Miłość i inne zadania na dziś

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Podziękowania

Tytuł oryginału: Love, Life and the List

Copyright © 2018 by Kasie West

Copyright for the Polish edition and translation © by Wydawnictwo JK

Redaktor prowadzący: Maria Zalasa

Przekład: Jarosław Irzykowski

Redakcja: Ewa Różycka

Korekta: Grzegorz Krzymianowski

Zdjęcie na okładce: Michael Frost

Projekt okładki: Michelle Taormina

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

ISBN 978-83-7229-761-7

Wydanie I, Łódź 2018

Wydawca: JK ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 tel. 42 676 49 69 fax 42 676 49 29 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojej Abby, która całą siebie wkłada i w pracę, i w śmiech. Radości mojego życia, kocham Cię!

Rozdział 1

Upał czy ziąb?

– Upał. Nienawidzę zimna. Wiesz przecież.

Na samą myśl zatrzęsło mną, chociaż był środek lata, i prawdopodobnie to skłoniło Coopera do zadania pytania. Bo było gorąco. Taka spiekota, że w zgięciach kolan zbierał mi się pot. Już od dwudziestu minut staliśmy w kolejce do plażowego kina i nie mogłam się doczekać chwili, gdy zajdzie słońce i zerwie się wiatr.

Pokręcił głową.

– To wiem, chodziło mi o to, czy wolałabyś zamarznąć na śmierć, czy umrzeć z przegrzania?

– Oba warianty koszmarne. – Wydęłam wargi. – Ale masz rację, to inna bajka. Słyszałam, że z zimna umiera się błogo.

– Od kogo niby? Nawiedzają cię duchy tych, którzy zamarzli?

– Pewnie. Dzień w dzień. A skoro o tym mowa, wolałbyś, żeby spotkało cię przekleństwo widzenia duchów czy zombiaków?

– Przekleństwo? Przekleństwo? – Złapał mnie za ramię i potrząsnął. – Według mnie żadna z tych możliwości nie podchodzi pod tę kategorię. Totalny odlot. Kupuję obie opcje.

– To wbrew przepisom. Musisz wybrać.

– Duchy. W nadziei, że wyjawią mi moją przyszłość.

– Duchy nie znają przyszłości – powiedziałam, gdy przesunęliśmy się w kolejce nieznacznie bliżej stoiska z biletami. Między stopę a klapek dostał mi się piasek, więc go wytrząsnęłam.

– Kto tak twierdzi?

– Wszyscy, Cooper. Jeśli już, to duchy znają przeszłość.

– Może twoje, Abby, bo moje przepowiadają przyszłość. Będzie niesamowita.

Dziewczyna stojąca przed nami odwróciła się i uśmiechnęła do Coopera. Zapewne uznała, że jest uroczy. Bo taki był. A ona była mniej więcej w naszym wieku. Włosy miała zebrane celowo w niesforny koczek, znowu więc zastanowiło mnie, jak osiągnąć taki efekt, aby fryzura wyglądała na celowo ułożoną, a nie na zwykły bałagan na głowie.

– Hej – zwrócił się do niej. – Jak tam?

– Teraz lepiej. – Zachichotała, po czym się odwróciła.

Pokręciłam głową.

– Mną się nie przejmuj. No wiesz, tą dziewczyną obok chłopaka, z którym flirtujesz.

Byłam pewna, że poznała po tonie, iż żartuję, ale Cooper mimo to zakrył mi usta dłonią i oznajmił:

– Obok którego stoi jego najlepsza przyjaciółka. Po prostu przyjaciółka. Ten chłopak jest totalnie do wzięcia.

Wyswobodziłam się i parsknęłam śmiechem, chociaż ten tekst o „po prostu przyjaciółce” wcale mi się nie spodobał. W tym akurat miesiącu mijał dokładnie rok od dnia, gdy wyznałam miłość Cooperowi Wellsowi. Jego reakcja jednoznacznie dała mi do zrozumienia, że nie odwzajemnia tych uczuć. Musiałam całą sprawę obrócić w żart. W dowcip, na który przystał bardziej niż ochoczo. A ja się na to zgodziłam, bo nie chciałam stracić go jako przyjaciela. Lepszego nikt by nie znalazł.

