Jezus Chrystus. Biografia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Motto


SEDUXISTI ME DOMINE

ET SEDUCTUS SUM FORTIOR ME FUISTI

ET INVALUISTI.

O Lord,

You have enticed me, and I was enticed;

You have overpowered me, and you have prevailed.

Du hast mich betört, o Herr

und ich ließ mich betören;

du hast mich gepackt und überwältigt.

Uwiodłeś mnie,

Panie, a ja pozwoliłem się uwieść;

ujarzmiłeś mnie i przemogłeś.

Księga Jeremiasza 20,7

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Początkowo było to jedynie przeczucie, lecz stopniowo przerodziło się ono w pewność: gdy przed dziewięcioma laty wydawnictwo zaproponowało mi napisanie życiorysu Jezusa, przeraziłem się zrazu wielkością tego zadania (nawet jeśli zafascynowała mnie możliwość powędrowania śladami Jezusa, a przy tym zarobienia paru groszy). W miarę upływu czasu, po pierwszych obawach nadeszło przekonanie, że chodzi w gruncie rzeczy o niemożliwe wręcz dokonanie skazane nieodmiennie na porażkę, gdyż Jezus Chrystus to nie byle kto. Biografia człowieka to jedno, natomiast biografia Osoby, którą ponad dwa miliardy ludzi czci jako Syna Bożego, to drugie. On wymyka się z wszelkich ram. Mamy do czynienia z kimś, kto nie pozwala się całkowicie objąć, kto zadziwia, fascynuje, a czasem nawet przeraża.

Przez całe dziesiątki lat zadowalaliśmy się wyszukiwaniem wszystkiego, co z Mężem z Nazaretu może być nie w porządku. Badano Go kawałek po kawałku. To, co pozostało, zmieści się dziś na spodeczku pod filiżankę. Natomiast zagubił nam się ten Jezus, który uformował i przemienił dziesiątki generacji, a także zainspirował największych geniuszy ludzkości. Przez całe dziesiątki lat pytaliśmy, co mogłoby przemawiać przeciwko Jezusowi. Czy to nie dziwne, że zapomnieliśmy zadać pytanie o to, co przemawiałoby za Nim? Za prawdą Jego historii? Za prawdą Jego przesłania, że jest posłańcem Boga, Jego Synem, jednym z Ojcem?

Wierni z jednej strony spoglądają na Jezusa jako alfę i omegę historii, a z drugiej strony ci sami chrześcijanie zamknęli Go w lochu własnej małowierności, traktując jak kogoś ze służby. Jeśli przyjrzymy się dziś wynikom badań naukowych na temat historycznej precyzji Ewangelii, to przerazimy się sami sobą, gdyż poznamy, jak bardzo zacieśnił się nasz horyzont i jak bezkrytycznie poszliśmy za uczonymi, którzy w mediach i salach wykładowych, w mieszance z prawdy, półprawdy i kłamstwa wypaczyli największą historię wszech czasów.

Przesłanie Jezusa odnosi się do wszystkich czasów i wszystkich pokoleń. Dziś, w tej dramatycznej godzinie, gdy zagrożone jest stworzenie i konieczna recywilizacja społeczności ludzkiej, palące jest bardziej niż kiedykolwiek. Tylko poprzez całościowy ogląd misterium Chrystusa, do którego należy włączyć Jego życie i starotestamentalne tło, można w pełni rozpoznać objawienie Pana: w Jego zbawczej sile, rewolucyjnym duchu protestu i sprzeciwu, nakazie miłości i pokoju, poznaniu istoty Boga i wreszcie jako klucz uzdalniający nas do wkroczenia do tych wymiarów czy też przestrzeni, które jeszcze pozostają dla nas zamknięte.

