Jan Woleński. Wierzę w to, co potrafię zrozumiećTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

CZĘŚĆ I. NIC, CO LUDZKIE, NIE JEST MI OBCE

Chłopak z Salwatora

Młodości, trwaj!

Turbulencje i perturbacje

Wielki powrót

Suchy azyl

CZĘŚĆ II. MISJA: FILOZOFIA

Świat filozoficznego myślenia

Przez logikę do filozofii

Natura filozoficznej roboty

Szkoła lwowsko-warszawska

Prawda i realizm

Miejsce filozofii

Wszystko ma swój koniec

CZĘŚĆ III. PASJE I OBSESJE

Niebo w płomieniach

Ja, Hertrich

Non possumus

Argumenty i perswazje

Opéra, mon amour. Livre, mon amie

Messi czy Massa?

Ostateczność

Posłowie

Katalog wydawniczy

Adiustacja i korekta: MARIA SZUMSKA

Projekt okładki: MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografie na okładce i wewnątrz książki: DANUTA WĘGIEL

Projekt typograficzny: MIROSŁAW KRZYSZKOWSKI

Skład: MELES-DESIGN

© Copyright by Jan Woleński, Sebastian T. Kołodziejczyk, Jacek Prusak SJ, Jolanta Workowska & Copernicus Center Press, 2014

Wydanie I

Kraków 2014

ISBN 978-83-7886-129-4

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://en.ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wstęp

Mówi się, że „człowiek jest oświecony” nie wtedy, kiedy „coś rozumie”, ale kiedy „ktoś na niego patrzy”. Być może stwierdzenie to brzmi poetycko w uszach filozofa analitycznego, a więc i naszego Rozmówcy, ale nam, prowadzącym rozmowę, pozwoliło przybliżyć się do złożoności jego osoby. Patrzyliśmy bowiem na Jana Woleńskiego z przynajmniej trzech różnych perspektyw: intymnej, kontemplacyjnej i dyskursywnej, starając się przeniknąć zasłonę znanego profesora, wybitnego filozofa i logika, a wreszcie także osoby publicznej. Każdy z nas w tę rozmowę wniósł również część siebie. Jola Workowska jest dziennikarzem niezależnym, drukuje to, co ją interesuje, i pisze tam, gdzie ją chcą (m.in. „Odra”, „Zeszyty Karmelitańskie”, „Forum Akademickie”). Skończyła politologię ze specjalnością dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1991 roku i od ponad 25 lat jest zaintrygowana swoim byłym wykładowcą logiki i zakochana w nim, pozostając żoną „najcudowniejszego filozofa wszech czasów”. Najwyraźniej miłość platońska jest możliwa! Sebastian Kołodziejczyk jest filozofem i nauczycielem akademickim na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 2002 roku obronił doktorat inspirowany klasyczną myślą metafizyczną (pod kierunkiem prof. Władysława Stróżewskiego), ale dzięki współpracy z Janem Woleńskim wyrażoną w języku współczesnej filozofii analitycznej. Na co dzień współpracownik i młodszy kolega profesora Woleńskiego w ciągłym procesie uczenia się od niego tego, co w filozofii najlepsze. Jacek Prusak jest jezuitą i doktorem psychologii pracującym na Akademii „Ignatianum” w Krakowie, od wielu lat zaangażowanym w działalność publicystyczną – zwłaszcza jako redaktor „Tygodnika Powszechnego”. Od profesora Woleńskiego uczy się rozumieć granice swojej wiary i niewiary oraz dialogu z tymi, którzy myślą inaczej. Tyle o nas, aby pozwolić zrozumieć czytelnikom zaintrygowanym Janem Woleńskim, kto mu zadawał pytania i dlaczego właśnie takie. To także nasze „usprawiedliwienie się” z uchwytnej w wywiadzie różnicy stylów, wrażliwości i zainteresowań osobą naszego Rozmówcy. Mamy nadzieję, że nasze perspektywy się uzupełniają i prezentują Jana Woleńskiego jako osobę jeszcze bardziej intrygującą i ciekawą.

Na koniec chcielibyśmy podziękować Jemu samemu za zaproszenie każdego z nas z osobna do wzięcia udziału w tym projekcie. Jest to dla nas wyróżnienie i oznaka sympatii, która pozwoliła nam na wyjście z pozycji ucznia i lęku przed Mistrzem i zadawanie pytań nieraz bardzo osobistych albo niewygodnych. Dziękujemy za stworzenie klimatu szczerości i autentyczności, którą czuliśmy w trakcie naszych spotkań. Wydawnictwu „Copernicus” dziękujemy za współpracę nad doprowadzeniem tego dzieła do końca.

