Przez morzeTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

W serii ukażą się m.in.:

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Wolfgang Bauer

Przez morze

Z Syryjczykami do Europy

Przełożyła Elżbieta Kalinowska

Zdjęcia Stanislav Krupar


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału niemieckiego Über das Meer: Mit Syrern auf der Flucht nach Europa

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce i wewnątrz tomu © by Stanislav Krupar

Copyright © by Suhrkamp Verlag Berlin 2014

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Kalinowska, 2016

Redakcja Teresa Leśniak

Korekta Justyna Telesz / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-248-6

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Część pierwsza

Część druga

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Część pierwsza

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Plaża I

– Biegiem! – słyszę za sobą krzyk, wysoki głos młodego mężczyzny, dziecka prawie. – Biegiem! – i zaczynam biec.

Niewiele pojmuję, prawie nic nie widzę w zapadającym zmierzchu, biegnę w dół wąską ścieżką, w długim sznurze innych. Biegnę tak szybko, jak tylko potrafię, patrzę na stopy, raz trafiają na ziemię, to znów na kamień, przeskakuję przez dziury, kawałki muru, potykam się, podrywam. – Skurwysyny! – wrzeszczy jeden z chłopaków, którzy przed chwilą wyciągnęli nas z minibusów, a teraz biegną obok, popędzając razami jak poganiacze bydła swoje stado. Dostaję kijem w plecy, w nogi. Chwyta mnie za ramię, ciągnie, przeklina. Jest nas pięćdziesięcioro dziewięcioro, mężczyźni, kobiety, dzieci, całe rodziny, z plecakami na ramionach, z walizkami w ręku, biegniemy wzdłuż długiego fabrycznego muru, gdzieś na skraju dzielnicy przemysłowej Aleksandrii.

Przede mną unoszą się i opadają plecy Hussana, masywnego dwudziestolatka, dyszy z twarzą przy ziemi, zatacza się, wyhamowuje mnie, już nie może, nagle chce się zatrzymać, więc popycham go z całej siły, pcham, w końcu się dźwiga. Spada na nas kij poganiacza. Gdzieś przed Hussanem płacze ze strachu trzynastoletnia Bissan. Biegnie, kurczowo ściskając plecak z lekami na cukrzycę. – Śmiecie! – woła ten, który nas popędza. Za mną pięćdziesięcioletni Amar w widocznej z daleka neonowo niebieskiej goreteksowej kurtce, którą kupił specjalnie na ten dzień, córka uznała, że to elegancki kolor, też jest coraz wolniejszy, boli go kolano, plecy, ale przyrzekł, że da radę. Musi dać radę. Pochodzi z Syrii, jak prawie wszyscy, Egipt jest dla nich tylko kolejnym przystankiem. Nagle mur skręca ostro w lewo i ukazuje się to, na co czekaliśmy od wielu dni, czego od wielu dni się obawialiśmy, bardzo blisko, oddalone o niecałe pięćdziesiąt metrów. Morze. Połyskuje w ostatnim świetle dnia.

Fotograf Stanislav Krupar i ja dołączyliśmy do syryjskich uciekinierów, którzy próbują się dostać przez morze z Egiptu do Włoch. Zdaliśmy się na przemytników. Nie wiedzą, że jesteśmy dziennikarzami, poganiają nas, bo wszystko musi odbywać się szybko, żeby duża grupa nie rzucała się w oczy. Dziennikarzy nie wzięliby, ze strachu, że wydadzą ich służbom bezpieczeństwa. To jest największe zagrożenie: że szmuglerzy nas zdemaskują. Wtajemniczyliśmy tylko Amara i jego rodzinę. Jest moim starym przyjacielem, znam go z czasów, gdy relacjonowałem syryjską wojnę domową. Do tej podróży zmusiła go rozpacz. Marzy o życiu w Niemczech. Będzie dla nas tłumaczył. Zapuściliśmy długie brody, przyjęliśmy nową tożsamość. Teraz jesteśmy Varjem i Servatem, nauczycielami angielskiego w jednej z republik kaukaskich.

