Detroit

Tekst
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pięć lat później czarni przejęli polityczną kontrolę nad Detroit, wybierając na pierwszego czarnego burmistrza miasta Colemana Younga. Mściwy, inteligentny i zaopatrzony w wyjątkową umiejętność odwracania kota ogonem Young zasłynął z mowy inauguracyjnej, jaką wygłosił w 1974 roku:

Zwracam się z ostrzeżeniem do wszystkich dilerów, wszystkich zdzierców, wszystkich bandytów. Czas wam opuścić Detroit. Ruszajcie w drogę na Eight Mile. Gwiżdżę na to, czy jesteście czarni, czy biali; czy nosicie fantastyczne garnitury, czy niebieskie mundury ze srebrnymi odznakami. Ruszajcie w drogę.

Biali, którzy jeszcze tu pozostali, zrozumieli, że Young radzi im, aby się wynieśli. I tak też zrobili.

Detroit osiągnęło wyż demograficzny w latach pięćdziesiątych, gdy liczyło niemal milion dziewięćset tysięcy ludzi, z czego osiemdziesiąt trzy procent stanowili biali. Teraz w Detroit mieszka niecałe siedemset tysięcy osób, z czego dziewięćdziesiąt procent to czarni. I jest to jedyne amerykańskie miasto, w którym liczba mieszkańców przekroczyła milion, a później spadła poniżej tego progu.

– Czarni chcieli wydostać się z getta, a teraz całe miasto stało się gettem – stwierdziła niebieskowłosa barmanka w stowarzyszeniu weteranów, która wtrąciła się w naszą rozmowę, spodziewając się, że znajdzie w nas życzliwych słuchaczy. – Young zrujnował to ­miasto.

Z szafy grającej ktoś puścił Merle’a Haggarda. Spojrzałem na mojego brata, który nie gardził dobrą barową bójką. Już od dosyć dawna nie byłem w takiej spelunie; ostatnio było to wtedy, gdy przyjechałem do domu na święta, i zresztą był to dokładnie ten sam bar. Wówczas nas wyproszono, ponieważ dopuściłem się profanacji, nazywając jednego z bywalców pierdoloną podróbką weterana wojennego. Najwyraźniej przeklinanie było tu absolutnie zabronione, ale udawanie, że brało się udział w zagranicznych działaniach wojennych, było tylko drobnym wykroczeniem.

Frankie uśmiechał się do barmanki.

– Myślę, że to zależy od tego, z kim porozmawiasz – powiedział, lekceważąco machając papierosem. – I od tego, po której stronie Eight Mile staniesz. Czarni mogą uważać, że to ty zrujnowałaś to miasto, wyprowadzając się z niego, uprzednio nie posprzątawszy swojego bałaganu.

Zapadła cisza. Słychać było tylko starego dobrego Merle’a.

– „Nie będziemy na Main Street palić naszych kart powołania…” – śpiewał.

OGIEŃ

Tym, co świadczyło o upadku miasta, nie były tylko skandal seksualny i polityczne zepsucie; Detroit znajdowało się również na skraju bankructwa. Latarnie uliczne były zepsute albo z niewiadomych powodów powyłączane. Nie wywożono śmieci. Ścieki cofały się do domów, zalewając wszelkim paskudztwem całe ulice. Karetki były totalnie zajeżdżone i czasami nie pojawiały się przez kilka godzin od momentu wezwania. Samochody policyjne miały przynajmniej dziesięć lat. Tymczasem Kilpatrick z żoną wozili się kosztownym cadillakiem escalade, kupionym za pieniądze podatników najbiedniejszego miasta w kraju.

By zaoszczędzić pieniądze, burmistrz usiłował wprowadzić cięcia w zawalonej pracą i nękanej nieustannymi kłopotami straży pożarnej. Pewnego ranka siedziałem w sennym newsroomie i słuchałem ciszy, tylko od czasu do czasu przerywanej stukaniem klawiatury któregoś z redaktorów. Czytałem artykuł w porannym wydaniu „Free Press”. Mowa tam była o tym, że burmistrz dał do zrozumienia, jakoby praca naszych strażaków miejskich była jedną wielką lipą i składała się głównie ze spania i wcinania steków, czasami tylko przerywanego wyjazdem do jakiegoś pożaru.

