Skąd się biorą dziury w serze? Historyjki dla ciekawskich dzieci

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

WARUM IST DIE BANANE KRUMM?

VORLESEGESCHICHTEN

FÜR NEUGIERIGE KINDER

© Ellermann Verlag GmbH, Hamburg 2010

All rights reserved

Ilustracje i projekt okładki

Dariusz Wójcik

Ilustracje w tekście

Heike Vogel

Redaktor serii

Anna Godlewska

Korekta

Irma Iwaszko

ISBN 978-83-7961-254-3

Warszawa 2013

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Spis treści

Dlaczego banany są krzywe?

Dlaczego dżdżownica nie ma nóg?

Które zwierzę jest najpotężniejsze?

Dlaczego samoloty umieją latać?

Dlaczego gwiazdy świecą?

Dlaczego niektórzy ludzie mają ciemną skórę?

Dlaczego dzięcioła nie boli głowa od stukania w drzewo?

Skąd się bierze sól w morzu?

Jak to jest być starym?

Skąd się bierze prąd w gniazdku?

Dlaczego jesienią liście spadają z drzew?

Dlaczego wypadają mleczne zęby?

Gdzie chowa się słońce, kiedy śpimy?

Skąd się biorą dziury w serze?

Skąd się bierze obraz w telewizorze?

Dlaczego niektóre ryby mogą utonąć?

Dlaczego niebo jest niebieskie?

Dlaczego po przebudzeniu zapominamy, co nam się śniło?

Gdzie jest wiatr, kiedy nie wieje?

Spis historyjek

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Dlaczego banany są krzywe?

„Super!” – cieszy się Tomek, bo siostra zostawiła gameboy w kuchni na stole. Karolina nie lubi, kiedy młodszy brat bierze sobie tak po prostu jej rzeczy. Dlatego chłopczyk musi najpierw ocenić sytuację. Spogląda na balkon. Trafiony! Siostra leży na leżaku i się opala.


Opalanie jest ostatnio ulubionym zajęciem Karoliny. Może to robić godzinami! W ogóle od kiedy poszła do gimnazjum, jest jakaś dziwna. Uważa się za niezwykle mądrą i strasznie dorosłą. A młodszego brata zaczęła nazywać Okruszkiem.

Ledwie Tomek rozpoczął grę, już siostra wchodzi do kuchni.

– Oddawaj gameboy! – krzyczy.

– Proszę, Karo… – błaga ją Tomek.

Ale dziewczyna pozostaje nieugięta. Chłopiec próbuje ją przekupić.

– A jeśli wyczyszczę klatkę Gucia?

Gucio to świnka morska Karoliny.

– Masz pecha, sama już to zrobiłam – odpowiada Karolina i odgryza wielki kęs banana. Nagle przestaje jeść, ogląda owoc z każdej strony i pyta: – Dlaczego banany są krzywe?


Tomek nie ma zielonego pojęcia.

– Szkoda – mówi Karolina. – Gdybyś to wiedział, pożyczyłabym ci gameboy na cały dzień.

Ale podła! To takie typowe dla Karoliny! Ale Tomek tak szybko się nie poddaje.

– A jeśli się dowiem?

– Ty, Okruszku-maluszku? Nie uda ci się!

– Umowa stoi?

– Stoi! – Karolina wrzuca skórkę od banana do kosza i dumnie kroczy w stronę leżaka. Tomek zastanawia się. Jak tu się dowiedzieć, dlaczego banany są krzywe? Może zapytać babcię. Babcia kocha przyrodę. Często chodzi do takiego ogrodu, gdzie jest dużo roślin.

Tomek sięga po słuchawkę telefonu. Nie musi długo czekać, babcia zgłasza się po dwóch sygnałach.


– Cześć, babciu. Pójdziesz ze mną do tego jakiegośtam roślinnego ogrodu? – pyta chłopiec.

– Ach, cześć, Tomku, masz pewnie na myśli ogród botaniczny? Od kiedy interesują cię rośliny? – dziwi się babcia.

