Może tym razem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Kolacja walentynkowa w domu spokojnej starości

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Brunch pod chmurką z okazji Dnia Matki

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Ślub Janet Eller i Chada Johnsona

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Miejski grill z okazji Dnia Niepodległości

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Pogrzeb Johna Farnswortha

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Impreza dobroczynna w szpitalu dziecięcym w Birmingham

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Festyn Jesienny

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Obiad z okazji Dnia Dziękczynienia u państwa Williamsów

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Sylwestrowy bal w Stodole

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Podziękowania

O autorce

Tytuł oryginału: Maybe This Time

Przekład: Jarosław Irzykowski

Redakcja: Karolina Pawlik

Korekta: Natalia Jóźwiak

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Zdjęcie na okładce: Michael Frost

Grafiki na okładce i wewnątrz książki © Olga Korneeva/Shutterstock

Projekt okładki: © 2019 Scholastic Inc.

Copyright © 2019 Kasie West

Copyright for the Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-66380-12-7

Wydanie I, Łódź 2019

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojemu pięknemu bukietowi ślubnemu, który mój mąż wyrzuci! do śmieci.

„Te kwiaty były martwe!”

RIP Kolacja walentynkowa w domu spokojnej starości

Kolacja walentynkowa w domu spokojnej starości
TULIPAN

Tulipany to rośliny cebulowe. Chociaż kwitną wiosną, ktoś kiedyś wymyślił sobie: „Wiecie co, sprzedawajmy je na Walentynki”, a wszyscy najwyraźniej mu przyklasnęli. Nie mają jeszcze takiego wzięcia jak róże, jednak są od nich tańsze. I dlatego te kwiaty są tak pożądane przez domy opieki dla osób starszych.


Rozdział 1

W stołówce zapanowała rewia czerwieni i różu, jakby na tę okazję o wystrój zadbała sama Hello Kitty. Kwiaty, mój wkład w to przyjęcie, zajmowały na stołach centralne miejsce.

Zatoczyłam krąg wokół jednej z takich ozdób, próbując ustalić, co – poza owiniętym metalizowanym celofanem i upstrzonym różowymi serduszkami wazonem (który jak dla mnie powinien stamtąd zniknąć) – sprawia, że wygląda tak dziwnie. Ja postawiłabym na grube łodygi tulipanów, wzbogacone dla estetyki odrobiną zieleni, ale dekoracje nie zależały ode mnie. Na ten celofan zdecydowała się moja szefowa. Zupełnie jakby czerwone konfetti w kształcie serduszek, którym obsypane były obrusy, oraz przywiązane do krzeseł różowe i czerwone balonowe serca same nie załatwiały sprawy. Ale jak zawsze mawiała Caroline, gdy usiłowałam coś zasugerować: Słonko, przekonujesz przekonaną. Robimy to dla klientów.

Miała rację – klienci będą zachwyceni. A mnie, tak szczerze, za mało to obchodziło, bym miała się kłócić. Praca dla lokalnej florystki nigdy nie była moim marzeniem. Ale czego się nie robi dla pieniędzy, a ja będę ich potrzebowała, skoro zamarzyły mi się studia z projektowania mody w Nowym Jorku. A bardzo tego pragnęłam. Z całego serca.

– Tu cię mam. – Równowagę kompozycji burzył różowy tulipan. Wyciągnęłam go i zamieniłam miejscami ze znajdującym się obok tamtego czerwonym. – O wiele lepiej. – Patrząc na te kwiaty, zobaczyłam w myślach dziewczęta w jaskrawych letnich sukienkach, przemierzające pole tulipanów.

– Sophie – powiedziała Caroline, wchodząc do stołówki z kolejnym pękiem balonów – kwiaty wyglądają wspaniale.

Zamrugałam i dziewczęta w sukienkach znikły.

– Dziękuję.

Wszelkie Okazje były przede wszystkim kwiaciarnią. Ale w miasteczku tak małym jak nasze Caroline pełniła też rolę organizatora imprez. Ludzie zaglądali do sklepu po stroiki na stoły, a wychodzili z rozpisanym co do minuty programem wydarzenia. Caroline mawiała, że przekonałaby pszczoły do kupowania miodu.

