Sprawy sercowe

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sprawy sercowe
Sprawy sercowe
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,80  59,84 
Sprawy sercowe
Sprawy sercowe
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

1. KULA W SERCU. Stowell Park, Gloucestershire, 19 lutego 1945

2. NIEBIESKIE DZIECI. Baltimore, 29 listopada 1944 roku

3. „WYRAŹNY SYK”. Houston, 5 stycznia 1953 roku

4. LODOWATE KĄPIELE I MAŁPIE PŁUCA. Filadelfia, 6 maja 1953 roku

5. GUMOWE KULKI I ŚWIŃSKIE ZASTAWKI. Portland, 21 września 1960 roku

6. METRONOMY I REAKTORY JĄDROWE. Sztokholm, 8 października 1958 roku

7. „SILNE I OSOBLIWE SYMPTOMY”. Cleveland, 19 października 1967 roku

8. JEDNO ŻYCIE, DWA SERCA. Cape Town, 3 grudnia 1967 roku

9. SZUM MEDIALNY WOKÓŁ KLINIKI. Salt Lake City, 2 grudnia 1982 roku

10. FANTASTYCZNA PODRÓŻ. Lozanna, 12 czerwca 1986 roku

11. JA, ROBOT (CHIRURG). Boston, 7 listopada 2005 roku

Bibliografia

Źródła ilustracji

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału: THE MATTER OF THE HEART.

A HISTORY OF THE HEART IN ELEVEN OPERATIONS

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Konsultacja medyczna: Dr MARCIN ZACZEK

Redakcja: ANNA MILEWSKA

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, Pracownia 12A

Projekt okładki: YOUNG JIN LIM

Opracowanie okładki: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Copyright © Thomas Morris 2017

Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06743-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Serce i jego naczynia krwionośne


Budowa wewnętrzna serca


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

WSTĘP

Kilka miesięcy temu szedłem przez duży szpital uniwersytecki z jednym z jego konsultantów, chirurgiem o ustalonej renomie. Nagle spojrzał na mnie i zapytał: „Dlaczego chce pan pisać książkę o kardiochirurgach? Przecież my wszyscy jesteśmy psychopatami”.

Kusiło mnie, żeby odpowiedzieć mu: „Właśnie dlatego, że jesteście psychopatami”, ale ugryzłem się w język i tylko się roześmiałem, bo chociaż ten sympatyczny facet miał niewątpliwy talent do monopolizowania każdej rozmowy, to na pewno nie był psychopatą. Spędziwszy wiele godzin w towarzystwie kardiochirurgów, zarówno w salach operacyjnych, jak i w bardziej swobodnych okolicznościach, mogę powiedzieć o nich jedno: nie dają się zaszufladkować. Wprawdzie poznałem kilku, którzy płynnie i z zaskakującym brakiem skromności opowiadali o własnych osiągnięciach, zręcznie unikając pytań kierujących rozmowę na neutralny grunt, ale znakomita większość była skromna wręcz do przesady i wolała mówić o swoich mentorach i pacjentach niż o sobie. Trzecią grupę tworzyli pasjonaci tego rzemiosła: ci z entuzjazmem objaśniali mi techniki i procedury, dopóki do pokoju nie zajrzała sekretarka, żeby odwołać ich do ważniejszych zajęć. Większość sprawiała wrażenie normalnych i dobrze przystosowanych; cechowały ich ponadprzeciętna pewność siebie, ale zarazem przyjacielska otwartość i współczucie, a przede wszystkim szczere oddanie misji wyprowadzania pacjentów z choroby.

W związku z tym początkowo zbagatelizowałem skojarzenie chirurg – psychopata jako samokrytyczny żart. Dlaczego jednak mój rozmówca użył określenia „psychopaci”? „Egocentryk” albo „narcyz” byłoby przecież równie śmieszne, a kto wie, czy nie trafniejsze. A potem wpadł mi w ręce raport z badań zamieszczony w „Bulletin of the Royal College of Surgeons in England”, który w tytule zapytywał wprost: Czy chirurdzy to psychopaci?[1][1*] Autorzy przebadali stu siedemdziesięciu dwóch lekarzy pod kątem cech typowych dla psychopatii, takich jak „makiaweliczny egocentryzm”, „nieprzestrzeganie norm społecznych” i „brak empatii”. W tym rankingu rekordy osiągali chirurdzy, ustępując pod względem psychopatologicznych skłonności jedynie pediatrom[2*]. Najczęściej stwierdzane cechy osobowości u chirurgów to odporność na stres i nieodczuwanie lęku – badacze odnotowali, że te cechy są „sprzyjające, a nawet zasadnicze” w sprawowaniu opieki w trudnych sytuacjach.

