Śmierć w bunkrzeTekst

Z serii: Sulina
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Martin Pollack

Śmierć w bunkrze

Opowieść o moim ojcu

Przełożył Andrzej Kopacki


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału niemieckiego Der Tote im Bunker.

Bericht über meinen Vater

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Na okładce i w środku tomu wykorzystano fotografie pochodzące

z prywatnego archiwum Martina Pollacka

Autorem zdjęcia bunkra, w którym zginął Gerhard Bast, jest Peter Kaser

(© by Peter Kaser)

Copyright © by Paul Zsolnay Verlag, Wien 2004

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2006

Copyright © for the Polish translation by Andrzej Kopacki, 2006

Korekta Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-519-7

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Uwaga końcowa od autora

Przypisy

Kolofon

I

Z początkiem lata 2003 roku pojechałem z żoną do Tyrolu Południowego, na przełęcz Brenner, żeby odszukać bunkier, w którym pięćdziesiąt sześć lat wcześniej znaleziono ciało mojego ojca. Zginął od kuli. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o okolicznościach jego śmierci i powodach, które go tam przywiodły. Całymi latami odwlekałem to śledztwo, być może bojąc się podświadomie, że ślady naprowadzą mnie na coś, co przerośnie najgorsze obawy. Jedno wiedziałem chyba od samego początku: nagła śmierć mojego ojca zwieńczyła życie, w którym przemoc odgrywała istotną rolę.

W kawiarni przy rynku w Gossensass byliśmy umówieni z kimś, kto obiecał nam pomoc w poszukiwaniu bunkra. Peter Kaser jest artystą, który przy okazji zajmuje się badaniem włoskich umocnień wzdłuż granicy przy Brennerze; jeden z tych wysłużonych bunkrów zagospodarował nawet jako miejsce wystaw i wydarzeń artystycznych. Od niego dowiedzieliśmy się, że po włoskiej stronie przełęczy istnieje ponad pięćdziesiąt bunkrów i kazamatów, które w latach 1936–1942 Mussolini wybudował jako „Sbarramento di Brennero”, umocnienia, które broniły przed Austrią i Niemcami; w sensie wojskowym fortyfikacje te nigdy bodaj nie odegrały żadnej roli. Miejscowi, których wypytywaliśmy, znali historię zwłok w bunkrze – w swoim czasie wiele o niej mówiono – nikt jednak nie umiał powiedzieć, gdzie się rozegrała. W okolicy jest wiele bunkrów – powiadali – a w ogóle to stare dzieje. W końcu, przez przypadek, natknęliśmy się na starszego mężczyznę o okrągłej, różowej twarzy dziecka, który udzielił nam właściwej wskazówki. Powiedział, że mieszka niedaleko tego bunkra, ojciec zaś często opowiadał mu o odkryciu zwłok; wydarzenie to poruszyło wtedy wszystkich w dolinie, mimo że ludzie po wojnie byli dość otępiali. Początkowo nie chciał zdradzić położenia bunkra, bo, jak wyjaśnił, ojciec zabronił mu wspominać o tamtych zdarzeniach, strasząc, że od takiego gadania tylko sobie język poparzy. Mówiąc to, uśmiechnął się złośliwie, jak dzieciak znajdujący uciechę w zwodzeniu i niecierpliwości innych. Peter Kaser jednak nie popuszczał, aż wreszcie wydobył informację z mężczyzny.

