokościowa może powalić silnego mężczyznę, a co dopiero kobietę spodziewającą się dziecka.

Jednak Adam, zwany przez znajomych „Akarem”, uparł się na tę męczarnię. Nigdy nie dawał za wygraną. Wybrany cel musiał osiągnąć.

Przyszli rodzice dotarli do chatki.

Przyrodzie, podobnie jak znajomym, najwyraźniej nie spodobał się ten szaleńczy pomysł. Dlatego może dręczyła rodziców zawiejami i chłodami. Wkrótce okazało się, że w chatce brakuje nawet wody. Wanda podniosła w końcu bunt. Po kilku dniach niewygód Adam zgodził się, aby w trosce o przyszłe dziecko zeszli w doliny. Powrót do cywilizacji wyznaczyli po włoskiej stronie góry.


Górskie wspinaczki stały się „zarazą rodzinną”.

„Akar” był mocno zawiedziony. Porażkę zapragnął powetować wyznaczeniem nowej ścieżki zejścia z Mont Blanc. Niestety, wkrótce wpadł do jednej ze szczelin lodowych, których w masywie jest mnóstwo, a ukrywają się pod warstwą śniegu. Z niebezpiecznej dziury za pomocą liny wyciągała go ciężarna żona.

Góra nie pozwoliła rodzicom na spełnienie ich niezwykłego marzenia. Syn przyszedł na świat zwyczajnie, w Turynie. Żył jednak równie szaleńczo jak rodzice.