– Byłaś ostatnio w furgonetce? – zapytała mnie teraz.

– Nie, od dawna do niej nie zaglądałam.

– Mogłabyś pójść zobaczyć, czy nie zostawiłam tam toreb z upominkami? Są w dwóch kartonach.

– Jasne. – Wytarłam dłonie w fartuch i zebrałam niewykorzystane materiały oraz wiadra, żeby je wynieść.

Na zewnątrz otworzyłam tył furgonetki i walnęłam wszystko do środka. Zdjęłam fartuch i upchnęłam go w skrzynce. Nigdzie nie widziałam toreb upominkowych, o których mówiła Caroline. Zobaczyłam za to swój plecak i wystający z niego szkicownik mody – stertę kartek, którą ledwie poskramiały związujące je rzemyki. Wyciągnęłam go wcześniej, bo naszło mnie natchnienie, ale Caroline zawołała mnie jeszcze w trakcie szkicowania.

 

Podniosłam go teraz i po rozwiązaniu rzemyków przekartkowałam rysunki, próbki materiałów i sprasowane liście, szukając projektu bluzki, nad którym pracowałam. I momentalnie się skrzywiłam. Gdzie miałabym się z tym pokazać? Był nakreślony pospiesznie i niechlujnie. Stale żałowałam, że nie mogę poświęcić szkicownikowi więcej czasu. Liczyłam na to, że jego zawartość pozwoli mi przekonać szkoły, że to właśnie mnie potrzebują. Zwłaszcza że nie miałam innego doświadczenia w kwestii projektowania mody.

– Sophie!

Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam Micah, moją najlepszą przyjaciółkę, wybiegającą właśnie z domu opieki. Uśmiechnęłam się, wsadziłam szkicownik do plecaka i zaczekałam na nią.

– Hej! Od kiedy tu jesteś?

– O rany, obcięłaś włosy!

Podniosłam rękę i pociągnęłam za ich końce. Dzień wcześniej skróciłam moje długie, ciemne włosy aż do brody i wciąż przyzwyczajałam się do nowej, postrzępionej fryzury.

– Zapowiadałam, że to zrobię.

– Wiem, ale ci nie wierzyłam.

Nie przypuszczała, że to zrobię?

– Nie podoba ci się?

– Co? Nie! Jest świetnie. Bardzo uwydatniło ci to oczy.

– Dzięki.

Micah miała na sobie mundurek cateringowej kelnerki – czarne spodnie i białą koszulę. Szarpnęła za kołnierzyk, który wyraźnie cisnął ją w szyję.

– Wiesz, jeśli dasz mi koszulę do małej przeróbki, będziesz się potem czuła milion razy lepiej. – Zebrałam materiał w fałdkę na wysokości talii. – Poza kołnierzykiem zajęłabym się też tym tutaj…

– Wiem, wiem. – Micah odtrąciła moje ręce. – Tata na pewno byłby zachwycony, że się czepiasz jego strojów służbowych. – Jej ojciec prowadził jedyną w miasteczku firmę cateringową. Micah wskazała burzę swoich czarnych loków, które niewątpliwie jeszcze niedawno spięte były na czubku głowy, a teraz rozsypywały się na wszystkie strony. – A skoro mowa o strojach służbowych, gumka do włosów mi pękła.

– Wyglądasz uroczo. Zostaw tak.

– Bo nie ma nic bardziej apetycznego niż włos w jedzeniu.

– Na pewno masz zapasową w swojej żelaznej rezerwie. – Tak właśnie nazywałam plastikowy kuferek z przegródkami, który Micah trzymała w bagażniku swojego samochodu. Jej żelazna rezerwa uwzględniała głównie wypadki związane z włosami, makijażem i ubraniem, ponieważ pojemnik nie był na tyle duży, by przechowywać w nim flary drogowe czy kołnierze ortopedyczne.

– Kpij sobie, ale ten kuferek niezliczoną ilość razy ratował ci tyłek – przypomniała.