Niedługo potem spędziłem cały dzień na oddziale operacyjnym Marjan Jahangiri, charyzmatycznego chirurga z Saint George’s Hospital w Tooting. Stojąc u boku anestezjologa u szczytu stołu, miałem najlepszy możliwy widok na profesor Jahangiri przystępującą do wymiany wadliwej zastawki serca. Pierwsza faza operacji była już zakończona: pacjent miał otwartą klatkę piersiową, w której wyraźnie widziałem jego nieruchome i opróżnione serce, czasowo zwolnione z pracy przez stojące jakiś metr od stołu urządzenie zwane płucosercem, które dotleniało teraz jego krew i roznosiło ją po ciele. Profesor Jahangiri wzięła do ręki nożyczki i jednym płynnym ruchem przecięła aortę, tętnicę, która w normalnych warunkach przenosi utlenowaną krew z serca do reszty ciała. Bezwiednie zaczerpnąłem wielki haust powietrza: zaszokowała mnie obojętność, z jaką chirurg odciął serce od jego biologicznej cumy, niejako przemieniając je z integralnej części ludzkiej maszyny w odrębny, wyizolowany organ.

Skąd ten szok? Zrozumiałem to dopiero w dalszej fazie operacji, obserwując wymianę chorej zastawki aorty i rekonstrukcję samej aorty za pomocą rurkowatego przeszczepu z włókna syntetycznego. Był to punkt bez powrotu: pacjent stał się całkowicie uzależniony od doświadczonego chirurga, od tego, czy będzie on zdolny przywrócić mu życie i bijące serce. Tylko osoba z absolutną wiarą we własne umiejętności mogła wziąć te nożyczki i spokojnie kontynuować zabieg. Na tym, uświadomiłem sobie, polega owa nieustraszoność, która jest niezbędna wszystkim kardiochirurgom do wykonywania zawodu.

Każdemu współczesnemu kardiochirurgowi zdarzyło się stracić pacjenta i każdy musi zmierzyć się z brutalną prawdą, że jeden błąd może dzielić życie od śmierci. Nie ulega jednak wątpliwości, że kardiochirurgia jest obecnie bezpieczniejsza niż kiedykolwiek dotąd: wiele operacji stało się rutynowymi zabiegami, tak bezpiecznymi, że olbrzymia większość pacjentów doskonale dochodzi po nich do zdrowia. Chirurg przeważnie wkracza do sali operacyjnej z oczekiwaniem, że każdy pacjent przeżyje; śmierć jest rzadkością i właśnie dlatego powoduje szok. Jak musiał czuć się wykonawca tego zawodu w początkach kardiochirurgii, kiedy śmierć była nie tylko częstym gościem w sali operacyjnej, ale wręcz nieodłączną towarzyszką lekarza?

Chirurdzy byli tak głęboko przekonani o wyjątkowej delikatności serca, że rzadko ważyli się je tknąć aż do ostatnich lat dziewiętnastego stulecia. Pierwszą udaną operację na bijącym sercu przeprowadzono w roku 1896, ale przez blisko czterdzieści następnych lat pozwalano sobie tylko na nieskomplikowane interwencje w rodzaju prostego zasklepiania ran po kuli lub dźgnięciu nożem. Specjaliści byli wprawdzie przekonani, że kiedyś skalpel przyniesie ulgę w wielu innych niedomaganiach serca – i mieli rację – ale postęp w tej kwestii trwał kilkadziesiąt lat i pociągnął za sobą szokującą liczbę ofiar śmiertelnych. Jedynym sposobem przetestowania nowej metody był eksperyment na pacjencie, a nieliczni kandydaci do takich eksperymentów chirurgicznych zazwyczaj byli już tak chorzy, że tak czy owak czekała ich śmierć. Dlatego przed niektórymi nowatorskimi operacjami uprzedzano chirurgów, że jedynie nieliczni pacjenci, a być może żaden, mają szanse na wyleczenie. Stawką było życie nie tylko ludzkie, gdyż każdy większy zabieg kardiologiczny testowano najpierw na królikach, psach, małpach, cielętach i świniach, liczonych w tysiące – w dwudziestym wieku umarło znacznie więcej zwierząt doświadczalnych niż ludzi.