Jesteśmy częścią wielkiego exodusu. Od stycznia do lipca 2014 roku przez Morze Śródziemne przedostało się do Europy siedemdziesiąt pięć tysięcy ludzi, większość z Libii. Jeszcze rok wcześniej było ich sześćdziesiąt tysięcy. Pochodzą z krajów objętych wojną, takich jak Syria, Somalia, z dyktatur, jak Erytrea, albo pragną życia w lepszych warunkach ekonomicznych.

Na Bliskim Wschodzie załamał się porządek polityczny. Dziesiątki lat ucisku wytworzyły gigantyczne napięcia społeczne, które teraz gwałtownie eksplodują. Upadają dyktatury i wybrane po nich demokratyczne rządy. Ulicami Kairu ciągną krwawe demonstracje. Jemen tonie w chaosie, tak samo Irak. Libia rozpada się na regiony, których milicje wzajemnie się zwalczają. Ale żaden kraj nie został zmiażdżony tak jak Syria. Świat nie widział podobnych zniszczeń od czasu wojen w Wietnamie i Czeczenii. Miasta: kraj­obrazy księżycowe. Wsie: często niemal w pełni opuszczone. Od trzech lat Baszszar al-Asad prowadzi wyniszczającą wojnę, używając wszelkiej broni, jaką dysponuje. W tym broni chemicznej. Alawici walczą z sunnitami i żadna ze stron nie zyskała przewagi. W chaosie zaś zagnieździli się religijni ekstremiści głoszący nienawiść.

Syryjskiej zgrozy nie da się już dłużej ujmować w statystykach. Na początku 2014 roku ONZ przestała liczyć zabitych.

Ucieczka przed niebezpieczeństwem także jest coraz niebezpieczniejsza. Co roku podczas próby przedostania się do Włoch i Grecji tonie tysiąc pięćset osób. Zapewne jest ich znacznie więcej, bo setki zwłok nigdy nie zostaną odnalezione. Przemytnicy wybierają coraz ryzykowniejsze trasy, ponieważ Kontynent coraz lepiej uszczelnia granice. Chroni go czterysta tysięcy policjantów. Europa zbudowała wysokie na sześć metrów mury w hiszpańskich eksklawach Melilla i Ceuta. Umocnienia mające odeprzeć uciekinierów wzniosły Bułgaria i Grecja. Cieśnina Gibraltarska została wyposażona w kosztowne systemy radarów i kamer. Kontrolowana jest część Atlantyku między Wyspami Kanaryjskimi a Afryką Zachodnią. Do walki obronnej ­Europa rzuca policjantów, żołnierzy i jednostki specjalne najrozmaitszych narodowości. Wykorzystuje helikoptery, drony i całą flotę. To taka rzesza oddziałów i taka ilość sprzętu, jakby przeciwstawiano się inwazji militarnej.

 

Reporter Wolfgang Bauer (po lewej) i fotograf Stanislav Krupar podający się za nauczycieli angielskiego z Kaukazu

Granice Europy znów stają się strefami śmierci.

Pod murem berlińskim przez pięćdziesiąt lat zabito stu dwudziestu pięciu uciekinierów, a wolny świat widział w nim symbol okrucieństwa. Przy murach, którymi Europa otoczyła się po zakończeniu zimnej wojny, do wiosny 2014 roku zmarło blisko dwadzieścia tysięcy uchodźców. Większość utonęła w Morzu Śródziemnym. Żadna morska granica świata nie pochłonęła tylu istnień.

Morze Śródziemne – kolebka Europy – jest dziś miejscem, gdzie Europa najbardziej zawiodła.

Jeszcze nigdy dziennikarze nie porwali się na tę morską przeprawę z Egiptu, jesteśmy świadomi niebezpieczeństwa. Każdy z nas ma telefon satelitarny, żeby w razie potrzeby zawiadomić włoską straż ochrony wybrzeża. Zdecydowaliśmy nie wyruszać z Libii czy z Tunezji. Wprawdzie do Włoch stamtąd bliżej, ale łodzie są w gorszym stanie. Egipscy przemytnicy muszą pokonać dłuższą trasę i dlatego używają solidniejszych statków. Tak mówiono nam przed podróżą, taką mieliśmy nadzieję.

