Skażone krajobrazyTekst

Z serii: Sulina
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Martin Pollack

Skażone krajobrazy

Przełożyła Karolina Niedenthal


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału niemieckiego Kontaminierte Landschaften

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / ­Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś /d2d.pl

Fotografia na okładce pochodzi z archiwum Autora

Copyright © 2014 Residenz Verlag

im Niederösterreichischen Pressehaus Druck- und Verlagsgesellschaft mbH

St. Pölten – Salzburg – Wien

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2014

Copyright © for the Polish translations by Karolina Niedenthal, 2014

Redakcja Wojciech Górnaś / Redaktornia.com

Korekty Andrzej Piotr Lesiakowski /d2d.pl,

Magdalena Kędzierska-Zaporowska /d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś /d2d.pl

Książka została opublikowana dzięki pomocy finansowej

Bundesministerium für Unterricht, Kunst und Kultur

ISBN 978-83-7536-876-5

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

I

II

III

Wybrana literatura

Przypisy

Kolofon

I

„Krajobraz”. Pojęcie to budzi w nas najczęściej pozytywne odczucia oraz przyjemne skojarzenia, zwłaszcza jeśli, zupełnie bezkrytycznie, mamy na myśli niezabudowaną i niezaludnioną przestrzeń, którą poznajemy w czasie pieszych wędrówek lub podróży samochodem. Wyobrażamy sobie wtedy łąki i lasy, meandry rzek, potoki, dzikie wąwozy oraz zielone górskie grzbiety, na których człowiek nie odcisnął jeszcze bezwzględnie i nieodwracalnie swojego niszczycielskiego piętna. Widzimy obraz pięknej, radującej wszystkie zmysły natury, jaką znamy z niezliczonych literackich opisów i obrazów. Takie pojmowanie tego hasła jest oczywiście naiwne, ignoruje współczesny dyskurs oraz najnowsze teorie krajobrazu, którym zwłaszcza w ostatnich latach przypisuje się coraz to większe znaczenie. Kiedy zupełnie bezrefleksyjnie, nie obciążając sobie głowy teoretycznymi rozważaniami, słyszę słowo „kraj­obraz”, od razu mam przed oczyma łąki i sady w południowym Burgenlandzie, stare śliwy i jabłonie, potem pola, w różnych barwach w zależności od pory roku i od owoców, krzaki tarniny oraz pojedyncze drzewa, jesiony, brzozy, potem znowu pola, aż wreszcie las, mieszany las, który kreśli horyzont. Kiedy siedzę u siebie w bibliotece i rozglądam się dookoła, mój wzrok nie natrafia na żaden dom. Oto jak powinien wyglądać krajobraz, myślę wtedy zadowolony. „Ta natura jest krajobrazem, który uobecnia się w spojrzeniu obserwatora przeżywającego ją i odczuwającego w sposób estetyczny” – tak w 1963 roku w programowej rozprawie pod tytułem Krajobraz definiuje go niemiec­ki filozof Joachim Ritter[1]. Jesteśmy przekonani, że kraj­obraz, w którym na pierwszy rzut oka nic nie razi, ma na nas łagodzący, kojący wpływ, stwarza poczucie wewnętrznego spokoju i harmonii. Krajobraz, w przeciwieństwie do zurbanizowanej przestrzeni, uważamy za cudownego pocieszyciela i uzdrowiciela. Miejsce, w którym można się zaszyć i czerpać z niego siły. Lecz takie proste to nie jest. Nie zauważamy, że pozornie naturalne i, jak myślimy, ukształtowane wyłącznie przez naturę krajobrazy nie są niczym innym niż tylko ułudą, produktem naszej fantazji i że nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Krajobrazy, o których tu mowa, są zawsze kreowane i kształtowane przez człowieka. Czasami jego ingerencja jest bardzo wyraźna, kiedy indziej mniej i wtedy wydaje nam się, że mamy do czynienia z nietkniętą, dziewiczą naturą. Ale krajobraz, taki jakim go znamy, zawsze był wytworem człowieka. Jesteśmy tego wprawdzie świadomi, gdy tylko na chłodno rozważamy owo niejasne i naładowane emocjami pojęcie, jednak już po chwili znowu pozwalamy, by górę brały emocje. Ponieważ to, jak pojmujemy krajobraz, jest ściśle związane z naszymi odczuciami. Oraz z imaginacją. A szczególnie ze wspomnieniami.