Sebastian T. Kołodziejczyk

Jacek Prusak SJ

Jola Workowska


Jan Woleński z rozmówcami


Portret Profesora

Część I

Nic, co ludzkie, nie jest mi obce

Chłopak z Salwatora

Mówisz o sobie, że urodziłeś się między Lwowem a Warszawą. Co to znaczy?

Urodziłem się we wrześniu 1940 roku w Radomiu, podczas ucieczki rodziców ze Lwowa. Ale w Radomiu byliśmy krótko. Potem były Puławy i Warszawa, gdzie zainstalowaliśmy się w 1941 roku. Być może wyjazd z Radomia nastąpił z powodu planów utworzenia tam getta (kwiecień 1941), a do Warszawy przyjechaliśmy już po zamknięciu tamtejszej żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej. Początkowo zatrzymaliśmy się na Bielanach, przy ulicy Kasprowicza, a potem na Żoliborzu, przy ulicy Cieszkowskiego, notabene, „filozoficznej”. Były to dwa pokoje z kuchnią w nowym, przedwojennym bloku. Mieszkaliśmy tam razem z babcią, bo dziadek wyjechał 17 września do Rumunii, potem do Francji, Anglii i Włoch; uczył w szkołach przyfrontowych i dołączył do nas w Krakowie w 1948 roku.

Mąż twojej mamy nie był jednak, jak się potem dowiedziałeś, twoim ojcem, a ty jesteś owocem późnej miłości?

Nie wiem, czy miłości, na pewno – romansu, zaakceptowanego przez męża mojej matki. Byli małżeństwem szesnaście lat i on nie mógł mieć dzieci. Sądzę, że mój biologiczny ojciec pomógł rodzicom uciec ze Lwowa, bo prawdopodobnie był wysoko postawionym człowiekiem.

Jakie są twoje pierwsze wspomnienia z dzieciństwa?

Miałem chyba trzy lata, gdy posłano mnie do ogródka po koperek albo pietruszkę. Przyniosłem za dużo i dostałem w skórę od ojca, znaczy męża mojej mamy. Zniszczyłem, z czego nie zdawałem sobie wtedy sprawy, sporo warzyw, a były to wówczas cenne dobra. A druga rzecz, którą pamiętam, to jak staliśmy z babcią w kolejce do jakiegoś sklepu.

Potem byliście w obozie przejściowym...

Nie pamiętam ani pobytu, ani drogi do tego obozu przejściowego w Pruszkowie. Pamiętam początek podróży pociągiem towarowym na południe Polski i to, że miałem wtedy na sobie wszystko, co tylko można było na mnie włożyć, bo był październik.

Ojczym był zaangażowany w walkę zbrojną?

Odmówił podpisania folkslisty i został wysłany chyba gdzieś na roboty przymusowe. W czasie powstania, gdy już wrócił do Warszawy, rozstał się z moją matką. Nie mógł znaleźć drogi na Żoliborz, bo Niemcy odcięli Dworzec Gdański, zatrzymał się u jakiejś swojej znajomej i tam już został.

Pierwsze cztery lata życia nie kojarzą ci się z zagrożeniem, niebezpieczeństwem i głodem? Nie masz traumy powojennej?

Zagrożenie oczywiście było, do czego pewnie jeszcze wrócimy. Największe w czasie powstania w 1944 roku. Głodu raczej nie było, oczywiście poza gettem. To, co dawali na kartki, w zasadzie wystarczyło, ale też można było coś dokupić na czarnym rynku. Słyszałem, że byłem ciężko chory i uratowano mnie tylko dlatego, że w sąsiedztwie był szpital, w którym dawano trochę więcej dobrego jedzenia.

 

Nie pamiętam też końca wojny. Przez ostatni rok mieszkaliśmy we wsi Gniazdowice koło Proszowic. Mama zaprzyjaźniła się tam z dwiema czy trzema dziewczynami, które potem, w 1946 roku, wzięła z sobą do Krakowa, by się nauczyły tkania samodziałów. Mama miała mały warsztat, ale sama nie umiała tkać. Urządziliśmy się wszyscy w jednej izbie z kuchnią przy ulicy Słonecznej (obecnie Bolesława Prusa) 25 mieszkania 8. Na noc rozścielało się sienniki. Potem wrócił dziadek i moja mama się wyprowadziła.

Zostawiła siedmioletniego chłopca?