– Od dzisiaj – odpowiada Tomek.

– Bardzo się cieszę! Już myślałam, że jestem jedyną miłośniczką kwiatów w tej rodzinie. Przyjdę po ciebie za godzinę. Na razie!


Tomek podchodzi do okna i niecierpliwie czeka na babcię. Karolina za żadne skarby nie może się zorientować, że się z nią umówił. Punktualnie, co do minuty babcia podjeżdża pod dom swoim małym autkiem. Chłopczyk natychmiast wybiega jej na spotkanie. Na klatce schodowej spotyka mamę, idącą z wielkim koszem pełnym upranej bielizny.

– A ty dokąd? – pyta mama zdziwiona.

– Idę z babcią do ogrodu botanicznego! Ale to tajemnica. Karolina nie może się o tym dowiedzieć!

I zanim mama zdąży się odezwać, Tomek wybiega na dwór.

W ogrodzie botanicznym chłopczyk szeroko otwiera oczy ze zdumienia. Ależ on jest ogromny! I ile tutaj szklarni! Szklarnia, gdzie rosną orchidee, kaktusiarnia, w której rosną same kaktusy, palmiarnia z palmami, pawilon roślin użytkowych i wiele, wiele innych. Czy wśród tylu pawilonów i roślin Tomek odnajdzie banany?

– Czy są tu banany? – pyta.

Babcia śmieje się.

– Na pewno gdzieś tu rosną. Ale dlaczego interesują cię właśnie banany? Głodny jesteś?

– Nie – odpowiada Tomek. – Ale muszę wiedzieć, dlaczego banany są krzywe.

Babcia znowu się śmieje.

– To mogłam ci powiedzieć przez telefon. Odpowiedź jest prosta: ponieważ wszystkie rośliny rosną w kierunku światła.

– Ale dlaczego rosną krzywo w kierunku światła? – chce wiedzieć Tomek.

– Skoro już tu jesteśmy, to najlepiej obejrzyjmy sobie bananowiec – proponuje babcia i zastanawia się. – Hm, w którym one mogą być pawilonie?

– Z pewnością w afrykańskim! – woła Tomek i już rusza w stronę pawilonu z roślinnością Afryki.

W pawilonie afrykańskim znajduje się wiele różnych roślin, ale nie ma wśród nich bananów. Babcia postanawia poprosić o pomoc pracownika pawilonu. To dobry pomysł. Ogrodnik zna się na roślinach i wyjaśnia:

– Wszyscy myślą, że bananów należy szukać w pawilonie afrykańskim. A przecież one rosną również w Indiach, Ameryce Południowej, Tajlandii, na Filipinach, a nawet w Chinach. A te banany, które kupujemy w naszych sklepach, pochodzą przeważnie z Wysp Kanaryjskich.

– To gdzie w końcu znajdziemy banany? – Chłopczyk zaczyna się niecierpliwić.

– W pawilonie roślin użytkowych – odpowiada ogrodnik. – To tuż obok.

W pawilonie z roślinami użytkowymi Tomek nie wie, co ma najpierw oglądać. Rosną tu nie tylko banany, ale również kakaowce, drzewa kauczukowe, ananasy, trzcina cukrowa, bawełna i orzeszki ziemne. Po prostu wszystkie te rośliny, które w jakiś sposób są wykorzystywane przez człowieka. I nagle, w gąszczu innych roślin, Tomek odkrywa bananowce. Mają do sześciu metrów wysokości!

– Ojej! – Chłopczyk jest pod wielkim wrażeniem.

Na niektórych bananowcach są kwiaty, z których później rozwiną się owoce, czyli banany. Na innych wiszą już maciupeńkie bananki, jeszcze całkiem proste. A na jeszcze innych są już banany podobnej wielkości jak te, które zna Tomek. I te owoce są krzywe, zakręcone do góry. Jednak nie są żółte, tylko zielone. Ale i duże, i małe rosną w wieńcach wokół łodygi. Każda roślina ma wiele takich wieńców ułożonych jeden nad drugim.