– To aż prosi się o pytanie, czy wolałabyś wyskoczyć na jeszcze jeden wieczór z najlepszymi przyjaciółmi, czy zarwać nockę na pakowanie się przed wycieczką, na którą rodzice wyciągają cię na całe lato – dobiegło zza naszych pleców.

Obróciłam się gwałtownie, cała rozpromieniona.

– Rachel, nie mów „prosi się”. Tego sformułowania używa mój osiemdziesięcioletni dziadek – powiedziałam.

Bo to Rachel tam stała, trzymając się pod boki, jej ciemne oczy błyszczały.

– Właśnie od niego to podłapałam. Poza tym ma tylko sześćdziesiąt osiem lat.

Strzeliłam ją biodrem, a potem uściskałam.

– Skąd wiedziałaś, że gramy w Co wolisz?

– A grywamy w coś innego?

– Myślałam, że dzisiaj się nie wyrwiesz – stwierdziłam.

Nasza zgrana ekipa składała się z czterech osób: Coopera, Rachel, Justina i mnie. Justin wyjechał w zeszłym tygodniu i lato miał spędzić ze swoim Kościołem na misji w Ameryce Południowej. Rachel miała następnego dnia ruszyć z rodzicami na wycieczkę po Europie. Zanosiło się więc na to, że resztę lata spędzę tylko z Cooperem.

– Ja też. Wróćmy do mojego pytania, o które się prosiło – odparła Rachel. – Pakowanie czy przyjaciele?

– Ciężki wybór, Rach – odrzekł Cooper. – Pewnie pakowanie.

Szturchnęła go w ramię.

– Bardzo śmieszne.

Dotarliśmy w końcu na początek kolejki. Cooper podszedł do przykrytego obrusem stolika, we wszystkie letnie piątkowe wieczory robiącego za kasę biletową. Koleś stojący za kasetką z pieniędzmi zapytał:

– Ty jesteś Cooper?

– Taak – przyznał ostrożnie Cooper.

– Tamta dziewczyna zapłaciła za ciebie. – Koleś ruchem głowy wskazał Niesforny Koczek, stojącą przedtem przed nami, a teraz kierującą się do wejścia. Musiała usłyszeć, jak zwracam się do Coopera po imieniu.

– A za nas? – zawołałam do niej, biorąc Rachel pod rękę.

Dziewczyna posłała nam uśmiech i jeszcze pomachała.

– Ty cholero – zwróciłam się do Coopera. – Gdzie się podziewają ludzie gotowi zafundować mnie piątkową rozrywkę? – Grzebałam w swojej torbie plażowej, aż wreszcie pod ręcznikami i swetrem znalazłam portfel. Wręczyłam kasjerowi pieniądze i odebrałam bilet. Rachel zrobiła to samo.

 

– Musisz jeszcze popracować nad urokiem osobistym – zauważył Cooper.

– Przecież jestem tu najbardziej uroczą osobą. – Zarzuciłam torbę na ramię tak zamaszyście, że zakołysała się jak wahadło. – Cała ociekam urokiem.

– Fuj – stwierdził. – Źle się do tego zabierasz.

– Chłopaki, można się załapać na ociekający urok! – ogłosiłam wszystkim stojącym za nami.

– Idź poociekać gdzie indziej – odkrzyknął ktoś z tyłu.

Rachel wyciągnęła mnie z kolejki, chyba zażenowana.

Cooper skierował się w lewo, do budki z jedzeniem tuż za barierkami.

– Robimy sobie dzisiaj wypasioną ucztę? – zapytałam.

– Wpadło mi chyba trochę kasy do przepuszczenia. Pozwolę sobie na popcorn za dziesięć dolców.

– Nie znoszę cię. Zjem ci wszystko – zapowiedziałam.

Zaśmiał się.

– Rzeczywiście ociekasz urokiem, Abby Turner. Hektolitrami.

Posłałam mu całusa.