Dziękuję WIELU, którzy towarzyszyli mi radą i czynem, dobrym słowem, cierpliwością i modlitwą. Dziękuję niezliczonym naśladowcom Chrystusa, którzy swoimi pytaniami i badaniami, medytacją i życiowym zaangażowaniem przez całe stulecia stwarzali podstawy sprawiające, że jesteśmy zdolni lepiej poznać Jezusa niż którekolwiek pokolenie przed nami. Posłużyłem się swobodnie ich dorobkiem, zgodnie z zaleceniem Goethego: „Zebrałem i wykorzystałem wszystko, co ogarnąłem wzrokiem, słuchem oraz innymi zmysłami” i ponoszę odpowiedzialność za możliwe błędy.

Na koniec chylę czoło przed dokonaniem ewangelistów: Mateusza, Marka, Łukasza i Jana, których talent pozostaje niedościgniony, a duch unosi coś niepojętego, wyższego. Ich pracę można podsumować następująco: wszystko jest tajemnicą, wszystko jest prawdą.

Peter Seewald

Monachium, 15 sierpnia 2009 roku

Część I

Rozdział 1
Lot nr 354

W kulminacyjnym momencie życia ze stojącego na Golgocie krzyża Jezus spogląda na swoje miasto. Yerushalayim, pełne pokoju, święte. Miasto Boże od pięciu tysięcy lat.

Na prawo sadzawka Siloe, dzielnica rzemieślników z wytwórniami perfum. Obok hipodrom Heroda, teatr oraz synagoga wyzwoleńców. Można nawet rozpoznać grób Dawida, którego dach o kształcie piramidy wykonany z białego marmuru wystaje ponad Górnym Miastem. Na wprost osi krzyża, nieomal na wyciągnięcie ręki, wznosi się Święte Świętych świątyni. Budowla niemająca sobie równej co do wielkości i ogromu. Odbijając blask słońca, kamienne bloki tworzą gigantyczne zwierciadło zalewające miasto strumieniem oślepiającego blasku.

Według kalendarza świątynnego jest 14 nissan, piątek, 6 kwietnia 30 roku. W święto Paschy, będące pamiątką wyzwolenia z niewoli egipskiej, miasto pęka w szwach. W ciasnych uliczkach tłoczą się sprzedawcy pamiątek i krawcy, tkacze wełny i garncarze, a wszyscy mają pełne ręce roboty. Nie można zapomnieć także o handlarzach oferujących artykuły luksusowe, wonne maści, olejki z aloesu oraz wszelkiego rodzaju biżuterię. Na kwatery wynajęto nawet najciemniejsze piwnice, a do rytualnych obmyć przygotowano wszystkie mykwy.

Do trzydziestu tysięcy Greków, Rzymian i Żydów żyjących na co dzień w mieście dołączyło dwieście tysięcy pielgrzymów z wszystkich zakątków imperium, ze wspólnot diaspory – Aleksandrii i Rzymu – a do tego kilka tysięcy żołnierzy, którzy w dni takie jak ten okupują prewencyjnie stolicę. W święto Paschy bowiem partyzanci lubią zadać znienawidzonym okupantom celnie wymierzony cios. W piwnicach sklepionych pod placem świątynnym tłoczą się zwierzęta ofiarne. Hektolitrami wnosi się do świątyni krew, aby wylać ją przed ołtarzem.

Od wskrzeszenia Łazarza wszędzie wrze od plotek. Czyniący cuda rabbi wspomniał o zagładzie świata. Niektórzy uważają, że to hasło mające rozpocząć długo oczekiwane powstanie. Kiedy dowiedziano się, że zamierza wjechać do Jerozolimy, naprzeciw wyruszył Mu wiwatujący tłum powiewający gałązkami palmowymi: „Hosanna! Błogosławiony, który przybywa w Imię Pańskie! Król Izraela”. Nie zrozumiano Go. Potem znowu. „Czy Ty jesteś, który miał przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” – pytano. „Kiedy wywyższycie Syna Człowieczego, zobaczycie, że Ja jestem”.

