Słuchaj swojego serca

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Postarałam się skupić. Victoria rozmawiała jeszcze z tym gościem od pizzy? Nie, już zamykała sprawę.

– Dzięki za to, że zadzwoniłeś. Powodzenia przy kolejnym kulinarnym podejściu. – Połączenie się zakończyło, a ona spojrzała na mnie. – Kiedy odczuwam głód, zawsze powoduje to u mnie jakieś szczególne rozdrażnienie. Doskonale więc rozumiałam naszego rozmówcę.

– I tę niedolę związaną z niedostatkiem składników na pizzy – dodałam.

– Zjadłabym teraz pizzę, nawet z niedostatkiem składników – stwierdziła Victoria. – Mniam.

Uśmiechnęłam się. Pani Lyon pokazała mój mikrofon, sugerując chyba, że uśmiechu przecież nie słychać. Spróbowałam się zaśmiać. Nie wypadło to dobrze.

Telefony znów upiornie milczały. Pamiętałam, że pani Lyon zapowiedziała wycięcie tych wszystkich przestojów, ale jeśli nikt więcej nie zadzwoni, nie będzie czym wypełnić tego czasu. Ponownie poszukałam wzrokiem Alany, by dodać sobie otuchy, jednak przyjaciółki nie było na stanowisku. Gdy rozejrzałam się po salce, słuchawki znowu zjechały mi na tył głowy. Poprawiłam je. Zamrugało czerwone światełko. Zapowiadała się kolejna rozmowa.

– Witaj – powiedziała Victoria, gdy przełączono ją na nasze słuchawki. – Dodzwoniłaś się do programu „To nie moja sprawa”.

– I mam sprawę – wyznał dziewczęcy głos. Wydał mi się odrobinę znajomy, choć w jakiś sposób zniekształcony. Jakby ta osoba próbowała go zmienić.

– Jak masz na imię, słuchaczko?

– Wolałabym go nie podawać.

– Okej – zgodziła się Victoria. – Tajemnica. To mi się podoba. Kat, lubisz tajemnice?

Jeśli jeszcze raz tak się do mnie zwróci, nie będzie żadnej tajemnicy w tym, co moja pięść zrobi z jej twarzą. A może zresztą tak, bo w całym moim życiu jeszcze nigdy nikomu nie przywaliłam. Zagalopowałam się w myślach.

– Lubię – potwierdziłam. – A na imię mi Kate.

– A więc jaki masz problem, słuchaczko? – spytała Victoria.

– Chodzi o moją przyjaciółkę.

Zamurowało mnie. Naszą rozmówczynią była Alana. O mało nie wykrzyczałam tego do mikrofonu, ale udało mi się ugryźć w język. Victoria zerknęła na mnie, jednak powiedziała:

– Mów dalej.

– Mam przyjaciółkę, najlepszą na świecie, i boję się, że ona jeszcze nie przebolała swojego byłego chłopaka. Wyprowadził się i mimo jej starań w ogóle nie utrzymuje z nią kontaktu, a ona wciąż nie może przejść nad tym do porządku dziennego.

Miałam jednocześnie ochotę zabić Alanę i ją uściskać. Zauważyła, że nasz podkast się sypie, i przyszła mi z pomocą. Z drugiej strony wybrała wygodny dla siebie moment, by wyciągnąć na światło dzienne mój problem, o którym wiedziała. Spryciara.

– Trudna sprawa – stwierdziła Victoria.

– Wcale nie – wtrąciłam. – Daj swojej przyjaciółce trochę czasu. Ona najwidoczniej naprawdę pokochała swojego chłopaka i teraz pragnie na jakiś czas dać sobie spokój z miłością. Czy to coś złego?

Victoria wytrzeszczyła oczy, wyraźnie zaskoczona moją stanowczą reakcją, zwłaszcza że dotąd siedziałam cicho.

– Może powinnaś zaaranżować swojej przyjaciółce randkę? – zaproponowała Victoria. – Pokazać jej, że w tym stawie są też inne ryby.

– Nie sądzę, żeby to było konieczne – sprzeciwiłam się. – Twoja przyjaciółka prawdopodobnie będzie w stanie sama złowić sobie odpowiednią rybę, gdy znów nabierze apetytu.