Przecież byłem z dziadkami, a mama musiała skorzystać z okazji zdobycia mieszkania. W tamtych czasach panowała tak zwana publiczna gospodarka lokalami i uzyskanie mieszkania było czymś bardzo skomplikowanym. Mama miała znajomych, którzy planowali wyjazd z Krakowa, i żeby mieć pierwszeństwo w przydziale do tego lokalu, musiała być tam zameldowana. Widywałem ją raz na tydzień, może rzadziej, mieszkała na Kujawskiej (przecznica od Kazimierza Wielkiego), a dziadkowie zostali ze mną w starym mieszkaniu. Wspomniane dziewczyny także się wyprowadziły, a myśmy, już bez nich, pozostali na Prusa. Pamiętam z tamtego okresu taki bardzo nieprzyjemny dla mnie moment, że jako siedmio- czy ośmiolatek myłem się w pokoju i w pewnym momencie któraś z sąsiadek to skomentowała: „Taki duży chłopak, a myje się przy wszystkich”. A przecież w tym domu nie było łazienki, ubikacja była na korytarzu. Zawstydziłem się i chyba od tego momentu zacząłem uważać się za osobnika niespecjalnie atrakcyjnego pod względem fizycznym.

Czyli dobrze wspominasz swoje dzieciństwo...

Tak. Miałem daleko idąca swobodę, z wyjątkiem jednego ograniczenia: musiałem o określonej godzinie meldować się w domu. Babcia interesowała się w gruncie rzeczy tylko tym, żebym zjadł na czas oraz chodził do szkoły i kościoła. W sumie wychowywałem się w gronie okolicznych chłopaków, którzy dzielili się na tych z „dobrych domów” i tych ze „złych domów”. Formalnie byłem z dobrego domu, ale jakoś nie bardzo kontaktowałem się z tym środowiskiem. Najlepszych kolegów miałem wśród tak zwanych baciarów ze Zwierzyńca. Dobrze grałem w piłkę, a ponadto wyrobiłem sobie pewną markę, bo pomagałem kolegom w nauce i bardzo mnie cenili. Pamiętam taki dom-melinę na ulicy Salwatorskiej, w którym mieszkało wielu baciarów.

Pamiętasz pierwszego papierosa?

Miałem dziewięć lat i podkradłem dziadkowi pierwszego camela (przywiózł te papierosy z Anglii), ale na dobre zacząłem palić, jak miałem trzynaście lat. Porzuciłem ten nałóg dopiero w 1986 roku, ale mniej więcej od ósmej klasy paliłem dwa, trzy papierosy dziennie. Pierwszą wódkę wypiłem, gdy miałem dwanaście lat... Raczej nie dostawałem manta, bo byłem dość silny, więc wielu chłopaków starało się ze mną nie zadzierać. Starsi mnie lubili i nie miałem z nimi większych kłopotów. Mogę opowiedzieć, jak wkupiłem się w nowe miejsce, kiedy w 1954 roku przeprowadziliśmy się z babcią (dziadek zmarł w roku 1953) do mamy. Ja byłem chłopakiem ze Zwierzyńca, tam była Krowodrza, więc nie było łatwo. Miałem własne dwie pary rękawic bokserskich, więc przyniosłem je tam, gdzie spotykali się okoliczni chłopcy. Obecnie jest tam siedziba Radia Kraków, na rogu ulicy Kazimierza Wielkiego i alei Słowackiego. Trochę potrenowaliśmy i skończyły się zastrzeżenia do mnie.

Po przeprowadzce utrzymywałeś kontakt z chłopakami z Salwatora?

Sporadycznie. Jeden jeszcze do dzisiaj sprzedaje kwiaty na rynku i mówi mi per „pan”, wiedząc, oczywiście, kim jestem. Ja mówię: „Nie wygłupiaj się”, ale on jest uparty.

Zapamiętałeś kogoś szczególnego z czasów młodości?

Pamiętam, że miałem takiego bardzo bliskiego kolegę, Kazika Siekierskiego, który wywarł na mnie duży wpływ, nie tyle intelektualny, ile ogólny. Był sześć lat starszy i mieszkał po sąsiedzku, w mieszkaniu obok. Był kolarzem torowym, miał nawet niejakie osiągnięcia. Jego matka cały czas narzekała, że Kazik to się takim brudnym sportem zajmuje jak kolarstwo, a mógłby przecież grać w tenisa, czyli uprawiać sport dla wytwornych ludzi, jak mówiła. Kazik ożenił się z Sędzimirówną (z rodziny magnatów stalowych), wyjechał z nią bodaj w 1966 roku do USA i zmarł przedwcześnie.