– Święta prawda. – Podeszłyśmy do jej samochodu. Wyjęła go z bagażnika.

– Ciekawe, o jakim przeznaczeniu dla tych przegródek myśleli projektanci – zadumałam się. – Są na narzędzia? Śrubki i nakrętki?

– Na to, Sophie. Na to. – Micah z uśmiechem wyjęła gumkę do włosów. – Potrzebujesz czegoś?

Popatrzyłam na tę jej ofertę – na kolczyki, lakier do paznokci, patyczki higieniczne, plastry, błyszczyk do ust – wszystko w swojej przegródce. Idealny obraz tego, jak Micah chciałaby widzieć swoje życie. Każda rzecz na właściwym miejscu.

– Mam wszystko. – Ruchem głowy wskazałam furgonetkę. – Przyszłam po torby upominkowe.

– I to dlatego szkicowałaś?

– Nic nie szkicowałam! – Chrząknęłam. – Oglądałam wcześniejszy szkic.

– Mhm. – Moja przyjaciółka zatrzasnęła bagażnik i wróciłyśmy razem do furgonetki kwiaciarni. – Tak przy okazji, jak się udała wczorajsza randka z Kyle’em?

Na samo wspomnienie Kyle’a ścisnęło mnie w dołku.

– Niespecjalnie – przyznałam. – Gunnar schował się na tylnym siedzeniu samochodu Kyle’a i po pięciu minutach jazdy wyskoczył, żeby nas przestraszyć. – Spochmurniałam na myśl o kawałach mojego brata. – Kyle o mało nie rozwalił swojego nowiutkiego mustanga i przez resztę wieczoru o niczym innym nie mówił.

Micah aż się wzdrygnęła.

– Pierwsze randki zawsze wypadają dziwnie. Powinnaś dać mu drugą szansę.

– Nie wiem, czy on mi ją da. – Westchnęłam. – Przez mojego brata omal nie zniszczył sobie tego swojego cacka. Tak przynajmniej mówił… cały wieczór. – Ponownie przeszukałam tył furgonetki i w końcu wypatrzyłam kartony za fotelem pasażera.

– Ja dałabym ci jeszcze szansę – zauważyła Micah. – Poza tym, Gunnar jest uroczy.

To mi coś przypomniało. Wyciągnęłam z kieszeni komórkę i napisałam do brata:

„Odrobiłeś lekcje?”

„Tak. Chcesz zobaczyć pająka? Znalazłem go pod kredensem”.

„Fuj. Nie”.

– Czyli to już? – zapytała Micah.

– Słucham? – Odwróciłam się do niej. Wpatrywała się we mnie niecierpliwie.

– Odpuściłaś sobie Kyle’a po jednym wyjściu? To nie może się tak skończyć. Zrobiłam wam quiz na kompatybilność. Wyszło, że on to twoje dopełnienie.

Po tym, jak w zeszłym tygodniu Kyle zaprosił mnie na randkę, Micah namówiła mnie na rozwiązanie znalezionego w internecie quizu. Zaśmiewałyśmy się przy każdym pytaniu.

Przewróciłam oczami.

– Serio? Będziesz się na to powoływać jak na ewangelię?

– Jeśli będzie trzeba. – Według Micah z zasady nie dawałam chłopakom drugiej szansy. Tu się nie myliła. Ale z Kyle’em było inaczej. Bujałam się w nim już od paru miesięcy. Dlatego pomimo wysłuchiwania szczegółowych opisów tego, na co stać silnik V8 o mocy czterystu trzydziestu pięciu koni mechanicznych, gotowa byłam się z nią zgodzić, że pierwsze randki mogą odbiegać od normy.

– Zgoda, jeszcze jedna randka.

Uśmiechnęła się.

– Świetnie. On tu dzisiaj będzie?

– Wyobrażasz sobie jego kapelę na takiej imprezie? Staruszkowie wywołaliby zamieszki.

– Chodziło mi o to, czy nie przyjdzie odwiedzić babci. Ona nie mieszka teraz tu, w Willow Falls?