– Nikt tu nie mówi o jedzeniu ryb, Kat – upomniała mnie Alana. Mimo że nie znajdowałyśmy się w jednym pomieszczeniu, praktycznie widziałam ten błysk w jej oku, gdy posłużyła się znienawidzoną przeze mnie formą imienia. Gotowa jednak byłam jej to wybaczyć, bo totalnie ratowała mi teraz skórę. Niosła mi ocalenie, chociaż zdecydowanie wolałaby być teraz na moim miejscu. Lepszej przyjaciółki nie sposób było sobie wymarzyć.

– Masz rację, randkowanie z nimi jest dużo gorsze – odparłam.

– Cóż – odezwała się Victoria – wiesz, jak to mówią. Najlepszym sposobem na to, żeby kogoś przeboleć, jest zakochanie się w kimś innym.

– Kto tak mówi? – spytałam.

– Wielokrotnie będziemy przywoływały różnych „onych”, więc lepiej się do tego przyzwyczajaj. – Victoria mrugnęła do mnie.

– Osobiście wolę powiedzenie, że czas leczy rany – powiedziałam. – Po prostu nadal bądź jej przyjaciółką.

– Zawsze nią będę – oświadczyła Alana.

– Jestem pewna, że ona niczego więcej nie pragnie – stwierdziłam.

– Masz rację. Dzięki za radę! – powiedziała Alana.

– Polecamy się na przyszłość – zakończyła Victoria. – Dziękujemy, że zadzwoniłaś.

Chwilę później Alana wśliznęła się do salki i zajęła swoje miejsce. Najpierw spojrzałam na nią groźnie, a potem bezgłośnie podziękowałam, ona zaś się uśmiechnęła.

Znowu zamrugała czerwona lampka, a ja lekko podskoczyłam. W słuchawkach rozległy się trzaski, oznaczające, jak już wiedziałam, przełączenie do nas rozmowy.

– Dodzwoniłaś się do audycji „To nie moja sprawa” – powiedziała Victoria. – W czym możemy ci dzisiaj pomóc?

– To taki podkast z poradami? – upewnił się jakiś kobiecy głos.

– Tak, zgadza się – potwierdziła Victoria.

– Z poradami od licealistek?

– Tak – przyznała znowu Victoria.

Nie pojmowałam, jak potrafi utrzymać na twarzy uśmiech, gdy głos rozmówczyni aż ociekał sarkazmem.

– Co was uprawnia do udzielania porad? – dociskała nas tamta kobieta.

– Absolutnie nic – odparłam.

Victoria parsknęła swoim wystudiowanym śmiechem. Zaciekawiło mnie, czy naprawdę nad nim pracowała. Czy ćwiczyła reakcje przed lustrem w łazience, jak ja tej nocy?

– Nie określamy siebie mianem ekspertek – wyjaśniła, jak tylko przestała się śmiać. – Staramy się po prostu oferować obiektywne opinie i otwierać dyskusje.

– No to powodzenia – odpowiedziała tamta i się rozłączyła.

Na tym stanęło. Nikt więcej nie zadzwonił. Odczekałyśmy przewidzianą na zajęcia godzinę, a potem pani Lyon wyłączyła sprzęt. Wychodząc z kabiny dźwiękowej na miękkich nogach, czułam ulgę, że to już koniec. Jak na razie.

– W porządku – powiedziała pani Lyon, gdy razem z Victorią dołączyłyśmy do reszty grupy po drugiej stronie szyby. – Na jutrzejszych ćwiczeniach zespół postprodukcyjny to oczyści. Potraktujemy ten podkast jako wprowadzenie, a nie pełny odcinek. Nie wydaje mi się, żeby można było z tego wykroić więcej niż piętnaście minut. Potem na zajęciach urządzimy sobie burzę mózgów na temat tego, jak zwiększyć liczbę telefonujących. Mam nadzieję, że po wysłuchaniu tego pierwszego podkastu ludzie zrozumieją, o co nam chodzi. – A na wypadek, gdybym nie miała świadomości, że cała sprawa okazała się katastrofą, potwierdziła moje obawy, dodając: – Głowa do góry. Nie było tak źle.

