Bicia nie trzeba było ich uczyćTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

W serii ukażą się m.in.:

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Piotr Lipiński

Bicia nie trzeba było ich uczyć

Proces Humera i oficerów śledczych

Urzędu Bezpieczeństwa


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce pochodzi z kwestionariusza dla współpracowników

Resortu Bezpieczeństwa Publicznego z 1944 roku, w zbiorach

Instytutu Pamięci Narodowej.

Copyright © by Piotr Lipiński, 2016

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Agnieszka Frysztak / d2d.pl, Sandra Trela / d2d.pl

Skład pismami Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-227-1

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2016

Wydanie II poprawione i rozszerzone

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

I Śledztwo

TEGO nie trzeba uczyć

Adam był aktywny społecznie

Związek Radziecki ojczyzną wszystkich proletariuszy

Prawdziwa wojna. O nowy ustrój

Mówi Józef Światło

To był nieszczęśliwy, niezawiniony wypadek w toku działań operacyjnych

Na nikim nie wymuszałem fałszywych zeznań

Jestem chory, niczego nie pamiętam

Przecież w tych śledztwach wszystko to lipa

Skoro na filmach francuskich policja stosowała przymus fizyczny, to i nam też wolno

W imię prawdy, a także doraźnych racji politycznych

II Proces

III Wyrok

Epilog

Bibliografia

O autorze

Przypisy końcowe

Przypisy

Prolog

Piekło istnieje. Przynajmniej na ziemi.

Wydarzenia opisane w tej książce są prawdziwe. Dlatego trudno w nie uwierzyć.

* * *

Tego dnia runęła cała przyszłość Marii Hattowskiej, drobnej, malutkiej kobiety, odznaczonej w czasie wojny Krzyżem Walecznych i dwukrotnie Krzyżem Zasługi z Mieczami.

Było lato 1946 roku. Maria boleśnie już na resztę życia zapamiętała datę: 19 lipca. Siedziała w warszawskim więzieniu na Mokotowie fałszywie oskarżona o szpiegostwo.

Wiedziała, że będą bić. Wszyscy w więzieniu o tym słyszeli. Kiedy wieczorem tego dnia wyprowadzano ją z celi, koleżanka zawiesiła jej na szyi swój medalik.

Zaprowadzono ją na przesłuchanie; w pokoju czekało ośmiu mężczyzn. Byli wśród nich Józef Różański i Adam Humer.

– Różański zaczął pierwszy – opowiadała mi Maria Hattowska. – Kopnął mnie, aż spadłam z krzesła. Humer bił nahajką. Miała na końcu kulkę, która przy uderzeniach przecinała skórę. Celował w nerki. Liczył swoje uderzenia. Przy sto pięćdziesiątym powiedział, żeby go zastąpili, bo się zmęczył. Dostałam następne sto pięćdziesiąt, aż się przestraszyli, że uniknę dalszego śledztwa. Wezwali lekarza.

Agonia jest przyjemna – zapamiętała.

– Nie czuć w ogóle bólu. Lekarz jednak przygotował zastrzyk, a ja wykręcałam rękę, żeby nie mógł się wkłuć. Chciałam umrzeć. Ale udało im się mnie uratować.

Gdy mówiła te słowa, miała osiemdziesiąt dwa lata. Mieszkała na piątym piętrze w domu bez windy. Oddychała z trudem.

– Do dziś z powodu uszkodzonych nerek cierpię na nadciśnienie. Nie wyszłam za mąż, żeby nie być dla nikogo kłopotem.

I wspominała o najgorszym:

– Bili mnie w krocze. Po tym już nie mogłam mieć dzieci.

* * *

Huk żelaznych krat w najsłynniejszym polskim więzieniu. To samo miejsce: Warszawa, Mokotów, Rakowiecka. Inny czas: rok 1993.

Do pokoju widzeń wchodzi niewysoki, krępy mężczyzna. Ma siwe włosy i krzaczaste brwi opadające na niebieskie oczy. W skromnej granatowej marynarce wygląda na ubogiego emeryta. W tramwaju wypadałoby ustąpić mu miejsca.