Pamiętasz marzec 1953 roku?

Dzień śmierci Stalina? Pamiętam te dni. To było takie podniosłe z punktu widzenia propagandy i organizacji. Być może w domach, w których wychowywano dzieci w duchu antykomunistycznym, inaczej przeżywano to wydarzenie, ale nie u nas, bo w naszym domu raczej nie rozmawiano o polityce. Byłem pod dość dużym wpływem ówczesnej propagandy, tej szkolno-gazetowej.

Ale rozumiałeś, że to jest jakiś rodzaj propagandy?

Raczej nie, ale muszę powiedzieć, że miałem od lat bardzo młodzieńczych dość analityczny stosunek do tego, co słyszę i czytam. Zwłaszcza do tego, co słyszę, a proszę pamiętać, że mój dziadek był przed wojną senatorem pierwszej kadencji i po wojnie, w Krakowie, przychodzili do niego różni znajomi, którzy codziennie rozdawali teki w rządzie londyńskim. Ponieważ nie miałem się gdzie podziać – to był pokój z kuchnią – słuchałem rozmów tych młodych osiemdziesięciolatków i uważałem, że jest coś absolutnie, dzisiaj bym powiedział, irracjonalnego w tych rozmowach. Może pod wpływem wspomnianej propagandy, nachalnie krytycznej wobec emigracji i przedwojennej Polski, nadziwić się nie mogłem, dlaczego oni wciąż dyskutują o tym samym, i te nieustanne rozmowy o zmianach tek w rządzie brzmiały dla mnie bardzo nierealistycznie.

Nigdy nie poznałeś swojego ojca biologicznego, o mężu swojej matki też niewiele wiesz. Czy dziadek był ważną osobą w twoim życiu?

Myślę, że bardzo ważną. Dziadek był z nami krótko, bo tylko pięć lat, ale uczył mnie łaciny i niemieckiego, a także innych ogólnych rzeczy. Pamiętam, jak nie znając języka francuskiego, przeglądałem przywiezione przez niego kieszonkowe wydanie Larousse’a i oglądałem siedem cudów świata. I czasem chodziłem z nim wieczorami na spacery, podczas których pokazywał mi gwiazdy, objaśniał mapę nieba, na przykład pokazywał Wielką Niedźwiedzicę. Ale nie odczuwałem, że łączy mnie z nim jakaś specjalna więź emocjonalna. Może było to pokłosiem wojny, że nie manifestowano swoich uczuć. Relacje emocjonalne były hamowane albo wyciszane. Tak byłem wychowywany. Nie miałem żadnej przytulanki i nie pamiętam, żebym był często przytulany, ale zdarzało się. Jak dostałem lanie, co było jednak rzadkie, bolało i trzeba było to przeżyć, a nie zapisywać w sekretnym dzienniczku i rozpamiętywać.

Twoi dziadkowie, jako małżeństwo, lubili się?

Tak, bardzo. Myślę, że dziadek wrócił do kraju, bo nie mógł wytrzymać sam za granicą. On bardzo kochał żonę i córkę. Był także człowiekiem bardzo religijnym. Był asymilatorem, to znaczy uważał, że właściwą drogą Żydów jest asymilacja, także religijna.

Twoja mama nie chciała się z nikim związać w Krakowie?

Nie w sensie małżeńskim, ale miała oczywiście partnerów, i to bardzo ciekawych. Jeden z nich wywarł dość znaczący wpływ na mnie, na mój ogólny stosunek do świata.

Młodości, trwaj!

Kim chciałeś być, jak byłeś młodym chłopcem?

Nie pamiętam. Nigdy nie miałem żadnych takich myśli.

Masz jakieś szczególne wspomnienia z czasów licealnych? Miałeś kłopoty z nauczycielami?

Początkowo wszystko było w porządku. Byłem nawet dość lubianym uczniem, ale w dziewiątej klasie zaczęły się problemy. Niewykluczone, że wina leżała po mojej stronie, ale sądzę, że to była zła szkoła, może nie tyle w sensie jakości nauczania, ile wychowywania. Nauczyciele uważali mnie za człowieka niepokornego, takiego, który ma swoje zdanie, źle wpływa na innych, stawia się.

Byłeś zbuntowanym młodzieńcem?