Byliśmy naiwni. Sądziliśmy, że w tej drodze morze stanowi największe niebezpieczeństwo. Tymczasem jest ono tylko jednym z wielu.

Pożegnanie I

Tydzień wcześniej, zanim ruszymy biegiem do brzegu poganiani uderzeniami kija, Amar Obaid[1], który w rzeczywistości nazywa się inaczej, stoi niezdecydowany na środku swojego mieszkania w Kairze. Jest wtorek, ósmy kwietnia, ostatni dzień, który spędza z rodziną. Reynala, siedem­nastoletnia córka Amara, siedzi w rodzicielskiej sypialni na skraju łóżka, spoglądając na ojca, który pyta:

– Co mam wziąć? – i zagląda do otwartej szafy, wsparł­szy ręce na biodrach.

A może wziąć niewiele. Słyszał, że przemytnicy tolerują jedynie bagaż podręczny, żadnych ciężkich walizek.

– Ciepłe kalesony, na morzu wieje – radzi córka.

– Dobrą koszulę – dodaje Amar. – Nie chcę wyglądać we Włoszech jak obwieś.

– I tak będziesz, urośnie ci długa, siwa broda.

– Kamizelkę ratunkową – przypomina sobie ojciec.

Wyjmuje ją z opakowania, zakłada, celowo na odwrót. Córka się śmieje, on się śmieje, obraca wokół własnej osi. Ich śmiech niesie się po mieszkaniu.

Dwieście osiemdziesiąt metrów kwadratowych, hol utrzymany w stylu barokowym, wspaniały salon z tapetą w złote wzory i z wielkimi kanapami. Rodzina jest zamożna, pochodzi z syryjskiego Homs, od pokoleń należy do klasy kupców i wielkich właścicieli ziemskich. Jednak po wybuchu rewolucji w 2011 Amar z żoną i trzema córkami uciekł do Egiptu. Jak wielu z jego klanu wcześnie dołączył do ruchu oporu przeciw Asadowi. Gdyby został, naraziłby życie swoje i rodziny. Miał oszczędności i założył w Kairze niewielką firmę importową, sprowadzał meble z Indii i Bali. Otworzył sklep, zatrudniał do ośmiu sprzedawców, wiele podróżował. Ale później przez Egipt przetoczyła się rewolucja i kontrrewolucja, wojsko obaliło wybranego demo­kratycznie prezydenta Muhammada Mursiego. W ciągu kilku zaledwie miesięcy zmieniło się nastawienie do syryjskich uchodźców. Junta nałożyła na nich obowiązek wizowy, Amar nie mógł opuszczać kraju, by podróżować służbowo. Bał się, że nie dostanie wizy wjazdowej. Nad Nilem pleniła się nienawiść do cudzoziemców. Dziennikarze telewizyjni wygłaszają kazania przepełnione wrogością do Syryjczyków, którzy zaczynają mieć kłopoty z zatrudnieniem. Egipcjanie nawołują do zaprzestania zakupów u syryjskich kupców, u Amara. Wielu uznało Syryjczyków za terrorystów, którzy szerzą niepokój, za pasożytów odbierających pracę tutejszym.

Egipt okazał się zatem pułapką: powrót do Syrii jest ­niemożliwy, podobnie jak niemożliwa jest przyszłość w Egipcie.

Długo dyskutowali. Wreszcie podjęli wspólnie decyzję o kolejnej ucieczce. Do Niemiec. Ale nie da się tego zrobić legalnie. Amar, ustalają, pojedzie jako pierwszy. Gdy tylko dostanie azyl, sprowadzi rodzinę. Taki właśnie plan układają w tym mieszkaniu, na tych kanapach. Może nazbyt optymistyczny, ale nie niemożliwy. Przecież mimo niebezpieczeństw większość łodzi jednak dopływa. A jak człowiek znajdzie się na Sycylii, to ma naprawdę dużą szansę przedostać się do Niemiec. Tam Amar, jak tylu Syryjczyków przed nim, zostanie uznany za osobę ubiegającą się o azyl. Taką przynajmniej ma nadzieję. Jego rodzinę od lepszej przyszłości dzieli tylko morze.