– My zaklepujemy miejsce. Ty załatwiasz jedzenie.

– Się robi.

Już odchodziłyśmy z Rachel, kiedy zauważyłam w kolejce do food trucka dziewczynę, która zafundowała Cooperowi bilet. Prawie gotowa byłam się rozmyślić i posłać Rachel, żeby sama zajęła nam miejsce, umożliwiając mi dołączenie do chłopaka. Zrezygnowałam. Nie miałam ochoty być świadkiem tego flirtowania. Dosyć się już napatrzyłam.

– Nigdy nie zgadniesz, co postanowili moi rodzice – powiedziała Rachel, gdy wyciągałam z torby ręczniki, żebyśmy mogły je rozłożyć na naszym miejscu pod barierkami z prawej strony.

– Że nie musisz z nimi jechać i zostaniesz ze mną na całe lato? – zaryzykowałam.

– Chciałabym.

– Wiesz, jak to wygląda, kiedy się żalisz, że czeka cię dziewięć tygodni podróżowania po Europie?

– Z rodzicami. Z moimi rodzicami. To nie będzie kumpelska włóczęga po hostelach. Czeka nas odwiedzanie grobów przodków i bliżej nieokreślonych spłachetków ziemi, na które ich zdaniem odlał się kiedyś brat mojego prapradziadka, czy coś w ten deseń.

– Czekaj, twoi przodkowie pochodzą z Europy?

– Niektórzy. Wydaje ci się, że w Europie nie ma czarnoskórych? Abby, pomyśl.

– Nie o to mi chodziło… Masz rację, durnota ze mnie. To co w końcu postanowili twoi rodzice?

– Że to będzie wycieczka zerotechnologiczna.

– Czyli co? – Usiadłam na ręczniku i zsunęłam klapki. – Zero map Google?

– Zero komórek.

Wytrzeszczyłam oczy.

– Nie wolno ci wziąć telefonu?

– „Detoks”, tak to nazwali.

– To jakaś masakra.

– Zgadzam się! – Klapnęła obok mnie. – Tego lata nie wolno ci robić nic fajnego, skoro nie będę mogła się o tym dowiedzieć.

– Spokojna głowa. Wrócisz do domu i wszystko będzie dokładnie po staremu – zapewniłam. – Dokładnie. Po. Staremu.

– Lepiej, żeby tak było.

Z palcami u nóg zagrzebanymi w piachu patrzyłam, jak Cooper idzie do nas z popcornem i butelką wody. W jego lekko falujących jasnych włosach odbijały się resztki promieni słonecznych, otaczając głowę czymś w rodzaju aureoli. Spojrzenie niebieskich oczu rozjaśnionych uśmiechem spotkało się z moim i ja również nie mogłam się nie uśmiechnąć.

– Jak było pod objazdową jadłodajnią? – zapytałam.

– Objazdową? I ty wytykasz, że Rachel gada jak osiemdziesięciolatek?

– Bla, bla, bla.

Usiadł na ręczniku w żółte i białe pasy, po mojej prawej, podając mi butelkę.

– Co to za badziew? Potrzebuję kofeiny.

– Nie dalej jak wczoraj wyznałaś mi, że rzucasz napoje gazowane. Powiedziałaś to tonem dość dramatycznym. A potem dodałaś: Cooper, trzymaj mnie za słowo.

– Co? – zdziwiła się Rachel, po mojej lewej. – Zeszłego wieczoru wytrąbiłaś u mnie w domu prawie półtora litra mountain dew.

– Ćśśś. – Przycisnęłam jej wargi palcem. – Nie o tym rozmawiamy.

Cooper skrzywił się, a Rachel odsunęła moją rękę.

– Za kogo wy mnie uważacie? Za Wonder Woman? Też coś. – Zdjęłam nakrętkę i się napiłam.

– Na imię ma Iris – oznajmił Cooper, ruchem głowy wskazując food trucka i dziewczynę, która zafundowała mu bilet.

– O nie – westchnęła Rachel.

Ja udałam współczucie.