– Widzisz? – mówi babcia. – Jeśli banany by się nie zakrzywiały, to na te na samym spodzie nie padałoby światło słoneczne i nie mogłyby rosnąć. Po to więc, by każdy banan miał dość światła, muszą one w miarę wzrostu zakrzywiać się coraz bardziej do góry. I dlatego właśnie są takie krzywe, bo banany to prawdziwi miłośnicy słońca!

– Jak Karolina! – woła Tomek i śmieje się radośnie.


W domu chłopczyk wpada do pokoju Karoliny i woła:

 

– Banany są krzywe, bo rosną do światła!

Karolina dziwi się i pyta zaskoczona:

– A ty skąd to wiesz?

A co ją to obchodzi? Tomek mówi tylko:

– Cóż, Okruszki nie są takie głupie! A teraz daj mi gameboy.

– Ale tylko na jutro! – Siostra robi skwaszoną minę.

– W porządku – zgadza się Tomek. Bo na pojutrze i tak ma ciekawsze plany. Pojutrze znowu idzie z babcią do ogrodu botanicznego. A to jest o wiele bardziej interesujące niż granie na gameboyu!


Dlaczego dżdżownica nie ma nóg?

Marysia otwiera oczy. Jej wzrok pada najpierw na niebiesko-złotą urodzinową koronę z wielką piątką pośrodku. Raptem przypomina sobie: dziś ma przecież urodziny! Dzisiaj kończy pięć lat!

Szybko wyskakuje z łóżka i zakłada koronę. Sama ją zrobiła i jest z niej bardzo dumna. Nagle dociera do niej znajomy zapach. Tak pachnie jej ulubiona szarlotka! Marysia szybko zbiega po schodach. I rzeczywiście! Kiedy wpada do kuchni, mama właśnie wyciąga ciasto z piekarnika.


– Oj, pycha! – woła Marysia i z radości klaszcze w ręce.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, córeczko – mówi mama i podstawia jej pachnące ciasto pod sam nos. Ale zanim Marysia zdąży uszczknąć kawałeczek, mama szybko zabiera blachę z szarlotką. – To na przyjęcie dla twoich gości!

Już po chwili mama wyczarowuje pięknie zapakowane paczki i kładzie je na stole. A tata odkłada swoją ulubioną gazetę i zza zasłony w salonie wyciąga wielki długi pakunek.

– Najserdeczniejsze życzenia urodzinowe – mówi.

Marysia cieszy się. Tyle upominków. Co też może być w tych wszystkich paczkach? Najbardziej interesuje ją ten wielki prezent. Jednym ruchem zrywa z niego ozdobny, kolorowy papier i jej oczom ukazuje się siatka na owady.


– Och, jaka cudna! – woła Marysia. – Będę łapać motyle!

Potem rozpakowuje pozostałe prezenty. W pierwszym pakunku znajdują się lupa i pęseta. W drugim dwa pojemniki na owady. A w trzecim książka. W niej, na kolorowych obrazkach, przedstawione są żuki, gąsienice i motyle.


– To zestaw młodego badacza – wyjaśnia tata.

– Zestaw młodego badacza? – dziwi się Marysia.

– Tak – tłumaczy mama. – Możesz łapać owady i dokładnie je oglądać. A jeśli nie będziesz wiedziała, jakie zwierzątko złapałaś, sprawdzisz to w książce.

– Super! – Marysia biegnie z siatką na motyle do ogrodu. Mama i tata idą za nią, niosąc puszki, pęsetę, lupę i książkę.

Marysia rozgląda się. Ale w powietrzu nie widać żadnych motyli. Jedynym zwierzęciem jest gruby szaro-czarny kocur sąsiadów o imieniu Bruno. Wyleguje się leniwie na trawie w promieniach słońca.