– Jak długo potrwa podróż? – pyta ostatniego wieczoru Rolanda, jego żona.

– Dokładnie nie wiem – odpowiada Amar.

Łódź może być w drodze pięć dni, ale równie dobrze trzy tygodnie. Słyszał najrozmaitsze opowieści o tej przeprawie.

Rolanda długo w noc zaciąga się elektronicznym papierosem. Ma na sobie obcisłe czarne, lateksowe spodnie. Wokół Amara zbierają się członkowie rodziny. Najmłodsza córka, pięcioletnia, podczas kolacji wtula się pod matczyną pachę. Unika ojca, odwraca się, jest urażona jego wyjazdem, nie rozumie, jak niebezpieczna będzie to podróż. Druga w kolejności, trzynastolatka z aparatem korekcyjnym na zębach, o chropawym z przeziębienia głosie, nie chce wyjeżdżać z Kairu. Jako jedyna z rodziny pragnie zostać w Egipcie, ma tutaj koleżanki, ulubione kawiarnie, w Niemczech nie ma nic. Za to najstarsza pisze na Facebooku „­Heaven – Germany!”. Chce studiować psychologię. Prosiła ojca, żeby zabrał ją ze sobą, jednak odmówił, dziewczyna nie ma jeszcze osiemnastu lat. – Ale przyjedzie pierwsza – oznajmił Amar. Starsze córki chodzą do międzynarodowej szkoły; czesne pochłania połowę rodzinnego budżetu.

Teściowa pojawia się na ostatniej wspólnej kolacji ze służącą. Grande dame rodziny, także uciekinierka z Homs, pije herbatę, odchylając mały palec. Zbyt upokarzające, mówi o przeprawie przez morze, zbyt niebezpieczne. Amar ryzykuje przyszłość całej rodziny.

– Co stanie się z moją córką, a twoją żoną, jak się utopisz? – pyta.

Przez cały wieczór z trudem zachowuje spokój. Służąca, która pomaga w kuchni żonie Amara, również jest przeciwna tej podróży. Ma łzy w oczach. Przy stole siedzi kuzyn, handlarz diamentami, też z Homs. Także niebawem opuści Egipt – wróci do domu.


Amar Obaid z żoną Rolandą i trzema córkami w swoim domu w Kairze

– Nie obawiam się syryjskiego rządu. W Egipcie od pół roku bezskutecznie usiłuję zdobyć licencję.

Chce znów spróbować szczęścia w Syrii, tam diamentowy interes kwitnie. Maleńkie kamienie o ogromnej wartości, niepozorne i łatwe do ukrycia, jako lokata kapitału są idealnym towarem podczas wojny domowej.

Ostatni raz rodzina je razem kolację, kobiety na długo znikły w kuchni. Mężczyźni usiłują opowiadać jowialne dowcipy, ale przez większość czasu siedzą z opuszczonymi głowami.

– Komu sprzedałeś sklep? – pyta kuzyn.

– Księgowemu – odpowiada Amar – za jedną czwartą ceny. Obiecał, że przejmie obu pracowników.

– Mam nadzieję – niepokoi się kuzyn – że podjąłeś słuszną decyzję.

Amar spuszcza wzrok.

Tego dnia zapłacił ostatnie rachunki, ściągnął ostatnie należności. Oszczędności starczy jego rodzinie na pół roku.

Ostatniej nocy starego życia Amar śpi niespokojnie. Zostawi wszystko, on, ojciec rodziny, przedsiębiorca rozwiązujący problemy przez telefon. Teraz przez najbliższe miesiące liczyć będzie się tylko jedno: ucieczka. Jakby życie znów zaczynało się od zera.

