Dziewczyna, która wybrała swój los

Tekst
Z serii: Pivot Point #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału: Pivot Point

Przekład: Monika Nowak

Redaktor prowadząca: Maria Zalasa

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Natalia Jóźwiak, Karolina Pawlik

Projekt okładki: Norbert Młyńczak

Zdjęcie na okładce: Kevin Vandenberghe/Getty Images

Copyright © 2013 by Kasie West

Copyright for Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-787-7

Wydanie I, Łódź 2018

Wydawca: JK ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 tel. 42 676 49 69 fax 42 676 49 29 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Jareda; jak dobrze, że wybrałam ścieżkę, która przyprowadziła mnie do Ciebie

ROZDZIAŁ 1

zaczaić się: ukryć się, aby śledzić kogoś (mnie) lub napaść z zaskoczenia

– Uwaga, leci! – rozległ się donośny głos z prawej strony. Uniosłam głowę i w tym samym momencie futbolówka trafiła mnie między oczy.

Nigdy tak do końca nie rozumiałam takiego systemu ostrzegania. Wiadomo było, że krzyk tego kogoś, kto próbował mnie ostrzec, raczej mnie zaintryguje, niż nakłoni do uniku. Dlaczego nie krzyknął „uchyl się” czy choćby „głowy w dół”? Leżałam na plecach, z podręcznikiem przyciśniętym do piersi, wpatrując się w niebo powleczone złotem i purpurą – wyglądało na to, że Percepcyjni szykowali się do dzisiejszego meczu. Jakby umieszczone na niebie szkolne barwy miały sprawić, że od razu ruszymy do kas biletowych.

W myślach dokonałam analizy własnego położenia. Wylądowałam na betonie, więc na szczęście się nie ubłociłam. Straciłam najwyżej trzydzieści sekund, więc nie spóźnię się do szkoły. Nic mi się nie stało. Dzięki tej myśli pozbyłam się lekkiego niepokoju.

Nade mną pojawiła się znajoma twarz, okolona burzą potarganych jasnych włosów i szeroko uśmiechnięta.

– Sorki. Wołałem, że leciało. – Jego uśmiech dowodził, że wcale nie czuje skruchy, bardziej już rozbawienie.

„I właśnie przez to twoje wołanie podniosłam głowę” – miałam ochotę odparować, zamiast tego zignorowałam wyciągniętą rękę i sama wstałam.

– Taa, słyszałam cię, Duke. – Otrzepałam się i ruszyłam w stronę szkoły. Czułam pulsowanie w miejscu, gdzie dostałam piłką, więc przycisnęłam do niego opuszki palców. No jasne, pojawił się guz.

Pewnie powinnam jednak była Sprawdzić dzisiejszy ranek, bo wtedy zobaczyłabym, co mnie czeka. Ale nie Sprawdzałam wszystkich swoich wyborów – tylko te najważniejsze. W głowie unosiło mi się już i tak zbyt wiele alternatywnych rzeczywistości i czasem miałam problem z nadążaniem za tym, co rzeczywiście przeżyłam, a co stanowiło ten drugi wybór, którego nie dokonałam.

A jednak rankiem, kiedy wstałam z łóżka i zobaczyłam za oknem mgłę, kusiło mnie, aby się przekonać, co by się stało, gdybym została w domu, i co by się stało, gdybym poszła do szkoły. Decyzję podjęła za mnie mama, otwierając drzwi i oświadczając:

– Addie, dzisiaj ja cię zawiozę. Nie lubię, jak prowadzisz we mgle.

– Okej, dzięki.

Wiedziałam, że lepiej nie protestować. Moja mama była Przekonująca. To jej zdolność umysłowa. A skoro o tych zdolnościach mowa, to żywiłam przekonanie, że moi rodzice mają najgorsze z możliwych. Kto chciał, aby jego mama potrafiła go Przekonać do zrobienia wszystkiego, czego tylko chciała? Mama twierdziła, że wykorzystuje swoją zdolność tylko w ważnych sprawach, ale nie do końca jej wierzyłam.

Mój ojciec był ludzkim wykrywaczem kłamstw, choć mama nie lubiła, kiedy tak go nazywałam. Fachowe określenie to Wychwytujący – od razu wiedział, że kłamię. Mówił, że wie nawet, kiedy planuję skłamać. To irytujące.