– A mieszka? Na zeszłorocznym przyjęciu jej nie było. Ale możliwe. Ja mogę ci tylko powiedzieć, kto tu nie mieszka: jego samochód. O jego bryce wiem wszystko.

– Zauważyłam. – Micah pociągnęła za gumkę do włosów, żeby się upewnić, że jej loki mocno trzymają się w koku. – Okej. Lepiej wracaj do pracy, słonko.

Cmoknęła powietrze koło mojego policzka, potem skierowała się w stronę budynku. Ja obeszłam furgonetkę i odsunęłam boczne drzwi.

– Aha! – Micah zawróciła i zrobiła parę kroków. – Później ci coś powiem! Naprawdę wielka sprawa.

– Czemu nie możesz powiedzieć…? – Nie zdążyłam jeszcze dokończyć pytania, a już była w środku, a drzwi się za nią zatrzaskiwały.

Wielka sprawa? Coś wystrzałowego czy samo dno? I czemu mi to zrobiła? Wiedziała, że po takiej informacji nie będę mogła spokojnie siedzieć.

Rozdział 2

Sięgnęłam po kartony z torbami upominkowymi Caroline. Nie miały jeszcze przydziału. Rewelacja. No to już wiem, czym będę się zajmować przez większość dzisiejszego wieczoru. Postawiłam pudła jedno na drugim i wniosłam je do środka.

Dotarłam już do połowy korytarza, gdy ktoś za mną zawołał:

– Przepraszam?

Odwróciłam się. Stał tam chłopak, mniej więcej w moim wieku, w dopasowanych dżinsach, pastelowej koszuli i świetnie na nim leżącej sportowej bluzie. Na jego niebrzydkiej buźce malował się uśmiech. Wyraźnie nie był stąd. Za wiele miał w sobie miasta.

Odpowiedziałam uprzejmym uśmiechem, licząc, że nie zajmie mi dużo czasu.

– Impreza zacznie się nie wcześniej niż za piętnaście minut – oznajmiłam. – Ale zapraszamy do holu. Rodziny już się tam zbierają.

Znałam całą tutejszą młodzież w wieku szkolnym (a także większość ich krewnych, żyjących bądź już nie), ten koleś więc musiał przyjechać do kogoś w gości. W myślach próbowałam przypasować mu kogoś z dziadków – Betty, Carla, Leo, a może…

– Nie jesteś stąd – stwierdził, jakby przytaczał moje myśli.

Poprawiłam położenie trzymanych kartonów. Nie były ciężkie, ale za to pękate.

– Słucham?

– Nie jesteś z Rockside – sprecyzował.

– Akurat jestem. Od urodzenia.

– Aha. No tak. Początkowo nie wyłapałem twojego południowego akcentu.

Wyprężyłam się, nawet dumna. Ciężko pracowałam nad maksymalnym stłumieniem akcentu, żeby na studiach nie rzucać się zbytnio w oczy.

Chłopak podszedł kilka kroków bliżej, a gdy wyciągnął schowaną za plecami rękę, okazało się, że ma w niej różowy tulipan.

– Piękny kwiat dla pięknej dziewczyny.

Zmarszczyłam brwi. On tak serio? Nie bardzo wiedziałam, jak zareagować na tak bezczelnie romantyczny gest. O ile o coś takiego mu chodziło. A może o coś innego?

Spojrzałam na kartony w moich rękach, niezgrabnie oparłam je o biodro i sięgnęłam po kwiat. Ręka zamarła mi w połowie drogi do celu, bo zauważyłam owijający łodygę zielony kabelek, który podtrzymywał tulipan w pionie.

Zawahałam się.

– Skąd go wziąłeś?

Pytanie go zaskoczyło, uśmiech odrobinę przygasł, ale koleś wybrnął z tego słowami:

– Nieważne, skąd się wziął, ale do kogo trafia. – Wyciągnął rękę jeszcze dalej.

Postawiłam pudła na podłodze i wzięłam kwiat, żeby mu się przyjrzeć.