Do wskazanego miejsca, w zasięgu wzroku od stacji kolejowej na przełęczy Brenner, dotarliśmy wąską, biegnącą równolegle do autostrady drogą. Z autostrady dobiegał to narastający, to znów słabnący łoskot, wzmacniany przez zbocza wąwozu, które działały jak tuba. Przy drodze ciągnął się płaski pas ziemi, bagnista łąka, za nią strome zbocze porośnięte lasem świerkowo­-modrzewiowym z pojedynczymi olchami i brzozami. Już po paru krokach potknęliśmy się o zardzewiały, ukryty wśród grubych liści barszczu i ostrożnia drut kolczasty, który wyglądał jak jedna z bujnych roślin. Jesteśmy na dobrej drodze, powiedział Peter Kaser, skoro jest drut, to bunkier musi być niedaleko. Obeszliśmy łukiem wysokie pokrzywy, ciemne kępy w jasnozielonym zielsku, każdym krokiem wypłaszając z gęstwiny roje małych komarów. Na przeciw­ległym zboczu chudy mężczyzna zamaszystymi ruchami kosił spadzistą łąkę, opalony tors połyskiwał od potu. Zdjął białą koszulę i położył na skraju łąki; z daleka wyglądała jak pies. Wśród świerków pod lasem stała czarna tablica z wypłowiałym napisem w dwóch językach: „Proprietà Militare. Accesso vietato”. „Teren wojskowy. Wstęp wzbroniony”. Doszliśmy do niskiego, obrośniętego murku, za nim znajdowała się nisza skalna z pionową szczeliną – uchyloną bramą, o drzwiach obłożonych szaro­zielonymi matami z włókna szklanego, pełnymi wypukłości i fałd. Prześlizgując się po nich wzrokiem, można było je wziąć za obrośniętą skałę. Ustąpiły zadziwiająco łatwo. Wszystko razem przypominało po trosze wejście do staromodnego domu strachów w wesołym miasteczku, tyle że znajdowaliśmy się na łonie przyrody, u stóp gęsto zalesionej stromizny. Za drzwiami było małe, dwa metry na dwa, pomieszczenie, omszałe, wilgotne ściany z betonu, sufit znów z włókna szklanego. Na wprost znajdowały się żelazne, pomalowane na zielono drzwi, wzmocnione okratowaniem z grubych sztab, z judaszem na wysokości oczu przesłoniętym metalową płytką. Były zamknięte, zespawane z framugą. Staliśmy przed bunkrem, w którym 6 kwietnia 1947 roku znaleziono zwłoki mojego ojca.

Przemierzaliśmy las, szukając drugiego wejścia. Większość bunkrów wojskowych, jak wyjaśnił Peter Kaser, ze względów bezpieczeństwa miała dwa wejścia. Strome, usiane igłami podłoże było śliskie, musieliśmy chwytać zwisające nisko gałęzie, by nie stracić równowagi. Ciemne wybrzuszenie w lesie, dziesięć metrów nad wejściem, okazało się częścią podziemnego bunkra. Betonowy pierścień wystający z ziemi na jakieś trzy szerokości dłoni, na nim przerdzewiały garb z okratowanymi szczelinami do wyglądania, z których wydobywał się smród zgnilizny. Wizjer. Z tego miejsca można było kiedyś obserwować całą dolinę, zaglądając aż na austriacką stronę; teraz widok przesłaniały wysokie świerki. W pewnej odległości odkryliśmy drugi punkt obserwacyjny. Później w książce o umocnieniach na Brennerze znaleźliśmy plan bunkra oznaczonego jako „opera 2” – obiekt numer dwa: bunkier średniej wielkości wyposażony w dwa karabiny maszynowe i działo przeciwpancerne. Drugiego wejścia nie znaleźliśmy, jedynie starą, zapuszczoną ścieżkę, zarośniętą krzakami i drzewami. Odkryte przez nas wejście dzieliło od drogi jakieś trzydzieści, czterdzieści metrów zalesioną stromizną w dół; zapewne nietrudno było niepostrzeżenie znieść do bunkra bezwładne ciało. Mojego ojca zastrzelono przypuszczalnie na tamtej drodze.