 

Pionierzy w tak brutalnej dziedzinie musieli wykazywać się wytrwałością i nadzwyczajną odpornością emocjonalną. Nic więc dziwnego, że do chirurgii garnęły się silne charaktery, osoby o zdecydowanych poglądach i niezachwianej wierze we własne zdolności. Stanowiły one prawdziwą lekarską elitę: łatwo zapomnieć, że pięćdziesiąt lat temu kardiochirurdzy byli najwyżej cenionymi i najlepiej opłacanymi profesjonalistami na świecie, celebrytami fotografowanymi na okładki pisma „Time”, przyjaciółmi koronowanych głów i gwiazd filmowych. Niektórzy zbili kolosalne fortuny i wydali je potem na bajeczne rezydencje czy flotylle luksusowych samochodów, lecz inni ofiarowywali swój znaczny majątek szpitalom, w których pracowali. Wielu było nieznośnymi tyranami pracującymi po siedem dni w tygodniu i wymagającymi tego samego od swoich podwładnych. Nagminnie dochodziło między nimi do zażartej rywalizacji. No i byli to zazwyczaj mężczyźni: przez wiele lat kardiochirurgia stanowiła ekskluzywny męski klub, niemal niedopuszczający wyjątków, bastion nierówności płci, który dopiero na przełomie tysiącleci zaczął przyjmować kobiety w znaczącej liczbie.

Zmieniło się też wiele innych rzeczy. Jeśli w latach sześćdziesiątych kardiochirurdzy mieli rangę półbogów, to po części dlatego, że było ich tak niewielu: garstka śmiałków gotowych majstrować przy organie tradycyjnie uważanym za repozytorium duszy. Dziś w samym tylko Zjednoczonym Królestwie działa blisko pięćdziesiąt ośrodków chirurgii serca, a każdy z krajów rozwiniętych ma setki, a nawet tysiące świetnie wykształconych chirurgów. Mistyczna aura otaczająca tę profesję to już przeszłość, a chirurg chętnie (z małymi wyjątkami) zstąpił z piedestału. Na niektórych oddziałach szpitalnych nad procesem terapii czuwa teraz wielodyscyplinarna „ekipa sercowa”, w której równorzędne role odgrywają anestezjolodzy, chirurdzy, kardiolodzy i radiolodzy, a omawianie przypadku odbywa się tylko w obecności pacjenta[2]. Dyktator stał się członkiem demokratycznej wspólnoty.

Śmiertelność jest w tej opowieści wysoka, ale też wiele w niej nieoczekiwanych ozdrowień, podniosłych odkryć i pochwał ludzkiego geniuszu. Jej bohaterowie i bohaterki to nie tylko ci ze skalpelem w dłoni, ale także zastępy fizjologów, inżynierów, biochemików i wynalazców, którzy umożliwiają chirurgowi pracę. Nie zapominajmy też o pacjentach i ich rodzinach, o tych, którzy oddali swoje ciała nauce.

Książka ta nie jest pełną historią przedmiotu, dokonałem w niej wysoce selektywnego wyboru operacji i postaci – pozostaje wiele innych ważkich dokonań, których tu nie zawarłem, co stwierdzam z żalem. Postęp w dziedzinie kardiochirurgii dokonywał się czasem za sprawą rywalizujących jednostek, a czasem dzięki wysiłkowi grupowemu – ważne, że każde z owych osiągnięć było cudem. Mam nadzieję, że czytelnik podzieli mój podziw dla tych dzielnych pionierów.

1

KULA

W SERCU

Stowell Park, Gloucestershire,

19 lutego 1945

.


Ostatni ocalały barak typu Quonset hut na terenie amerykańskiego 160. Szpitala Ogólnego w Gloucestershire. Podczas II wojny światowej Dwight Harken wykorzystywał taki barak jako salę operacyjną, w której usunął fragmenty pocisków z serc przeszło pięćdziesięciu żołnierzy; wszyscy przeżyli.

.

O kilka minut jazdy na południe od uroczego miasteczka Northleach w samym sercu wzgórz Cotswolds stoi pub zwany Gospodą w Fossebridge. Gdy zaparkować tutaj, tak jak ja to zrobiłem pewnego wietrznego wiosennego popołudnia, i wspiąć się na wysokie wzgórze, dojdzie się niebawem do niedużego lasu przy rzymskiej drodze Fosse Way. Brodząc w poszyciu przez to spokojne miejsce pełne ptasich śpiewów, trudno uwierzyć, że właśnie tutaj dokonało się jedno z wielkich osiągnięć współczesnej medycyny.