Oczywiście drucik owijał łodygę dokładnie w ten sam sposób, jak u reszty z przeszło setki tulipanów, które okręciłam tego ranka. Prawdę mówiąc, na pracy z tym kabelkiem upłynęły mi całe godziny.

– Wyjąłeś go z jednego z wazonów w stołówce? – zapytałam, wciąż w to nie wierząc.

Kiwnął głową.

– Tak, wyzwoliłem go z jego tandetnego więzienia. Od razu wydaje się szczęśliwszy.

Rozdziawiłam usta.

– Nie przejmuj się. Były ich tam setki. Nikt nie zauważy.

– Mam się nie przejmować? – Odwróciłam się i pomaszerowałam do stołówki.

– Czuję, że cię uraziłem – powiedział pan Domyślny, idąc za mną. Czy raczej pan Bufon? Może zresztą należało oba przydomki połączyć ze sobą, skoro tak do niego pasowały.

Stanęłam w drzwiach i przeskanowałam wzrokiem stroiki.

– Sugerujesz, że rozpoznasz miejsce, w którym znalazłem ten kwiat? – powiedział.

– Znalazłeś? Tak, powiem ci, dokładnie z której kompozycji ukradłeś tulipan, bo ostatnie osiem godzin upłynęło mi na ich układaniu.

Zakrztusił się.

– Ach. Użyłem słowa „tandetny”? Chodziło mi o… hm… strojny.

Przewróciłam oczami. Zobaczyłam, że zerka na mnie, jakby mnie oceniał. Miałam na sobie zieloną bluzkę z jedwabiu i spódnicę do kolan, w kwiaty. Moją kreację imprezową. Ale niezależnie od wydarzeń związanych z pracą lubiłam żywe kolory i klasyczny styl.

– I tak nie ty projektowałaś te stroiki – oświadczył – i dlatego nie rozumiem, co cię tak zmartwiło.

Skrzywiłam się.

– Tego akurat nie możesz wiedzieć.

Wzruszył ramionami, jakby był innego zdania, a potem odparł:

– Nadal nie wierzę, że potrafiłabyś wskazać bukiet, z którego go wziąłem.

– Potrafię.

– Bez liczenia kwiatów?

– Uzupełniasz tę naprędce stworzoną grę o nowe zasady?

– Tak! – przyznał z dumą. – Jeżeli ty nie zdołasz wzrokowo ustalić, w której wiązance brakuje kwiatka, nikt inny też się nie zorientuje, a ty będziesz musiała przyjąć mój podarek.

– Czy coś kradzionego w ogóle można nazwać podarkiem? – zapytałam i zaczęłam krążyć wokół stołów oraz między nimi.

– Umowa stoi?

Wnuk Leo niewątpliwie byłby irytujący. A może był wnukiem Johna? John słynął z tego, że wiecznie się czegoś domagał. Tyle że mogłabym przysiąc, iż wszystkie jego wnuczęta poznałam na zeszłorocznym grillu z okazji Czwartego Lipca.

– A jeśli ja wygram? – zapytałam.

Kącik jego ust uniósł się w półuśmiechu.

– W razie twojej wygranej będę ci winien tuzin kwiatów, za które zapłacę.

– Tuzin kwiatów, skomponowany przeze mnie.

– Tylko jeśli nie będzie folii.

Oczy zwęziły mi się w szparki.

– To się nazywa celofan. I nie, nie będzie.

– Coś czuję, że wyjdzie drogo.

Biorąc pod uwagę to, jak wygląda, miałam absolutną pewność, że go stać.

– A ja, że powinieneś zapłacić za tuziny skradzionych wcześniej kwiatów.

Nie zaprzeczył, wiedziałam więc, że trafiłam. Nie na mnie pierwszej usiłował zrobić wrażenie kwiatem zgarniętym bez zastanowienia. Przeszłam zatem od studiowania jego arogancji do ponownego przyglądania się bukietom. Niewiele było trzeba, bym wypatrzyła ten uszkodzony. Zepsuł całą kompozycję, kiedy wyciągnął kwiat z prawej strony. Westchnęłam, podeszłam do stołu, a niesiony przeze mnie tulipan znów zajął należne mu miejsce.