Dotyczy to zwłaszcza krajobrazów naszych najwcześniejszych lat, które – jeśli nasze dzieciństwo było szczęśliwe, bezpieczne – towarzyszą nam jako mgliste idylliczne obrazy przez całe życie i jeszcze po latach przywołują poczucie bezpieczeństwa i ufności, których wtedy, dawno temu, być może doświadczyliśmy. A co, jeśli w tym wypadku to tylko nasza późniejsza projekcja? Produkt naszego życzeniowego myślenia? Czy otoczenie, w którym wzrastaliśmy, było rzeczywiście tak niewinne i błogie, jak teraz po wielu latach nam się wydaje?

Pierwsze lata życia spędziliśmy z matką i rodzeństwem w samotnym gospodarstwie w styryjskiej dolinie rzeki Anizy. Z tamtego czasu zostały mi w pamięci tylko pojedyncze obrazy, przeplatane wielkimi lukami, ale owe drobne ułamki wspomnień głęboko we mnie zapadły.

Było to wkrótce po wojnie, która rzucała swój długi, zimny cień na całe nasze dzieciństwo. Po tym jak w grudniu 1944 roku amerykańskie bomby zniszczyły nasz dom w Linzu, dotarliśmy okrężną drogą do Mitterbergu, małej wsi rozproszonej u stóp górskiego masywu Grimming. Z początku znaleźliśmy schronienie u dziadków w Amstetten, ale kiedy Armia Czerwona była już blisko, zostaliśmy ewakuowani do Mitterbergu. Ewakuowani. Samo to słowo zawiera w sobie całą masę niewygód, uciążliwości, strachu i niepewności, które wtedy naznaczały naszą codzienność. Kiedy jednak dzisiaj wspominam tamte czasy, przed oczyma mam wyłącznie piękne i miłe obrazy. Idyllę. Radowało mnie, pod każdym względem, wiejskie życie w samotnym gospodarstwie, mimo że bez wątpienia były to złe czasy, czasy biedy, jak się o tym wtedy mówiło, nędzy i ubóstwa. My, których los wygnał z miasta w to wiejskie ustronie, odczuwaliśmy ową biedę szczególnie dotkliwie. Jako ewakuowani, urzędowo przydzieleni do obcych ludzi, bez własnego dachu nad głową byliśmy biedniejsi nawet niż miejscowi chłopi. Większa część naszego dobytku, pościel i ubrania, spłonęła w zbombardowanym domu. Jeśli spojrzeć na to obiektywnie, krajobraz moich pierwszych powojennych lat był szary, smutny i nieprzyjazny.

W naszym przypadku dochodziły do tego jeszcze inne uciążliwości. Mój ojciec jako zbrodniarz wojenny był ścigany listem gończym i gdzieś przepadł, co sprawiło, że podczas naszego pobytu w Mitterbergu matkę nagle aresztowano, do dzisiaj nie wiem dlaczego. Może nawiązała kontakt z ukrywającym się mężem i jakoś mu pomagała, zaopatrywała go w pieniądze, odzież albo jedzenie, chociaż sami mieliśmy tak niewiele. Jak się później dowiedziałem, ojciec przez jakiś czas rzeczywiście kręcił się w pobliżu naszego miejsca pobytu, znał tę okolicę ze swoich wcześniejszych wędrówek i wypraw narciarskich, całkiem więc możliwe, że odwiedzał nas nocą. Ja jednak zupełnie tego nie pamiętam, matka też nigdy o tym nie opowiadała. Jej aresztowanie wprawiło nas, dzieci, moją siostrę, brata i mnie, w poczucie rozpaczliwej niepewności. Pewnego dnia przyjechali jeepem dwaj funkcjonariusze policji kryminalnej po cywilnemu i zabrali matkę. Wydaje mi się, że pamiętam, jak siedziała na tylnym siedzeniu w otwartym aucie i do nas machała, a my, płacząc, staliśmy przed domem i patrzyliśmy za oddalającym się samochodem. Możliwe jednak, że tak mi to opowiadano albo że sam wszystko zmyśliłem, chcąc złączyć w całość różne opowieści. Kto opiekował się nami przez następne tygodnie – miałem wtedy cztery lata, brat sześć, siostra dziewięć – tego nie wiem. Przypuszczalnie chłopka, u której nas zakwaterowano, kobieta serdeczna, gotowa do pomocy i o wielkim sercu, albo sąsiedzi, Niemcy, ewakuowani tak jak my. Matka opowiadała później z wyraźną dumą, pomieszaną z oburzeniem, że w Grazu dzieliła celę z prostytutkami. Wesołe panienki podobno jednak życzliwie ją traktowały i dzięki ich dobrym radom i humorowi bez uszczerbku przetrwała ten krótki czas w areszcie śledczym. Także nas, dzieci, bieda i ogólna niepewność mocno dotknęły. Czasami podobno cierpieliśmy głód, nasze ubrania były ciągle za małe, zwłaszcza obuwie, i często łatane, a warunki życiowe w Mitterbergu, pod wieloma względami bardzo proste, by nie powiedzieć prymitywne, bardzo się różniły od tych w naszej willi w Linzu.