– Zobaczmy, co się kryje w twojej sierści – mówi Marysia i bierze lupę. Bada nią dokładnie sierść kota. Zwierzakowi bardzo się to podoba, aż zaczyna mruczeć. Ale niestety, kot nie ma ani pcheł, ani kleszczy. A może na szczęście! Marysia zostawia kota – zawiedzionego, że nikt go już nie głaszcze – na trawniku i biegnie z lupą do grządki, na której rosną kwiaty. Zatrzymuje się przy rumiankach i krzyczy głośno: – Ooo! Ależ on strasznie wygląda!


– Co takiego? – pyta tata.

– Pająk! Zobacz! Kiedy patrzę przez lupę, jest ogromny!

Tata również spogląda przez lupę.

– Rzeczywiście. – Ogląda pająka z każdej strony i wcale nie zamierza oddawać lupy Marysi, tak mu się to spodobało. Teraz obserwuje ziemię na grządce. I po chwili odkrywa dżdżownicę.

– Szybko, podaj mi pojemnik, zanim znowu zniknie w ziemi – woła tata. Żeby temu zapobiec, podnosi zwierzątko z grządki. Dżdżownica szamoce się w jego palcach. – Musimy uważać na naszą małą przyjaciółkę, dżdżownice są bardzo pożyteczne w ogrodzie! – mówi tata.

– Jak to?

– One żyją pod ziemią i bez przerwy przekopują glebę, szukając pożywienia.

– A co jedzą? – pyta z ciekawością dziewczynka.

– Ziemię – odpowiada tata.

– Eeee! Przecież ziemia jest niesmaczna! – Marysia wykrzywia usta.

– Dżdżownicy ziemia smakuje. Znajdują się w niej różne drobne części roślin. I nimi odżywiają się dżdżownice. A ich odchody są bardzo dobrym nawozem, użyźniającym glebę – tłumaczy tata. – Ale to nie wszystko! Dzięki licznym tunelom, którymi poruszają się dżdżownice, ziemia staje się pulchniutka. A to dobrze wpływa na wzrost roślin, bo ich korzenie łatwiej sięgają do składników odżywczych.


Plask! Dżdżownica ląduje w pojemniku, który podała Marysia.

Tata obserwuje schwytane zwierzątko przez lupę. Dziewczynka też chce się przyjrzeć dżdżownicy.

– A gdzie ona ma oczy? – pyta zdziwiona.

– Wcale nie ma oczu – odpowiada tata. – I nie potrzebuje ich, ponieważ pod ziemią jest ciemno jak w nocy. Tak samo jest z kretem. On również mieszka przeważnie pod ziemią i nic nie widzi.

– A gdzie ona ma buzię? – chce wiedzieć Marysia.

– Jej usta są tak małe, że gołym okiem ich nie widać. Ale przez lupę możesz zobaczyć maciupeńki otwór.

– Rzeczywiście! – Dziewczynka nie może się nadziwić. – A dlaczego dżdżownica nie ma nóg? – dopytuje się.

– Żeby nie zmokły jej stopy, kiedy pada deszcz – żartuje tata i śmieje się. Marysia też się śmieje.

Mama potrząsa głową z rozbawieniem i mówi:

– Kiedy ma się nogi, trzeba również mieć szkielet. A dżdżownica go nie ma.

Marysia już wie, co to jest szkielet. U lekarza w przedszkolu stoi taki szkielet z plastiku. Nazywa się Felek. Marysia już mu kiedyś uścisnęła rękę i od tej pory nie boi się Felka.


– No tak, Felka u niej nie widać – woła teraz.

– Właśnie – potakuje mama. – My, ludzie, mamy szkielet z kości, mamy kręgosłup, który podpiera nasze ciało i łączy je z głową i kończynami. Nasz szkielet nosi nazwę szkieletu wewnętrznego, po prostu dlatego, że znajduje się wewnątrz ciała. Taki rodzaj szkieletu mają ludzie, ryby, ptaki, koty…

– …i Bruno! – woła Marysia.

Mama kiwa głową.

– Są też zwierzęta, które mają szkielet zewnętrzny. Jak na przykład raki, owady i pająki. Ale kiedy nie ma się żadnego szkieletu, nie można też mieć nóg. Bo na czym miałyby się one trzymać?