Te drzewa, chociaż wysokie, zasadzono raptem kilkadziesiąt lat temu i wciąż widać pod nimi pozostałości tego, co znajdowało się tu kiedyś. Przez lekką pierzynkę mchu i zbutwiałe gałęzie przezierają dziesiątki ceglanych murków: to podstawy dawno już rozebranych Quonset huts[3*]. Tuż przy ścieżce znalazłem jeden taki barak nienaruszony, jak gdyby zachowany na pamiątkę tego, co zdarzyło się tutaj podczas wojny.

Pod koniec roku 1944 stały tu całe rzędy baraków Quonset, dosłownie setki, które zajmowały kilka hektarów posiadłości Stowell Park. Mieścił się tutaj wielki szpital wojskowy z własnym pasem startowym, zbudowanym w pośpiechu, z myślą o masowym napływie rannych po inwazji aliantów na kontynent europejski. W kwietniu tego samego roku ów ośrodek stał się główną siedzibą 160. Szpitala Ogólnego wojsk amerykańskich, specjalizującego się w urazach klatki piersiowej, który w szczytowym okresie swojej działalności miał pod opieką pięciuset pacjentów[1]. W sali operacyjnej zaimprowizowanej w jednym z baraków młody chirurg z Iowa, Dwight Harken, usunął pociski i fragmenty łusek z klatek piersiowych stu trzydziestu czterech żołnierzy. Wszyscy przeżyli[2]. Było to niezwykłe osiągnięcie, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że znaczną część tych pogiętych odłamków metalu Harken wydobył z wnętrza bijącego serca.

Blaszany barak nie jest wymarzonym pomieszczeniem dla kardiochirurgia. Prowizoryczna sala operacyjna Harkena mierzyła pięć metrów szerokości na cztery długości, miała dach z blachy falistej i kiepską izolację termiczną: letnie słońce przemieniało ją w duszny piec, a zimą ogrzewana była jedną małą kozą. Ale kiedy Harken przystępował do operacji dziewiętnastego lutego 1945 roku, najmniej martwił się zimnem. Pacjenta znał już dobrze: był to Leroy Rohrbach, sierżant piechoty, który poprzedniego lata brał udział w desancie na Normandię i od tamtej pory pozostawał pod opieką Harkena. Miesiąc po Dniu D (D-Day) Rohrbach znalazł się na linii ognia, który zrównał z ziemią miasteczko Saint-Lô, i odłamek eksplodującego pocisku przeszył go na wylot w dolnej części klatki piersiowej.

Rohrbacha ewakuowano do Anglii, gdzie prześwietlenie wykazało obecność drobnego kawałka metalu wewnątrz serca. Na podświetlonym ekranie było wyraźnie widać, jak odłamek pulsuje delikatnie w rytm serca, to zaś oznaczało, że przebił zewnętrzną ścianę organu i znajduje się w jednej z komór. Podczas operacji piętnastego sierpnia Harken był bardzo bliski usunięcia odłamka: poczyniwszy małe nacięcie w ścianie serca, zdołał pochwycić go szczypcami, ale skurcz serca wyszarpnął mu zdobycz i odłamek wpadł z powrotem w strumień krwi. Chirurg gorączkowo zaczął go szukać, ale odłamek znikł z pola widzenia i nie dał się wymacać przez grube ściany serca. Po trzech miesiącach Harken powtórzył próbę. Ponownie znalazł odłamek i ponownie go stracił: metal wyślizgnął mu się ze szczypców, gdy sukces wydawał się już pewny.

Pomimo porażek lekarza pacjent zdrowiał. Nie była to rzecz niesłychana: żołnierze z tego typu urazami czasem wcale nie wymagali operacji i żyli sobie szczęśliwie z odłamkiem – a nawet kulą – w sercu jako wieczną pamiątką po służbie wojskowej. Sierżant nie miał objawów infekcji, a jego elektrokardiogramy dowodziły, że zaburzony zranieniem rytm serca powoli wraca do normy. Jako że pacjent przeszedł już dwie poważne a bezowocne operacje, Harken wahał się, czy ryzykować trzecią: byłaby niebezpieczna, a może wcale niepotrzebna.