Zwłoki odkryła żona dyżurującego na Brennerze włoskiego kolejarza, która pewnej niedzieli wybrała się z mężem i synem na spacer w kierunku Albergo Al Lupo, zajazdu „Pod Wilkiem Brenneńskim”. Chłopiec wypatrzył pod drzewami coś niezwykłego; być może również wtedy sztuczna skalna brama była otwarta. Brnął w głębokim śniegu, żeby zbadać rzecz dokładnie, matka poszła za nim. Dlaczego weszli do otwartego bunkra – z ciekawości czy z powodu zgniłego zapachu, który mimo zimowego chłodu unosił się w powietrzu – nie wiemy. Zaraz za wejściem kobieta natknęła się na trupa. Wezwani karabinierzy stwierdzili od razu, że chodzi o zabójstwo; denat otrzymał dwa postrzały w głowę i jeden w pierś i najwyraźniej leżał w bunkrze dość długo. Przed wejściem walało się trochę drobiazgów i papierów należących prawdopodobnie do zmarłego, w tym legitymacja folksdojcza na nazwisko Franz Geyer, robotnik ze słoweńskiego miasteczka Krško (Gurkenfeld). Pieniędzy ani rzeczy wartościowych nie miał przy sobie. Już pierwsze oględziny kazały powątpiewać w jego tożsamość. Na wewnętrznej stronie lewego ramienia miał mały tatuaż, a na twarzy blizny – cięcia typowe dla uprawiających pojedynki członków korporacji studenckich. To nie pasowało do robotnika. Policja austriacka w Innsbrucku potwierdziła, że legitymację sfałszowano, zmarły nie był folksdojczem z Gurkenfeld, lecz Austriakiem o nazwisku dr Gerhard Bast: sturmbannführer SS, urodzony 12 stycznia 1911 roku w Gottschee w Jugosławii, zameldowany w Amstetten w Dolnej Austrii. Policja federalna w Linzu poszukiwała go jako zbrodniarza wojennego, ponieważ przez dłuższy czas kierował tamtejszym gestapo. Mój ojciec.

Kilka tygodni po znalezieniu ciała policja kryminalna odwiedziła moją babcię w Oftering, małej miejscowości niedaleko Linzu, dokąd oboje z mężem uciekli z Amstetten, bojąc się Rosjan. Oftering leżało w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Funkcjonariusz zapytał, czy babcia posiada zdjęcie swego syna Gerharda; jest potrzebne, aby ustalić tożsamość ofiary morderstwa. W ten sposób dowiedziała się, że jej syn padł ofiarą morderstwa rabunkowego na Brennerze. Babcia nie miała zdjęcia syna, więc policjant poprosił ją, aby pojechała w towarzystwie funkcjonariusza do Tyrolu Południowego w celu identyfikacji zwłok. Kiedy tam dotarli, zmarłego już pogrzebano. Karabinierzy chcieli, żeby babcia zidentyfikowała go na podstawie fotografii, jakie zrobili denatowi. Wzbraniała się, mówiąc, że nie chce oglądać tych zdjęć. Wtedy karabinierzy zapytali, czy syn miał na twarzy, na lewym policzku, dwie blizny. Potwierdziła; to były cięte rany odniesione w pojedynkach. Babcia uznała też za własność syna niektóre z okazanych jej przedmiotów: pióro wieczne, zegarek i wąski, oprawny w niebieskie tworzywo notatnik, który służył mu jako dziennik podróży. Na pierwszej stronie widniało jego nazwisko wypisane szwabachą i data: „rozpoczęty 1 stycznia 1937”. Te informacje i poszlaki wystarczyły włoskim urzędnikom do wystawienia świadectwa zgonu. Później odnotowano w aktach, że matka zidentyfikowała zmarłego, ona natomiast domagała się precyzji i twierdziła z uporem, że nie była naocznym świadkiem śmierci syna ani nie widziała jego zwłok. Brzmiało to niemal tak, jakby wbrew oczywistości uczepiła się resztek nadziei, że nieszczęsne zdarzenie na Brennerze może się jeszcze okazać tragiczną pomyłką.

 

Kiedy wybrałem się z żoną do Tyrolu Południowego, miałem przy sobie zdjęcie grobu w gminie Brennero (Brenner), gdzie w kwietniu 1947 roku pochowano zmarłego. Wąski, obłożony polnymi kamieniami pagórek z białym nagrobkiem, na którym obok nazwiska, dat urodzin i śmierci napisano jeszcze, że zmarły był wyznania ewangelickiego. Po wizycie w bunkrze poszliśmy na mały cmentarz usytuowany malowniczo opodal kościoła katolickiego; kilka tuzinów mogił, więcej nie zmieściłoby się w obrębie wysokiego muru, który odgradzał je od zgiełku i krzątaniny w pogranicznej miejscowości. Kościół ma patrona w osobie Świętego Walentego i romańską wieżę, surowo wypiętrzoną ku niebu. Na płytach nagrobnych i krzyżach z kutego żelaza widać głównie niemieckie nazwiska i kilka włoskich. Grobu ojca już nie ma. Jego szczątki w latach sześćdziesiątych na życzenie babci ekshumowano i przeniesiono do Amstetten. Pamiętam pochówek na cmentarzu w dolnoaustriackim miasteczku, otrzymałem zwolnienie ze szkoły i przyjechałem z okolic Salzburga, gdzie przebywałem w internacie. Wiem tylko, jak nieswojo się czułem, ile trudu mnie to kosztowało, by w otoczeniu krewnych z Amstetten i przyjaciół zmarłego darzących mnie współczującymi spojrzeniami przy otwartym grobie nie dać po sobie poznać, że ten późny pogrzeb nie robi na mnie wrażenia.