– A jak porusza się dżdżownica, skoro nie ma nóg? – pyta Marysia.

– Dzięki mięśniom. – Mama ostrożnie odwraca pojemnik. Dżdżownica wypada na grządkę. Jest chyba bardzo szczęśliwa, że poczuła znowu ziemię, bo ze wszystkich sił stara się uciec. Marysia obserwuje ją uważnie. Nagle dżdżownica robi się bardzo długa i bardzo cienka. Potem kurczy się i staje się krótka i gruba. I za każdym razem kiedy tak się dzieje, przesuwa się kawałeczek do przodu. A po chwili całkowicie znika w ziemi.

– Ojej, ależ ona ma mięśnie! – dziwi się Marysia.

– Ja też. – Tata z dumą napina bicepsy. – Mam też główkę nie od parady i wiem coś jeszcze.

Mama i Marysia słuchają z zaciekawieniem.

– Wiem, skąd pochodzi nazwa dżdżownica. Od staropolskiego słowa deżdż, jak kiedyś pisało się deszcz. Dżdżownica wychodzi z ziemi po deszczu, czyli po dżdżu. Kiedy pada, jej tunele wypełniają się wodą. I żeby się nie utopić, bardzo szybko wypełza na powierzchnię. To dlatego po deszczu widać tak dużo dżdżownic.

Teraz dziewczynka już wie, dlaczego dżdżownica nie ma nóg. I dowiedziała się wielu innych ciekawych rzeczy. Jak to dobrze, że mama i tata kupili jej na urodziny zestaw małego badacza. Marysia nie potrafi sobie wyobrazić bardziej interesującego prezentu. A kto wie, co jeszcze ciekawego odkryje?


Które zwierzę jest najpotężniejsze?

– Wstawaj! Pora do szkoły! – mówi mama, wchodząc do pokoju. – Dzień dobry, śpiochu.

Maciek z ciężkim sercem odsuwa kołdrę na bok.

Właściwie lubi chodzić do szkoły. Żeby jeszcze nie było w niej Kamila! Kamil chodzi do II a, tak samo jak Maciek. A ponieważ Maciek jest najmniejszy w klasie, Kamil nazywa go Krasnalem i popycha przy każdej nadarzającej się okazji.

Chłopiec zastanawia się przez chwilę, czy przypadkiem nie zaczął go nagle strasznie boleć brzuch. Ale z drugiej strony, wtedy musiałby cały dzień leżeć w łóżku i pić wstrętną rumiankową herbatkę. Już na samą myśl rzednie mu mina. Bo mama w takich wypadkach jest nieugięta. A właśnie dzisiaj tata przynosi z pracy do domu te wszystkie maleńkie zwierzątka żyjące w dżungli. Maciek nie może spędzić całego dnia w łóżku!


Tata Maćka jest mikrobiologiem. To taki człowiek, który bada maciupeńkie zwierzątka. Te stworzonka są tak małe, że nie widać ich gołym okiem. Ale kiedy ogląda się je pod mikroskopem, wtedy stają się olbrzymie. Mają długie włosy, czułki i pazury i wyglądają tak strasznie jak King Kong!


Nic dziwnego, że Maciek aż się pali, żeby zobaczyć te wszystkie potworki. Chłopiec ma już swój własny binokular. Dostał go w prezencie od taty. Binokular to urządzenie podobne do mikroskopu. Tyle tylko, że nie powiększa tak silnie jak mikroskop. Ale Maćkowi to wystarcza. Może przez binokular oglądać całe zwierzątka i rośliny z ogrodu, a nie tylko czułki czy odnóża, jak pod mikroskopem.


W domu Maciek zbadał już wszystko, co mu wpadło w ręce. Martwe muchy, komary i komarnice. Tak, nawet pestki jabłek, obierki ziemniaków, grzyby, liście sałaty, pietruszkę, truskawki i wiele, wiele innych rzeczy. Nawet zwykłe kartofle pod mikroskopem wyglądają jak twory z zaczarowanego lasu. Maciek czuje się w takich chwilach jak badacz, który odkrywa nowe światy. To wspaniałe uczucie!