– Pocałunek śmierci. Imię, którego nie da się zdrobnić. Chyba nawet nie podejrzewała, że z chwilą gdy ci je podała, było już pozamiatane.

– Bo Iris nijak nie da się zdrobnić. Mam ją nazywać I? – oburzył się Cooper.

– Mógłbyś raz przemóc swoje lenistwo i używać czyjegoś pełnego imienia.

– Lenistwo nie ma nic do rzeczy. Tu chodzi o priorytety w związku. Chcę móc zdrobnić imię mojej dziewczyny, kiedy się do niej zwracam.

Prychnęłam.

– Wiem, że według ciebie to bardziej seksowne, ale tak wcale nie jest.

Nabrał garść popcornu i wzruszył ramionami.

– Nieważne.

Chwilę się zastanawiałam.

– Co powiesz na Ris? – Nie byłam pewna, czemu właściwie usiłuję mu pomóc w kontaktach z tą nową dziewczyną, bo jedyne, co dzięki temu osiągałam, to dławienie własnych uczuć. Tych, o których nie wiedział nikt poza mną… i moją mamą… i może jeszcze Cooperem, choć byłam zdania, że tamtego lata udało mi się go przekonać, że tylko żartowałam.

– Ris brzmi słodko – przyznała Rachel, też biorąc z wiaderka Coopera garść popcornu.

– Hm. – Zastanowił się. – To mogłoby się sprawdzić. Dobrze, że dała mi numer.

– Mnie też powinna postawić kino. Właśnie ocaliłam jej szansę. – Przyglądałam się, jak słońce siada na skraju oceanu, by zaraz się w nim schować.

– A jak to jest u was? – zaciekawił się Cooper. – Jakie stawiacie sobie cele, jeśli chodzi o związki?

– Moim najbliższym celem – oznajmiła Rachel – będzie jakiś Włoch o długich falujących włosach i akcencie tak ciężkim, że nie skumam, o czym mówi, ale przy tym tak wybitnie całujący, że tamto nie będzie mieć znaczenia.

Roześmiałam się.

– To będzie przed tym, jak znajdziecie z rodzicami działkę, na której odlał się twój praszczur, czy potem?

– Zdecydowanie przedtem… potem zresztą też. A jak u ciebie, Abby? – zapytała Rachel. – Upatrzony cel związku?

Przekręciłam się na brzuch i zaczęłam rysować coś palcem na piasku.

– Na pewno jakiś artysta. Ktoś znający się na malowaniu, rysowaniu czy czymś takim.

– A jeśli okaże się lepszy od ciebie? Czemu miałabyś chcieć kogoś z tym samym zestawem talentów? – dociekała Rachel.

– Właśnie – zawtórował jej Cooper. – To groziłoby rywalizacją.

– To że u ciebie, Coop, wszystko przechodzi w rywalizację, nie oznacza jeszcze, że wszyscy tak mają.

– Sama widzisz, ja mam idealne imię. Efekt zdrabniania go jest epicki.

– Czy epicki, to nie wiem, ale uroczy – przyznałam.

– To akurat coś mi przypomniało – wtrąciła Rachel. – Ostatnio ktoś pytał o jedną z twoich prac. Zwrócił na nią uwagę w sali plastycznej pod koniec roku szkolnego i dotąd nie może jej sobie wybić z głowy.

– Kto taki?

– Nie znam go. Zagadnął mnie w Starbucksie. Chyba wiedział, że się przyjaźnimy.

– Super – powiedział Cooper.

Zagryzłam wargę i się uśmiechnęłam. Miałam ochotę wrzasnąć: „Widzisz, Cooper, jednak coś we mnie jest. Nie ma się co śmiać, jestem artystką”.

– Wracając do sprawy celów – odezwała się Rachel. – Czy docenianie twojego talentu sprawdziłoby się równie dobrze, jak bycie artystą? Bo jeśli tak, powinnaś się umówić z tym tajemniczym chłopakiem.

– Tak! Zdecydowanie powinnaś – przyznał Cooper.

– Docenianie talentu plasuje się tuż za byciem artystą. Świetnie, Rachel, że dostarczyłaś tak szczegółowych danych o tym kimś.