– Nie zgodziłem się dotąd na dłuższą rozmowę z żadnym dziennikarzem – to były jedne z pierwszych słów, jakie wypowiedział do mnie Adam Humer. Kiedy spotkaliśmy się w więzieniu, siedział już trzeci miesiąc. – Chciałem uniknąć procesu w prasie, zanim dojdzie do rozprawy w sądzie – dodał. – Od 1989 roku wiedziałem, że trafię za kratki. Jestem wdowcem, nie ożeniłem się ponownie, żeby nazwiska mojej opiekunki nie wiązano ze mną.

 

Od razu uprzedził, że nie obrażają go określenia „bolszewik”, „komuch”, „ubol”.

– To są komplementy – stwierdził.

– Pamięta pan bicie Marii Hattowskiej? – zapytałem pod koniec pierwszego widzenia.

– Nigdy takiej kobiety nie spotkałem – zaprzeczył. – To charakterystyczne nazwisko, na pewno bym zapamiętał. Teraz w tele­wizji pokazali moją twarz i zaczęła się nagonka. Wszystkim się wydaje, że to ja ich biłem.

* * *

Adam Humer był starszy ode mnie o pół wieku. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłem, miał siedemdziesiąt pięć lat. Ja – dwadzieścia pięć.

Tuż po wojnie urzędował w więzieniu na Mokotowie; pracował wtedy jako oficer śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Po prawie czterdziestu latach powrócił na Rakowiecką jako aresztant.

Podczas którejś z naszych rozmów zdenerwował się, że nic mi nie mówi nazwisko słynnego, jak się okazało, generała. Kategorycznie uznał:

– Pan jest za młody, żeby ze mną rozmawiać.

– To chyba dobrze – przekonywałem – bo nie mam żadnego stosunku do tamtych czasów.

Humer uciął krótko:

– Pan przez swoje młode życie nasiąkł tylko hasłami głoszonymi od osiemdziesiątego roku.

Miał na myśli pokolenie ludzi, którzy wyrośli razem z pierwszą opozycyjną „Solidarnością” z 1980 roku. Znienawidzoną przez takich jak Adam Humer.

„Solidarność” powstała już w czasach, kiedy on sam nie miał żadnego politycznego znaczenia. Ale wciąż w gronie znajomych demonstrował swoje komunistyczne przekonania. Uparcie pozostawał im wierny. Jakby wciąż żył prawie pół wieku wcześniej. Podczas naszych spotkań ani razu nie zdarzyło się nam mieć takiego samego zdania na jakikolwiek temat.

Kiedy go poznałem, Adam Humer był pierwszym i jedynym człowiekiem w III Rzeczpospolitej aresztowanym pod zarzutem popełnienia zbrodni stalinowskich. Inaczej: był podejrzewany o dokonanie zbrodni przeciwko narodowi polskiemu.

Był początek 1993 roku. Gdy spotykaliśmy się w mokotowskim więzieniu, prokuratura zbierała przeciwko niemu dowody. Podejrzewała, że uczestniczył w śmiertelnym pobiciu Tadeusza Łabędzkiego, szefa podziemnego Pogotowia Akcji Specjalnych Narodowych Sił Zbrojnych, którego ciało zakopano w lesie. Prokurator zarzucał Humerowi również torturowanie innych więźniów.

Szczyt „kariery” Adama Humera przypadł na przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Władzę w Polsce przejęli wówczas komuniści, wspierani i kierowani z Moskwy przez Józefa Stalina. Rządy w powojennej Polsce stanowili za pomocą aparatu przemocy, którego najważniejszym elementem było Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. W MBP Adam Humer piastował stanowisko wicedyrektora Departamentu Śledczego. Został zastępcą demonicznego Józefa Różańskiego, Polaka żydowskiego pochodzenia, który słynął z sadystycznego znęcania się nad więźniami.

Adam Humer prowadził najsłynniejsze w tamtych latach śledztwa polityczne. Przesłuchiwał opozycyjnego, wywodzącego się Polskiego Stronnictwa Ludowego wicepremiera Stanisława Mikołajczyka. Niedługo później Mikołajczyk, obawiając się aresztowania, uciekł na Zachód.

Wydobywał zeznania od biskupa Czesława Kaczmarka, któremu w pokazowym procesie zarzucono szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych i Watykanu oraz wojenną kolaborację z Niemcami.

Zatwierdził akt oskarżenia rotmistrza Witolda Pileckiego, który na polecenie polskiego podziemia organizował ruch oporu w obozie Auschwitz, a przez komunistyczny wymiar sprawiedliwości został skazany na śmierć.