W latach, gdy pracowałem dla „Timesa” i sporo czasu spędzałem w Strefie Zero, wiele nauczyłem się o strażakach i wiedziałem, że są to jedyni ludzie na tej ziemi, którzy jeszcze w czymkolwiek przypominają kowbojów. No bo spróbujcie sobie wyobrazić człowieka, który z własnej woli zechciałby wbiec do płonącego budynku. Strażacy mają ograniczone horyzonty kulturowe i kiepski styl wypowiadania się, ale także masę historii, którymi niemal nikt nie ma ochoty się zajmować; aż do momentu, gdy nadejdzie katastrofa.

Wiedziałem, że tym komentarzem w gazecie Kilpatrick zrobił sobie tysiąc wrogów w ciężkich butach. Założyłem kurtkę i poszedłem spotkać się z moim człowiekiem.

– Jeśli burmistrz uważa, że praca w wozie strażackim jest taka łatwa, to powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił – powiedział Dan McNamara, przewodniczący związku zawodowego strażaków. McNamara był typowym wielkomiejskim szefem związków, wyszkolonym – jak można było sądzić po jego zachowaniu – na kursach negocjacji prowadzonych pod hasłem pocałuj-mnie-w-dupę. Siwowłosy i wąsaty, zasiadał za wielkim biurkiem. Złączone palce jego rąk układały się tak, że kształtem przypominały kryształ lub pochwę. – Załatwię to tak, żeby ta cipa mogła naprawdę po­pracować.

– Tak zrobię – odpowiedziałem.

– Zrobisz co?

– Powiem mu, że jest cipą, a potem przejadę się z wami na pace.

McNamara uśmiechnął się pod wąsem.

Zawiózł mnie na East Side, w rejon strażaków z drużyny trzeciej, pracujących w remizie oznaczonej numerem dwadzieścia trzy. Zatrzymaliśmy się przy jednej z przecznic osiedla, na którym – jak pola na szachownicy – znajdowały się na przemian niezamieszkane i spalone domy. Przypominało to uzębienie narkomana, który od lat leci na mecie.

W połowie ulicy stały trzy wozy, a między nimi kręcił się jakiś tuzin strażaków, pracujących przy gaszeniu pożaru opuszczonego domu. Płonący budynek stał tuż obok zamieszkanego przez starszą kobietę małego, schludnego domku w stylu Cape Cod.

Oficer dowodzący nazywał się Mike Nevin. Był to pełen energii facet, który podczas akcji dawał z siebie wszystko. Miał nos jak kartofel i okropną fryzurę na czeskiego piłkarza – z przodu krótką, a z tyłu tak długą, że wyobrażałem sobie, jak na tę czuprynę spada iskra, a jego głowa zajmuje się ogniem jak wielki stóg siana w kolorze blond.

Od razu zauważyłem, że Nevin należy do facetów, którzy nie znoszą pierdolenia głupot i nie biorą jeńców; że jest przywódcą, za którym ludzie instynktownie rzucają się w wir walki. Jednak gdy popatrzyłem na wyposażenie oddziału – nadtopione hełmy, dziurawe buty i kurtki pokryte tak grubą warstwą sadzy, że ubrani w nie mężczyźni wyglądali jak wielkie zapałki – ci faceci wydali mi się garstką steranych żołnierzy, rzuconych na jakiś zapomniany przez Boga i ludzi front. Walczyli na wojnie, której nie sposób było wygrać i która zbierała obfite żniwo. Bo Detroit płonęło nieustannie. Stało w ogniu, którego nie dało się powstrzymać.

– Odwaliliście dobrą robotę, chłopcy – powiedział Nevin swojemu oddziałowi. – Udało nam się uratować dom tej staruszki. Co oznacza, że prawdopodobnie uratowaliśmy ją przed schroniskiem dla bezdomnych. Ta pani zaprasza nas na obiad.

Robiłem notatki. W pewnym momencie jeden ze strażaków, duży facet z wygoloną na łyso i poplamioną sadzą czaszką, trącił mnie w ramię.

– Masz na imię Charlie?

– Tak – odpowiedziałem, zaskoczony tym, że w tym mrocznym zakątku miejskiej pustyni ktoś mnie rozpoznał.

– Jestem Dave. Chodziłem do szkoły z bratem twojej żony. Pamiętasz mnie?

Powiedziałem, że pamiętam. Kiedyś gdzieś dawno temu upiliśmy się razem. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

– Cóż, witamy w domu. Takim, jaki jest naprawdę.