Nie pamiętam, abym się kiedyś buntował. W domu nigdy nie wymagano ode mnie tego, czego wymagano od większości moich rówieśników. Miałem bardzo dużą swobodę i nie interesowano się moimi stopniami, postępami w szkole, pasjami. W zasadzie mogłem robić to, co chciałem, bo myślę, że mama i dziadkowie uważali mnie za tak zwane genialne dziecko, którego nie trzeba kontrolować w szkole, ale nie wiem tego na pewno.

I wyszło na to, że poszedłeś na prawo...

Tak zdecydowała rodzina i znajomi. Nowodworek nie kształtował żadnych specjalnych zainteresowań, więc po maturze myślałem o kontynuowaniu tradycji rodzinnych i studiowaniu etnografii, ale w toku domowych dyskusji ustalono, że nie wiadomo właściwie, co to za studia, i lepiej będzie, jak pójdę na prawo, bo to daje lepsze perspektywy życiowe.

Interesujące, że w twoim przypadku prawo niemalże natychmiast łączy się z logiką. Twój pierwszy artykuł dotyczy logiki i został napisany do pisma studenckiego, gdy miałeś 23 lata. Jak do tego doszło?

Od pierwszego roku studiów podobały mi się wykłady z logiki, które prowadził Władysław Wolter – wybitny specjalista od prawa karnego. Moim zdaniem był on fenomenalnym wykładowcą. Z kolei ćwiczenia z teorii państwa i prawa doskonale prowadził magister Andrzej Delorme, z którym razem napisałem kilka prac, oczywiście po wielu latach. Pamiętam, jak w czasie ćwiczeń poprosił nas, a mieliśmy po osiemnaście, dziewiętnaście lat, o zreferowanie artykułu Krzysztofa Kozłowskiego – późniejszego senatora, redaktora „Tygodnika Powszechnego” i ministra spraw wewnętrznych – który dotyczył statusu nauk prawnych i dogmatyki prawa. Zgłosiłem się, bo znałem jego nazwisko. Matka Krzysztofa pracowała w jednym pokoju z moją matką, i pomyślałem, że skoro znam rodzinę, z wyjątkiem autora polecanego artykułu, to napiszę referat. Po przeczytaniu artykułu poprosiłem mamę o zorganizowanie spotkania z Kozłowskim. Zgodził się, więc poszedłem do niego do domu i dostałem obszerną pracę, w której wyłożona była koncepcja, że dogmatyka prawa posługuje się metajęzykiem, gdyż traktuje o języku prawa jako języku pierwszego stopnia. Kozłowski cytował Tarskiego. No i tak to się zaczęło.

To też popchnęło cię w objęcia filozofii...

Gdy chodzi o studiowanie drugiego kierunku, w grę wchodziła socjologia, psychologia albo filozofia. Chciałem zgłębić coś służebnego wobec teorii prawa. Petrażycki kierował mnie w stronę psychologii. Ale u nas także socjologia prawa była dość dobrze rozwinięta, za sprawą pani Marii Boruckiej-Arctowej, już wówczas uznanej socjolożki prawa, więc wybór wcale nie był taki oczywisty. Pamiętam, że zwierzyłem się z tych planów ówczesnemu prorektorowi Kazimierzowi Lepszemu, potem rektorowi UJ w czasie jubileuszu 600-lecia w 1964 roku (zmarł w tym jubileuszowym roku). Powiedział: „Wie pan, najlepiej będzie jednak, jak to będzie filozofia, bo tam jest Roman Ingarden. To jest ktoś”. Nie muszę mówić, że niewiele wiedziałem o tym filozofie, ale zacząłem się rozglądać, jak to formalnie przeprowadzić, bo równoległe studiowanie na drugim kierunku wcale nie było proste. Formalnie, by być studentem pierwszego roku filozofii czy socjologii, trzeba było powtórnie zdawać egzaminy wstępne, a ja się naprawdę nie chciałem już drugi raz uczyć do wstępniaka. W tej sytuacji jedynym wyjściem było zdanie egzaminów z pierwszego roku i rozpoczęcie studiów od drugiego. To oznaczało zdanie kolokwium u Izydory Dąmbskiej z tak zwanej logiki pierwszej, historii filozofii starożytnej i średniowiecznej u Danieli Gromskiej, wstępu do filozofii u Jana Leszczyńskiego i psychologii u Danuty Gierulanki. Poświęciłem całe wakacje po drugim roku prawa, żeby się do tego przygotować. Wcześniej musiałem uzyskać zgodę władz Wydziału Prawa i z tym właśnie miałem kłopoty. Prodziekanem, który się tym zajmował, był wówczas docent Stefan Ritterman, specjalista od prawa rolnego. Byłem zdumiony trudnościami, bo wydawało mi się, że jak ktoś chce się uczyć, to niby dlaczego mu przeszkadzać, ale Ritterman kazał mi pokazać indeks, bo – jak wyjaśnił – musi wiedzieć, jakim jestem studentem. Indeks miałem dobry, w większości oceny bardzo dobre, otrzymywałem nawet stypendium naukowe, ale to go nie przekonywało i w końcu zapytał: „Po co panu w ogóle filozofia? Ja na przykład nie studiowałem filozofii, a też się zajmuję ogólnymi problemami prawa”.