Frank, który dziwnym sposobem znalazł się bliżej, niż bym chciała, powiedział na tyle cicho, żeby nie słyszał tego nikt poza mną:

– Tylko znacznie gorzej.

Złapałam się za głowę i jęknęłam. Może pożytek z tego będzie taki, że mnie wywalą.

ROZDZIAŁ 8

Nie mam zamiaru wysłuchiwać, że według ciebie było fajnie – powiedziałam Alanie, jak tylko wyszłyśmy z salki i ruszyłyśmy w głąb szerokiego korytarza.

– Nic takiego bym nie powiedziała. To było okropne. A ty wypadłaś raczej beznadziejnie.

– Hej!

– Co gorsza, nikt nie zadzwonił z czymś konkretnym. Twoja beznadzieja to rzecz drugorzędna.

Otworzyłam na oścież drzwi na końcu korytarza. Od razu uderzył mnie upał zmieszany z zapachem sosen. Przystanęłam na moment, żeby nabrać tchu. Pachniało trochę jak nad jeziorem i to pomogło mi się odprężyć.

– Dziękuję, że choć trochę nas uratowałaś – powiedziałam, patrząc z wdzięcznością na Alanę. – Jesteś niezawodna.

– Oczywiście. – Na chwilę umilkła. – Ale wiesz, naprawdę się o ciebie martwię, Kate. I o tę historię z Hunterem.

Chwyciłam ją za rękę i ścisnęłam.

– Bardzo cię lubię, ale o Hunterze nie chcę rozmawiać.

– Wiem.

– Mówię serio.

– Okej, obiecuję, że skończę temat, ale najpierw jedno pytanie: miałam rację, prawda? Naprawdę jeszcze go nie przebolałaś? Tak podejrzewałam, bo od miesięcy nie spojrzałaś na innego chłopaka. Myślałam jednak, że może się mylę.

– Dopiero co go przebolałam. Przez całe lato byłam chora na jego punkcie, a teraz…

– Leczysz się z niego?

Roześmiałam się.

– Zamknęłaś temat, a nadal go ruszasz?

Potrząsnęła głową.

– Dobra, zamiast zajmować się tym tematem, mogłabyś mi pomóc w moich podbojach sercowych.

– Czyli w poniedziałek razem ze mną odwozisz Lizę na korepetycje, żeby móc posiedzieć trochę z Diegiem? – spytałam, gdy kierowałyśmy się do mojego samochodu. Taką bowiem strategię przyjęłyśmy po kilku dyskusjach.

– Czy nie byłoby to zbyt ostentacyjne? – zapytała Alana, okręcając wokół palca pasemko ciemnych włosów.

– Odrobinę, ale czy kiedyś cię to powstrzymało?

Alana wybuchnęła śmiechem.

– Okej. Skoro jesteś teraz ekspertką od udzielania porad, posłucham ciebie.

– Bardzo śmieszne. A w ogóle to wiesz, kiedy wrzucą ten podkast do internetu? – spytałam.

– W piątek.

– Jaka radość. Nie mogę się doczekać swojego debiutu. – Niestety, nie było tak, że nikt nie słucha podkastów. Zdążyły nawet zgromadzić całkiem lojalną publikę. Miałam dwa dni na udawanie, że jakoś to pójdzie.

* * *

Wiatr targał mi włosy i dudnił w uszach, bo ślizgałam się na skuterze wodnym w poprzek jeziora. Wiedziałam, że płynę szybko, może za szybko, ale było mi z tym dobrze. Uwielbiałam wypływać na jezioro, robić coś, w czym byłam dobra. Nie czułam się głupio ani nie na swoim miejscu, nikt mnie nie osądzał. Miałam poczucie siły i pewności siebie. Czułam się wolna.

 

Byłoby tak, gdyby nie fakt, że w ogóle nie powinnam się tutaj znajdować. Miałam umyć skuter. Wiadro mydlin wciąż czekało na przystani, jakieś dwadzieścia minut za mną. Słońce miało niedługo zajść, a na umycie czekała cała kolejka skuterów. A jednak gdy z wiadrem w ręce stanęłam na przystani, pojęłam, czego tak naprawdę potrzebuję.