– Drobne uchybienie.

Na wielkim ekranie przed nami zaczął lecieć film, z głośników zagrzmiała muzyka.

Rachel nachyliła się do mojego ucha.

– Muszę do łazienki. Zaraz wracam. – Zmyła się.

Cooper położył się na brzuchu, tuż obok mnie, tak że stykaliśmy się ramionami. Zaczął rysować koło mojego dzieła jakieś ludziki.

– Tego lata, mała, tylko ty i ja – powiedział.

Na te słowa serce mi mocniej zabiło. Już go przeboleliśmy, więc upomniałam je. Ale to i tak jeden z najlepszych przyjaciół. Lato tylko z Cooperem Wellsem da się przecież przeżyć.

– No. – Wyciągnęłam rękę i dorobiłam jednemu z jego ludzików kółka. – W tym tygodniu ścigasz się na wydmach? – Cooper brał udział w wyścigach quadów w lokalnej amatorskiej lidze, utworzonej przez kilku maniaków tych pojazdów.

– W środę. Oczekuję, że się stawisz z wielkim transparentem: „Cooper pierwszy na pudle”.

– A co, jeśli przyjedziesz drugi? Wtedy to będzie głupio wyglądało.

Szturchnął mnie ramieniem.

– Przyjdę. Czy kiedyś mnie nie było?

– Zwykle jednak przychodziłaś z Rachel i Justinem, więc nie byłem pewien.

– Przez większość czasu przecież bywałam tam bez nich. – Coopera poznałam jako pierwszego, jeszcze w ósmej klasie. Już wtedy się zaprzyjaźniliśmy. Rachel i Jus-tin dołączyli do nas w ogólniaku.

– To prawda. A skoro uznałem, że przynosisz mi szczęście, pozostaje ci kibicowanie po wsze czasy.

– Tak będzie. – Pozostanę fanką Coopera po sam kres wieczności. Ta żałosna myśl niemal skłoniła mnie do tego, by natychmiast się stamtąd wynieść w celu odzyskania choć odrobiny godności. Ale wtedy on się do mnie uśmiechnął.

Rozdział 2

Latem zwykle sypiałam tak długo, jak się dało. Następnego ranka jednak przez częściowo podniesione żaluzje wkradł się do mojego pokoju promyk słońca i za nic nie chciał się wynieść. Wstałam, poszłam pod okno i całkiem zaciągnęłam żaluzje. Ponownie wgramoliłam się pod kołdrę, naciągając ją po uszy. Nie uchroniło mnie to jednak przed brzęczeniem telefonu dobiegającym z szafki obok mnie. Pomyślałam, czy by go nie zignorować, ale kiedy znów się rozdzwonił, nie mogłam oprzeć się ciekawości. Na wyświetlaczu ukazała się wiadomość od Rachel.

„To będzie ostatni SMS ode mnie na następne 9 tygodni”.

Po nim przyszło:

„Jak sobie poradzisz beze mnie?”.

„Pewnie się wyśpię”.

„Dobra. Ja też. A jeśli mi się spodoba życie bez telefonu? Nie. Mowy nie ma. Nawet gdyby mi przypasowało, nie powiedziałabym rodzicom. Za bardzo by ich to ucieszyło”.

Uśmiechnęłam się i potarłam oczy.

„Będę tęskniła! Nie zapomnij o mnie przez jakichś włoskich przystojniaków”.

„I vice versa!”

„Mnie w najbliższej przyszłości na pewno nie grozi zabujanie się we włoskich przystojniakach”.

„Bardzo śmieszne. Miałam na myśli tęsknotę”.

„Wiem. Bezpiecznej podróży. Zadzwoń do mnie z budki, jeśli będzie okazja. Jak myślisz, istnieją jeszcze budki telefoniczne?”

„Nie wiem. Przekonamy się”.

