CyrankiewiczTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaram Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

W serii ukażą się m.in.:

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Piotr Lipiński

Cyrankiewicz

Wieczny premier


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Eugeniusz Warminski / EastNews

Copyright © by Piotr Lipiński, 2016

Opieka redakcyjna Łukasz Najder, Konrad Nowacki

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja merytoryczna prof. dr hab. Jerzy Eisler

Korekty Magdalena Mrożek / d2d.pl, Monika Pasek / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-383-4

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

Zakochany w trupach

Heretyk na ambonie

Człowiek z czerwonym ołówkiem

Marsz śmierci

Pseudosocjaliści

Józef, który nie był Wallenrodem

By sumą kar wszystkich – mnie tylko karano

Ślub z inną narzeczoną

Siewcy nienawiści

Królowa i gwiazda

Stalinizm i bierutyzm

Paradoks roku 1956

Toksyczny związek z Gomułką

Dżoze na słoniu

List, orędzie i pałki

Delikatesy premiera

Grudzień triumfu i klęski

Coraz bardziej anonimowy pan

Epilog

Bibliografia

Przypisy końcowe

Przypisy

Kolofon

Prolog

Wystrzelona kula trafiła Józefa Cyrankiewicza. Czy ta chwila mogła zmienić nasze losy?

Nazywano go „wiecznym premierem”. Nikt w historii Polski nie kierował rządem tak długo – ponad dwadzieścia lat.

Choć równie dobrze można by go ochrzcić „wietrznym premierem”. Wyczuwał najlżejsze podmuchy politycznego wiatru. Poddawał się im jak liść, który nie zamierza opaść.

Strzał padł w jego rodzinnym Krakowie, na samym Rynku Głównym. Kiedy rozległ się huk i z rany popłynęła krew, na ratunek rzuciło się kilku młodych, wysportowanych ludzi.

Uwielbiał dowcipy o sobie. Kolekcjonował je. Podobno niektóre sam układał.

„Cyrankiewicz dostał order Gwiazdy Betlejemskiej. Za uporczywe trzymanie się żłobu”.

„Cyrankiewicz jedzie na olimpiadę.

– Jako przedstawiciel rządu?

– Nie. Uznano go za pływaka wszech czasów”.

Szybko pojawili się medycy. Postrzelonego Cyrankiewicza czym prędzej przewieziono do szpitala. Szczęśliwie dla niego kula nie zmiażdżyła kości, ale jedynie uszkodziła mięśnie.

Sprawował swój urząd od 1947 do 1970 roku, z przerwą pomiędzy rokiem 1952 a 1954, kiedy rządem kierował Bolesław Bierut. Wówczas Cyrankiewicz został wicepremierem. Żartowano, że jest najtańszym politykiem w PRL. Bo do urzędów nie trzeba zamawiać nowych portretów. Ostatni raz w historii Polski portrety przywódców wieszano w biurach w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Tradycja sięgająca prezydenta Mościckiego i marszałka Piłsudskiego zakończyła się na Cyrankiewiczu i Gomułce1.

Dowcipkowano o powojennych władcach Polski:

„Drogi awansu: Żymierski – od gazowej maski do marszałkowskiej laski; Bierut – od konfidenta do prezydenta; Cyrankiewicz – od frajera do premiera”.

O ile skrócone wersje życiorysów Żymierskiego i Bieruta w zasadzie się zgadzały, o tyle część żartu o Cyrankiewiczu mijała się z prawdą. Nigdy nie był frajerem. Konformiści nie bywają frajerami.

Błyskawicznie znaleziono tego, który strzelał. Nawet nie uciekał. Ale o zdarzeniu ani słowem nie wspomniała prasa.

Jedni zapamiętali, że premier Cyrankiewicz był wysoki, drudzy, że niski, trzeci, że średni. Większość nie wątpi, że był łysy. Co też nie do końca jest prawdą.