Nikt dotąd nie wysuwał takich roszczeń. Nikt dotąd nie okazał się na tyle śmiały, można by nawet powiedzieć, tak zuchwały. „Ja jestem Światłością świata, która przyszła na świat, aby każdy, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemnościach”. A teraz Mąż Światłości zawisł na poranionych, rozciągniętych rękach na krzyżu, a wokół Niego zapadł mrok.

Mocny wstrząs. Boeing 737 wpadł w potężną dziurę powietrzną. Poderwałem się wystraszony, ale maszyna zaraz ustabilizowała swój lot. Większość pasażerów zasłoniła okienka roletami, aby się zdrzemnąć lub też obejrzeć film prezentowany w kinie pokładowym, obraz science fiction o burzliwych losach cyberczłowieka. Wezwałem stewardesę. Kawa serwowana przez El Al smakowała okropnie, herbata okazała się jeszcze gorsza.

Zostawiliśmy za sobą Alpy. W dole przesuwały się zębate szczyty gór i doliny Albanii, nad którymi z szybkością 900 kilometrów na godzinę zmierzaliśmy w kierunku Tel Awiwu-Jafy.

Była niedziela. Panował chłód. Zanim jeszcze przestąpiłem progi terminalu lotniska, złościłem się sam na siebie, że nie zabrałem cieplejszych rzeczy. Mój lot nosił numer 354; liczba ta, o czym przekonałem się później, miała się okazać godna uwagi.

W hali odpraw dla lotów do Izraela wysoko nad naszymi głowami patrolowali policjanci uzbrojeni w pistolety maszynowe i w towarzystwie psów; tak naprawdę ich obecność nikogo nie uspokajała. Przed bramką bezpieczeństwa podróżni ściągali obuwie, aby udowodnić, że nie są terrorystami. Rutynowa procedura: Dlaczego udaje się Pan do Izraela? Dlaczego sam? Jakie ma Pan plany? Jak często Pan tam bywa? Kto pakował walizkę?

Na pytanie, czy mam w bagażu jakieś upominki, zastraszony przytaknąłem skinieniem głowy.

– Co i dla kogo?

– Białe kiełbaski monachijskie dla znajomego franciszkanina w Jerozolimie.

– W puszkach czy vakuum?

Vakuum.

Odkąd podpisałem umowę na projekt książki o Jezusie Chrystusie, terminy oddania mijały, przepadając niczym kartki w kalendarzu do zdzierania. Nocami prześladowały mnie demony, w dzień brak weny twórczej. Wieczorami udawałem się na długie spacery po dzikim, romantycznym cmentarzu, zazdroszcząc zmarłym, że mają już za sobą ciężar wszystkiego, co ziemskie. „Kochany i niezapomniany” – widniało na jednym z nagrobków. Podczas moich wizyt nauczyłem się na pamięć każdej sentencji.

Na moim biurku piętrzyły się stosy książek, a codziennie dochodziły nowe. Jezus, mąż uzdrawiający, Jezus psychoterapeuta, Jezus bhagwan. Choć różniły się od siebie okładkami, to w podtytule wszystkie jednogłośnie obiecywały, że odsłonią rąbka tajemnicy, kim Jezus był naprawdę. Autorzy z reguły asekurowali się, zajmując stanowisko po pewnej stronie, co w tym wypadku nie było stroną Jezusa czy też stroną wiary, lecz stroną sceptyków. „Sprawa Jezus” – kłębek samych problemów.

 

Według przekonania wielu profesorów i dziennikarzy Jezus funkcjonował najwidoczniej na wzór uzależnionej od ewangelistów marionetki. Cytują Jego wypowiedzi: „Marek każe Jezusowi powiedzieć...” lub „Łukasz każe Jezusowi powiedzieć...”. Czy rzeczywiście – jak to utrzymywali teologowie – nie było możliwe sporządzenie kroniki Jego życia zgodnie z przekazem Biblii? Odkąd Jezusem zajęli się eksperci, po ówczesnym ciele i życiu Chrystusa pozostało niewiele. Jedni zdecydowali się na demitologizację sprowadzającą się do obdarcia Jezusa z wszystkich cudów. Inni pozbawili Go większości słów poza żałosną resztą uważaną za rzeczywiście autentyczną, bez względu na to, dlaczego i z jakiego powodu. Gdy na końcu całej procedury na stole operacyjnym pozostała jedynie głowa, pojawiło się uzasadnione pytanie, czy ten człowiek mógł w ogóle tak żyć. Wielu oświadczyło publicznie, że może i tak, ale po tym panu zbyt wiele nie pozostało.