Popatrzyłam na komórkę, ale nie było już nic do powiedzenia, więc tylko leżała sobie cicho w mojej dłoni. Bez Rachel i Justina to lato naprawdę będzie się dłużyć. Mój palec, jakby wiedziony jakimś własnym rozumem, przejechał po ekranie, wywołując stronę, którą miałam w Ulubionych. Aplikację zimowego programu Instytutu Sztuk WishStar. Mojego wymarzonego. Warsztatów, które według mojej nauczycielki plastyki wzmocnią moje papiery na studia i ułatwią mi dostanie się do naprawdę porządnej szkoły plastycznej. Zwłaszcza że chodziło o WishStar. Mieli tam fenomenalnych instruktorów i marzyłam o spędzeniu części ferii zimowych w towarzystwie innych artystów. Przez całe dwa tygodnie uczylibyśmy się nowych technik, poznawali wszelkie rodzaje warsztatów i inspirowali się opowieściami prelegentów o ich osiągnięciach. Marzyło mi się poznanie prawdziwych profesjonalistów z tej dziedziny, a ten kurs, równolegle z doskonaleniem moich własnych umiejętności, miał mi w tym pomóc.

Ponownie przestudiowałam tę stronę, po raz milionowy w ciągu ostatniego półrocza. Wczytałam się w wymagania, które pozostawały niezmienne. Wiek, doświadczenie, rekomendacje, historia wystaw/sprzedaży. Wreszcie mogłam się załapać. Przyjmowali tylko uczniów ostatnich klas i starszych. Jesienią będę się kwalifikowała. Słyszałam, że z programu korzystali głównie studenci i nawet starsze osoby, ale się tym nie przejmowałam. Miałam swój dorobek – mogłabym przedstawić całą tekę prac. Wiedziałam też, kto mógłby napisać dla mnie list polecający. Przed wysłaniem podania musiałam zająć się jeszcze tylko jednym: kwestiami wystaw i sprzedaży. Żadnej swojej pracy nigdy nie pokazywałam poza szkołą. Dotąd nie sprzedałam też ani jednego obrazu. Ale miałam plan. Uśmiechnęłam się, ponownie podekscytowana tą myślą, i odrzuciłam kołdrę.

 

Podreptałam przez korytarz do łazienki, a tam o mało nie potknęłam się o mamę, leżącą na podłodze. Szafki były otwarte na oścież, a podłogę wokół niej zajmowały butelki szamponu, opakowania lakieru do włosów i płynu do mycia szyb. Mama w jednej ręce trzymała latarkę, kierując światło pod umywalkę, a w drugiej packę na muchy.

– Oo. Co robisz? – zapytałam.

– Wiesz, co to jest pustelnik brunatny?

– Taki pająk?

– Tak. Właśnie się upewniałam, że nie zagnieździł się pod umywalką.

– Natrafiłaś na pajęczynę? A może na wyssanego do sucha trupka myszy? – Przykucnęłam, żeby lepiej widzieć, przewracając butelkę odżywki.

– Nie, ale przeczytałam historię nastolatki, którą taki pustelnik brunatny potwornie oszpecił, kiedy sięgnęła pod umywalkę w poszukiwaniu szamponu Herbal Essences. I wtedy mi się przypomniało, gdzie ty trzymasz zapasowe kosmetyki. Pomyślałam, że warto sprawdzić.

– Mamo. – Wzięłam z podłogi butelki i zaczęłam z powrotem upychać je pod szafką. – Skończ już z czytaniem tych internetowych horrorów i natychmiastowym odnoszeniem ich do naszego życia. Jeśli czeka mnie potworne oszpecenie, zadbam, żeby doszło do niego na mój własny, oryginalny sposób.

Siadła prosto i przyjrzała mi się surowo.

– Abigail, nawet tak nie żartuj. – Ciemne włosy okalały jej twarz szalonymi falami, jakby do mojej łazienki wparowała prosto z łóżka.

Wyłączyłam jej latarkę i przyłożyłam sobie do ust niczym mikrofon.

– Mogę teraz odzyskać łazienkę? Jest mi potrzebna.

Mama westchnęła i się podniosła.

– I tak muszę sprawdzić pozostałe.