Rankiem Rolanda obejmuje go w drzwiach, przytula, płacze.

– O Boże, już za tobą tęsknię – skarży się.

Uwalnia się z jej ramion prawie szorstko, boi się, że zmieni zdanie, szybko wychodzi z domu, nie oglądając się. Poprzysiągł sobie, że nie będzie płakał. Chce pokazać rodzinie, że nad wszystkim panuje. Wszystko jest w porządku, powtarza raz po raz, mają plan. Najstarsza córka niesie za nim do samochodu plecak. Przytula ją szybko, uśmiecha się, patrzy jej w oczy, moja silna, moja piękna, córka płacze, chociaż także twardo postanowiła, że tego nie zrobi, Amar zamyka drzwi, wyjeżdża z miejsca parkingowego, drżą mu ręce.

W najlepszym razie zobaczy je za pięć miesięcy, w gorszym za kilka lat. W najgorszym: nigdy.

Ucieczka

Handel ludźmi w Egipcie zorganizowany jest na wzór branży turystycznej. Po całym kraju rozsiane są punkty sprzedaży z tak zwanymi agentami. Sugerują oni klientom, że pracują wyłącznie z najlepszymi przemytnikami, w rzeczywistości każdy ma kontakty zaledwie z kilkoma. Przeprawa kosztuje około trzech tysięcy dolarów, są oferty tańsze i droższe, ale koniec końców wszystkie klasy lądują w tej samej łódce. Agent otrzymuje prowizję w wysokości mniej więcej trzystu dolarów. Ta kwota zostaje początkowo zdeponowana u pośrednika, agent otrzymuje ją dopiero po wylądowaniu klienta we Włoszech. Agenci – a przynajmniej większość z nich – dbają o swoją renomę. Żyją z rekomendacji tych, których skutecznie przerzucili przez morze.

Pośrednik Amara to jego stary znajomy, ma na imię Nuri. Muskularny, o głębokim, chropawym głosie, także jest importerem w branży meblowej.

– Mamy podobne poczucie humoru – mówi Amar, to go uspokaja.

Czeka nas tyle nieprzewidywalnych, ryzykownych sytua­cji w tej podróży… Ale Amar wie, jak rozbawić Nuriego. Nuri często się śmieje i ten gromki śmiech dolatujący ze smartfona naszego przyjaciela będzie nam towarzyszył nieustannie.

Droga szybkiego ruchu, która ma nas zawieść w lepszą przyszłość, jest zakorkowana, zderzak przy zderzaku, na pięciu pasach, prawie się nie posuwamy, zwykły kairski zator, Amar klnie, uderza w kierownicę, trąbi. Dzwoni do Nuriego, mówi mu, że spóźnimy się na miejsce zbiórki w restauracji KFC w przemysłowym Madinat as-Sadis min Uktubar – Mieście 6 Października – oddalonym od Kairu o trzydzieści kilometrów.

– Powinienem był zażyć tabletki uspokajające – denerwuje się.

Ma ich ze sobą dwa rodzaje: Seroxat, 20 miligramów, na depresję oraz ataki paniki, i Xanax, 0,25 miligramów, przeciw stanom lękowym. Od roku cierpi na nieokreślone lęki. Wojna w Syrii i kryzys w Egipcie zostawiły swoje ślady. Strach przed bakteriami, strach przed promieniowaniem, strach przed tłumem.

W końcu docieramy na miejsce spotkania, do restauracji szybkiej obsługi. Współpracownik Nuriego, młody chłopak, przykucnął przed wejściem, pali pochylony nad smartfonem. Ma koński ogon i kozią bródkę, kiwa do nas, tłumaczy, że kierowca zaraz będzie. Odbierze nas stąd mini­busem i zawiezie do portowej Aleksandrii, skąd wypływa do Włoch większość statków z uciekinierami.

– Jak się masz? – pyta Rolanda przez telefon.

– Wszystko w porządku – uspokaja Amar.