Wkrótce dzień i noc zacząłem się zajmować tym tematem, ale nie czułem się zdolny do napisania choćby jednej linijki. Z bojaźni przed innością, niepojętością? Z obawy stanięcia na koniec przed obrazem niedającym się spoić w całość? Pękającym przy najmniejszym dotknięciu niczym lustro spadające z haka? „Ten sam Syn, Pan nasz Jezus Chrystus, jest doskonały w Bóstwie i doskonały w człowieczeństwie – orzekł Sobór Chalcedoński – prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek”. Z drugiej strony: Mesjasz na oślęciu! Bóg niezstępujący z krzyża! Grób nie był pusty – jak twierdzą niektórzy badacze Biblii. Jezus z Nazaretu zmarł jak inni i nie ma żadnego śladu zmartwychwstania.

W roku 1972 Rudolf Augstein, wydawca magazynu „Der Spiegel”, opublikował obszerne dzieło mające raz na zawsze udzielić odpowiedzi na wszelkie pytania o osobę Chrystusa. Augstein lubował się zadawać z wielkimi postaciami z historii świata. Napoleon, Aleksander Wielki, Adenauer. Teraz zaś sięgnął po największą. Że zamierza ją pomniejszyć, zdradzał już sam tytuł książki: Jezus, Syn człowieczy.

Znałem Augsteina z czasów, gdy pracowałem w hamburskiej redakcji „Spiegla”. Lubiłem jego rubaszny sposób bycia i podziwiałem zuchwałość. Spacerował czasami późnym wieczorem po korytarzach dziewiątego lub dziesiątego piętra. Był lubianym powszechnie zawadiaką. Gdy w poniedziałki zjawiał się na plenarnym spotkaniu redakcyjnym, zawsze z odpowiednim spóźnieniem, w błękitnej koszuli z kołnierzykiem button-down, milkły wszystkie rozmowy. Dla wielu był figurą ojca, dla niektórych figurą Boga Ojca. I bez względu na to, jaki temat podejmowano, na końcu dyskusji sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt par oczu kierowało się ku końcowi ogromnego stołu zajmującego środek pomieszczenia. A kiedy generalissimus choćby jednym zdaniem zaznaczył, że coś mu się podoba lub nie, większość redakcji wiedziała już, jaka jest jej własna opinia.

Augstein zaangażował cały sztab współpracowników przekopujących dzień i noc w archiwum „Spiegla” góry książek, czasopism i dokumentów w poszukiwaniu „materiału dowodowego” dla jego pionierskiego projektu mającego wstrząsnąć fundamentami chrześcijaństwa. Jakieś cytaty, daty, wzmianki o możliwych sprzecznościach, których miał zamiar użyć w łańcuchu konstruowanej argumentacji. Gdy przedstawił swoje dzieło, mieszanka prawd, półprawd i nieprawd zaciążyła na żołądku nawet przekonanym antychrześcijanom.