Kiedy jednak dzisiaj myślę o tamtych czasach, o samotnej zagrodzie, gdzie nas zakwaterowano, rodzinie, która udzieliła nam schronienia, chłopskich dzieciach, towarzyszach naszych zabaw, budzą się we mnie pozytywne uczucia. Wydaje mi się wtedy, że mógłbym przeżyć to wszystko jeszcze raz. Nawet tego złego koguta, co któregoś dnia, bez wątpienia dlatego że lubiłem go drażnić, sfrunął mi na głowę, a następnie potraktował mnie bezlitośnie swoim ostrym dziobem, zanim krwawiąc i ze strasznym wrzaskiem, wpadłem do domu. Dzisiaj widzę to w łagodniejszym świetle. Teraz kogut ów jawi mi się jako wspaniały, kolorowy, dumny pięknie upierzony ptak, który co rano swym przenikliwym pianiem podrywał mnie ze snu. Z rodzeństwem zapuszczaliśmy się głęboko w las, zbieraliśmy jagody i grzyby, właziliśmy na drzewa i snuliśmy się w wysokiej trawie wokół domu, bacznie pilnując, żeby nie wejść w drogę potężnemu brązowemu bykowi, który, apatyczny i samotny, stał za ogrodzeniem na pastwisku i rzekomo łatwo wpadał w furię, gotów roznieść wszystko dookoła. To był krajobraz mojego dzieciństwa, i był cudowny. Z niczym nieporównywalny. Wesoły i pogodny. Prosty i niefrasobliwy.

 

Dzisiaj wiem, że tak go sobie wyobrażając, daję się nabrać mojej sfałszowanej pamięci, bo mój mały, ciasny świat w Mitterbergu wcale nie był beztroski, przeciwnie – okazywał się często nieprzyjazny i ponury. Ciemny, zasłonięty często chmurami i górujący nad doliną Anizy, górski masyw Grimming, który mieliśmy codziennie przed oczyma, trafnie to ilustrował – jako ponury obraz grozy. Ale żandarmów, którzy zjawiali się co jakiś czas, żeby wybadać, czy mój poszukiwany ojciec się u nas nie ukrywa, aresztowanie matki, mój lęk, niepewność oraz łzy – wszystko to wyparłem z pamięci i o wszystkim zapomniałem. Z całą pewnością musiałem intuicyjnie odczuwać strach oraz niepewność dorosłych, nie można sobie tego inaczej wyobrazić, mimo to z perspektywy czasu wydaje się, że wszystkie tego typu wspomnienia całkowicie się zatarły. Wmawiałem sobie, że nie było to wcale takie straszne i że dorośli w swych opowiadaniach o nędzy pierwszych powojennych lat na pewno przesadzają. Długo tkwiłem przy swoim, dziś wiem, że absurdalnym, wyobrażeniu, że takiej biedy i niedostatku, o których tak szczegółowo lubiła w późniejszych latach opowiadać moja matka, ja sam nigdy nie zaznałem. Żadnego głodu, zimna, lęków ani zmartwień. Wszystkie te przykre doznania od siebie odsunąłem, nie umiałem albo nie chciałem o nich pamiętać. W marcu 1947 roku, kiedy my mieszkaliśmy w samotnej zagrodzie niedaleko Mitterbergu, mój ojciec został zamordowany na przełęczy Brenner podczas ucieczki. Dowiedziałem się o tym dużo później, ale matkę powiadomiono o śmierci męża jeszcze w Mitterbergu. Jej rozpaczy, a kochała go ponad wszystko, nie pamiętam zupełnie. Nigdy nie kojarzyłem tego dramatycznego wydarzenia, które zmieniło całe moje życie, z pobytem w małej styryjskiej wiosce w dolinie Anizy. I do dzisiaj go nie kojarzę. Żaden cień nie powinien był zepsuć moich wyobrażeń o własnym dzieciństwie ani o krajobrazie, w którym się ono umościło.