W Cyrankiewiczu było coś, co wzbudzało sympatię wielu Polaków. A to już sporo. Kierował przecież rządem znienawidzonych komunistów.

 

*

Relacje szokują.

W czasie wojny Cyrankiewicz trafił do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Tam zrozumiał, że przeżyje tylko w jeden sposób – wysługując się hitlerowcom i donosząc gestapo.

Z kilku wspomnień dowiemy się, że za drutami zachowywał się szczególnie podle, sadystycznie.

Okradał Żydów z kosztowności. Wśród żydowskich kobiet wynajdywał co ładniejsze i doprowadzał hitlerowcom jako prostytutki. Te, które się opierały, wysyłał do komór gazowych.

„Jego oficjalna tam pozycja to pełnienie roli rajfura sadystycznych niemieckich oficerów w obozie”2 – wspominał pewien funkcjonariusz wywiadu. A więzień Auschwitz opowiadał: „Jest prawdą, że pełniłem w Oświęcimiu funkcję kapo, ale Cyrankiewicz uprawiał to samo, lecz w nieco innej formie, bo bardziej zawoalowanej”3.

Z tych relacji dowiemy się, że Cyrankiewicz codziennie wyszukiwał sędziów, księży, posłów, ministrów i zachęcał ich do ucieczki. Ale nie dlatego, że zamierzał im pomóc. Kiedy wieczorami zbierali się w umówionym miejscu, prowadził ich do komory gazowej. Ciała uśmierconych palił w krematorium jego kolega – późniejszy minister kultury.

Podobnie twierdziło kilku świadków. Wszyscy już po 1989 roku, bo w PRL Cyrankiewicz uchodził za dzielnego przywódcę obozowego ruchu oporu.

Niektórych te relacje wprawiły w zdumienie, ale innych zupełnie nie zaskoczyły. Czego bowiem spodziewać się po komuniście? Przecież nie bohaterstwa.

Zwłaszcza że tuż po wojnie Cyrankiewicz nie pomógł wybitnemu przywódcy podziemia w Auschwitz. Kiedy skazywano rotmistrza Witolda Pileckiego, wysłał do sądu list, w którym odżegnywał się od związków z oskarżonym.

Pewna kobieta śledząca z ław publiczności proces zapamiętała, że Józef Cyrankiewicz wyraźnie stwierdził: „Pileckiego należy osądzić z całą surowością prawa. Bez taryfy ulgowej”.

Dłonie oskarżonego rotmistrza zacisnęły się z bezradności – taki obraz wyrył się w pamięci tej kobiety.

*

Wystrzelona kula trafiła Józefa Cyrankiewicza.

Strzał padł w jego rodzinnym Krakowie, na samym Rynku Głównym. Kiedy rozległ się huk i z rany w nodze popłynęła krew, natychmiast na ratunek rzuciło się kilku młodych, wysportowanych kolegów.

Szybko pojawili się medycy. Cyrankiewicza czym prędzej przewieziono do szpitala. Szczęśliwie dla niego kula nie zmiażdżyła kości, ale jedynie uszkodziła mięśnie. Ale i tak musiał spędzić kilka tygodni w gipsie.

Sprawca nie uciekał, z pochwyceniem go nie było więc żadnych trudności. W ogóle się nie ukrywał. Przecież wszyscy go doskonale znali. Rozumiał, że surowa kara jest nieuchronna.

Za postrzelenie Cyrankiewicza uniemożliwiono mu zdawanie matury.

O zdarzeniu ani słowem nie wspomniała prasa. Bo kogo by zainteresowała historia o zabawie pistoletem pod ławką na lekcji fizyki?

Rzecz działa się w młodości Cyrankiewicza, jeszcze przed II wojną światową. Cyrankiewicz uczęszczał wówczas do gimnazjum na krakowskim Rynku Głównym i nie myślał nawet o tym, że kiedyś zostanie premierem.