Rolnego, dodajmy.

Wypsnęło mi się wtedy: „To widać”. I właściwie byłem już pewien, że muszę szukać wsparcia u Kazimierza Lepszego, ale pani Arctowa poszła do Rittermana, a ten w końcu wyraził zgodę na moje dodatkowe studia, może zresztą zapomniał o tej niefortunnej odzywce. I tak zacząłem studiować filozofię. Potem chciałem jeszcze studiować matematykę, jako trzeci kierunek, ale względy osobiste mi na to nie pozwoliły.

Przy tak dużej ilości nauki miałeś czas na imprezy?

Często bywałem na spektaklach Piwnicy pod Baranami, najpierw w lokalu na rogu Rynku i Świętej Anny, a gdy ich stamtąd wyrzucono – w Klubie Literatów i restauracji Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów przy Sławkowskiej. Pamiętam pierwszy występ Ewy Demarczyk w Piwnicy z Karuzelą z Madonnami i Czarnymi aniołami. Stale chodziłem do Jaszczurów. Trzeba cały czas pamiętać, że nie było jeszcze telewizji i sposoby spędzania wolnego czasu były trochę inne niż teraz. Zawsze lubiłem się bawić, ale nie zawsze mogłem. Moje liceum, o którym wypowiadałem się już nie najlepiej, miało też inny mankament z punktu widzenia człowieka w tym wieku, mianowicie myśmy nie mieli ani jednego wieczorku tanecznego i do czasów studenckich nie miałem prawie kontaktu z dziewczynami, bo szkoły były męskie, a znajomi mojej matki nie mieli córek w moim wieku. Wspominałem już o niemiłym przypadkowym wydarzeniu z dzieciństwa, które przyczyniło się do niejakiej nieśmiałości wobec płci odmiennej i bardzo mnie negatywnie nastroiło. Miałem kłopoty z poznawaniem dziewczyn. Dopiero pod koniec liceum zacząłem chodzić do kawiarni. Czas zabawy przyszedł wraz ze studiami, ale też w ograniczonym zakresie.

 

Tak przy okazji: umiesz i lubisz tańczyć?

Marysia, moja żona, twierdzi, że umiem, ale, szczerze mówiąc, nie lubię. Wolę siedzieć i rozmawiać na imieninach, urodzinach, na przyjęciach. Niekoniecznie na balach, których zresztą nie znoszę. Ale odpowiadają mi nieformalne, długie imprezy z rozmowami, żartami, piciem alkoholu. Mogę sporo wypić i zawsze się dobrze czuję. Nigdy nie jestem nadmiernie agresywny po alkoholu. Trochę inaczej bywało w latach 1963–1979, choć oczywiście nie chodzi o agresję, tylko o intensywność imprezowania. Życie zabawowe studencko-asystenckie czy pracownicze (przynajmniej na prawie) było wówczas bardzo bogate. Taka była wtedy kultura studencka. Kolejno byłem opiekunem grupy, zastępcą opiekuna roku i opiekunem roku, a studenci organizowali bardzo dużo imprez. Na przykład jak byłem opiekunem grupy, to Tadeusz Hanausek, opiekun roku, powiedział nam: „Słuchajcie, każdy powinien zrobić prywatkę ze swoją grupą. Zaproście wszystkich prowadzających ćwiczenia, ale oczywiście nie wykładowców”. Regularnie były półmetki, komersy i bale roku, organizowano bardzo dużo imprez. To był jedyny okres, kiedy częściej tańczyłem. Studentki lubiły tańczyć z kadrą i tolerowały moje mizerne umiejętności na parkiecie. Teraz kultura życia studenckiego jest zupełnie inna. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Prawdopodobnie są powody tej zmiany. W tamtych czasach to był jakiś substytut, nawet może życia politycznego. Ja bardzo miło wspominam te imprezy, ale trzeba powiedzieć, że nie wszyscy na nie chodzili. Większość kolegów nie chodziła, uważając, że to jest nie tylko niepotrzebne, lecz także deprecjonujące godność pracownika uczelni. Nie wypada fraternizować się ze studentami, jak powiadano.