Należało jednak wziąć pod uwagę inny czynnik. Jakkolwiek wielu żołnierzy wiodło aktywne życie po tego typu urazach, u innych rozwijały się silne stany lękowe związane z obecnością obcego ciała w sercu. Popadali w depresję, stawali się nerwowi i żyli w ciągłym strachu przed nagłą śmiercią, przekonani, że byle nieostrożny ruch poruszy odłamek, który ich zabije. W roku 1945 było to już zjawisko dobrze znane i opatrzone nazwą: nerwica serca. Istotnie, pacjent Harkena coraz bardziej niepokoił się dwuipółcentymetrowym odłamkiem tkwiącym w sercu i błagał chirurga o dalsze działanie. Wiedząc, że ma do czynienia z poważnym zaburzeniem, Harken zgodził się podjąć ostatnią próbę.

Trzydziestoczteroletni Dwight Harken uchodził za jednego z najlepszych chirurgów w korpusie medycznym Stanów Zjednoczonych. Ten wysoki, muskularny rudzielec z medycyną związany był od urodzenia: poród odbierał jego ojciec lekarz, kierujący małym Szpitalem Harkena w Osceoli w stanie Iowa, gdzie rodzina zajmowała mieszkanie w suterenie, w którym wychował się mały Dwight. Całe jego dzieciństwo miało antyseptyczny zapach szpitalnych oddziałów. Jednak wbrew nadziejom ojca, że syn przejmie rodzinny interes, Dwight, znudzony małomiasteczkową atmosferą, wyjechał na studia do Harvardu. Kilka lat później przeniósł się do Wielkiej Brytanii, aby podjąć pracę w londyńskim Królewskim Szpitalu Brompton pod okiem najsłynniejszego brytyjskiego chirurga klatki piersiowej, Arthura Tudora Edwardsa[3]. Podczas wojny Tudor Edwards wywarł potężny wpływ na medycynę wojskową: szkolił chirurgów i rozwijał nowe techniki leczenia ofiar nalotów bombowych. Z takim zapleczem, pomimo młodego wieku, Harken był naturalnym kandydatem na szefa nowego specjalistycznego oddziału chorób klatki piersiowej w Gloucestershire.

Harken operował więc w blaszanym baraku – ale poza tym miał szczęście. W lutym 1945 roku dysponował najnowszym sprzętem i lekami (z penicyliną – nowo wynalezionym antybiotykiem – włącznie), do pomocy zaś miał zżyty zespół kolegów chirurgów, którzy asystowali mu przy ponad stu operacjach. Anestezjolog Charles Burstein, który towarzyszył mu od początku[4], uśpił pacjenta, podając mu przez maskę mieszankę eteru i powietrza. Tego dnia w baraku panował większy tłok niż zwykle: rozniosła się wiadomość o nadzwyczajnym młodym Amerykaninie, który dokonuje cudów w szpitalu polowym w Gloucestershire, i delegacja wybitnych brytyjskich chirurgów z Tudorem Edwardsem na czele przybyła, aby obserwować Harkena przy pracy. Na rusztowaniu nad stołem operacyjnym leżał człowiek z kamerą, gotowy do filmowania operacji na potrzeby lekarzy w Ameryce[5].

Ciało sierżanta nosiło blizny po dwóch poprzednich operacjach: wężowatą szramę na plecach od łopatki do biodra i nieduże zakole wokół lewego sutka. Harken zdecydował się wznowić atak przez pierś, otwierając wcześniejsze nacięcie za pomocą skalpela. Retraktorem Tudora Edwardsa, instrumentem nazwanym na cześć jego mentora, rozchylił żebra, po czym odsłonił serce, rozcinając osłaniający je mocny worek osierdziowy. W ścianie serca zobaczył bliznę po pierwszej operacji, otoczoną zwiotczałą i wyblakłą tkanką – dowodem traumy. Delikatnie uciskając bijące serce, zdołał zlokalizować ciało obce jako twarde zgrubienie w prawej komorze, w pobliżu podstawy organu.

Skoro odłamek został znaleziony, mógł się rozpocząć delikatny proces jego usuwania. Przytrzymując zgrubienie palcem od zewnętrznej strony serca, Harken wprowadził po obu jego stronach po dwa rzędy ketgutowych szwów – tę prostą zazwyczaj procedurę utrudniało ciągłe kurczenie się i rozkurczanie mięśnia. Gdyby doszło do poważnego krwotoku, nici można by było ściągnąć razem, co jest prostą a efektywną metodą tamowania krwi. Burstein nerwowo śledził elektrokardiogram, czujny na każdy sygnał, że zabieg zaburza rytm serca. Asystent Harkena trzymał końce ketgutu i czekał na znak. Nadszedł moment krytyczny.