Zwolniłam uchwyt gazu i maszyna przyhamowała, a potem się zatrzymała. Położyłam głowę na kierownicy, pozwalając, by z ramion i pleców zeszło całe napięcie.

Za to, jak się teraz czułam – odprężona i radosna – warto było zapłacić widokiem miny taty, gdy pół godziny później przybiłam do przystani. Ale już niekoniecznie tego, że stał teraz ze ścierą w ręce, bo najwyraźniej wykonał robotę za mnie.

Westchnął.

– Kate, wiem, jaką siłę ma syreni zew jeziora, ale czasem wolałbym, żebyś umiała mu się oprzeć.

– Musiałam zrobić sobie przerwę.

– Zawsze musisz.

– To nieprawda. Dużo tu haruję.

Zaśmiał się.

– Nie mówiłem o tym tutaj. Miałem na myśli coś, co czeka cię w domu: odrabianie lekcji, porządki, inne obowiązki.

Temu nie sposób było zaprzeczyć.

– Przepraszam.

– Pędź do domu. Mama powiedziała, że bez odrobienia lekcji nie ma jeziora.

– Wiem. Przepraszam. – I tak pewnie okazywałam za mało skruchy. Odwiesiłam kluczyki i ruszyłam do domu.

* * *

Kolejne dwa dni przeleciały w ekspresowym tempie. Sama nie wiem, kiedy zrobiło się piątkowe popołudnie. Krążyłam po swoim pokoju, a Liza i Alana, wpatrzone we mnie, siedziały na moim łóżku. Wysłuchałyśmy właśnie we trzy pierwszego odcinka… a raczej wprowadzenia… mniejsza zresztą, jak nazwała to pani Lyon. Zespół postprodukcyjny wykonał dobrą robotę, przynajmniej jeśli chodzi o wycięcie ciszy.

– Myślałam, że nie znosisz, gdy mówi się do ciebie Kat – zauważyła Liza. Ekipa wycinająca usunęła też wszystkie moje próby skorygowania tego zdrobnienia.

– Bo nie znoszę. – Ale akurat imieniem przejmowałam się najmniej.

– Nie było tak źle – orzekła w końcu Alana, powtarzając słowa pani Lyon z ostatniej środy. Zazwyczaj mówi się tak po to, żeby dać wyraz czemuś przeciwnemu.

– Zabawnie wypadłaś – stwierdziła Liza.

– To na pewno – zgodziła się z nią Alana. – Victoria mówiła serio, ty plułaś sarkazmem. Prawie wyglądało na to, że się tak umówiłyście.

– Powiedziałaś prawie. – Klapnęłam na podłogę i podciągnęłam kolana.

– Trochę skrzeczałaś, ale poza tym wypadłaś okej, Kate – powiedziała Liza, bawiąc się końskim ogonem. – Nie rozumiem, czemu się tym tak gryziesz.

– Dzięki, Lizo.

– Czy wasza grupa wymyśliła, jak przyciągnąć kolejnych telefonujących? – spytała Alana.

Na dzisiejszych zajęciach pani Lyon podzieliła nas na grupy, żebyśmy sobie urządzili w nich burze mózgów.

– Nie bardzo – westchnęłam, nie podnosząc się jeszcze z podłogi. – Moją grupę za bardzo zaabsorbowało udzielanie mi rad, jak na antenie wydać się miłą i pełną wdzięku.

– I co takiego ci poradzili? – spytała Alana, sadowiąc się wygodniej.

Przypominałam sobie sugestie, jakimi się przerzucali.

– Jedna to taka, żeby się uśmiechać, gdy mówię. Wtedy przynajmniej wydam się uradowana.

Liza wykrzywiła usta w uśmiechu.

– To naprawdę działa? Słychać w moim głosie radość? – spytała.

– Słychać, że jesteś robotem – odparła Alana. – Powinnaś się jednocześnie uśmiechać i poruszać ustami.