W historii nie wszystko dzieje się tak, jakby wyglądało na pierwszy rzut oka. Nawet jeśli przeczytamy o tym w książkach.

Zakochany w trupach

Mówiono, że z pochodzenia jest Żydem i nazywa się Cymerman. A nawet, że jest nieślubnym synem żydowskiego bankiera i jego pokojówki. Cyrankiewicz był jednak stuprocentowym Polakiem. Z dziada pradziada. W 1968 roku, kiedy w Polsce wzniecano nastroje antysemickie, poprosił, aby „Przekrój” wydrukował zdjęcie krakowskiego grobu jego przodków. Cmentarze odegrały wielką rolę w dziejach rodu Cyrankiewiczów.

Dopóki Józef nie został premierem, najbardziej znanym spośród Cyrankiewiczów był Stanisław. Urodził się w 1856 roku w Krakowie. Jego ojciec Wincenty (czyli pradziadek Józefa) prowadził w tym mieście małą jadłodajnię Pod Kopcem Kościuszki. Walczył podczas powstania krakowskiego w 1846 roku. Ostrzeliwał przez Wisłę Austriaków. Wspierał polskich bojowników podczas powstania styczniowego w 1863 roku. Żywił w swoim lokalu partyzantów, za co został uwięziony i utracił niewielki majątek. Z więzienia zwolniono go dzięki wstawiennictwu Jana Brudzyńskiego, nadkomisarza policji.

Stanisław Cyrankiewicz zasłynął tomem Przewodnik po cmentarzach4, opisującym krakowskie nekropolie. We wstępie do tej księgi cofnął się do dzieciństwa, aby czytelnicy zrozumieli, dlaczego sięgnął po pióro. Przypomniał czas, kiedy rodzice zabrali go ze szkoły, nigdy bowiem nie cechowała go nadmierna skłonność do nauki. Radość czerpał raczej z włóczęgi po mieście.

W „abecadłówce”, jak nazywano prywatną szkołę przy ulicy Floryańskiej, Stanisława edukowała niezamężna nauczycielka. Uczyła tylko liter i rachunków od jednego do dziesięciu. Gdy się pomylił, targała go za uszy albo kazała łechtać ją po ciele gęsim piórem. Potem trafił do szkoły ludowej. Kiedy źle odpowiadał po niemiecku, nauczyciel stosował mniej wyrafinowaną metodę: lał go trzcinką. W domu przed pasem ojca Stanisław chował się pod maminą krynolinę. Czasami, gdy wybuchał pożar, biegł z kolegami rozbujać dzwon Zygmunt. Górujący ponad miastem w Wieży Zygmuntowskiej bił od jednego do czterech razy, komunikując, w której dzielnicy się pali. A strażnik przez blaszaną tubę wrzeszczał: „Gore! Kto w Boga wierzy, niech do ognia bieży!”. Kiedy dzieci rozhuśtały już dzwon wystarczająco, kościelny krzyczał do nich: „Wynocha, bachory, z wieży, bo już dosyć!”. I okładał rzemieniem tych, którzy chcieli dalej bujać brązowym sercem.

Z czasem rodzice posłali Stanisława do drukarni „Czasu”, aby się wreszcie nauczył jakiegoś fachu. Wydawało się, że to dobre zajęcie, dające pewny pieniądz.

Wolne chwile Stanisław spędzał na snuciu się po Krakowie. Pewnego razu, zaatakowany przez bandę chuliganów, zaczął biec. Lecąc na oślep, poczuł, że zapada się pod ziemię. W jednej chwili ogarnęła go ciemność. Czuł się, jakby stracił przytomność. Wpadł w przesiąkniętą stęchlizną dziurę.

Dorosłego taki upadek napełniłby lękiem, a co dopiero chłopca. Może nawet przez chwilę pomyślał, że już umarł i tylko z niejasnych powodów wciąż brakuje wokół aniołów. Po omacku zaczął badać otoczenie. Krocząc po miękkim i grząskim gruncie, pochylił się i wyczuł coś dziwnego. Podniósł, zbadał i rozdarł się z przerażenia.