Działając najszybciej, jak mógł, Harken wykonał małe nacięcie w ścianie serca i rozszerzył je za pomocą kleszczy. Przez tak utworzoną szczelinę wprowadził do środka klemę i zacisnął ją wokół kapryśnego skrawka metalu. Przez chwilę panowała kompletna cisza. Aż wtem, jak relacjonował później w liście do żony, „nagle strzeliło jak korek z szampana i odłamek wyskoczył z komory, wypchnięty wewnętrznym ciśnieniem. Krew chlusnęła strumieniem”[6]. Asystent zacisnął szwy kontrolne, ale rana dalej krwawiła. Harken położył na niej palec, wziął igłę i zaczął zszywać. Otwór został zamknięty, ale gdy chirurg próbował cofnąć rękę, stwierdził, że przyszył rękawicę do ściany serca. W końcu asystent odciął go i było po robocie. Otwarcie serca, usunięcie odłamka i zszycie nacięcia zajęło łącznie trzy minuty. Dystyngowani goście byli pod wielkim wrażeniem: tak wyrafinowanego i śmiałego zabiegu nie widzieli jeszcze nigdy.

Niektóre operacje Harkena miały jeszcze bardziej dramatyczny przebieg. Zdarzało się, że gejzer krwi z rozciętego serca całkowicie zasłaniał mu widok i trzeba było na ślepo wymacać metaliczny drobiazg we wzburzonym szkarłatnym morzu. Często dochodziło do tak silnego krwotoku, że pacjent musiał być natychmiast poddany transfuzji. Dzisiaj krew dostarczana jest w plastikowych woreczkach, które wiesza się na stojaku do kroplówki, by sączyła się do żył pod ciśnieniem atmosferycznym; jednak w roku 1945 nie było jeszcze worków na krew, więc wlewano ją do butelki, w którą następnie pompowano powietrze, aby wytworzyć wysokie ciśnienie, konieczne do przepompowania osocza do żył pacjenta. Zazwyczaj obywało się bez problemów, ale raz na jakiś czas butelka eksplodowała, zbryzgując całą salę operacyjną oraz personel krwią i odłamkami szkła[7].

 

W trakcie kolejnej operacji Harken spróbował nowej metody usuwania obcych ciał. Podczas pierwszej wojny światowej kilku chirurgów doszło do wniosku, że skoro kule często są z żelaza, powinno dać się je usunąć magnetycznie. Harken podchwycił ten pomysł, zamówił wielki elektromagnes, zasilany z sieci, i kazał zamontować go nad stołem operacyjnym. Po otwarciu klatki piersiowej pacjenta magnes włączono. Pocisk uparcie tkwił w środku, za to wszystkie narzędzia chirurgiczne znajdujące się w sali zaczęły sennie fruwać w powietrzu i osiadać na pokrywie elektromagnesu z alarmującym brzękiem[8].

W czasach gdy operacje na otwartym sercu przeprowadza się codziennie w tysiącach szpitali całego świata, trudno należycie docenić rangę dokonań Harkena. Nie on pierwszy usuwał kule z serc pacjentów, ale żaden chirurg przed nim nie zoperował tak wielu pacjentów, nie odnotowując ani jednego przypadku śmiertelnego; żaden też nie potrafił przeprowadzić przerażającej operacji w taki sposób, żeby sprawiała wrażenie rutynowego zabiegu. Ogrom dokonań Harkena potwierdza nota w oficjalnym raporcie o stanie brytyjskiej chirurgii w czasach drugiej wojny światowej: „Jego nadzwyczajny sukces, śmiałe wynalazki i genialne wyniki prac podsumowują jeden z najdonioślejszych rozdziałów historii osiągnięć chirurgicznych w dobie wojny; na sympozjum spotkają się wszyscy brytyjscy chirurdzy, aby mu złożyć hołd”[9].

Łatwiej zrozumieć ten podniosły ton, gdy uświadomimy sobie, że zaledwie pół wieku wcześniej chirurgię serca uważano powszechnie za rzecz niemożliwą. W roku 1896 autor najpopularniejszego brytyjskiego podręcznika do chirurgii klatki piersiowej, Stephen Paget, pisał: „Chirurgia serca dotarła prawdopodobnie do granicy, jaką wszelkiej chirurgii stawia natura: żadna nowa metoda ani żadne nowe odkrycie nie przezwyciężą naturalnych trudności związanych z raną serca”[10]. Jeden z jego współczesnych, Amerykanin Benjamin Merrill Ricketts, stwierdził pesymistycznie, że „nie ma chyba organu czy choroby, o których powiedziano by i napisano tak wiele z tak mizernym skutkiem, jak o sercu i jego chorobach”[11].