– Tak się da? – Liza przećwiczyła to kilka razy, szepcząc najróżniejsze słowa z przyklejonym do twarzy uśmiechem.

– A jak wasza grupa? – zapytałam Alanę. – Wpadła na genialny plan zwiększenia liczby rozmów?

– Nie. Uznali, że po tym pierwszym odcinku zacznie dzwonić więcej ludzi.

– A konkretnie dlaczego? – zdziwiłam się, bo ręce mi opadały. – Ze względu na mój wdzięk i czar?

– Raczej dlatego, żeby wystąpić w podkaście. – Alana wzruszyła ramionami.

Tupnęłam bosymi stopami w podłogę.

– Może powinniśmy przydzielić wszystkim, którzy w czwartek będą się zajmować postprodukcją, dzwonienie w środy ze zmyślonymi problemami – zasugerowałam, przypominając sobie telefon od niej. – Popracowaliby nad zmienianiem głosu i zdolnościami aktorskimi.

Alana zjechała z mojego łóżka i siadła obok mnie na podłodze. Objęła mnie ramieniem.

– Spójrz na pozytywy.

– A są jakieś?

– Nic gorszego niż ten odcinek nie da się zrobić, tak? Dalej może być tylko lepiej.

– Lepiej, żebyś nie zapeszyła. Bo następnym razem ktoś zadzwoni w sprawie niedosmażonego mięcha w pobliskiej burgerowni.

– Albo że chce, żebyście mu pomogły z matmą – dodała Liza głosem uśmiechniętego robota. Potem sprawdziła telefon. – Ups, mama właśnie napisała, że kolacja na stole. To na razie. – Zeskoczyła z łóżka i już jej nie było.

Alana ścisnęła mnie za ramię.

– Jesteś dla siebie za surowa. Zapomnijmy na chwilę o tym durnym podkaście, okej? – Zmusiła mnie do wstania. – Jest piątek. Wymyślimy sobie coś niesamowitego.

ROZDZIAŁ 9

To hotel pana Younga – szepnęłam do Alany pół godziny później. Stałyśmy przed metalową furtką prowadzącą na basen i do jacuzzi. – Chcesz, żeby jeszcze bardziej znienawidził moją rodzinę?

– Wydaje ci się, że pan Young w piątkowy wieczór osobiście kieruje wszystkimi swoimi interesami? – Alana machnęła ręką, jej wielkie brązowe oczy lśniły z podniecenia. – Daj spokój. Poza tym do niego należą wszystkie hotele w mieście. Jeśli więc chcemy się wybrać do jacuzzi, nie mamy wyboru.

To był ten niesamowity plan Alany na dzisiejszy wieczór. Pod spodenkami i bluzkami miałyśmy kostiumy kąpielowe i tylko czekałyśmy, żeby się zakraść.

– Sierra Inn nie jest Younga – przypomniałam.

– Fakt – przyznała Alana. – I dlatego w Sierra Inn nie ma jacuzzi.

W naszą stronę szła ścieżką jakaś para i Alana odciągnęła mnie na bok.

– Zapomniałyśmy naszego klucza – powiedziała, gdy tamci zbliżyli się do furtki.

Posłużyli się swoim, żeby nas wpuścić, i jeszcze przytrzymali bramkę.

– Widzisz, bułka z masłem – szepnęła Alana. – Pomyśl, że pan Young jest ci to winien za wszystkie kłopoty, jakie sprawia twojej rodzinie.

Rozejrzałam się wokoło. Sznur świateł nad głowami odbijał się w mokrych płytkach alejki. Basen był podświetlony na jasnoniebiesko, a nad spienioną wodą jacuzzi unosiła się biała para. Ogrodzenia z tej strony, niczym górujący nad nim wartownicy, strzegły sosny. Nad jedną z nich wisiał księżyc, i to tak nisko, jakby jej wierzchołek go przebił i przytrzymał w tym właśnie miejscu. Atmosfera była tak bajeczna, że w pełni rozumiałam, czemu ludzie zjeżdżają do Lakesprings na miodowe miesiące, rodzinne wakacje i weekendowe wypady. Nie mieściło mi się za to w głowie, dlaczego niektórzy chcieli się stąd wyprowadzić.