W dłoniach trzymał ludzkie piszczele i czaszkę owiniętą w zmurszałe szmaty.

Rzeczywiście, znalazł się po drugiej stronie życia, ale otaczały go nie anioły, lecz ludzkie szkielety.

Koledzy, którzy usłyszeli jego wrzaski, nadbiegli i zaczęli wrzucać do dziury zapalone szmaty. Gorzej wymyślić już nie mogli. Stanisław w świetle płomieni zobaczył, że otaczają go setki kości i upiornie uśmiechniętych czaszek. Nigdy nie zapomniał tego widoku. Od tego dnia zmienił się nie do poznania. Spoważniał. Porzucił zabawy. Siadał zamyślony, wpatrując się w nurt Wisły. Ojciec nabrał obaw, że syna gnębią myśli samobójcze.

Po tej przygodzie Stanisław dniami i nocami widział w wyobraźni szkielety przyobleczone w strzępy habitów. Wspominał szczątki zakonnic. Kobiety za życia służyły Bogu, ale po śmierci nie zaznały szacunku i spokoju. Ich kości poniewierały się w podziemnej krypcie bez trumien. Nie mógł dalej żyć z tą myślą. Owładnęła nim idea godnego pochówku. Pewnego dnia oświadczył rodzicom, że porzuca fach drukarski, poczuł bowiem powołanie do fabrykacji trumien. Nie wiadomo, co pomyśleli domownicy o dziwnym pomyśle syna. W każdym razie ojciec zaprowadził go na praktyki do znajomego majstra, prowadzącego zakład stolarski i produkującego trumny.

Stanisław plan miał taki, aby w dzień się uczyć zawodu, a po godzinach wykonać dla zakonnic trumny i złożyć w nich szkielety. Niestety okazało się, że w warsztacie nie zbywa materiału.

Zdołał zbić tylko jedną nadliczbową trumnę, którą zamierzał dostarczyć nocą do krypty. Ukrył pudło w zaroślach, wypatrzyła je jednak żona kościelnego i porąbała na opał.

Młodzieńczy zapał do trupów nieco osłabł. Stanisław zajął się zarabianiem pieniędzy. Poświęcił się teatrowi, a dokładniej rzecz ujmując – projektowaniu mechanizmów scenicznych. W tym rzemiośle odniósł spore sukcesy, a jego sława dotarła nawet do Tyflisu (obecnie Tbilisi), gdzie zaproponowano mu współpracę.

W krakowskim Starym Teatrze zaprojektował tureckie namioty do sztuki Sobieski pod Wiedniem. Udoskonalił scenografię Kościuszki pod Racławicami. Dwie malowane tekturowe armaty przerobił na lawety z drzewa i blachy, uzupełnione prawdziwymi kołami. Chłopom na drzewce nasadził prawdziwe kosy. Armaty grzmiały wybuchami, a Moskale wylatywali za kulisy, co zagwarantowało inscenizacji sukces. Nic tak nie mogło rozbawić Polaków, jak klęska Rosjan.

Po latach doświadczeń Stanisław przygotował szczegółowe wskazówki służące ochronie przeciwpożarowej w teatrach: na wypadek gdyby któryś nie zbudował specjalnej kurtyny ogniowej, bezwarunkowo powinien zaopatrzyć się w płócienną, powleczoną klejem stolarskim z domieszanym miodem.

Pewnego dnia jednak porzucił teatromanię – tak jak wcześniej ochłonął z trumnomanii (sam tak nazwał swoją dziwną skłonność) – i został wydawcą prasowym. Za cztery centy zaczął kolportować własną gazetę, „Dziennik Poranny”.

Ale trupy nie dawały mu spokoju.