Pod koniec dziewiętnastego wieku chirurgia poczyniła wielkie postępy dzięki dwóm odkryciom: anestezji i antyseptyce. Pierwsze anestetyki, eter i chloroform, odkryte w latach czterdziestych dziewiętnastego stulecia, umożliwiły przeprowadzanie radykalnych zabiegów bez zadawania miażdżącego bólu. Dwie dekady później Joseph Lister wykazał, że sterylizacja narzędzi i opatrunków zapobiega infekcjom, co dało początek nowoczesnej chirurgii. Wreszcie można było spokojnie przeprowadzać operacje u nieprzytomnych pacjentów, mając stosunkową pewność, że ich następstwem nie będzie gangrena.

Postęp dokonywał się szybko. Nim upłynęło kilkadziesiąt lat, chirurdzy operowali już wszystkie właściwie części ludzkiego ciała. W roku 1890 istniały już podręczniki chirurgii dotyczące szkieletu i mięśni[12], ust i szczęki[13], ucha[14], oka[15], nerki[16], narządów rozrodczych[17], układu moczowego[18], jelit[19] i odbytnicy[20]. Nawet mózg przestał być niedostępny: w roku 1884 Rickman Godlee z powodzeniem usunął guz z wnętrza czaszki dwudziestopięcioletniego mężczyzny; operacja odbyła się w Londynie i zyskała rozgłos dzięki krajowej prasie[21].

Dlaczego więc serce, jako jedyny z głównych organów, pozostawało tabu? Wiązały się z tym, oczywiście, trudności praktyczne: położenie pod żebrami czyniło serce niedostępnym, a operacja wewnątrz klatki piersiowej groziła zawałem płuc wskutek dostania się wokół nich powietrza. Nie bez znaczenia było też to, że skoro pacjent miał pozostać żywy, serce nie mogło przestać bić – a jak operować organ będący w ciągłym ruchu?

Lecz istniała jeszcze jedna przeszkoda: nabożny respekt dla serca zakorzeniony w wielowiekowej tradycji. Serce nie było postrzegane jako jeden z wielu organów, lecz jako obiekt tajemniczy i pełen znaczeń. Wyraził to elokwentnie szesnastowieczny chirurg Ambroży Paré, pisząc, że serce to „główne siedlisko duszy, organ zdolności witalnych, początek żywota, źródło sił duchowych”[22]. Ten sam pogląd obecny jest nawet w najstarszych tekstach medycznych, które przetrwały do naszych czasów, czyli starożytnych pismach egipskich: serce, postrzegane jako siedziba inteligencji, emocji i duszy, konserwowano po śmierci, gdyż dostęp do życia pozagrobowego mieli tylko ci, których serce zważył bóg Anubis. W późniejszych czasach zasadnicze znaczenie przypisywali sercu uczeni greccy. W czwartym wieku przed naszą erą Arystoteles głosił, że serce jest pierwszym organem kształtującym się w człowieku i ostatnim, który umiera. Zajmuje centralną pozycję w ciele, porusza się i komunikuje ze wszystkimi innymi częściami ciała. Arystoteles twierdził także, że serce jest źródłem „zwierzęcej gorączki”, siły życiowej właściwej wszystkim organizmom[23].

Skoro dawni myśliciele przypisywali sercu tak fundamentalne znaczenie, nie dziwi ich wniosek, że uszkodzenie serca musi przynieść skutek śmiertelny. Pliniusz Starszy w swojej wielkiej, trzydziestosiedmiotomowej encyklopedii, noszącej tytuł Historia naturalna, skompilowanej w pierwszym wieku naszej ery, nazywał serce „pierwotnym źródłem i początkiem życia”. Twierdził, że serce „jest jedynym organem wnętrzności, którego nie imają się choroby, nie podlega też zwyczajnym karom ludzkiego życia, jednak zranione powoduje natychmiastową śmierć”[24]. Sto lat później Galen, najsłynniejszy lekarz świata antycznego, mógł z pierwszej ręki poznać i opisać skutki urazów serca, przez kilka lat był bowiem oficjalnym lekarzem gladiatorów w swoim rodzinnym mieście, Pergamonie, i świadkiem śmierci niejednego z nich na skutek rany kłutej serca. Odnotował, że taka śmierć często bywa natychmiastowa, jednak długość agonii zależy od umiejscowienia rany: „Gdy rana przebija komorę serca, ludzie umierają natychmiast z wielkim upływem krwi, szczególnie jeśli zraniona została komora części lewej; jeśli jednak ostrze nie dosięgło komory i rana kończy się w substancji serca, wówczas niektórzy poszkodowani potrafią przeżyć nie tylko dzień, w którym doznali zranienia, ale nawet aż do następnej nocy”[25].