Nadzorował śledztwa przeciwko całemu powojennemu anty­komunistycznemu podziemiu: pięciu kolejnym komendom organizacji Wolność i Niezawisłość oraz trzem Narodowych Sił Zbrojnych. Ich procesy skończyły się wieloma wyrokami śmierci.

Adam Humer był więc bardzo ważnym trybem w ówczesnej komunistycznej machinie. Choć pod względem władzy politycznej daleko mu było do sprawującego urząd prezydenta Bolesława Bieruta czy nawet ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza, to jednak w systemie represji odgrywał istotną rolę. Jego nazwisko budziło wśród ludzi grozę.

Historia Adama Humera początkowo wydawała mi się zupełnie nieciekawa. Z jednego prostego powodu – bo to już historia. Kiedy pierwszy raz o niej usłyszałem, w Polsce działy się niezwyk­łe rzeczy. Kraj po 1989 roku odzyskał suwerenność, rodziły się na nowo polska demokracja i kapitalizm. Zapełniały się sklepy; jedni się bogacili, inni biednieli. Wszystko stawało się inne niż za czasów PRL-u.

Kiedy jednak wsłuchałem się w świat Humera, odkryłem, że ta historia nie jest martwa. Wciąż żyli jej główni bohaterowie i choć minęło pół wieku, nadal myśleli o sobie nawzajem. Przeszłość nie była dla nich zamkniętym rozdziałem.

Podwładni i ofiary Humera to były nadal dwa różne światy, które łączyło tylko jedno: wszyscy byli w podeszłym wieku, wszyscy schorowani. Pierwsi swoją niechęć do rozmów ze mną tłumaczyli złym zdrowiem, drudzy – mimo chorób – znaleźli czas na wspomnienia.

Ofiary po raz pierwszy mogły publicznie opowiedzieć o swoim cierpieniu. Przez PRL-owskie dziesięciolecia więźniowie polityczni stalinizmu musieli wszystko w sobie tłumić. Tymczasem ich oprawcy odbierali odznaczenia za umacnianie władzy ludowej.

Teraz dla ofiar nadszedł czas oczyszczenia – gdy opowiadali o swych wstrząsających przeżyciach, wreszcie mogli zrzucić z siebie wielki ciężar. Ale nie było to proste. Niektórzy wciąż milczeli, dusząc w sobie przeszłość. Otwierali się dopiero po długim namyśle.

Słuchając tych opowieści, czytając dokumenty z lat stalinizmu, odkrywałem, że ta historia jest nieodłączną częścią tworzącej się właśnie nowej demokratycznej III Rzeczpospolitej. Rozliczenie się z czasami komunizmu podzieliło społeczeństwo i polityków. Rozgorzał spór, czy po latach należy karać ludzi w podeszłym wieku, takich jak Adam Humer.

Jego sprawa była wierzchołkiem góry lodowej. Dyskutowano bowiem też o tym, czy cały Urząd Bezpieczeństwa uznać prawnie za organizację zbrodniczą i czy wszystkim jego pracownikom – niekiedy wcześniejszym żołnierzom wojennej komunistycznej partyzantki – odebrać uprawnienia kombatanckie.

Do Adama Humera w mokotowskim więzieniu przychodziłem kilka razy. Rozmawialiśmy wiele godzin. Napisałem wtedy swój pierwszy reportaż o nim – Powrót Adama Humera. Ukazał się w „Gazecie Wyborczej”.

Przypuszczałem, że ta sprawa, przynajmniej dla mnie, zakończyła się.

Potem zaczął się proces. Poszedłem na pierwsze posiedzenie sądu, na którym znowu poczułem, że ten świat mnie wciąga. W efekcie ponad dwa lata relacjonowałem przebieg rozpraw w „Gazecie Wyborczej”.

Zwykle dwa razy w miesiącu siadałem w jednej sali sądowej z ofiarami i ich katami. Jednym i drugim na korytarzu mówiłem „dzień dobry”. Stawałem między nimi w kolejce do sądowej szatni.

Prowadzący sprawę prokurator Stefan Szustakiewicz wydawał mi zgodę na widzenie z podejrzanym „przy stoliku bez udziału osób trzecich”. Rozmawialiśmy więc w specjalnym więziennym pokoju, gdzie nie przeszkadzał nam żaden pracownik aresztu.