W tamtych czasach wypadało lubić Piwnicę pod Baranami i Piotra Skrzyneckiego?

Ze Skrzyneckim to było tak. Właściwie go nie znałem i teraz tego bardzo żałuję. Chyba uległem uprzedzeniom i uwierzyłem plotkom, że Piotr to taki abnegat, wokół którego krążą same przydupasy. Ale pamiętam taką historyjkę, która miała związek z moją mamą – świetnie ubraną kobietą, która dbała o mój ubiór i projektowała dla mnie znakomite marynarki i płaszcze. Pamiętam, jak kiedyś wymyśliła dla mnie długi, brązowy, kloszowy płaszcz. Szedłem w nim kiedyś zimą przez Planty i źle go zapiąłem. Piotr Skrzynecki, z którym mijałem się tuż przy uniwersytecie, zobaczył mnie i pokazał palcem osobie, która mu towarzyszyła. Zauważyłem to (od razu skonstatowałem też, że mój płaszcz jest źle zapięty) i zdenerwowałem się, myśląc, że się ze mnie wyśmiewa. To była chyba całkowicie błędna interpretacja. I tak z Piotrem mijaliśmy się do 1988 roku, kiedy to w Krakowie zorganizowaliśmy pierwszy po wojnie (bo ten w Lublinie w 1974 roku nie bardzo się udał) polski zjazd filozoficzny. Organizatorem zjazdu była Akademia Górniczo-Hutnicza, a personalnie Józef Lipiec; pracowałem zresztą przez parę lat na AGH na pół etatu. Załatwiliśmy dla uczestników specjalny spektakl w Piwnicy. Wszyscy nie mogli przyjść, boby się nie zmieścili, więc zaprosiło się tych najciekawszych ludzi, między innymi Klemensa Szaniawskiego. Pamiętam, że Leszek Wójtowicz śpiewał mu Litanię i Klemens strasznie się wzruszył. Jak zwykle dedykowano piosenki rozmaitym osobom, padło także na mnie. Wtedy Skrzynecki popatrzył po sali i powiedział: „No, Jasiu, pokaż się”. Całkiem niedawno wspominaliśmy to wydarzenie z Wójtowiczem i potwierdził, że tak właśnie było.

Leszek Wójtowicz był twoim studentem, a ty w Piwnicy byłeś jego nauczycielem?

Piwnica to było w ogólności grono przyjaciół. Przyjaźniłem się bardzo z Krzysiem Litwinem, mniej z Wieśkiem Dymnym (przychodził do mnie oglądać mecze w telewizji, ale to było w latach siedemdziesiątych). Znałem też Ewę Demarczyk. Pamiętam, że rozmawiałem z nią całą noc w Jaszczurach po jej powrocie z paryskiej Olimpii. Powiedziała mi, że było tam fajnie, ale tęskniła za Krakowem i Piwnicą. Byli jeszcze Zygmunt Konieczny, Tadek Kwinta, Boguś Słota, który był inspicjentem, Miki Obłoński, Mietek Święcicki i Andrzej Warchał. Pamiętam, że byłem świadkiem nawiązania kontaktu Ewy Demarczyk z Piwnicą. Siedziałem w Jaszczurach z Zygmuntem Koniecznym. Nagle podeszła do nas Ewa (pamiętałem ją z występów w kabarecie Cyrulik) i spytała Zygmunta, czy nie ma jakichś starych piosenek, które mogłaby zaśpiewać. Odrzekł: „Przyjdź do Piwnicy w piątek, zobaczymy”. Konieczny twierdzi, że zainteresowali się nią wcześniej, ale upierałbym się, że to ja dobrze pamiętam.

Nie wymieniłeś nazwiska Jurka Vetulaniego, do którego od lat chodzisz na urodziny. Kiedy go poznałeś?