– Co tu się, do cholery, stało?

Wzruszył ramionami z miną w stylu gdybym-tylko-wiedział.

– Wolę się nad tym wszystkim nie zastanawiać. Pracy nie brakuje. Tyle wiem i tyle mi wystarczy.

Podszedł do nas Nevin.

– A więc chcesz zostać strażakiem? – zapytał.

– Nie, chcę tylko popatrzeć. Zobaczyć to, na co patrzycie wy. Co się tutaj stało? – zapytałem.

W ręku trzymał plastikowy kanister na benzynę.

– Podpalenie – odpowiedział. – W tym mieście podpalenia zdarzają się nieustannie. Tysiące rocznie, bracie. W Detroit jest straszna bieda, a ogień wychodzi taniej niż kino. Kanister benzyny kosztuje trzy pięćdziesiąt, a bilet na film osiem dolców. Poza tym w Detroit właściwie nie ma już kin, no więc kurwa… Ludzie podpalają najbliższy pusty dom i zasiadają na swojej pieprzonej werandzie. Piją najtańszego sikacza, rozpalają grilla i się cieszą, bo to świetna, kurwa, rozrywka. To nie do wiary. A ta staruszka, która mieszka obok, nie ma ubezpieczenia. Gdy i jej dom zajmie się ogniem, zostanie bezdomna i wkrótce umrze cała kolejna pierdolona ulica.

Wszystko to sobie zapisałem. Wiedziałem, że to dobra historia.

Parę dni później wróciłem do remizy, by wejść w to wszystko głębiej; czułem się jak korespondent wojenny, śledzący oddział ­marines na jakimś zadupiu w Afganistanie. Załadowaliśmy się na wóz i ruszyliśmy w drogę. Jechałem między innymi z Jimmym Montgomerym, niskim i bardzo pobudliwym białym facetem; Waltem Harrisem – najlepszym kumplem Jimmy’ego, krzepkim i wygadanym czarnym gościem, który dorabiał na boku jako pastor baptystów; oraz Jeffem Hammem, który na drugim etacie pracował jako pielęgniarz.

Zmierzchało i padał lekki deszcz. Wydawało się, że wieczór jest jakby oleisty. Nevin spoglądał przez okno nieobecnym spojrzeniem, które sięgało wiele kilometrów w dal.

– Po co ja w ogóle przyłaziłem do pracy? – powiedział w moją stronę. Siedział z przodu, na siedzeniu pasażera. Staliśmy na czerwonym świetle, a Nevin przyglądał się facetowi w kurtce z kapturem, który stał obok samochodu i palił skręta. – Wiesz, jak wygląda ta praca tutaj, w mieście? Jest jak te głupie czarno-białe filmy, które chłopcy posyłali z Wietnamu. Pierdoleni, głupi żołnierze machają do kamery: „Hej, mamo, wszystko fajnie. Wszystko jest w porządku”. Wiesz, o co chodzi? Za nimi leży stos ciał, a oni siedzą, palą skręty i grają w karty. „Hej, mamo, kocham cię. Zobaczymy się za osiem miesięcy”. Chodzi mi o to, że to jest przejebane. Ktoś z tego wozu na pewno zostanie poważnie ranny i to raczej wcześniej niż później. To miasto płonie całymi dniami i nocami, a my mamy gówniany ekwipunek. Popatrz choćby na te buty. I każdy ma to w dupie.

 

Wsadził palec do dziury w podeszwie.

– Ktoś zginie, to tylko kwestia czasu, wiesz? To tylko kwestia czasu, bo tak się nie da działać.

Za kółkiem siedział pastor Harris i chichotał. Gdy skręciliśmy w boczną ulicę, musieliśmy się zatrzymać, bo właśnie odbywał się tam handel narkotykami. Na środku uliczki stał samochód, a diler dokonywał transakcji przez okno, nie wysiadając z pojazdu.

– Popatrz na to gówno – mówił dalej Nevin, obserwując bladą twarz oddalającego się narkomana. – Popatrz na tego faceta. Nikt o nim nie pamięta. Nawet on sam o sobie zapomniał. To smutne. Co mu innego zostało? Mówią o Nowym Orleanie i huraganie Katrina. Tam pomagają, ale tutaj nikt nas nie uratuje; nie ma co czekać na zrzuty z pomocą humanitarną. Nie ma żadnego sensownego planu przesiedleń ani pieniędzy na odbudowę. Takich ludzi, jak ten tutaj, zostawia się samym sobie, więc co innego mu zostało?