Zaprezentował w nim pełny repertuar, jaki od czasów racjonalistów oświecenia zebrano w książkach. Fałszerstwa, sprzeczności, błędy, to, co według objawienia Augsteina Kościół zrobił z biednym Jezusem, mogło wzruszać do łez. Kwerenda – czego należało się spodziewać – zaowocowała rewelacyjnym odkryciem, choć należałoby raczej powiedzieć płomiennym oskarżeniem: wierzący – brzmiał tryumfalny plaidoyer autora – powołują się od dwóch tysięcy lat na kogoś, „kto nie istniał, nauki, których nie głosił, plenipotencję, której nie udzielił, i Boże synostwo, którego sam nie uważał za możliwe i do którego nie rościł sobie pretensji”. Nieomal widziało się wojowniczego publicystę, jak zrywa się z krzesła, wymachując w powietrzu rękoma niczym floretem. „W rzeczywistości – zakończył oskarżyciel – Jezus jako zmartwychwstały jest wymysłem wspólnoty”. Z jednym zastrzeżeniem: „Jeśli w ogóle kiedyś żył”.

Ta spektakularna teza nie stanowiła ekskluzywnej własności redaktora „Spiegla”. Dzielił ją z autorami Wielkiej encyklopedii radzieckiej, którzy jeszcze w ostatnim wydaniu, opublikowanym na krótko przed upadkiem komunistycznego imperium, do znudzenia powtarzali oficjalną doktrynę, że Jezus nigdy nie istniał. Historycznej egzystencji Chrystusa przeczył już francuski racjonalista Louis Couchoud, choć dziwnym sposobem nawet sami „demaskatorzy chrześcijaństwa” przypisywali „fantomowi” Jezusa niedającą się przewyższyć skuteczność. „Jego proporcje są niezrównane, Jego wielkość nie do pojęcia – pisał Couchoud – wszystko, co przez wiele stuleci działo się na Zachodzie, wydarzyło się w gigantycznym cieniu krzyża”. „Wyeliminować imię Jezusa ze świata – zakończył krytyk – oznaczałoby wstrząśnięcie jego fundamentami”.

Couchoud nie pozwolił wyprowadzić się z błędu, podobnie jak i Augstein. Wszelkie rozważania, że w podeszłym wieku „otwarły mu się oczy” – jak napisał szef „Spiegla” w przedmowie wydanego w 1999 roku dzieła o Jezusie – okażą się zbędne po lekturze jego książki. Trzy lata później, 19 listopada 2002 roku, byłego katolika, apostatę, który w 1968 roku wystąpił z Kościoła, po odprawieniu nabożeństwa żałobnego w wiejskim kościele w Keitum poniesiono na miejscowy cmentarz. Tydzień później zmarłego uczczono uroczystością państwową, która odbyła się w hamburskiej świątyni St. Michaelis – honi soit qui mal y pense.

Niecałe trzy lata później, mianowicie początkiem kwietnia 2005 roku, „Spiegel” uhonorował śmierć Jana Pawła II, zwalczanego przez Augsteina do ostatniej kropli krwi, nekrologiem, który postawił w cieniu wszelkie inne, zarówno te świeckie, jak i kościelne.

Nagle „niedający się dotąd ująć” przywódca Kościoła był odtąd tylko jednym: papieżem tysiąclecia.

Stewardesy zaczęły roznosić na wózkach kurczaka i koszerny gulasz. Kiedy przelatywaliśmy nad wyspami błyszczącymi na wodzie niczym złote runa, zacząłem rozmyślać o potrzebnych mi prezentach na Gwiazdkę. Samoloty przenoszą nas w przeciągu jednego dnia z zimy ku wiośnie, z dwudziestego pierwszego stulecia do świata, w którym nie zaczęło się jeszcze nawet dziewiętnaste. Kto mógł właśnie nabyć na lotnisku telewizor plazmowy, ten w krótkim czasie znajduje się pośrodku innego kontynentu, gdzie kobiety z wiadrami na głowie maszerują całymi kilometrami za wodą, której spożycie raczej szkodzi niż gasi pragnienie.

Świat Jezusa Chrystusa nie jest wcale taki odległy, niecałe trzydzieści wieków, to mrugnięcie oka historii. A skoro czas jest relatywny i nie istnieje dla Boga, to, co się wówczas wydarzyło, jest w tej chwili podobnie obecne jak cała przeszłość i przyszłość, która już się zakończyła, nawet jeśli leży jeszcze przed nami. Nie bez przyczyny Jan Chrzciciel zapowiedział Mesjasza paradoksalnym stwierdzeniem: „Za mną idzie Ten, który był wcześniej ode mnie”.