Niedługo przed śmiercią powrócił między groby i począł zbierać materiały, które potem opublikował w Przewodniku po cmentarzach.

Wydrukowany w 1908 roku całkiem spory tom to dowód, że Stanisław Cyrankiewicz miał zdecydowanie większe niż Józef skłonności do przelewania swoich myśli na papier. Józef Cyrankiewicz pozostawił po sobie jedynie przemówienia, a z tekstów autobiograficznych tylko niezbyt obszerne fragmenty dotyczące przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej oraz wojennej konspiracji i obozu koncentracyjnego Auschwitz. O swoich dziejach jako premiera w komunistycznej Polsce nigdy nie napisał ani słowa.

*

Józio wysunął głowę z plecaka, który spoczywał na barkach ojca. Rozejrzał się wokół. Chłonął panoramę Tatr.

Ojciec specjalnie przerobił plecak tak, aby syn z rodzicami odbywał górskie wędrówki, nie męcząc przy tym swych dziecięcych nóżek. Podróżując w tej ojcowskiej lektyce, Józio podziwiał okolice Zakopanego. Innym razem wybrali się w Beskidy.

W PRL plotkowano, że Cyrankiewicz wywodził się ze szlachty, a jego ojciec był zamożnym kapitalistą. Rzeczywistość była skromniejsza od wyobrażeń o ludziach władzy. Rodzice Józefa byli zwykłymi mieszczanami, a tata inteligentem w pierwszym pokoleniu.

Ojciec Józefa Cyrankiewicza – który też na imię miał Józef – zdobywał wykształcenie budowlane najpierw w Krakowie, a potem ukończył wyższą Szkołę Politechniczną we Lwowie. Prowadził firmę geodezyjną, pracował przy budowie dróg i mostów oraz regulacji rzek.

Regina Szlapak, matka przyszłego premiera, uczyła się w gimnazjum sióstr zakonnych w Cieszynie. Kochała muzykę, grała na fortepianie. Była córką właściciela tartaków. Zakłady mieściły się na terenie, przez który przepływała rzeka Biała. Wodny żywioł połączył przyszłych małżonków. Józef poznał przyszłą żonę w okolicach Grybowa.

Józef Adam Zygmunt – jak brzmiały wszystkie imiona późniejszego polityka – przyszedł na świat w 1911 roku w Tarnowie, gdzie jego rodzice wynajmowali mieszkanie. Do Krakowa powrócili, kiedy zakończono prace przy regulacji Białej. Józef senior postawił rodzinną willę w dzielnicy Salwator. Otworzył w niej biuro projektowe. Niestety nie zachowały się informacje dotyczące losów rodziny podczas I wojny światowej.

W 1920 roku urodził się brat Józefa, Jerzy. Jego historia potoczyła się zupełnie inaczej. Przed wojną związał się z Młodzieżą Wszechpolską. Ukończył dwa lata medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po wojnie zamieszkał w Wielkiej Brytanii.

*

Mały Józio poustawiał garnki w równym rzędzie. Już po chwili wysłuchały jego płomiennego przemówienia.

Po oracji przyszedł czas na roszady. Cyrankiewicz wprawiał się w polityce personalnej: awansował garnki z trzeciego do pierwszego rzędu. A do innych strzelał.

– Od dzieciństwa żył historią – opowiadała mi Krystyna Tempska-Cyrankiewicz5, trzecia i ostatnia żona premiera. – W poczekalni jego ojca, geodety, siedzieli klienci, a mały Józio podchodził do nich z książką o historii Polski i pytał: „Pan jest już dorosły? To pan pewnie umie czytać”. I prosił interesantów, żeby mu przeczytali jakiś rozdział. Domowników już dawno zamęczył swoją ciekawością.

 

Naukę zaczął w prywatnym gimnazjum Jaworskiego. Szkoła mieściła się u zbiegu ulic Grodzkiej i Rynku Głównego. Trudno sobie wyobrazić wspanialsze miejsce do rozpoczęcia edukacji. Niedaleko Wawelu, siedziby polskich królów. Historia wisiała tu w powietrzu.