Zamknęłam za nią drzwi i puściłam wodę z prysznica. Mój wzrok sam powędrował w stronę szafki. Otworzyłam drzwiczki, zajrzałam, potem szybko je zatrzasnęłam. Przewróciłam oczami. W łazience nie było żadnych pająków.

Po szybkim prysznicu włożyłam mój standardowy letni ubiór, czyli zrobione z dżinsów szorty i koszulkę na ramiączkach. Swoje jasne fale związałam w koński ogon i poszłam do kuchni. Owsianka stała na górnej półce spiżarki, wspięłam się więc na palce i wyjęłam z pudełka dwie saszetki. Przesypałam ich zawartość do plastikowej miski i zalałam wodą. Akurat gdy owsianka się zagrzała i usłyszałam pikanie timera, obudził się dziadek. Słychać było szuranie jego stóp po płytkach podłogowych, bo idąc, nie za bardzo podnosił nogi.

– A to co? – zapytał, wchodząc do kuchni. – Księżniczce niepotrzebny dzisiaj sen upiększający?

– Bardzo dowcipne, dziadku.

– Twoja babcia uważała mnie za dowcipnego. Potem nie mówiła już tak o mnie żadna inna kobieta. Tragiczne.

– Jej śmierć czy to, że nikt nie uważał cię za dowcipnego?

– Mała mądralińska.

Babcia umarła na raka trzy miesiące po moich narodzinach, a więc dosłownie szmat życia temu. Nie znając jej, nie mogłam za bardzo odczuwać jej braku. Wiedziałam, że dziadek za nią tęsknił, nawet gdy z tego żartował. Wprowadził się do nas po jej śmierci.

– Chcesz owsianki? – spytałam dziadka, podsuwając moją miskę, bo jeszcze nie zaczęłam jeść.

– Nie, chcę czegoś z masą cukru.

– Tu na pewno jest go mnóstwo. Dałam dwie saszetki cynamonowo-korzennej.

– Tyle że to coś wygląda jak zdrowe, a tego darować nie mogę. – Wziął sobie miskę, a ze spiżarki pudło płatków.

– Dziadku, jak dociągnąłeś do osiemdziesiątki, tak źle się odżywiając?

– Do osiemdziesiątki mi daleko. Czemu zawsze dodajesz mi lat? Zupełnie, jakbyś starała się mnie pozbyć.

Wyjęłam z szuflady łyżkę i usiadłam przy stole. Podwinęłam pod siebie bose stopy i zjadłam wielką łychę, czego od razu pożałowałam, bo zaczął mnie palić język. Wciągnęłam do ust powietrze.

– Natychmiastowa zemsta losu – stwierdził dziadek.

– Jesteś wredny – wymamrotałam z pełnymi ustami.

Dołączyła do nas mama.

– Nasz dom jest wolny od pająków.

– Poświęciłaś ranek na to, żeby je wytłuc? – zdziwił się dziadek.

– Nie żeby na nie zapolować – wyjaśniłam. – Takie szaleństwo internetowe.

Położyła na blacie swój rynsztunek łowiecki.

Dziadek westchnął.

– Powinnaś dać sobie spokój z czytaniem tych historii z internetu.

Zignorowała jego apel.

– Co jemy? – Zajrzała najpierw do mojej miski, potem do dziadkowej.

– Owsiankę – powiedziałam.

Spojrzała na dziadka, unosząc brwi.

– To nie jest owsianka.

– Nie mówiłem, że jest. Twoja córka je owsiankę. Ja mam kakaowe crispies.

– Tato.

– Co znowu?

– To za wiele cukru jak na stan przedcukrzycowy.

– To jeśli zaczniesz bywać w sklepie, żeby zapełniać nasze półki produktami, które uznasz za właściwe, daj mi znać.