– Zapakowałeś ciepłą kurtkę?

Chłopak z końskim ogonem pali, śmieje się. Amar bezskutecznie usiłuje wydobyć od niego jakieś szczegóły podróży. Na czekaniu schodzi wiele godzin. Przed KFC pojawiają się trzej kolejni pasażerowie, dwaj bracia z Damaszku, Alaa i Hussan, jak się później dowiemy, i Baszszar, ich kuzyn i przyjaciel. Mają nowe sportowe plecaki i czarne wełniane czapki. Są nieufni, siadają w kawiarni kawałek od nas. Zmierzcha się już, gdy minibus wreszcie nadjeżdża. Nerwowo pakujemy plecaki i walizki. Kierowca się nie odzywa, nie wita, ledwie zauważalnie kiwa głową. W aucie siedzi już Jihadi, kelner z Hamy, krótkie włosy, szkliste oczy. Bus rusza, skręca na główną drogę.

– Cholera – kierowca nagle przerywa milczenie. – Tylko siedmiu?! A gdzie reszta?

Zatrzymuje się na poboczu, zdenerwowany, bo samochód ma aleksandryjską rejestrację, dłuższy postój rzuca się tu w oczy. Ale wtedy nadchodzą spóźnieni pasażerowie wraz ze swoim agentem Mohammedem, dandysem w białej czapce z daszkiem i białej koszuli. W następnych dniach będziemy go często spotykać. Przeprasza, unosząc ręce. Kierowca krzyczy.

 

– To bardzo nieprofesjonalne – kwituje Amar-przedsiębiorca.

Spóźnieni żegnają się z wujem, który ich tu przywiózł. Rabea i Asus, Syryjczycy, są kuzynami, ale bardzo się różnią. Rabea jest gruby i małomówny, Asus to chudy gaduła. Teraz grupa jest w komplecie. Początkowo sobie nie ufamy, ale pod wpływem wydarzeń kolejnych dni zaprzyjaźnimy się, stworzymy wspólnotę. To będzie nasza jedyna ostoja w tej podróży.

– Dobrze, że się znaleźliśmy – rzuci w ciemność Alaa któregoś wieczoru. – Niczego się nie boję, dopóki tworzymy grupę.

Samochód rusza. Pasażerowie milczą, przyciskają bagaże. Syryjczycy wpatrują się w znany im świat, który nagle staje się obcy. Po raz pierwszy widzą to, co dostrzega tylko człowiek podróżujący bez dokumentów: negatyw rzeczywistości. Białe jest dla nas czarnym, czarne białym. Od chwili, gdy wsiedliśmy do busa, musimy unikać kontroli policyjnych. Paszporty zostały u przyjaciół w Kairze, we Włoszech uchodźcy nie mogą podać prawdziwych nazwisk, wszyscy chcą przedostać się dalej, do Niemiec, do Szwecji. Jeśli zostaną zarejestrowani we Włoszech, to tam będą musieli ubiegać się o azyl.

Europejskie rozporządzenie, zmuszające ich do tej zabawy w chowanego, nazywa się Dublin II. Na wprowadzenie go napierały Niemcy. Mówi ono, że uchodźcy muszą ubiegać się o azyl w pierwszym kraju UE, do którego wjadą. Jeśli tego nie zrobią i przebiją się do innych krajów, na przykład do Niemiec, zostaną deportowani tam, gdzie pierwszy raz dotknęli europejskiej ziemi. Niemcy, położone pośrodku Europy, graniczą prawie wyłącznie z państwami członkowskimi. Potencjalni azylanci nie mają szans dostać się tam bezpośrednio, chyba że przylecą samolotem. Wszyscy w naszym minibusie chcą dotrzeć do Włoch, ale nie chcą tam zostać. Dlatego ­podróżują bez dokumentów. W ten sposób europejska biurokracja sprawia, że uchodźcy już w Egipcie stają się bezbronni.