Być może te doświadczenia sprawiły również, że uwrażliwiłem się na dwuznaczność słowa „krajobraz”. Przez długie lata z krajobrazem mojego wczesnego dzieciństwa łączyłem najpiękniejsze i najprzyjemniejsze wspomnienia. Później jednak zacząłem krytycznie odnosić się do naszej rodzinnej historii, zdałem sobie sprawę, że mojemu wyidealizowanemu spojrzeniu winne były przede wszystkim dziecięca naiwność i totalna niewiedza. Nagle cała ta okolica u stóp Grimmingu przestała wydawać mi się tak sielska i niewinna, a moje o niej wyobrażenie pokryło się głębokimi rysami. Mimo to krajobraz mojego dzieciństwa, nawet jeśli niekiedy z perspektywy czasu wydawał mi się niezgłębiony, nie miał nic wspólnego ze skażonymi kraj­obrazami, o których będzie tu później mowa. Mniej więcej w tym samym okresie dowiedziałem się, jakie znaczenie w nieodległej przeszłości przypisywano pojęciu „krajobraz” w języku narodowego socjalizmu. Już w XIX wieku tak zwani narodowi autorzy oraz teoretycy, geografowie i historycy podkreślali w swoich pismach uzasadnioną rasowo różnicę pomiędzy kształtującym krajobraz w rzekomo twórczy sposób niemieckim człowiekiem a jego słowiańskimi sąsiadami, ponoć ociężałymi słabeuszami, którzy według orędowników niemieckiej misji na Wschodzie bezczynnie koczują w nieurodzajnej i bagnistej puszczy, czekając tylko na to, by ich przejęli i ucywilizowali ambitni Germanie. Z tych pokrętnych teorii zrodziły się w narodowym socjalizmie wypędzenia i ludobójstwa. W oczach narodowosocjalistycznych projektantów krajobrazu, przygotowujących teoretycznie drogę do podbojów, krajobrazy Europy Wschodniej były na skutek kulturowego i cywilizacyjnego zacofania żyjących tam narodów – Słowian i Żydów – wyjałowione i spustoszone. Tak więc szlachetnym zadaniem Niemców stało się doprowadzenie tych rzeczy do porządku i przeobrażenie jałowych mokradeł oraz przepastnych borów w kwitnące ogrody. W tym sensie Niemcy czuli się powołani, by objąć w swoje posiadanie ziemie na Wschodzie.

Jako dobitny przykład takiej zamieszkałej przez Słowian i Żydów dziczy, którą musi podbić germańsko-niemiecki człowiek, by przekształcić ją zgodnie ze swymi „głębszymi życiowymi potrzebami”, można podać ogromne, prawie niezamieszkane obszary nad Prypecią na dzisiejszej Białorusi: bagna i zarośnięte sitowiem kanały oraz lasy, które niemieccy żołnierze od najgorszej strony poznali już podczas I wojny. Kiedy w czerwcu 1941 roku niemiecki Wehrmacht napadł na Związek Radziecki i z początku, pozornie bez trudu, dokonywał wielkich terytorialnych podbojów, pożądliwe spojrzenia berlińskich ekspertów od planowania przestrzeni skierowały się od razu ku tym w sam raz ich zdaniem nadającym się do zasiedlania terenom. Ale to, że do urzeczywistnienia tych planów konieczne było wypędzenie czy, pozostając przy języku nazistowskim, „wyplenienie” żyjących tam Białorusinów, Polaków i przede wszystkim Żydów, zdawało się zupełnie im nie przeszkadzać. Kształtowanie krajobrazu posłużyło za uzasadnienie, usprawiedliwienie ludobójstwa. Używanie przez nazistów owego pozornie neutralnego, ba, niewinnego słowa „krajobraz” jest ważnym – ale nie jedynym – powodem, żeby dzisiaj ostrożnie stosować ten termin i zawsze podchodzić do niego krytycznie.

Wiele krajobrazów już dużo wcześniej, jeszcze przed narodowym socjalizmem, utraciło swoją rzekomą niewinność – wskutek wojennych zdarzeń, które po dziesięcioleciach nadal łączymy z nazwą danej okolicy, mimo że ślady walk dawno już się zagoiły, zmarli zostali pochowani i zamienili się w popiół. Wystarczy pomyśleć o Ardenach, o Sommie, o dolinie rzeki Soczy, o zrytych szczelinami Dolomitach, o zielonych grzbietach Karpat, o wspomnianych wcześniej rozległych białoruskich bagnach nad Prypecią, o pagórkowatych okolicach Tarnowa i Gorlic na południu Polski, które nadały imię krwawej i obfitującej po wszystkich stronach w ogromne straty bitwie podczas I wojny światowej. Tamtejsze krajobrazy, zamienione w arenę militarnych potyczek, przez całe dziesięciolecia pozostawały spustoszone, z rozdeptanymi i rozoranymi łąkami, polami pełnymi głębokich kraterów i dołów, lasami tak bardzo zsiekanymi przez pociski, że długo jeszcze ku niebu sterczały jedynie gołe, pozbawione gałęzi pnie, niczym po gigantycznym, wszystko pustoszącym huraganie. To samo, w jeszcze większym szale wandalizmu i z zastosowaniem nowoczesnych technik, działo się podczas II wojny.