Nevin wychował się w tej okolicy. Jego dziadek, litewski imigrant, klepał zderzaki samochodowe w zakładach Packarda. Ojciec Nevina urodził się parę przecznic obok remizy i po trzydziestu latach służby w straży pożarnej przeszedł na emeryturę. A teraz pracował tam Nevin, wraz z innymi chłopakami starając się ochronić tę dzielnicę odpadów i zamieszkujących ją ludzi przed wypaleniem do gołej ziemi.

– Kocham to miejsce, tę dzielnicę, tych ludzi – mówił. – Jestem wściekły na tych przy władzy, którzy powinni się tym wszystkim dobrze zająć, a tego nie robią.

Przy cmentarzu ewangelickim zawróciliśmy i skierowaliśmy się z powrotem do remizy. Zauważyłem maszynę do robót ziemnych, która – zamiast opuszczać trumny do ziemi – jedną z nich wyciągała na powierzchnię.

– Co tam się dzieje? – zapytałem.

– Usuwają zmarłego – odpowiedział Harris bez cienia ironii. – Zabierają go na przedmieścia.

– Nie, to nie może być prawda – powiedziałem. Czyżby strażacy robili sobie żarty z łatwowiernego reportera?

– Jak nie chcesz, to nie wierz – powiedział Harris.

Zanotowałem sobie, by później to sprawdzić.

Sam Harris przeprowadził się na przedmieścia, do Sterling Heights, bo okolica na północ od Warren czy Eight Mile nie wydawały mu się dobrym miejscem do wychowywania dzieci. Choć to w centrum mieszkali ludzie, których kochał, zdecydował się żyć wśród białych sąsiadów, którzy mieli z nim – w­prowadzającym się na ich terytorium czarnym – ­pewien ­problem.

– Wychowywanie dzieciaków w mieście stało się zbyt trudne. Gdy się wprowadziłem do mojej dzielnicy, na początku miałem poczucie, że mnie tam nie chcą – tak Harris wspominał pierwsze doświadczenia jedynego czarnego człowieka na całej ulicy. – Ale gdy mnie poznali, sytuacja się poprawiła.

Harris minął Kirby Street i skierował wóz w lewo na East Grand Boulevard. Remiza znajduje się we wschodniej części centrum miasta, obok wielkiego wraku zakładów samochodowych Packarda. Zamknięto je w 1956 roku, ale do dziś nikt nie miał czasu ani ochoty ich zburzyć. Pozostało ćwierć tysiąca hektarów ruiny przemysłowej, na których toczą się niebezpieczne zabawy w kotka i myszkę. W poszukiwaniu metalu, który można by sprzedać na złom, często zapuszczają się tu śmieciarze. Czasami podpalają część budynków. Gdy tylko strażacy sumiennie ugaszą pożar, śmieciarze wracają, by zabrać ślicznie oczyszczone przez ogień dźwigary czy inne metalowe elementy konstrukcji, z których zbudowany jest szkielet zabudowań. Już z wozu dostrzegałem dziurawe dachy, wybrakowane ściany, wielkie na kilkanaście metrów dziury w ziemi i rosnące w środku budynków drzewa. Całość wyglądała jak – gigantyczne i zżerane rakiem – dziwaczne atrium.

– Jakbyśmy pracowali na zlecenie pieprzonych złomiarzy – powiedział Nevin.

Nadziemny pasaż prowadzący nad Grand Boulevard, łączący południową część zakładów z ich częścią północną, zdobił napis. Brakowało w nim kilku liter. W tej wybrakowanej postaci układał się w całkiem adekwatne epitafium dla miasta: MO OR CITY ­IN U TR L PARK[7].

Remiza znajduje się tuż obok. W środku stoi dzbanek z nieustannie gotującą się kawą, wokół którego gromadzą się mężczyźni oczekujący na kolejne wezwanie. Rzadko udaje im się dopić kawę do końca, nim znów muszą wsiąść do wozu.

Radio bez przerwy pobekuje, jak cierpiąca na kolkę owieczka, tułająca się po mieście, które wiecznie stoi w płomieniach.

– Szesnastka, odezwijcie się.

– Szesnastka uszkodzona – słychać odpowiedź.