Poznaliśmy się w 1965 roku, i to w tragicznych okolicznościach. Jego brat Janek, mój kolega z filozofii i bliski przyjaciel, zginął w czasie spływu Dunajcem. Janek i ja broniliśmy naszych prac magisterskich w tym samym dniu. Było to na początku lipca 1964 roku. U mnie było oblewanie. Adam Vetulani, ojciec Jurka i Janka, był moim profesorem historii prawa i jak się potem dowiedziałem od nieżyjącego już profesora prawa Wiesława Litewskiego, moim aniołem stróżem w czasie egzaminu wstępnego na prawo. Litewski powiedział: „A co ty myślisz, że ciebie nie protegowali, jak się starałeś o przyjęcie na studia? Sam Vetulani cię protegował”. Ja nic o tym nie wiedziałem i byłem strasznie zły, bo wyjątkowo dobrze przygotowałem się do tego egzaminu, więc żadna protekcja nie była potrzebna. Na przykład uczyłem się historii z tak zwanej Makiety PAN-owskiej. To była wielotomowa historia Polski do 1795 roku, w sumie 1500 stron, a ja ten cały materiał miałem perfekcyjnie opanowany. Moja mama uruchomiła jednak znajomości na zasadzie „na wszelki wypadek nie zaszkodzi”. Dyrektorem Muzeum Etnograficznego, w którym pracowała, był Tadeusz Seweryn, dobry znajomy Vetulaniego. Wracając do znajomości z Jurkiem, wiedziałem, że Janek napisał pewne prace, które chciałem opublikować, żeby coś po nim zostało, ale okazało się, że jego notatki są częściowo stenografowane. Jurek znał ten stenogram i odczytywał go ze mną. Gdy skończyliśmy pracę, zaproponował, bym porozmawiał z jego ojcem, ale ja się opierałem, gdyż sądziłem, że to nie jest dobry czas. Jurek jednak nalegał. Istotny okazał się argument: „Ojciec się ucieszy z tej rozmowy”. I rzeczywiście tak było. Artykuł Janka ukazał się w druku, bodaj w 1967 roku, ale nasze drogi z Jurkiem nie przecięły się aż do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Od tej pory co roku, w styczniu, spotykamy się na jego urodzinach, pijemy wódkę i opowiadamy dowcipy.

Ożeniłeś się w 1966 roku, rok później pojawiło się pierwsze dziecko. To zmieniło jakoś twoje życie towarzyskie?

Tak. Jest to jednak pewien obowiązek, zwłaszcza jak urodzi się dziecko. Zresztą dziecko przebywało przez długi czas u teściów, co było chyba pewnym błędem, ale mniejsza o to.

Czy twoja mama poznała twoją żonę?

Nie. Moje sprawy sercowe nie bardzo ją zajmowały, ale muszę powiedzieć, że relacje między nami zmieniły się pod koniec jej życia. Zaczęła się bardziej mną interesować, tym, co robię. Ja już przecież byłem po studiach. Niewątpliwie była zadowolona czy nawet dumna z moich pierwszych osiągnięć. Poznała moją ówczesną sympatię, byliśmy razem w teatrze. Powiedziała tylko: „Masz miłą dziewczynę”.

Mama umarła niespodziewanie?

Nagle. W sekundzie. W czerwcu zaczęła odczuwać dolegliwości związane z wyrostkiem robaczkowym. Już miano ją operować, ale dostała zapaści. Zapalenie wyrostka ustąpiło, a mama znalazła się na oddziale kardiologicznym, gdzie dochodziła do siebie. Snuliśmy plany wakacyjne. Pod koniec lipca wyjechałem do Wierzchosławic pod Tarnowem, gdzie prowadziłem licealny obóz racjonalistów, czyli przyszłych ateistów. Ktoś mi powiedział, że zostałem wezwany przez radio do Krakowa. Wsiadłem w pierwszy pociąg i wieczorem już szedłem ulicą Grottgera do domu. Pamiętam bardzo ponurą ciemność i majaczące domy. Dopiero wtedy zacząłem się niepokoić. Wcześniej do głowy mi nie przyszło, że mama mogła umrzeć. Myślałem, że jestem jej po prostu potrzebny. Często byłem chłopakiem na posyłki, nawet po studiach. Dopiero na kilka minut przed dojściem do domu uzmysłowiłem sobie, że to może być coś najgorszego. Wszedłem do mieszkania i zobaczyłem zapłakaną pomoc domową. Już nawet nie musiałem pytać. Mama miała sześćdziesiąt lat i zmarła na zator serca.

Zostałeś sam na świecie. Poczułeś się sierotą?

Poczułem się sam. A czy sierotą? Jak się ma dwadzieścia cztery lata, to sieroctwo już człowiekowi nie zagraża.

Patrząc na życie, masz poczucie samotności, wyizolowania, bycia outsiderem?

Nie. Raczej nie. Zawsze dobrze czułem się w towarzystwie. Chyba jestem człowiekiem prospołecznym.