Oczyma wyobraźni widziałem, jak Jezus przechodzi wiosną przez łąki i pola, zbierając wokół siebie ludzi, aby ich pouczać, modlić się z nimi czy też po prostu wspólnie podziwiać piękno stworzenia. Galilea to uroczy zakątek, mały raj. Jezus niczym reżyser pewną ręką wykorzystywał pagórki i wybrzeża jako scenę swojego nauczania. Rozumiał grę pór roku, wplatał charakterystykę regionu do swoich przypowieści i wykorzystywał liturgiczny kalendarz Izraela niczym dramaturgiczny plan, krok po kroku rozkładając na jego zarysie swoje objawienie.

Był niczym zjawisko przyrody.

Był nawałnicą. „Mamy tylko jedno miejsce w świecie, gdzie nie panuje ciemność. To osoba Jezusa Chrystusa” – napisał Albert Einstein. „Ja jestem wszechświatem. Wszechświat wyszedł ze mnie i rozciąga się ku mnie” – cytuje Go apokryficzna Ewangelia Tomasza. „Rozszczepcie bierwiono drewna: Jestem! Unieście kamień, i znajdziecie mnie”.

Ewangelia ukazuje młodą, raczej ascetyczną postać, delikatną, choć krzepką, o rysach poetyckiej, wrażliwej natury. „A widząc rzesze ludzi, litował się nad nimi” – odnotował Marek („gdyż byli jak owce niemające pasterza”). Widzi się Go mającego łzy w oczach, a także pełnego emocji i gniewu. „Jakże jesteście nierozumni – ruga swoich słuchaczy – i jak ociężałe są wasze serca”.

Uczniowie byli pod wrażeniem wypowiadanych przez Niego słów, lecz Go nie pojmowali. „Bądźcie doskonali, jak Ojciec wasz niebieski” – usłyszeli żądanie. Mieli miłować jak Bóg, być dobrzy, łagodni, a nawet przebaczać doznaną niesprawiedliwość. „Trudna jest ta mowa – szeptali – kto może się więc zbawić”.

A Jezus? Czy cierpiał z tego powodu, że Jego misja może się nie powieść? Jego życie było walką z ciemnym przeciwnikiem zdającym się mieć tę samą moc, co i On. Co Jezus miał na myśli, mówiąc: „Teraz zapada sąd nad światem; teraz władca tego świata zostanie precz odrzucony”? Dlaczego w przeciwieństwie do odpowiedzialnego przywódcy posyłał swoich uczniów niczym owce między wilki? Dlaczego zabraniał mówić o sobie uzdrowionym i demonom? Jak to możliwe, że tak haniebnie został porzucony? Czy nie należałoby nawet mówić o swoistym wypaleniu się Jezusa? Może miał niewłaściwą strategię? Czy to z Jego powodu nie zrealizowało się od razu i całkowicie odkupienie ludzkości doznającej cierpień od chwili upadku w grzech?

„Poświadczamy – podpisali apostołowie swoje sprawozdanie – gdyż sami widzieliśmy”. A dwa tysiące lat później zrodziło się przekonanie, że nie da się zebrać prawdziwych faktów na temat osoby Jezusa. Postrzępioną, pokreśloną, ledwie czytelną Ewangelię zaczęto uważać za zbieraninę kłamstw, trików i oszustw. Nawet sami wierzący zakładają obecnie, że przedstawienie przepowiadania Jezusa, Jego śmierci, a szczególnie zmartwychwstania jest wynikiem późniejszego procesu.

Który obraz Chrystusa oddaje rzeczywistość, który jest prawdziwy? Co na pewno wiemy na Jego temat?