Europa pełna jest pól bitewnych, na których rozgrywały się żmudne walki pozycyjne, krwawe ofensywy i kontrataki, całe jej połacie stały się metaforami beznadziejnej walki i umierania. W zbiorowej pamięci te regiony to krajobrazy bitew, nad którymi do dzisiaj rozpościera się ponura aura śmierci. Takie uczucie towarzyszy mi, kiedy wędruję przez Beskid Niski albo Bieszczady w południowej Polsce, gdzie w pobliżu wsi, ale także na samotnych górskich grzbietach oraz halach, z dala od ludzkich osiedli, można się natknąć na małe, pięknie wkomponowane w kraj­obraz wojenne cmentarze z I wojny. Leżą tu w błogim spokoju, jeden obok drugiego, żołnierze wrogich armii, zjednoczeni po śmierci. Strzeżeni przez pobożne sentencje i patriotyczne wiersze. „Przyszliśmy z daleka szukać śmierci” – głosi napis na jednej z piaskowcowych tablic na cmentarzu wojennym nr 185 na wzgórzu o nazwie Gródek w miejscowości Lichwin w południowo-wschodniej Polsce. W Lichwinie leży dwustu siedemdziesięciu trzech Austriaków i trzystu czterdziestu jeden Rosjan poległych od grudnia 1914 do maja 1915 roku. „Żeby wasze młyny znowu mieli­ły, / żeby wasze oczy znowu zalśniły, / żeby wasze kosy znowu zadźwięczały, / żeby wasze kobiety znowu zaśpiewały, / żeby wasza strawa znów się gotowała, / żeby wasza dziatwa znowu rozkwitała. / Bóg tego chciał i tak kazał, / a my, polegli, zrobiliśmy, co przykazał” – czytamy na wielkim niczym kaplica głazie, na cmentarzu wojennym nr 160 w Tuchowie nad rzeką Białą, niedaleko Tarnowa. Groby Rosjan oznaczono podwójnym krzyżem, by uszanować ich prawosławną wiarę, Żydów – gwiazdą Dawida.

Takie miejsca pamięci znajdziemy w każdym zakątku Europy. Cmentarze bohaterów, pomniki, kolumny, obeliski, kamienie pamiątkowe. W miastach i na wsiach, na niegdysiejszych polach bitewnych, obok polnych dróg albo gdzieś w otoczeniu natury. Kształtują i naznaczają krajobraz, odciskają na nim swoje piętno. Przypominają o wielkich, ale także o licznych mniejszych, lokalnych wojnach oraz o starciach, w których ludzie oddawali życie dla kraju, dla swej ojczyzny, gdziekolwiek się znajduje, za prawo i wolność, za ludzkość, za honor, za sprawiedliwość, za tych, co w domu. Powodów, by pójść na wojnę albo raczej by być na nią wysłanym – żeby zabijać i zostać samemu zabitym, zakończyć marnie życie, żeby się udusić, spalić, utonąć albo być rozerwanym przez armatnie pociski, zostać zmielonym przez gąsienice czołgu – nigdy nie brakowało. Podobnie jak i patetycznych słów wysławiających śmierć. Rosyjskie, radzieckie, amerykańskie, niemieckie, angielskie, francuskie, belgijskie, polskie i czeskie cmentarze wojenne, pomniki partyzantów jugosłowiańskich, białoruskich, ukraińskich, bułgarskich i innych oraz bojowników ruchu oporu są świadectwem owej, wydającej się czasami niemal chorobliwą, kultury pamięci. Nie wolno pominąć przy tym miejsc poświęconych pamięci prześladowanych oraz zamordowanych, Żydów, Sinti i Romów oraz wszystkich innych ofiar nazistów, cywili różnych narodowości i języków, miejsc upamiętniających ofiary komunizmu, przede wszystkim stalinizmu, i tak dalej. Któż zdołałby policzyć takie cmentarze i pomniki w całej Europie? Niektóre przypominają o bitwach znanych nam już tylko z podręczników historii. Niedawno w Lipsku ponownie uroczyście otwarto pomnik Bitwy Narodów 1813 roku, monumentalną budowlę, wysoką na ponad dziewięćdziesiąt metrów i ważącą trzysta tysięcy ton. Wzniesiono ją na rok przed wybuchem I wojny światowej w miejscu, gdzie podczas wielkiej rzezi, która kosztowała życie sto tysięcy ofiar, zginęło najwięcej żołnierzy. „Bóg z nami” – głoszą wysokie niczym człowiek litery nad wejściem do tej budowli. Wielka wojna wyzwoliła prawdziwą lawinę takich miejsc upamiętnień. Tylko w Belgii znajduje się ponad sześćset cmentarzy wojennych z tamtych czasów, w Beskidzie Niskim i wokół Tarnowa, na stosunkowo małym terenie, jest ich ponad dwieście pięćdziesiąt. Cmentarze wojenne często prezentują się jako gigantyczne, już z daleka widoczne obiekty, istne miasta umarłych, z równo wytyczonymi, wypielęgnowanymi alejami, jak na przykład na Cmentarzu Bohaterów Tyne Cot w belgijskim Passendale[2], gdzie znajduje się dokładnie trzydzieści pięć tysięcy grobów Brytyjczyków, którzy polegli podczas I wojny światowej. Na cmentarzu żołnierzy niemieckich, którzy zginęli w czasie tej samej wojny, w Neuville-Saint-Vaast niedaleko Arras we francuskim departamencie Pas-de-Calais stoi około czterdziestu pięciu tysięcy krzyży. Miejsca upamiętnienia ofiar II wojny światowej są co najmniej tak samo liczne i imponujące. W każdej austriackiej miejscowości znajduje się pomnik z nazwiskami poległych w obu wojnach. Nazwisk pozostałych ofiar, Żydów, Romów i Sinti, członków ruchu oporu, homoseksualistów i innych pomordowanych, na tych pomnikach próżno by szukać. Chlubnych wyjątków jest naprawdę niewiele.