Mamie zrzedła mina. Nie znosiła robienia zakupów. W ogóle nienawidziła wychodzenia poza swoją strefę komfortu. Zwłaszcza pod nieobecność taty, akurat teraz oddelegowanego na Bliski Wschód aż do końca sierpnia. A to jeszcze jedenaście tygodni. Tyle będziemy musiały jeszcze znieść. Mamie zawsze służyło, gdy był w pobliżu. Kiedyś tak nie było. Wszędzie, gdzie się przeprowadzaliśmy (pięć różnych miast, licząc od mojej pierwszej klasy podstawówki do siódmej) utrzymywała ścisłą więź z innymi żonami żołnierzy, co wyraźnie ułatwiało jej adaptację. Cztery lata temu uznała jednak, że chce zapewnić mi bardziej stabilne warunki, i dlatego po przeniesieniu się na środek kalifornijskiego wybrzeża kupiliśmy dom z dala od osiedla wojskowego, jak powiedziała mama, na stałe. Ogromnie mnie to uszczęśliwiło. Po raz pierwszy miałam przyjaciół, których nie będę musiała opuścić. Mama jednak borykała się sama z tymi wszystkimi myślami. Z dnia na dzień coraz bardziej.

– Racja. Sklep. – Mama zniknęła w spiżarce, a ja spojrzałam krzywo na dziadka.

– No co? – zapytał.

– Wredota – szepnęłam. Potem zawołałam do mamy: – Kiedy tata będzie znowu na wideoczacie? – Rozmawialiśmy z nim w zeszłym tygodniu, prawdopodobnie więc nie powinnam pytać. To mogło ją jeszcze bardziej przygnębić. Kiedy jednak moja mama wpadała w obsesję na punkcie opowieści z internetu i przestawała wychodzić, zawsze przychodził mi na myśl tata i moje marzenia, by tak często nie wyjeżdżał. Wiedziałam, że gdyby miał wybór, nie robiłby tego, ale łatwo się wini nieobecnych.

– Prawdopodobnie za kilka tygodni – odparła, wychodząc z pudełkiem poduszeczek z pełnoziarnistej pszenicy. Postawiła je na stole, potem wyjęła z kredensu czystą miskę i starannie przepłukała pod gorącą wodą. – Co dzisiaj w planach?

– Niewiele – odpowiedziałam. – Jestem zapisana na pracę w muzeum. Pan Wallace każe mi wysprzątać magazyn. Jeden koszmar. Prawie taki, jakby zarządzała nim gromadka wyjątkowo kreatywnych osób.

– Pan Wallace pozwoli ci zaprezentować twoje obrazy na lipcowej wystawie?

Zagryzłam wargę, żeby stłumić uśmiech. W końcu udało mi się uporządkować moje prace, zrobić zdjęcia i złożyć w teczkę, którą mu pokażę.

– Nie wiem, zobaczymy.

Mama pocałowała mnie w czubek głowy.

– Jak mógłby odmówić? Jesteś taka utalentowana.

– Załączyłaś mój ulubiony obraz? – upewnił się dziadek. – Pola kwiatów?

– Załączyłam.

– To masz to jak w banku – stwierdził.

Komórka, którą zostawiłam na stole, zabrzęczała. To był SMS od Coopera.

„Nie zostawiłem u ciebie biało-zielonych szortów?”

Poszłam do swojego pokoju sprawdzić. I oczywiście szorty do surfingu leżały wraz z jedną z koszulek Coopera na krześle w kącie pokoju. Musiał je zostawić po tym, jak w zeszłym tygodniu poszliśmy pływać. Podniosłam tę koszulkę i niewiele myśląc, przytknęłam do nosa. Pachniała jego plażowymi aromatami – pomadką ochronną do ust o smaku wiśni i kremem z filtrem.

„Tak, są, ale jadę do muzeum, więc dostaniesz je później”.

„Zapytasz pana Wallace’a o wystawę?”

„Jasne!”

„Trzymam kciuki!”

Doroczna wystawa, dzięki której pan Wallace zbierał fundusze na muzeum, dostarczała doskonałej okazji, by nie tylko pokazać moje obrazy, ale też, jeśli szczęście dopisze, któryś sprzedać. Problem był jeden: wymóg ukończenia osiemnastu lat. Na moją korzyść jednak przemawiały moje prace, mój dar przekonywania i to, że pan Wallace mnie lubił. Miałam to jak w banku.