Krakowski literat i krytyk teatralny Henryk Vogler wspominał, że gimnazjum, do którego uczęszczał Józef Cyrankiewicz, cieszyło się szczególną sławą. Czesne w nim było bardzo wysokie, ale przyjmowano tu również uczniów, których wydalono z innych szkół, jeśli rodziców stać było na opłaty. „Cyrankiewicz, dzięki swym wybitnym zdolnościom, inteligencji, swadzie, a także wyniosłej postawie odosobnienia, którą potrafił przybierać nawet na pauzach szkolnych, był już z góry przez swych kolegów predestynowany na przyszłego znakomitego męża stanu”6 – opisywał Vogler.

*

Zwano ich z grecka Kastor i Polluks. Albo z polska Cyruchowicz i Borankiewicz.

To wielcy przyjaciele z młodości: Józef Cyrankiewicz i Maksymilian Boruchowicz, który później na emigracji przybrał nazwisko Borwicz. Był polskim Żydem, pisarzem i poetą. W 1953 roku doktoryzował się – a potem prowadził wykłady – z socjologii na Sorbonie.

Właśnie obaj siedzą w barze Wenztla, trunkami dodając sobie animuszu. Jak to artyści.

Jakiś czas wcześniej, niedługo przed maturą, wpadli na pomysł wieczoru literackiego związanego z Weselem Wyspiańskiego. Radości było co niemiara. W ramach przygotowań natychmiast wysłali zaproszenia do najciekawszych gości, czyli koleżanek z gimnazjów żeńskich. W ferworze zapomnieli jednak­ o próbach.

Ale oto właśnie nadchodzi dzień przedstawienia i nadal nikt się nie kwapi, aby przeprowadzić jakąś próbę. Cyrankiewicz już zamierza regulować rachunek, więc Boruchowicz biegnie przodem do sali, w której planowano występować. Czas mija, a Cyrankiewicz nie nadchodzi. Posyłają kogoś do baru, ten wraca z informacją: „Józek jest urżnięty w pestkę. Gwiżdże na całe przedstawienie”.

Boruchowicz czym prędzej idzie do kolegi, by urządzić awanturę. Kończy się na kontynuacji pijaństwa. Urżnięty w pestkę jest już nie tylko Cyrankiewicz, ale także Boruchowicz.

Alarm! Nadciąga publiczność!

Młodzieńcy nieco trzeźwieją. Kiedy wpadają do szkoły, dyrektor kpi, wyczuwając w powietrzu opary alkoholu: „Byle tylko zapałki nikt nie potarł, bo wybuchnie pożar!”.

Józef Cyrankiewicz przebrany za królewskiego błazna Stańczyka wkracza na scenę. Debiutuje jako aktor. Potem wygłasza swój referat. Organizatorzy wieczoru najwyraźniej uważali, że widzom nie wystarczy sztuka, żeby zrozumieć sedno problemu. Potrzebują jeszcze wykładu.

Józef, wbrew obawom kolegów, nie zaczyna pijackiej improwizacji. Sięga do kieszeni i wyciąga z niej spisany na kartce solidny tekst.

Cyrankiewicz do występów scenicznych raczej jednak nie bardzo się nadawał. Z wielkim trudem spamiętywał słowa. Kiedy odgrywał Stańczyka (Boruchowiczowi przypadła rola Dziennikarza), najwięcej roboty miał sufler. Widzowie każdą kwestię słyszeli dwa razy.

Michał Maksymilian Borwicz napisał po latach: „[…] do uczenia się tekstów na pamięć Cyrankiewicz idiosynkrazję miał wrodzoną”. Jedyny utwór, jaki opanował na pamięć, to wiersz Horacego Nienawidzę ciemnego motłochu i unikam go7.