Żołnierskie cmentarze i pomniki to obecnie zabytki na turystycznych szlakach, miejsca spotkań weteranów i polityków, którzy składają tu kwiaty oraz wieńce i wygłaszają napuszone mowy w asyście wojskowych orkiestr. Dęcie w trąbki, bicie w werble, salwy honorowe. Starzy i młodzi koledzy stoją wyprostowani na baczność. Jednak cmentarze bohaterów mogą również dostarczać okazji do zaciekłych sporów, podczas których wciąż się wraca do historycznych konfliktów, lub przeciwnie – stają się one miejscami pojednawczych spotkań, na których dawni wrogowie podają sobie rękę. Od dawna organizowane są również turystyczne wyprawy śladami bitew, wędrówki przez miejsca potyczek, które znamy z historii, literatury czy też z opowiadań dziadków i weteranów. Niech państwo zobaczą na własne oczy słynne pole walki w Verdun! Proszę zwiedzić linie frontu wielkich bitew nad Soczą! Zapraszamy na wędrówkę wzdłuż frontu wschodniego I wojny światowej! Pamięć o wojnie i jej ofiarach jest starannie pielęgnowana i przechowywana, celebrowana oraz nierzadko sprzedawana. Bohaterowie i ich czyny nie powinni być zapomniani. Chcemy ich wiecznie wspominać. Pamięć o nich będziemy czcić po wsze czasy.

 

Jednak nie wszyscy. Nie zawsze i nie wszędzie wyznacza się miejsca pamięci w wolnej przestrzeni, dekorowane marmurem i ozdobami z kutego żelaza, z cyprysami i kwietnymi rabatami, cmentarze poleg­łych bohaterów, pomniki wojowników, z nazwiskami, datą urodzenia oraz śmierci, kaplice z wyczyszczonymi, starannie poukładanymi czaszkami i kośćmi. Co najmniej tak samo często zmarli byli grzebani gdzie bądź, na łąkach i polach, w leśnym ustroniu, w cichych zielonych gąszczach, o których Gottfried Keller opowiada w Zielonym Henryku, bezimiennie zagrzebani niczym padłe podczas zarazy bydło, żeby w ten sposób odebrać im prawo do jakiejkolwiek pamięci, skazać nawet po śmierci na bezimienność. Nie pochowano ich chociażby za murami cmentarzy, jak robiło się to wcześniej z samobójcami, którzy naruszyli boskie przykazania i powszechne normy, tylko gdzieś hen, hen daleko, na łonie natury, w krajobrazie. Bez nagrobnego kamienia, bez krzyża, bez żadnych innych znaków, bez księdza czy rabina, bez tablicy, na której wypisano by nazwisko oraz dwie daty, wykonywany za życia zawód oraz może jeszcze nabożną sentencję, żeby przechodnie wiedzieli, kto tu leży i za kogo powinni zmówić pacierz. Nie ma tam niczego, co przypominałoby o istnieniu tych ludzi, bo być nie może i nie powinno. Trzeba ich wymazać po wsze czasy. Skazuje się ich na zapomnienie, powierza wiecznemu milczeniu. Nikt nie będzie o nich pamiętał. Nikt nie powinien ich wspominać. Właśnie to mam na myśli, gdy mówię o skażonych krajobrazach. To krajobrazy będące miejscem masowych mordów, dokonywanych jednak w ukryciu, z dala od ludzi, często w ścisłej tajemnicy. Gdzie sprawcy po masakrze dokładali wszelkich starań, by zatrzeć ślady. Niewygodni świadkowie byli likwidowani, doły, do których wrzucano zmarłych, były zasypywane, wyrównywane, w wielu wypadkach znowu zazieleniane, starannie obsadzane krzewami i drzewami, żeby pozwolić zniknąć masowym grobom. Te miejsca są starannie ukrywane. Jak wiadomo, kamuflaż to sztuka, której uczą na wojnie. Żołnierz uczy się maskować, możliwie jak najlepiej, siebie samego oraz wojenną maszynerię, działo lub czołg, żeby dla przeciwnika były niewidoczne. Przeciwnik powinien myśleć, że ma przed oczyma tylko kraj­obraz, tylko las, tylko krzaki i nic więcej. Przeciwnika należy zmylić. Zatrzeć ślady i zatuszować. Podobnie jest z masowymi grobami. Mają się stać niewidoczne dla postronnych, zatopić w krajobrazie, być nim. Nic nie powinno wskazywać, że są tu pogrzebani ludzie. Niełatwa to sztuka. Żeby to osiągnąć, trzeba znać się na rzeczy oraz mieć talent do improwizacji, by podczas szukania odpowiednich miejsc zbadać i wyselekcjonować fachowym okiem odpowiedni teren. Czy jest w tej okolicy jakiś wąwóz, zagłębienie, rów, a może trudno dostępna polana, gęsty las, coś, co nadawałoby się do tych celów? Tacy sprawcy z reguły nie działają spontanicznie czy przypadkowo, dokładnie wiedzą, czego im potrzeba.