 

– Najbardziej lubię pomarańczowe kalie – oznajmiłam, wracając na korytarz.

– Widziałaś, jak go zabierałem? – zapytał chłopak, gdy go mijałam. – To stąd wiedziałaś?

– Nie, już ci powiedziałam. Skomponowałam każdy z nich. Rzucało się w oczy.

– Jestem pod wrażeniem.

– Nie musisz. A tak poważnie, nie kradnij już moich kwiatów. – Gdy odchodziłam, nadal stał w stołówce i się na mnie gapił.

Na korytarzu wyjęłam komórkę i napisałam do Micah: „Uwaga: po budynku krąży bufon. Kontakt na własne ryzyko!”.

Zza rogu wyjechał sznur wózków inwalidzkich i na moment przeciął mi drogę – to kilka opiekunek wiozło swoich podopiecznych w kierunku holu.

– Sophie – powiedział pan Washington, przejeżdżając obok. Opiekująca się nim Kayla natychmiast zatrzymała wózek. – Wydaje mi się, że moja żona też kiedyś miała taką spódniczkę.

– To wyrazy uznania, czy stwierdzenie faktu, panie W.? – zapytałam.

– Jak zawsze wyrazy uznania, panno Sophie. Wyglądasz oszałamiająco.

– Dziękuję.

– Umiałabyś zawiązać muchę? – Pokazał mi pasek jasnoczerwonej tkaniny.

– Umiałabym.

– Pomożesz starszemu panu z artretyzmem?

– Oczywiście. – Podeszłam i wsunęłam ten pasek pod kołnierzyk.

– Moja opiekunka nie miała pojęcia, jak to zrobić – stwierdził, jakby od wszystkich na tym świecie należało oczekiwać takich umiejętności.

– Przyznaję się bez bicia – potwierdziła Kayla. – A gdzie ty się tego nauczyłaś, Sophie? W tym miasteczku raczej trudno o okazje do noszenia strojów wieczorowych.

– Jako dziesięciolatka naoglądałam się trochę tutorialów na YouTubie i ćwiczyłam na lalce – wyjaśniłam, robiąc pętelkę. – Mamy ten mój nowy talent zbytnio nie zachwycił, bo żeby zrobić muszkę, pocięłam jedną ze swoich spódniczek.

– Zabawne. Zapomniałam, że interesujesz się modą – odparła Kayla. – Chcesz studiować projektowanie lub coś w tym stylu, prawda?

Tak to powiedziała, jakby chodziło o chwilową fascynację, a nie o coś, co było dla mnie wszystkim.

– Tak.

– Wystąpisz o moje stypendium? – zainteresował się pan Washington. – W tym roku jesteś w przedostatniej klasie, zgadza się?

Zaciągnęłam muchę i cofnęłam się o krok.

– Zgadza. Ale pan przecież nie zmienił zasad jego przyznawania, prawda? Wydawało mi się, że ubiegać się o nie mogą jedynie uczniowie chcący studiować w Alabamie. – Pan Washington nosił w sobie więcej miłości do tego stanu niż ktokolwiek inny ze znanych mi ludzi i już od przeszło dwudziestu lat kupował studentów tutejszym uczelniom.

– To prawda.

– Ja wybieram się na studia do Nowego Jorku.

Na pomarszczonym czole pana W. jeszcze przybyło zmarszczek.

– Ależ twoja mama mówiła mi, że nie możecie sobie na to pozwolić.,

– Oszczędzam. Trochę też pomoże mi tata.

Chyba wyczuł w moim głosie pewien opór, bo powiedział:

– To wspaniale, jednak o moje stypendium też nie zawadzi wystąpić. Plan rezerwowy to nic złego.

Plan rezerwowy… moja mama też często przywoływała to określenie. Z góry zakładała, że mój plan nie wypali.

Kiwnęłam głową.

– Zastanowię się nad tym. – Ale choćbym nie wiadomo jak długo wytężała myśli, nie zamierzałam nic w tym kierunku robić. Jeszcze półtora roku i moje marzenia się spełnią.