A więc dzisiaj woli jednak iść do szkoły. Może Kamil zmienił się w czasie ferii?

Kiedy wchodzi do kuchni, mama i tata siedzą już przy stole i jedzą śniadanie.

– No, jak tam, śpiochu? Ferie się skończyły i znowu trzeba iść do szkoły, prawda?

– Hm – mruczy Maciek i wsypuje małą górkę płatków do miski.

– Ciągle jesteś na mnie zły? – Tata uśmiecha się przepraszająco. – Naprawdę mi przykro, że miałem dla ciebie tak mało czasu w trakcie ferii. Ale dzisiaj wcześniej kończę. Jeśli chcesz, mogę cię odebrać ze szkoły.

– Z tymi wszystkimi zwierzątkami? – pyta Maciek z nadzieją w głosie.

– Oczywiście! A potem będziemy się nimi zajmować przez całe popołudnie.


Maciek z radością obejmuje tatę za szyję i myśli: „Ale Kamil zrobi wielkie oczy!”.

 

A poza tym zobaczy znowu Klarę. Maciek bardzo lubi Klarę. I nagle nabiera wielkiej ochoty, żeby iść do szkoły.

W doskonałym humorze wyrusza w drogę. Równo z nim na plac przed szkołą wchodzi Kamil. Natychmiast otaczają go chłopcy z klasy. Ale on dostrzega Maćka i idzie prosto do niego. To nie wróży nic dobrego i Maciek ma ochotę wrócić do swojego przytulnego łóżka. Jak mógł przypuszczać, że Kamil zmienił się w czasie ferii?

I rzeczywiście. Kamil staje przed Maćkiem i mówi ironicznie:

– No i co, Krasnalu? Ciągle jesteś taki mały jak przed feriami!

Pozostali śmieją się głośno. Wszystko jest tak jak zwykle. Ale zanim Kamil zdążył popchnąć Maćka, zadzwonił dzwonek. Jeszcze nigdy Maciek tak bardzo się nie cieszył, słysząc dzwonek na lekcję. Chłopcy przepychają się do klasy. I właśnie wtedy obok przechodzi Klara! Maciek najchętniej zapadłby się pod ziemię. Na pewno wszystko widziała i nie będzie chciała mieć z nim nic wspólnego.


Na pierwszą godzinę po feriach nauczycielka, pani Nowicka, przygotowuje zawsze coś specjalnego. Dzisiaj również. Ledwie wszyscy zdążyli zająć swoje miejsca, zadaje pytanie:

– Które zwierzę jest najpotężniejsze na świecie?

Wszyscy uczniowie mówią jednocześnie. Słychać:

– Słoń. Niedźwiedź. Tygrys. Lew. Krokodyl.

A Kamil krzyczy:

– Bzdura. Tyranosaurus Rex jest najpotężniejszym zwierzęciem!

– On się nie liczy. Dinozaury już dawno wymarły – woła Klara.

Pani Nowicka kiwa potakująco głową i rozgląda się po klasie. Może jeszcze ktoś ma jakiś pomysł. Jej wzrok na chwilę zatrzymuje się na Maćku. Zwykle chłopczyk mało mówi na lekcji. Nie chce rzucać się w oczy. Kamil i inni chłopcy tylko by się z niego bardziej śmiali. Ale teraz, gdy pani Nowicka i Klara patrzą na niego wyczekująco, zbiera się na odwagę i oznajmia:

– Najpotężniejszym zwierzęciem jest maciupeńki roztocz, który ma mniej niż milimetr długości i waży dziesięć tysięcznych części grama!