Przez okienko przyglądałem się białym chmurkom zdającym się w zwolnionym tempie płynąć ku mknącej w przestworzach maszynie. W jakiejś mierze wszystko stało się inne. Codzienność. Kultura. Myślenie. Nawet pogoda. Świadomość religijna oraz podstawowa wiedza na temat religii uległy tak daleko idącej degradacji, że nawet ateistów wprawiła w zdumienie. Na liście bestsellerów pojawiają się tytuły dowodzące, że to człowiek stworzył Boga, a nie odwrotnie. Coraz więcej osób zdaje się chętnie wierzyć w tę wersję i „odpowiednio” postępować.

Podobnie do tego w krótkim czasie dramatycznie pogorszyły się warunki życia na ziemi. Każdy rok przynosi nowe rekordy katastrof naturalnych. Jedna fala tsunami spustoszyła wybrzeża połowy Azji. Roztapiają się bieguny. Na nieboskłonie zieją dziury ozonowe. W listopadzie 2007 roku sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon, przemawiając na Zgromadzeniu Ogólnym, określił sytuację naszej planety jako ekstremalnie zagrożoną. Jedna z komisji wydała natomiast oświadczenie, że ludzkości pozostało zaledwie kilka lat do osiągnięcia point of no return. Cały szereg ekspertów uważa zaś ten punkt, w którym za późno będzie na poradzenie sobie własnymi siłami z problemami i niebezpieczeństwami stechnicyzowanego świata, za dawno już osiągnięty.

Poprawiłem się na fotelu, biorąc gorący kubek z tacy podawanej mi przez stewardesę. „Czy można wyobrazić sobie świat, w którym Chrystus nie żył?” – zapytywał odważnie laureat literackiej Nagrody Nobla Jak mógłby on wyglądać? Innymi słowy: czym się różnią regiony, gdzie nie ma chrześcijaństwa? Czy jak Europa XX wieku, podejmująca eksperymenty zastąpienia Go przez panowanie „nowego człowieka”?

Przesłanie Jezusa zostało zakwestionowane, odrzucone i ponownie zakwestionowane. Udręczone do krwi przez „swoich”, którzy w imię Boga wykorzystali je do własnych celów i zdyskredytowali. I przeciwnie, w kontrowersjach z przeciwnikami chrześcijanie zmuszani byli do wciąż nowego i coraz dokładniejszego oglądu. Żadnego innego dzieła nie poddano tak szczegółowej analizie, jak relacji Ewangelii. Setki tysięcy, być może nawet miliony teologów, uczonych najróżniejszych dyscyplin, kapłanów, mnichów i świeckich łamało sobie nad nimi głowy. Sam Kościół włączył w graniczącą z samozniszczeniem debatę na temat „sprawy Jezusa” całe tysiące swoich najlepszych ludzi, mężczyzn i kobiet. Z kolei wszystkie systemy ateistyczne, czy to w hitlerowskich Niemczech, Związku Sowieckim, czy też Republice Chin, zaprzęgły całe armie specjalistów mających zadać „legendzie” śmiertelny cios.

 

A przecież czy to, Jezus nauczał, jak tego nauczał i jak tym żył, nie okazało się przesłaniem pozwalającym nam postąpić krok dalej? Czy ten obraz Boga nie okazał się jedynym, jaki można zaakceptować, nie będąc przy tym zepchniętym do narożnika przez postępowy rozum, ten rozum, który nieomal żąda krytycznej rewizji oraz braku historycznych i faktycznych wątpliwości? Czy z drugiej strony nie dopasowaliśmy też zbytnio Jezusa do naszych mieszczańskich wyobrażeń, blokując sobie tym samym dojście do Jego źródeł? Wydaje się, że nasze ciasne pojęcie realności oraz poznania zamknęło nas w przestrzeni nieosiągalnej dla światła. Bo czy cały kosmos nie jest bardziej fantastyczny niż mogłoby się nam wydawać? Czy my sami nie jesteśmy bardziej fantastyczni niż sądzilibyśmy i dużo bardziej życiowo zróżnicowani niż żyjemy?