Nie zachowałem ojca w pamięci. Kiedy zginął, miałem niespełna trzy lata, przedtem widziałem go przelotnie zaledwie kilka razy. To również wiem tylko od matki, która mówiła o nim rzadko, przy okazji banalnych zdarzeń, spraw drugorzędnych, jakby nie była pewna, co może mi zawierzyć, a o czym powinna raczej milczeć.

II

Mój ojciec przyszedł na świat w 1911 roku w Gottschee, po słoweńsku Kočevje, w należącej wówczas do korony Krainie; nie był jednak rodowitym gottscheeńczykiem, lecz synem przybyszów. Jego rodzice mieszkali zaledwie od kilku lat w centrum niemieckiej wyspy językowej o tej samej nazwie. Dziadek przyjechał tam w 1907 roku z Tüffer, miasteczka targowego w Dolnej Styrii, aby pracować jako koncypient w kancelarii miejscowego adwokata. Nie wiem, jak wpadł na pomysł wyjazdu do mieściny w Dolnej Krainie, studia prawnicze ukończył w Grazu. Babcię, początkującą nauczycielkę, rok później przeniesiono do szkoły powszechnej dla dziewcząt w Gottschee, bo w jej rodzinnym Laibach brakowało posad dla Niemców. Była nauczycielką z krwi i kości, chętnie uczyła dzieci, natomiast dokuczała jej ciasnota życia w Gottschee. Tamtejsi mieszkańcy byli ludźmi szczególnego pokroju, mówili archaicznym językiem, a właściwie wielosetletnim dialektem, obcych automatycznie trzymali na dystans, nawet jeśli ci przybywali z oddalonego zaledwie o sześćdziesiąt kilometrów Laibach.

W stolicy Krainy kwitło inne życie. Miejski świat. Towarzystwo. Filharmonia. Teatr niemiecki. Niemieckie kasyno. Bale. Laibach (Lublana) było słoweńskim miastem, ale Niemcy tworzyli tam silną mniejszość, zajmowali ważne stanowiska polityczne i gospodarcze, nie brakowało im pewności siebie. Czuliśmy się w Laibach jak w domu – opowiadała babcia, nazwa Lublana nigdy nie przeszła jej przez usta, to uznałaby za zdradę – Lai­bach było naszym miastem, kupowaliśmy w naszych sklepach, chadzaliśmy do naszych lokali, obracaliśmy się wśród naszych ludzi, Niemców. Jej ojciec, Joseph Lehner, był mistrzem ciesielskim, pierwszym cieślą w Laibach. On również należał do przybyszów. Przyjechał wraz z żoną Magdaleną z węgierskiego Mosony (Wieselburg) położonego blisko granicy z Austrią. Byli Szwabami nad­dunajskimi. Oboje nie mówili po słoweńsku, nie mówiła też w tym języku ich córka, moja babcia. Owszem, mieliśmy kontakt ze Słoweńcami – utrzymywała – ale oni wszyscy znali niemiecki.