Jimmy Montgomery wybucha śmiechem. Śmieje się za każdym razem, gdy słyszy coś takiego. Wychodzimy na zewnątrz i przystajemy na rogu ulicy. Wydaje się, że tutaj wszystko jest zepsute: od deski sedesowej w remizie po urząd miasta, który płaci za jej utrzymanie. Jimmy patrzy na dom po drugiej stronie East Grand Boulevard – ten, który zamiast dachu ma rozciągniętą niebieską plandekę. Patrzy na zielsko. Na porzucony samochód. Puste fabryczki, bary dla robotników i piekarnię, w której zwykł był ­kupować chleb, gdy siedemnaście lat temu zaczynał tę pracę.

W remizie strażackiej nawet alarm był zepsuty. A ponieważ nikt z centrali nie zawracał sobie głowy tym, by przyjechać i go naprawić, jeden z tutejszych chłopaków sam jakoś prowizorycznie go podłączył. Zbudował skomplikowane ustrojstwo złożone z wielu przemyślnie połączonych urządzeń o pierwotnie zupełnie innym przeznaczeniu.

Gdy do remizy przychodziło wezwanie, z drukarki wysuwał się termiczny papier faksowy, na którym zapisane były namiary na miejsce pożaru. Papier wyjeżdżał tak, że docierał do zawiasu drzwi i umieszczonej na nim śruby. Z kolei śruba dotykała podłączonej do prądu metalowej blaszki, którą podpięto do alarmu. W ten sposób obwód elektryczny zamykał się i dzwonek zaczynał dzwonić. A dokładniej mówiąc, z jego skrzynki wydobywało się coś w rodzaju beczenia.

Nadeszło wezwanie: pewien mężczyzna podłączył wąż ogrodowy do głównej instalacji gazowej budynku, ponieważ nie stać go było na to, by w inny sposób zapewnić ciepło swoim dzieciom. Gaz zaczął się ulatniać. Budynek eksplodował. Po trzech minutach strażacy byli na miejscu. Miejsce zdarzenia wyglądało jak malunek Hieronima Boscha – obraz ludzkiego zatracenia się w ogniu. Strażacy wyciągnęli z pożaru dzieci i odkleili od ramy okiennej bebechy ich ojca, który leżał rozwalony jak stara szmaciana lalka. Któryś ze strażaków wsiadł wraz z dziewczynką do karetki – jedną ręką zasłaniał oczy dziecka, a drugą podtrzymywał jego strzaskaną kość udową.

Tam, gdzie kiedyś stał dom, teraz widniał ziejący krater.

– Czy to się kiedyś skończy? – Nevin zadał to pytanie w powietrze, nie kierując go do nikogo konkretnego. Było to godzinę później, gdy palił tanie cygaro. Robił to tak nonszalancko, jakby masakra była dla niego czymś powszednim. – W tym mieście dzieci umierają dlatego, że są kurewsko biedne i nie są w stanie się ogrzać. Zapisz to w swoim pieprzonym notatniku.

Zapisałem to w moim pieprzonym notatniku.

Ośmiu mężczyzn wróciło do remizy z twarzami umazanymi błotem; byli brudni i zmęczeni. Nim jeszcze zdążyli zobaczyć, w jakim są stanie, znów zabeczał alarm. Tym razem chodziło o zwykły pożar jednego z sześćdziesięciu dwóch tysięcy opuszczonych domów w tym mieście. Strażacy wskoczyli do wozów i po kilku sekundach już byli w drodze. Pruli przez Mt. Elliott Avenue. Inni kierowcy nie zawracali sobie głowy tym, by zjechać im z pasa. Wycie syren było tu codziennym, nudnym utrapieniem.

Gdy strażacy przyjechali na miejsce, znaleźli zastawiony do kolacji stół. Na otwartej książce leżały okulary. Kredens zapełniały puszki i opakowania płatków kukurydzianych. Wyglądało to tak, jakby właściciel domu dwadzieścia lat temu wyszedł na spacer z psem i nigdy już nie wrócił.

To właśnie wtedy zacząłem sobie uświadamiać, kim naprawdę jest strażak z Detroit. Jest facetem, który musi jakoś zapanować nad okrutnymi zabawami Nerona.

Nagle zrozumiałem, że praca Nevina, Harrisa i całej ich strażac­kiej braci stawia ich w wyjątkowej sytuacji. Sytuacji świadków wielkiego odwrotu wielkiego miasta i walki o to, by uchronić zamieszkujących je żywych ludzi przed upadkiem w popielnik historii.