Zawsze czekałem, aż strażnik doprowadzi Humera. Czułem się zażenowany, że na moje żądanie staje przede mną człowiek o wiele ode mnie starszy.

Siadaliśmy naprzeciwko siebie po dwóch stronach biurka. To miejsce, to biurko, mimowolnie kojarzyło się z przesłuchaniem.

I

TEGO nie trzeba uczyć

Barbara Sikorska po raz pierwszy zobaczyła Humera w październiku 1948 roku w więzieniu na Mokotowie. Była przesłuchiwana, kiedy wszedł, zapytał o coś, uderzył ją po twarzy i wyszedł. Po prostu.

Potem Humer jeszcze kilkakrotnie kontrolował podległego mu oficera. Za każdym razem tłukł Sikorską w twarz, w końcu wybił dolny ząb.

– Jeden z czterech, które wtedy straciłam – zapamiętała.

Kobiety nie mogły liczyć na taryfę ulgową wśród ubeków. Były torturowane na równi z mężczyznami.

Barbara Sikorska znalazła się w areszcie w związku z procesem lotników. Sąd wojskowy uniewinnił ją z zarzutu szpiegostwa po procesie, który odbył się w więziennej fryzjerni.

– Starałam się potem zapomnieć o Mokotowie, ale jak wypiję parę kieliszków, to opowiadam tylko o więzieniu – wyznała Barbara Sikorska.

* * *

– Czy ojciec pana bił? – zapytałem Humera.

– Jasne, w środowisku wiejskim to było normalne – odpowiedział spokojnie, ale po chwili zauważyłem zaniepokojenie na jego twarzy. – Dlaczego pan o to pyta? – rzucił i zaraz zmienił temat.

Humer konsekwentnie unikał rozmów o biciu. Dziwił się, że mnie to interesuje. Potrafił długo opowiadać o ideologii, ale krótko ucinał, gdy pytałem o torturowanych więźniów. Tłumaczyłem to sobie na dwa sposoby. Z jednej strony niezręcznie mu było mówić o sprawach, o które wkrótce miał zostać oskarżony; im mniej powie, tym dla niego lepiej. Z drugiej strony – być może – spychał problem bicia gdzieś w głąb pamięci albo uważał za szczegół, który nie powinien mącić wizerunku komunisty. Bo przecież sam siebie widział jako niezłomnego obrońcę władzy ludowej, a nie jako zbrodniarza. To postępowa – jak uważał – ideologia miała być ważna, a nie krwawy sposób, w jaki wprowadzano ją w życie. Zwłaszcza że tych, którzy mieli inne przekonania, nie traktował jak przeciwników politycznych, lecz jako wrogów ludu.

Twierdził:

– Między rokiem 1944 a 1946 zdarzały się sporadyczne przypadki stosowania przymusu fizycznego w śledztwie. Były spowodowane chęcią skończenia z eskalacją terroru ze strony podziemia, w wyniku którego zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób.

– Przecież Barbarę Sikorską bił pan w 1948 roku – zdziwiłem się.

– Nigdy nie uderzyłem Żyda, Ukraińca ani kobiety – oświadczył. – Przymus fizyczny stosowano wtedy, kiedy chodziło na przykład o wykrycie magazynu broni czy przygotowywanie zamachu na czyjeś życie. Po 1946 roku bardzo rzadko kogoś bito.

* * *

Stanisław Skalski to jeden z legendarnych polskich lotników. Uczestniczył w bitwie o Anglię. Latając w brytyjskich dywizjonach, strącił dwadzieścia dwa niemieckie samoloty, dwukrotnie otrzymał order Virtuti Militari.

Po II wojnie światowej, choć Anglicy proponowali mu obywatelstwo, postanowił wrócić do kraju. Wielu polskich żołnierzy walczących na Zachodzie obawiało się powrotu do kraju. Mimo że powojenny los na emigracji często nie był dla nich łaskawy, nierzadko musieli się imać podrzędnych zajęć, to jeszcze gorzej wyglądały perspektywy w komunistycznej Polsce. Mogli się spodziewać prześladowań, a nawet aresztowania i uwięzienia na długie lata.