W przeciwieństwie do Laibach miasto Gottschee było prowincjonalną dziurą, wielką wsią. Około 1900 roku liczyło niespełna trzy tysiące mieszkańców. Gottschee łączyła z Laibach boczna linia kolejowa, poza tym jednak miasteczko leżało na uboczu wielkich szlaków komunikacyjnych. Mimo to, a może właśnie dlatego jego mieszkańcy nie stronili od ruchu. Od czasów średniowiecza mężczyźni z „krainki”, jak nazywali z czułością swoje strony, ciągnęli między jesienią a wiosną skroś ziem monarchii jako domokrążcy, oferując najpierw wyroby snycerskie i płótno, później towary korzenne i owoce południowe. Ludzie rozproszeni po odległych od ­siebie wsiach tej wyspy językowej nie mogli się utrzymać z samego rolnictwa; zimy na Wyżynie Krasu były długie i ostre, ziemie jałowe, każde pole, każdą łąkę trzeba było wydzierać lasom. U schyłku XIX stulecia zaczęło się wielkie uchodźstwo do Ameryki. Dało się to odczuć w mieście Gottschee, naznaczonym znamionami upadku już przed pierwszą wojną światową.

Jeśli nie liczyć zamku Auerspergów i kilku gmachów publicznych, jak gimnazjum i szkoła przemysłu drzewnego, Gottschee nie mogło się pochwalić godnymi uwagi obiektami; chyba że potokiem Rinse, który malowniczą, szeroką pętlą otacza miasto z trzech stron. Leniwe wody – o nazwie wywodzącej się rzekomo z określenia „broczące jezioro” [rinnender See] – mają swoje źródło o godzinę drogi na północ od miasta, a o godzinę drogi na południe znikają w dziurawym krasowym podłożu, jakby ich jedyne zadanie polegało na upiększaniu wtulonej w rozległą nieckę osady.

Babcia nigdy nie zadomowiła się w Gottschee na dobre. Ohydna dziura i basta – mówiła; miała skłonność do apodyktycznych sądów i nie znosiła sprzeciwu. Pod tym względem do końca życia pozostała nauczycielką, mimo że wykonywała ten zawód tylko przez kilka lat. Nigdy mi nie opowiedziała, jak poznali się z dziadkiem, przypuszczalnie nie mogło się zdarzyć inaczej: oboje byli młodzi, wolni i obcy w małym mieście.

Dziadek czuł się w Gottschee dobrze. Chętnie by tam został, zdarzało mu się mawiać, kiedy wspominał ówczesny czas. Dorastał w jeszcze mniejszej miejscowości i uwielbiał, podnosząc wzrok znad biurka, błądzić spojrzeniem nad wzgórzami i lasem. Miasto nad rzeczką ­Rinse otaczają przyległe zalesione grzbiety górskie, które cisną się wokół: na wschodzie masyw Hornwaldu, nazywanego przez Słoweńców Kočevskim Rogiem, na zachodzie Friedrichsteiner Wald. Dziadek był zapalonym myśliwym, jako młody adwokat w Gottschee nie żałował sobie tej rozrywki; miał w Hornwaldzie domek myśliwski, w którym spędzał wiele dni i tygodni urlopu, również w późniejszych latach, kiedy od dawna już nie mieszkał w Gottschee, lecz w Amstetten, skąd przyjazd był niełatwy, wymagał wiele czasu i trudu.

Dlaczego jeszcze przed pierwszą wojną światową wraz z żoną i rocznym synem, moim ojcem, opuścił Gottschee, żeby udać się do Dolnej Austrii – nie potrafię powiedzieć. Być może przeczuwał rychłe zmiany, które w latach 1918–1919 miały doprowadzić do powstania Królestwa Jugosławii, a ostatecznie do wysiedlenia i wypędzenia Niemców z niegdysiejszych ziem koronnych Habsburgów, z Krainy.

Dziadek często opowiadał mi w dzieciństwie o łowach opodal Gottschee; było to w późnych latach czterdziestych i wczesnych pięćdziesiątych, w Traunviertel, a potem w Mostviertel, dwóch podobnych okolicach. Wędrowaliśmy po wsiach, przez pola pszenicy i owsa, łąki pełne owoców pękających od dojrzałości, usłane rozmięk­łymi polnymi gruszkami, od chłopa do chłopa, dostając od każdego coś na ząb, kartofle, kruchą słoninę, chleb, jaja, i miejsce do spania. Pamiętam jeszcze, jak niemal się udusiłem na posłaniu, bo troskliwa chłopka zapakowała mnie miejscowym zwyczajem w dwa ogromne piernaty, jeden kładąc na mnie, a drugi pod prześcieradło, tak że zagłębiłem się w nim jak w worku pierza. Prawdopodobnie wymienialiśmy jakieś rzeczy na jedzenie, choć nigdy się o tym nie rozmawiało. Miałem swój mały plecak, z którego byłem nadzwyczaj ­dumny, żywność raczej mnie nie obchodziła. Ważne były tylko wędrówki z ukochanym dziadkiem, którego nazywałem „dziadzia”, jego bliskość, opowieści o dzieciństwie w ­Tüffer, o popielicach hałaśliwie rozrabiających na poddaszu jak małe futerkowe koboldy, o wbijaniu kołków i innych nieznanych mi grach, o głowaczu wyłowionym przez dziadka z Sanny, rzeki, nad którą leży Tüffer.