Problemy Detroit biorą swój początek w umysłowości jego mieszkańców z wczesnych lat osiemdziesiątych. Wtedy to z niewytłumaczalnych przyczyn miasto stawało w płomieniach każdego roku w noc poprzedzającą Halloween, zwaną Nocą Diabła. Następowała wtedy istna orgia podpaleń i wszelkich innych aktów wandalizmu.

W 1984 roku zanotowano osiemset dziesięć pożarów. To właśnie w tym momencie wariaci z całego kraju połknęli bakcyla ognia i Detroit stało się popularnym kierunkiem turystycznym dla wszelkich szaleńców i poszukiwaczy wrażeń. Dopiero teraz, gdy wróciłem do domu, przekonałem się, że również moja rodzina padła ich ofiarą.

Kwiaciarnia mojej matki mieściła się przy East Jefferson Avenue, głównej arterii miasta, biegnącej na wschód od centrum Detroit w stronę ekskluzywnych przedmieść Grosse Pointe.

Sklep stał na samym brzegu czarnego getta, w okolicy zamieszkiwanej onegdaj przez białych robotników. Szyby były zakratowane, a wnętrze – zasłonięte kwiatami – niewidoczne dla kogoś, kto zechciałby zajrzeć przez okno z ulicy. Była więc szansa, że uzbrojony napastnik nie dostrzeże, iż moja matka pracuje w środku sama, jak miała to w zwyczaju. I choć kilkakrotnie znalazła się na celowniku, wytrzymała w tej śmierdzącej dziurze wiele lat, jakoś ją utrzymując i walcząc o to, by – między jednym a drugim małżeństwem – samodzielnie wykarmić piątkę dzieci. Była jedną z tych osób, które w zupełnie irracjonalny sposób przywiązały się do tego miasta. I tak to wszystko trwało aż do pewnego jesiennego wieczora tuż przed Halloween, gdy to jakiś szalony facet podłożył pod kwiaciarnię ogień.

Musiał to zrobić jedynie dla zabawy, bo niczego nie ukradł. Moja matka była zszokowana bezsensem jego działania. Po co niszczyć bez żadnego celu? Po co palić budynek, dzielnicę, miasto? Matka naprawiła szkody, ale po jakimś czasie ktoś wybił w kwiaciarni okno, rzucając w nie cegłą. Matka wymieniła szybę. Ale tydzień później ktoś wrzucił do sklepu kolejną cegłę, znów tłukąc okno. Matka nie była w stanie tego pojąć i nie miała już siły podejmować kolejnych prób i starań. Odwróciła się plecami do Detroit i przeniosła kwiaciarnię w staroświeckie, zadbane i dobrze strzeżone przez policję okolice Grosse Pointe Park.

Całkiem niedawno pomyślałem, by odwiedzić ten stary sklep. Już go nie ma. Nie pozostało tam nic prócz sterty cegieł i odłamków tynku. Przekopując się przez gruzy, natrafiłem na kilka wypisanych ręką mamy faktur. Gdy dałem jej te papiery, przez chwilę tępo się w nie wpatrywała. A później wybuchnęła płaczem.

Kilka dni później znów pojechałem do remizy i znów wspiąłem się na pakę wozu strażackiego. Nevin starał się wszystko mi tłumaczyć, bym na pewno zdołał uchwycić sedno.

– Ludzie w Detroit są biedni, ale w większości dobrzy. Tutaj dzieją się rzeczy, których normalny człowiek nie jest w stanie kontrolować. Ci ludzie są głodni i nie mają pracy. Ani żadnej możliwości jej znalezienia. Oni tu po prostu tkwią. A dupki przy władzy, od Busha w Białym Domu po Kilpatricka w Manoogian Mansion[8], są zupełnie pozbawione kompetencji. To jest jakaś choroba narodowa – mówił.

Opowiedział mi o stosowanych wobec strażaków cięciach i reglamentacjach oraz o tym, że z powodu braków finansowych w budżecie miasta zlikwidowano dwadzieścia procent brygad. O tym, że strażacy sami muszą kupować papier toaletowy i środki czystości. O tym, że zmuszeni są nosić stare, pokryte sadzą mundury. Miasto usunęło nawet jakiś czas temu mosiężne ześlizgi i sprzedało je na licytacjach.