Klasa aż huczy od śmiechu. Tylko pani Nowicka i Klara się nie śmieją. Powoli chichot milknie. I kiedy w klasie robi się już cicho, pani Nowicka mówi:

– Bardzo dobrze. Maciek ma rację. To małe zwierzątko nazywa się mechowiec i żyje w puszczy w Puerto Rico. – Nauczycielka podchodzi do mapy świata i pokazuje małą wyspę między Ameryką Północną i Południową. – Puerto Rico leży tutaj. Badacze odkryli mechowca w ściółce tamtejszych lasów. To zwierzę jest tak silne, że może udźwignąć ładunek ważący tysiąc dwieście razy więcej niż ono samo!


– Ha, ha, ha. Roztocze mają być najpotężniejszymi zwierzętami na świecie? Nigdy w to nie uwierzę! – woła Kamil. – Słoń jest tysiąc razy silniejszy! On potrafi nawet głową wywrócić drzewo! Widziałem to w telewizji!

– To prawda. Ale w porównaniu do wagi jego ciała to osiągnięcie wcale nie jest takie wspaniałe – odpowiada pani Nowicka.

– Jak to? – dziwi się Kamil. – Nie rozumiem!

– Najlepiej będzie, jak wyjaśnię wam to na przykładzie. Kamilu, ile ważysz?

– Czterdzieści kilogramów – mruczy Kamil i czerwieni się.

Nauczycielka liczy szybko i mówi:

– Gdybyś był tak silny jak ten mechowiec, mógłbyś podnieść naraz dwadzieścia osiem samochodów ustawionych jeden na drugim!


Dzieci są zdumione.

– A skąd pani to wie? – docieka Kamil.

– To łatwo obliczyć – wyjaśnia nauczycielka. – Ważysz czterdzieści kilogramów, tak? Mnożę twoją wagę przez tysiąc dwieście, a więc czterdzieści razy tysiąc dwieście. To daje razem czterdzieści osiem tysięcy kilogramów. I właśnie te czterdzieści osiem tysięcy kilogramów musiałbyś unieść. Samochód osobowy waży około tysiąca siedmiuset kilogramów. Wiem to, ponieważ niedawno kupiłam sobie nowe auto. Jeśli teraz podzielę czterdzieści osiem tysięcy przez tysiąc siedemset kilogramów, otrzymam dwadzieścia osiem. A więc musiałbyś unieść dwadzieścia osiem samochodów.

– Ten mechowiec to prawdziwy herkules. Ale dlaczego on jest taki silny?

– To bardzo ciekawe pytanie – przyznaje pani Nowicka. – Biolodzy jeszcze się zastanawiają, dlaczego właśnie mechowce natura obdarzyła taką siłą. Przypuszcza się, że ten mieszkaniec ściółki leśnej często musi usuwać z drogi ciężkie okruchy i dlatego jest taki silny. A na przykład mrówka potrafi udźwignąć pięćdziesięciokrotność swojej wagi ciała. Ale nieważne, czy mechowiec, czy mrówka, jedno jest pewne: siła zwierzęcia nie zależy od jego wagi! Czasami właśnie ci mali mają wyjątkową siłę i dużo mocnych stron!

Mówiąc to, nauczycielka kładzie rękę na ramieniu Maćka.

– I ty to wszystko wiedziałeś? – pyta z podziwem Klara.

Maciek kiwa głową i mówi:

– Aha, mój tata jest mikrobiologiem! To superciekawe zajęcie! Jak chcesz, to do mnie wpadnij. Dam ci popatrzeć przez binokular!

Nawet Kamil się zainteresował. Pyta:

– A tego herkulesa też masz?

– I herkulesa, i wiele innych zwierzątek z dżungli w Puerto Rico – odpowiada dumny Maciek.

Nagle wszyscy chcą się z Maćkiem umówić. Ani się chłopiec obejrzał, a już goście zapowiedzieli się na cały tydzień.

A kiedy tata odbiera Maćka po szkole, Kamil jedzie razem z nimi. Ale najpierw musi przysiąc, że już nigdy nie nazwie Maćka Krasnalem i nie będzie go popychał. I żeby nie zapomniał o swojej przysiędze, pani Nowicka zapisuje wszystko w swoim mądrym notatniku, słowo w słowo. Na wszelki wypadek.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?