Wciąż powtarzały się opowiadania o przygodach ­myśliwskich w okolicach Gottschee, w tamtejszej puszczy, o potężnych bukach czerwonych i dębach, których nie mogło opasać dwóch mężczyzn, o głębokich krasowych grotach i dolinach (nie bardzo wiedziałem, czym są „doliny”[1], to pojęcie nie należało do mojego ówczesnego zasobu słów; wiedziałem tylko, że chodzi o miejsca kryjówek dzikich zwierząt); czaiły się tam ranne od kuli dziki i inna zwierzyna, aby niespodziewanie wypaść z gąszczu na zbliżającego się łowcę, rzucić się wprost na „dziadzię”, który mógł zażegnać to niebezpieczeństwo jedynie oddając błyskawiczny, precyzyjnie wymierzony strzał. Nigdy nie widziałem, jak strzela – czasy dziadkowych polowań dawno minęły – byłem jednak pewien jego strzeleckiego mistrzostwa. Opisywał mi wilki o zielonkawych, złowrogo połyskujących ślepiach, które wyjąc zimą z głodu podchodziły pod chatę, markotnie pomrukujące niedźwiedzie, które potrafiły grzmotnąć potężnym łapskiem w drzwi, aż drzazgi leciały. Jeszcze dziś słyszę, jak naśladuje wycie wilków; wtedy przechodziły mnie lodowate ciarki. Chwytałem go za rękę. Maszerowaliśmy godzinami, wiele kilometrów, on zaś nie przestawał opowiadać w owym miękko brzmiącym, niemal śpiewnym dialekcie dolnostyryjskim, którego nie wyzbył się do końca życia. A był wielkim, krzepkim mężczyzną, niemającym w sobie nic miękkiego, o usposobieniu cholerycznym i popędliwym – nieokrzesaniec, którego niektórzy się bali. Dla mnie natomiast zawsze był dobry.

Gottschee i Tüffer istniały w geografii mojego dzieciństwa jako konkretne miejsca, konkretniejsze niż te, w których dorastałem, być może dlatego, że w warunkach wojny i powojennego zamętu, z powodu ewakuacji i ucieczki, pokonywałem pod opieką matki, a potem znów dziadków, wiele etapów. Po zniszczeniu przez amerykańskie bomby domu rodziców w Linzu trafiłem do dziadków w Amstetten, którzy jednak kilka miesięcy później uciekli stamtąd przed nadciągającymi Rosjanami. Dziadkowie znaleźli schronienie w Oftering niedaleko Linzu, a matka z trójką dzieci ewakuowała się do Styrii, gdzie zostaliśmy do 1948 roku. Stamtąd sam dotarłem do dziadka w Oftering, babcia tymczasem wróciła do Amstetten. Mieszkałem z dziadkiem u chłopa, w dom­ku przeznaczonym na wieśniacze dożywocie; pamiętam drewniane schody od frontu prowadzące do naszego pokoju, jak trzeszczały pod jego ciężarem i jak się z tego śmialiśmy; pamiętam też oliwkowozielony śpiwór uszyty z siermiężnych, szorstkich koców. Kilka miesięcy później zbombardowany dom odbudowano i wróciłem do Linzu, gdzie w 1950 roku zacząłem chodzić do szkoły.

W tamtych niespokojnych latach towarzyszyły mi opowieści dziadka o Gottschee i Tüffer, historie ze świata, w którym, ilekroć o nim opowiadano, zawsze wszystko wyglądało tak samo i pozostawało niezmienne.