Gdy poprosiłem go, by spróbował ocenić całą tę sytuację w szerszej skali, powiedział, że problem jest dużo większy niż cała Rada Miejska.

– Gdy się dokładnie przyjrzeć, jest to boleśnie proste – powiedział Nevin. – Przenosi się fabrykę w nowe miejsce, ale nie bierze się ze sobą pracowników.

Podano obiad i pastor Harris, jak miał to w zwyczaju, rozpoczął modlitwę. Gdy skończyliśmy się modlić, chłopcy znów zaczęli zasypywać mnie historiami. Opowiedzieli mi między innymi o pewnym pechowym facecie, którego zdjęli kiedyś z linii wysokiego napięcia, na której dyndał jak ludzka piñata. Gość, zanim umarł, próbował odciąć jeden z przewodów, by sprzedać go handlarzom miedzi.

Kradzieże zdarzały się nawet w samych remizach. Ostatnio jeden ze strażaków przyrządzał dla wszystkich steki z ziemniakami, by mogli zjeść w pracy szybką kolację. Zanim zdążyli zabrać się do posiłku, dostali wezwanie. Gdy wrócili z akcji, zobaczyli, że kolację ktoś ukradł; całą, aż do ostatniego ziarenka groszku. Ze spiżarni zniknęły puszki fasoli i śmietanka do kawy. Skradziono także prywatnego pikapa jednego ze strażaków.

 

Parę dni wcześniej patrzyłem, jak płonie dom, pod który podłożyła ogień obłąkana kobieta. W tym samym czasie, gdy strażacy walczyli z pożarem, kobieta zakradła się do ich wozu i próbowała nim odjechać. Strażacy wezwali policję.

Usłyszeli odpowiedź: „Nie mamy wolnego radiowozu”.

Złapali więc ją sami, okryli płaszczem i trzymali aż do momentu, gdy zjawiło się dwóch śledczych wyznaczonych do sprawy podpalenia, którzy dalej się nią zajęli.

Nie zdążyliśmy skończyć kolacji. Dziwaczne alarmowe ustrojstwo znów rozbrzmiało. I znów, jak zawsze, mężczyźni szybko wskoczyli w mundury i do wozów.

Pożar wybuchł niedaleko, zaledwie kilka przecznic dalej. Dom był niezamieszkany i pusty; ostatni dom na całej ulicy. Na niezabudowanej działce po drugiej stronie stał traktor. Jeden ze strażaków wyjaśnił mi, że pewien farmer zamienił całą tę podupadłą okolicę w pole uprawne. Wszędzie wokół, pośród wysokiej trawy, stały wielkie stogi siana.

Gdy strażacy rozwijali wąż, nadjechała grupka czterech mężczyzn w minivanie. Mieli ze sobą aparaty fotograficzne. Dotarli tu, jeszcze zanim zjechały się wszystkie miejscowe wozy strażackie. Byli ubrani w kurtki z naszywkami oddziałów z różnych części kraju, co kazało mi uznać, że są to przedstawiciele centrali lub związków. Jeden z facetów jadł batonika.

– Jesteście strażakami? – zapytałem, wyciągając notatnik.

– Coś w tym stylu – odpowiedział groźnym tonem.

Zapytałem pastora Walta Harrisa, kim są ci goście.

Harris spoglądał na wysokie kupki siana ułożone przy sąsiedniej ulicy i czarnych staruszków, którzy powychodzili na ganki w samych szlafrokach. Później spojrzał na białych niedoszłych strażaków z ich śmiesznymi naszywkami.

– Jako że zdążyli tu przyjechać przed nami, to prawdopodobnie oni podłożyli ogień – powiedział. – Przyjeżdżają do miasta, wynajmują pokój w motelu i jeżdżą po okolicy. Nasłuchując przez CB-radio, czekają na pożar – wyjaśniał mi. – To mi łamie serce. To, co się tu dzieje, łamie mi serce. Każdy z naszych chłopaków powie ci, że oddałby wszystko, co ma, by pomóc mieszkańcom tego miasta. Jeśli będzie musiał, odda nawet swoje życie. To mi łamie serce.

Popatrzyłem na chujków z aparatami i ich naszywki straży pożarnej z New Jersey. Przydałoby się porządnie skopać im tyłki. Gdzie była policja? Gdzie był ktokolwiek?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?