Są świadomi ryzyka. Słyszeli o łodziach, których silniki przestały pracować na pełnym morzu, i o takich, które zatonęły niemal u wybrzeży Włoch. Czytali o oszustach, którzy wysadzają pasażerów w Tunezji. Znają uciekinierów, którzy w ubiegłych miesiącach zostali złapani przez egipską straż przybrzeżną, obrabowani na plaży przez przemytników, którzy zranili się albo zginęli podczas skoku na łódź. Ale też wiedzą o wielu, którym się udało, którzy przetrwali dni strachu, by później, w Europie, już nigdy nie musieć się bać.

Zapadła noc. Kierowca omija punkty kontroli policyjnej na drodze krajowej, zjeżdża z autostrady do Aleksandrii, posuwa się w ciemności wąskimi bocznymi drogami. Jest niezdecydowany, na każdym rozwidleniu pyta, który skręt jest najbezpieczniejszy. Okolica, z rzadka patrolowana przez policję, znana jest z napadów i uprowadzeń.

– Czy ta droga jest w porządku? – zwraca się na jakimś skrzyżowaniu do Beduina.

– Nie – odpowiada ów beznamiętnie – właśnie ta jest ryzykowna.

Kilka chwil później przejazd blokuje stojąca w poprzek ciężarówka. Zdenerwowany kierowca wystawia głowę przez okno.

– Napad? – pyta Alaa, ale ciężarówka oddala się.

Szpalerem wysokich jak wieże słupów ognia wjeżdżamy w końcu do Aleksandrii, industrialnego molocha z wielkimi rafineriami. W tym drugim co do wielkości mieście Egiptu, na wąskim cyplu między morzem a laguną mieszka sześć milionów ludzi. Nie mogą budować wszerz, więc budują w górę. Betonowe baszty od strony morza rosną coraz wyżej. Jakby miasto było jednym wielkim murem oporowym. Budynki mają tu po trzydzieści pięter, mieszkania są jak plastry miodu, nieliczne z bezpośrednim dostępem do światła słonecznego. A między tymi gigantami niby rysy w kamieniu ciągną się wąskie uliczki.

Minibus wjeżdża coraz głębiej w wąwozy miasta.

Kierowca nadal niczego nie wyjaśnia, trzyma nas w niepewności, rozmawia z kimś przez telefon. Mówi, że jest tu i tu, tam i tam skręci. Wysadza nas nieoczekiwanie przed jakąś kawiarnią, nagle lądujemy wśród jej stałych bywalców, gapią się na nas. W telewizorze mecz Ligi Mistrzów. Chwilę później przyjeżdża drugi bus. Ta zabawa ma zmylić ewentualny pościg policji.

– Gratuluję – mówi do Amara przez telefon agent Nuri. – Jeszcze dziś w nocy zostaniecie odstawieni na statek.

Nowy bus, który przejął nas przed kawiarnią, wjeżdża w ciemną uliczkę. Kierowca, równie milczący jak pierwszy, wyłącza silnik, każe nam się nie odzywać, nie wystawiać rąk przez okna, wysiada, udaje, że czyści auto, czeka.

– Co się dzieje? – pyta Amar w ciemności.

Nikt nie odpowiada, nikt nie ma odwagi zapytać.

– Musimy przerwać akcję – tłumaczy chwilę później Nuri. – Przed godziną straż aresztowała stu uciekinierów. Musimy na nowo ogarnąć sytuację.

– Wysiadka – rozkazuje szczekliwie kierowca.

Jest czwarta rano. Bus zatrzymuje się na pustej o tej porze ulicy między wieżowcami śródmieścia. Nagle na asfalt pada światło, otwiera się jakaś brama, wchodzimy pospiesznie, gdzieś na wyższym piętrze uchylają się drzwi do mieszkania. Właściciel, którego widzimy tylko przelotnie, szybko znika w mroku. Przemytnicy płacą mu potrójną dzienną stawkę. Trzypokojowe mieszkanie z dwoma łóżkami i dwoma kanapami. Zasypiamy pełni obaw. Większość z nas budzi się późno, gdy słońce mija zenit po południowej modlitwie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?