Chcą, by doły i pogrzebane w nich ciała zniknęły. Na zawsze. Często wymaga to iście ogrodniczej wiedzy. Które drzewa i krzewy najlepiej nadają się do zasadzenia na zasypanych rowach wypełnionych zwłokami i które na tyle szybko rosną, żeby zatrzeć przypadkowe ślady? Oczywiście trzeba, w miarę możliwości, wybierać naturalne dla tego środowiska rośliny, ponieważ inne mogłyby dopiero naprawdę ściągnąć uwagę na to miejsce. W niemieckich obozach zagłady we wschodniej Polsce, Treblince i Bełżcu, w miejscach, gdzie pogrzebano szczątki ofiar, najpierw zaorano ziemię, jak to robi chłop, gdy szykuje ją pod zasiewy, a potem wysiano na niej łubin, zwany u nas także wilczą fasolą, oraz zasadzono młody las. A konkretnie sosny, bo dobrze radzą sobie na piaszczystym gruncie. „Zalesianie”, tak się to nazywa. Zalesianie jako kamuflaż. Dokładna liczba ofiar nie jest znana. W Bełżcu według szacunków zamordowano pięćset tysięcy Żydów, nieznaną liczbę Polaków i Romów, w Treblince – co najmniej osiemset tysięcy. W innych miejscach postępowano podobnie, metody i sposób zalesiania dopasowywano do topografii terenu i właściwości gleby. Takich lokalizacji, w których mordercy i ich pomocnicy zamieniali się w ogrodników oraz architektów krajobrazu, jest dużo w środkowej oraz we wschodniej Europie, na Wschodzie znacznie więcej niż na Zachodzie.

Skażone krajobrazy znajdują się oczywiście nie tylko w Europie, ale także w innych częściach świata – w Afryce, Azji, Ameryce Łacińskiej. Są wszędzie, gdzie dokonywano masowych mordów i gdzie sprawcy od razu grzebali zwłoki albo ukrywali je w inny sposób. Na przykład w latynoamerykańskich dyktaturach praktyką powszechnie stosowaną przez państwowe siły bezpieczeństwa albo reakcyjną milicję było wywożenie i torturowanie ofiar, a potem pozbywanie się ich w nieznanych miejscach.

W Ameryce Łacińskiej liczbę zaginionych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia tak zwanych Desaparecidos organizacje obrony praw człowieka szacują na mniej więcej trzysta pięćdziesiąt tysięcy. Moim zamierzeniem jest mówić tu tylko o wydarzeniach w Europie, konkretnie w Europie Środkowej i Wschodniej, o terenach, które znam, bo tam byłem i dysponuję materiałami na ich temat. Postanowiłem ograniczyć się do XX wieku. Mógłbym bez trudu rozciągnąć ramy czasowe i sięgnąć w dalszą przeszłość, ale krótki wiek XX, by użyć tu określenia angielskiego historyka Erica Hobsbawma, dostarcza więcej niż dostatecznie dużo materiału do moich rozważań. Niestety.