Skoro jest prawdą, że ten Jezus to naprawdę nikt inny, jak wysławiany, wychwalany, z tęsknotą wyczekiwany Mesjasz, Zbawca świata, Syn Najwyższego, który wszystko stworzył, niebo i ziemię, rzeczy widzialne i niewidzialne, jak wyznajemy w Credo, Jednorodzony, „Bóg z Boga, Światłość ze światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu” – to o czym wobec tego mówimy? Czy nie poruszamy tego, co najbardziej tajemnicze i największe na świecie? Czy nie rozmawiamy wówczas z Jezusem o tym, dokąd idziemy?

Dziś na temat Chrystusa możemy się dowiedzieć znacznie więcej niż wszystkie pokolenia przed nami. Refleksje teologiczne, rezultaty badań historyczno-krytycznych, a szczególnie odkrycia archeologiczne z ostatnich lat dostarczają nam bogactwa źródeł, do których wcześniejsi analitycy nie mogli sięgać. Podczas mojej kwerendy uwidoczniło się także, jak bardzo odeszliśmy od pojmowania Ewangelii jako misterium. Czy za słowami (i pomiędzy linijkami) tego najbardziej znaczącego, najczcigodniejszego, jak również najbardziej tajemniczego pisma na świecie nie kryje się także określony kod, który trzeba by odszyfrować? Czy nie należy najpierw złożyć części, aby w efekcie otrzymać całościowy obraz prawdziwej postaci Jezusa, i to uwzględniający również wewnętrzną stronę? Czy nie jest szansą dla naszego czasu, aby ponownie móc zapytać o całość misterium i odzyskać tę część kosmosu, którą utraciliśmy?

Trzeźwo rzecz biorąc, tabuizacja biografii Jezusa Chrystusa była największym zwycięstwem, jaki mogli odnieść przeciwnicy Jezusa. Misterium przemieniło się w historię profanum, blask boskości stał się prochem przemijalności. „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem” – deklarował Chrystus. Tylko czy nie należałoby pójść tą drogą i w ślad za życiem, aby u kresu dotrzeć rzeczywiście do Jego prawdy?

„Słowa Jezusa mają z pewnością niezbywalne znaczenie – podkreślił ówczesny kardynał Joseph Ratzinger podczas jednej z naszych rozmów – lecz nie wolno nam Go zredukować wyłącznie do nich. Ciało, jak mówi Jan, przynależy do tego. Jest ono żywym Słowem”. Po krótkiej chwili milczenia dodał jeszcze: „Dopiero gdy przyjrzymy się całemu witalnemu kontekstowi postaci Jezusa, przemówią również słowa tą wielkością, która się w nich kryje. Tym samym ogląd życia i męki Jezusa Chrystusa stanowi podstawę do rozumienia Jego nauczania”.

Niewłaściwe procesy, jakie zaszły w historii powszechnej oraz Kościoła, niekoniecznie ułatwiły postrzeganie Chrystusa. Narody chrześcijańskie, mające przecież być braćmi, niejednokrotnie prowadziły z sobą krwawe wojny. Dwudziesty wiek doświadczył inferna złych mocy wraz z próbą wyniszczenia narodu wybranego i to na gruncie zachodnioeuropejskiej kultury chrześcijańskiej. Biorąc to pod uwagę, zastanawiałem się, czy nie byłoby czymś złym ponowne zdobycie się na dystans. Być może poniekąd musiało najpierw dojść do utraty tego, co oczywiste, do czego przywykliśmy, aby udało się ponownie odkryć na nowo Chrystusa w całej Jego wielkości.

„Rzeczy można postrzegać tak albo tak, jako fakt i jako tajemnicę” – orzekł swego czasu Hans Urs von Balthasar. Pragnąłem obojga. Faktu . tajemnicy. Chcąc tego dokonać, należało poznać piątą Ewangelię, sam kraj Jezusa, gdzie nawet – jak się twierdzi – kamienie potrafią mówić.