Razem z Alaną zeszłyśmy do jacuzzi i wsunęłam się w kącik, dając temperaturze popracować nad moimi mięśniami.

Alana szturchnęła mnie w nogę stopą.

– Widzisz, wiedziałam, czego ci trzeba. Nie powinnaś nigdy kwestionować moich planów. Zawsze są doskonałe.

* * *

Tamtego wieczoru, po tym, jak Alana zaciągnęła mnie do trzech następnych jacuzzi, wyciągnęłam się na łóżku, żeby dojść do siebie. Chociaż świetnie się bawiłam z najlepszą przyjaciółką, cieszyły mnie też chwile samotności. Przypomniało mi to o wiadomości, którą kilka miesięcy temu dostałam od Huntera. Wyświetliłam ją sobie teraz.

Fajnie jest czerpać energię z ciszy – napisał. – Cisza nie kopnie.

Uśmiechnęłam się. Słowa Huntera przemawiały do mnie. Nieprawda, wcale nie przemawiały, bo od wieków już nic nie pisał. Dawno powinnam usunąć wszystkie wiadomości od niego i jego namiary, a także przestać go obserwować w mediach społecznościowych, żeby się dłużej nie zadręczać. Jakoś jednak niczego nie usunęłam.

Otworzyły się drzwi do sypialni i wszedł pies wujka Tima. Był to wielki mieszaniec, mający w sobie coś z doga. Oczywiście skierował się prosto do łóżka, na którym leżałam, i wepchnął mi nos w policzek.

Zakryłam twarz.

– Przestań, WP.

Kuzynostwo i ja nazywaliśmy go takim skrótem od określenia Wspólny Pies, bo mnóstwo czasu poświęcał na odwiedzanie nas wszystkich. Już nawet nie pamiętałam, jakie imię nadał mu przed dwoma laty wujek.

– Wiesz co – dodałam – domy ci się pomyliły.

Zwlekłam się z łóżka i wstałam. WP poszedł ze mną za dom i na podwórko. Skręciłam w prawo, zatrzymując się pod rozsuwanymi tylnymi drzwiami do domu wujka. Dla porządku zapukałam i odczekałam dziesięć sekund, a potem odsunęłam drzwi, rozsunęłam zasłony i wprowadziłam WP do środka.

Wujek siedział nad miską płatków przy kuchennym blacie. Kiedy weszłam, podniósł wzrok i się uśmiechnął.

– Kate! Hej.

– Cześć, wujku. WP uznał, że potrzebuję towarzystwa.

– Oj, przepraszam za niego. – Wujek Tim klepnął się w nogę. – Chodź tutaj, chłopie.

Już wychodziłam, kiedy mnie zawołał.

– Zjadłabyś płatki? – spytał.

– Jest jedenasta w nocy.

– I co z tego?

Wzruszyłam ramionami.

– Chyba nic. – Wysunęłam sobie spod blatu stołek i usiadłam obok niego. Podał mi miskę i podsunął mleko.

– Jak tam nowy rok szkolny? – spytał, gdy jedliśmy. Dzieci wujka Tima zaliczały się do mojego młodszego kuzynostwa, wszystkie chodziły do przedszkola lub do podstawówki.

– Przyzwoicie – odpowiedziałam z ustami pełnymi płatków. WP, skulony u stóp wujka, zaczął chrapać.

– A twój brat? Dobrze się odnajduje w liceum?

– Zdaje się, że tak. Przesiaduje w bibliotece i czyta.

– To chyba dobrze. A czemu ty w piątkowy wieczór siedzisz w domu?

– Nie siedzę. Wyskoczyłyśmy gdzieś z Alaną i właśnie wróciłam. – Miałam nadzieję, że wujek Tim nie zapyta, co robiłyśmy. Nie lubiłam kłamać, ale nigdy nie przyznałabym mu się do wtargnięcia na teren obiektów pana Younga. Byłby rozczarowany, może nawet by się zmartwił. Moi rodzice zawsze powtarzali, że musimy dbać o nieskazitelną reputację i nie dostarczać Youngom amunicji.