Niektóre miejsca, mimo usilnych starań sprawców, by usunąć je z powierzchni ziemi i tym samym z ludzkiej pamięci, właśnie dzięki ich działaniom są znane. Tak się stało na przykład w Babim Jarze niedaleko Kijowa, gdzie funkcjonariusze grupy operacyjnej policji bezpieczeństwa oraz wywiadu politycznego SS w ciągu kilku dni rozstrzelali i wrzucili do pobliskiego wąwozu ponad trzydzieści tysięcy Żydów. Babi Jar budzi dziś prawie takie same skojarzenia jak Auschwitz czy Treblinka. Pochodzący z Syberii radziecki poeta Jewgienij Jewtuszenko w 1961 roku wywołał skandal wierszem zatytułowanym Babi Jar. W Związku Radzieckim nie wolno było mówić ani pisać o mordowaniu Żydów, tymczasem wiersz Jewtuszenki zaczyna się od słów: „Żaden pomnik nie stoi w Babim Jarze”. Miejsca takie jak Babi Jar już nigdy nie otrząsną się z tego, co w nich zaszło. Nie ma tu powrotu do normalności. Nie wypada budować ośrodków turystycznych, stawiać hoteli wellness, urządzać parków rozrywki lub otwierać pól golfowych. Takie miejsca już na zawsze zostały naznaczone stygmatem historii.

Dotyczy to również wsi Katyń niedaleko Smoleńska, gdzie w kwietniu i maju 1940 roku plutony egzekucyjne sowieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zamordowały tysiące polskich oficerów. Podobne akcje odbyły się też w tym samym czasie w innych miejscach. W sumie na rozkaz sowieckich władz rozstrzelano w ciągu kilku tygodni około dwudziestu pięciu tysięcy Polaków, głównie oficerów, ale także intelektualistów, nauczycieli i policjantów, jak choćby pod Kalininem (obecnie Twer) czy w lasach niedaleko Charkowa na wschodniej Ukrainie. Egzekucji dokonywano bez prawdziwego sądu i bez wyroku. Na rozkaz Stalina. Zwłoki zaraz potem wrzucano do wykopanych uprzednio dołów. Polskich oficerów mordowano w wielu miejscach, ale w pamięć zbiorową najmocniej wrył się Katyń. Miejsce to jest obecnie symbolem wszystkich zbrodni na Polakach dokonanych przez Stalina i jego pomocników, ale również symbolem odmowy rzetelnego wyjaśnienia tych czynów przez rosyjskie władze, czego domagają się potomkowie ofiar. We wszystkich tych wypadkach zwłoki grzebano gdzieś w terenie, bezimienne groby zrównywano z ziemią i upodabniano do otoczenia, żeby nikt ich nie znalazł. Żeby zlały się z krajobrazem. W Babim Jarze i w Katyniu stoją dzisiaj pomniki upamiętniające tamte wydarzenia, ale w wielu innych miejscach nie ma niczego, żadnego pomnika, żadnej tablicy czy krzyża.

Na Zachodzie nieznane są szerzej Kuropaty, nazwa leśnego obszaru na obrzeżach Mińska, stolicy Białorusi. To tu, w uroczysku liczącym trzydzieści hektarów, pomiędzy 1937 a 1941 rokiem, w ramach masowych represji skierowanych przeciwko białoruskim intelektualistom i patriotom, NKWD rozstrzelało dziesiątki tysięcy cywili. Białoruski historyk i aktywista polityczny Zianon Pazniak, który przyczynił się wydatnie do odkrycia i upublicznienia wydarzeń w Kuropatach, uważa, że w lasach pod Mińskiem rozstrzelano i pogrzebano prawie dwieście pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Oficjalne białoruskie źródła mówią o siedmiu tysiącach ofiar. Dwieście pięćdziesiąt czy siedem tysięcy – prawdy przypuszczalnie nie poznamy nigdy. W sumie w Kuropatach zlokalizowano do tej pory ponad pięćset zbiorowych grobów. Podobnie jak w Bełżcu i w paru innych miejscach na grobach zasadzono młode drzewa. Postępowanie sprawców zawsze i wszędzie jest takie samo. Zatrzeć i zamaskować. Bezimienni umarli mają zniknąć raz na zawsze wraz z kryjącymi ich ciała grobami. Na ślad mogił w Kuropatach natrafiono dopiero w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia; do dzisiaj są one przedmiotem zaciekłych sporów pomiędzy białoruskim reżimem, który wolałby przemilczeć komunistyczne zbrodnie oraz jak najbardziej zmniejszyć liczbę ofiar, a białoruską opozycją, żądającą całkowitego wyjaśnienia tych wydarzeń oraz wskazania winnych. Tak długo, jak białoruskie władze nie udostępnią dokumentów na temat wydarzeń w Kuropatach, nie będzie można policzyć i zidentyfikować ofiar.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?