Pisma Galena pozostały fundamentem edukacji medycznej przez blisko tysiąc pięćset lat, do czasu aż wyparła je nauka renesansowa – nic zatem dziwnego, że przez stulecia nie podważano jego wniosków. W naturalistycznym traktacie o opatrywaniu ran bizantyjski lekarz z siódmego wieku, Paweł z Eginy, daje plastyczny opis rany serca i jej śmiertelnych konsekwencji: „Gdy ranione jest serce, broń sięga lewej piersi i wrażenie jest takie, jakby nie trafiła do pustej jamy, lecz utknęła w innym ciele, i czasem czuć ruch pulsujący; wypływa czarna krew, o ile znajdzie ujście, czemu towarzyszy uczucie zimna, poty... i śmierć następuje w krótkim czasie”[26].

Echo tego opisu pobrzmiewa w osiemset lat późniejszych zapiskach Ambrożego Paré, najwybitniejszego chirurga renesansu. Podobnie jak Galen oglądał on rany serca, gdyż przez wiele lat działał jako chirurg wojskowy na polach bitewnych Francji: „Gdy serce jest zranione, obficie chlusta z niego krew i drżenie przejmuje wszystkie członki ciała, puls zwalnia i słabnie, twarz powleka wielka bladość; ranny cierpi zimne poty i częste omdlenia, a kiedy zimne stają się kończyny, śmierć puka do drzwi”[27]. Jednak Paré zauważa także, że śmierć nie musi nastąpić natychmiast. Sam był świadkiem pojedynku w Turynie, w którym jednemu z przeciwników ostrze przeszyło lewą pierś, a mimo to nie przerwał on walki i przebiegł za rywalem jeszcze dwieście kroków, zanim padł martwy. Badając potem jego ciało, Paré znalazł ranę w sercu tak znaczną, że mógł wsadzić w nią palec[28].

Jednak pod koniec szesnastego wieku poczyniono zdumiewające odkrycia, które groziły podważeniem dogmatu o nieuchronnej śmiertelności ran serca. Barthélémy Cabrol, lekarz francuskiego króla Henryka IV, zostawił opis sekcji zwłok dwóch mężczyzn, u których znalazł blizny na sercu. Jeden z nich miał „szparę wielkości i szerokości liścia mirry, sięgającą dość głęboko; aby zaś nikt nie pomyślał, że te urazy były przyczyną śmierci, obaj mężczyźni zostali powieszeni: jeden za kradzież, drugi za wyrabianie fałszywych monet”[29]. Jeszcze bardziej zagadkowe było odkrycie Johanna Dolaeusa, który opisał „kulkę ołowiu znalezioną w sercu dzika, obrośniętą ciałem i w żaden sposób niezagrażającą jego życiu: był to bowiem wielki dzik, a kiedy padł pod nożem myśliwego, każdy mógł poznać, że rana nie powstała dwa czy trzy dni temu, ale o wiele dawniej”[30].

Mimo iż wielu lekarzy trwało przy poglądzie, że rana serca oznacza śmierć, cały czas przybywało dowodów na to, że jest inaczej. W roku 1778 Henry Thomas, marynarz na pokładzie HMS „Foudroyant”, ześlizgnął się z trapu, gdy jego statek stał w doku Portsmouth, i upadł na swój bagnet. Wyciągnął ostrze z piersi i oświadczył, że jest gotów stanąć na warcie – po czym upadł zemdlony. Zmarł dziewięć godzin później, a gdy lekarze otwarli jego ciało, ze zdumieniem stwierdzili, że bagnet, który uszkodził okrężnicę i wątrobę, przebił na wylot serce[31]. Kilka lat później w tym samym szpitalu w Gosport odnotowano podobny przypadek: tym razem ranny żołnierz przeżył dwa dni, a zmarł nagle w czasie oddawania stolca. Sekcja zwłok wykazała, że w ranie wytworzył się skrzep, który blokował odpływ krwi z serca, ale przemieścił się wskutek napięcia mięśni w celu wypróżnienia[32].