Stanisław Skalski wrócił do Polski w 1947 roku. Był to rok, kiedy komuniści sfałszowali wybory do Sejmu, a opozycyjny wicepremier Stanisław Mikołajczyk z obaw o aresztowanie uciekł na Zachód.

Stanisław Skalski został w polskiej armii instruktorem do spraw pilotażu, ale już rok później, w 1948 roku, trafił do aresztu. Oskarżono go o szpiegostwo, a potem skazano na karę śmierci. Przeżył, choć nie napisał prośby o ułaskawienie.

Podczas śledztwa zetknął się z Adamem Humerem.

– Na przesłuchaniu u Humera – opowiadał mi – położyli mnie brzuchem na stołek, spodniami okręcili nogi, żebym nie kopał. Czułem, jakby mi nogi obcinali, słyszałem świst powietrza, więc tłukli chyba czymś metalowym.

* * *

– Czym biliście Skalskiego? – zapytałem Adama Humera.

– Niczym – odpowiedział. – Mogło się zdarzyć, że parę razy go uderzyłem, ale tylko ręką.

Mimo że się opierał, starałem się wciągać go w rozmowy o biciu. Jeżeli już mi się to udawało, unikał dosłownego określenia, mówił o „przymusie fizycznym”. Kiedyś dociekałem:

– Pamięta pan wszystkie osoby, które zdarzyło się panu uderzyć w śledztwie?

– Nie.

– A w ogóle kogoś z pobitych?

– Raczej nie.

– Skąd się brały narzędzia bicia?

– Eee, nie, ręką tylko.

– To dlaczego świadkowie zeznają, że ich maltretowano pałkami, pasami…

– To jest kompletna bzdura. Protestuję przeciwko wymienianiu takich przejawów przymusu jak rwanie paznokci. Kompletna bzdura. Jakieś ściskanie jąder, TEGO nigdy nie było w moim departamencie.

Humer unikał dosłowności, uciekając się do formuły „TEGO”.

– Kto uczył bicia?

 

– Nikt. TEGO nie trzeba uczyć.

– Doradcy rosyjscy mówili o biciu?

– Nie, ale w pierwszym okresie na TO nie reagowali.

– Czy funkcjonariusze mieli świadomość, że bicie jest bezprawne?

– Oczywiście.

– Jak więc sobie tłumaczyli, że muszą bić?

– Chodziło o umocnienie zdobyczy klasy ludowej.

– Czy funkcjonariusze liczyli się z tym, że mogą odpowiadać za torturowanie?

– Gdyby TO było wyrafinowane, to tak. Może czasem zdarzały się takie wypadki. Ale jeśli było TO uzasadnione operacyjnie, kierownictwo najwyżej pogroziło palcem. Wiedział o tym Romkowski[1], wiedział Radkiewicz[2], no co tu dużo gadać. Oficjalna wersja była taka, że nie wolno, ale jeśli wyższy przełożony pozwalał, to z funkcjonariusza zdejmował odpowiedzialność. Wybieraliśmy mniejsze zło.

– Ci, których pan zamykał, walczyli przecież o niepodległość.

– Oni o niepodległość?! – Humer poczerwieniał, podnosząc głos. – Myśmy walczyli o niepodległą Polskę, bez obszarników, bez kapitalizmu, bez okupacji ziem ukraińskich, litewskich i biało­ruskich, pan rozumie?! Oni walczyli o rewindykacje dla Radziwiłłów, Szeptyckich, pan to rozumie?! A Piłsudski po co poszedł w 1920 roku na Kijów? Po Polskę? Nie, proszę pana. W każdym majątku obszarniczym był oddział hajduków, którzy chłopów trzymali w ryzach. Piłsudski był oberhajdukiem.

* * *

– Siedziałam na Mokotowie, bili mnie Kaskiewicz i Chimczak[3], o Humerze słyszałam od siostry – opowiadała mi kolejna kobieta, Hanna Stachiewicz. – Humer raz stłukł ją, nakrył płaszczem, usiadł na niej i dalej katował. Siostra ciężko to przeżyła, nie chce dziś o tym opowiadać.

* * *

– Po co w czasie bicia nakrył pan płaszczem siostrę pani Stachiewicz?

– Nigdy w życiu o niej nie słyszałem – uniósł się Humer. – Przecież już mówiłem, że nie uderzyłem żadnej kobiety. Od dziecka byłem chowany w szacunku do kobiet.