– Chyba coś cię trapi – stwierdził wujek z typową dla siebie zadumą.

Pomimo starań Alany, bym się rozerwała, w głowie wciąż miałam swoje niepowodzenie w roli prowadzącej. Nie mogłam się pogodzić z myślą o całorocznym zmaganiu z czymś, czego nie miałam ochoty robić.

– Jak mam przekonać nauczycielkę od podkastów, żeby pozwoliła mi zamienić się z kimś na funkcje? – spytałam, odwracając się do wujka. – Uparła się, a ja czuję, że cała grupa też o tym marzy.

– To o to chodzi.

Mina mi zrzedła.

– Słuchałeś, prawda?

– Słuchałem.

Nie dodał na koniec „Wypadłaś świetnie” ani „Byłaś zabawna”. Zamiast tego powiedział:

– Wyrobisz się. Głowa do góry, grupa się do ciebie przekona.

Auć.

– No… może.

Płatki dokończyliśmy w milczeniu. Podniosłam się i wylałam resztę mleka do zlewu.

– Kate, aż tak się tym nie stresuj. Sukces buduje się na porażkach.

Odwróciłam się, żeby na niego spojrzeć.

– To jedna z tych powtarzanych przez dorosłych prawd, które nic nie znaczą, tak?

Roześmiał się.

– Ja się jej trzymam.

– Dzięki.

Chciałabym mu uwierzyć. Z jego stwierdzenia wynikało jednak, że po klęsce zawsze przychodzi sukces. Wiedziałam, że to nieprawda.

– Może po prostu powinnam zrezygnować z tych zajęć? – rozważałam głośno. – Zamienić je na garncarstwo.

– Twojej mamie by się to nie spodobało. Jest zachwycona, że wybrałaś właśnie ten kurs.

– Wiem. – Przewróciłam oczami. – To Alana namówiła ją na podkasty.

Wujek Tim się roześmiał.

– Według mnie chce raczej, żebyś rozbudziła w sobie jakieś nowe pasje. Chce mieć pewność, że się w pełni realizujesz i w ogóle.

– Ale już odkryłam swoją pasję! – zaprotestowałam. – Chcę prowadzić marinę. Czemu moi rodzice nagle zachowują się tak, jakby to, że zależy mi na jeziorze, było czymś okropnym? Oni związali z nim swoje życie.

Wujek Tim pokiwał głową.

– Ale przecież nie ma nic złego w tym, że zanim podejmiemy decyzję rzutującą na całą naszą przyszłość, zbadamy jeszcze kilka innych opcji. Twoim rodzicom chodzi tylko o to.

– Powiedział ktoś, kto już w wieku pięciu lat wiedział, że chce latać samolotami.

 

Uśmiechnął się.

– Co racja, to racja.

Ruszyłam w stronę drzwi.

– Ale jako drugi fakultet wziąłem biologię, bo uznałem, że robienie sekcji też może być fajne.

Odwróciłam się i kilka kroków przeszłam tyłem.

– Dziwny jesteś.

Na moją cześć wzniósł miskę po płatkach.

– Czasem ścieżka najmniejszego oporu nie musi być tą najwłaściwszą. Niekiedy warto się oprzeć syreniemu zewowi jeziora.

Zamarłam w pół kroku.

– Co takiego?

– Co?

– Rozmawiałeś z moim tatą, prawda? Użył dokładnie tych samych słów. Siadacie sobie wszyscy w kółeczku i mnie obgadujecie?

– Nie.

Wpatrywałam się w niego spode łba.

– Kate, zależy im na tobie.

Zjeżyłam się.

– Według nich chcę prowadzić marinę dlatego, że to takie łatwe? Z lenistwa czy czegoś takiego?

– Nie chcą, żebyś swoją przyszłość oddawała walkowerem.

– Ja kocham tę marinę. Może bardziej niż oni.

Podniósł ręce na znak, że się poddaje.

– Posłańca się nie zabija.

Tylko jęknęłam i pomaszerowałam do drzwi.

– Niech wam będzie. Nie rzucę podkastów.

Przynajmniej jeszcze nie teraz.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?