Wślizgnęłam się na swoje miejsce, ledwie zdążywszy przed dzwonkiem. Moja najlepsza przyjaciółka, Laila, nie miała tyle szczęścia. Jak zawsze w drzwiach pojawiła się dobre pięć minut po rozpoczęciu lekcji. Intensywnie czerwona szminka przy bladej cerze od razu przyciągnęła moje spojrzenie do jej bezczelnego uśmiechu. Dziwna z nas była para, nieustannie balansująca na linie reprezentującej normalne zachowanie nastolatków. Wszystko, co robiła Laila, sprawiało, że inni ją zauważali, gdy tymczasem ja miałam ochotę wtopić się w tłum.

– Laila, co muszę zrobić, żebyś choć raz zjawiła się punktualnie? – zapytał pan Caston.

– Zbliżyć do siebie budynki?

– Bardzo śmieszne, panno Stader. Dzisiaj ostrzeżenie. Jutro szlaban podczas przerwy na lunch. Naucz się szybciej chodzić.

Siadła na krześle obok mnie i przewróciła oczami. Uśmiechnęłam się.

– No dobrze – rzekł pan Caston. Światło ściemniało, a stojące na biurkach monitory się uruchomiły. Na ekranie pojawiły się polecenia, a ja skrupulatnie przepisałam je do zeszytu.

– Poważnie, Addie? – zapytała Laila, spoglądając na mój zeszyt.

Wydałam dźwięk imitujący eksplozję i dalej pisałam. Szkolne komputery nie nawalały od ponad dwudziestu lat, ale nie zawadzi być przygotowanym na najgorsze.

– Dzisiaj kończymy pracę naszego partnera – oświadczył pan Caston. – Pamiętajcie, bez wykorzystywania zdolności; używajcie jedynie waszych mózgów.

– No ale przecież z nich korzystaliśmy – odezwał się Bobby.

– Tej części mózgu bez zdolności.

Wszyscy jęknęli. Ale jako że biologia to przedmiot Normalny, znaliśmy zasadę: zajęcia, na których poznawaliśmy umiejętności przydatne Za Murem, wymagały tradycyjnej nauki. – Nie zmuszajcie mnie do tego, żebym uruchomił blokery zdolności. Nie jesteśmy przecież w gimnazjum. I proszę wyłączyć telefony.

 

Kolejny zbiorowy jęk.

Laila z konspiracyjnym uśmiechem pokazała mi swój telefon. Na wyświetlaczu widniała piłka nożna z kodem kreskowym.

– Chodź ze mną tym razem na mecz.

– Kupiłaś wejściówkę? To przez to niebo?

– Co takiego? Nie – odparła takim tonem, jakby uraziła ją sugestia, że mogłaby ulec technikom manipulacji. – I tak się wybierałam. To nie miało nic wspólnego z… Hej, co ci się stało w głowę?

Ponownie dotknęłam guza.

– Piłka Duke’a.

– Rozmawiałaś z nim?

– Niezupełnie, ale jego piłka i ja miałyśmy bliskie spotkanie trzeciego stopnia.

Kątem oka dostrzegłam, że podszedł Bobby. Nogą oparł się o krawędź ławki i poczułam, że żołądek skręca mi się w supeł. Próbowałam to zignorować i udawać, że go nie widzę.

– Czego chcesz? – zapytała Laila.

Bez względu na to, ile razy mówiłam, żeby tak się nie zachowywała, uważała się za mojego ochroniarza.

– Chcę pogadać z Addie.

Schyliłam się i zaczęłam grzebać w plecaku, licząc, że załapie aluzję. Niestety. Wyjęłam żółty zakreślacz i położyłam na ławce. Nadal czekał. W końcu westchnęłam i podniosłam wzrok.

– Bobby, proszę, daj mi spokój.

– Myślałem, że teraz, po szkolnym balu, pogadasz ze mną, wyjaśnisz, czemu, kiedy cię zaprosiłem, nagle przestałaś być sympatyczna i stałaś się oziębła.

– Nie.

– No i spadaj – dodała Laila.

Odszedł, obejrzawszy się raz na mnie. Spojrzenie, jakim mnie obdarzył, mówiło, że nie jest jeszcze gotowy na to, aby się poddać. Miałam nadzieję, że z mojej twarzy wyczytał: „Będziesz musiał”. Trochę też liczyłam, że wyczyta „Nie znoszę cię”, ale w sumie wystarczyłoby, gdyby właściwie odczytał chociaż to pierwsze.

– Addie, nie możesz karać kogoś za coś, co zobaczyłaś podczas Sprawdzania. On nie ma pojęcia, co ci zrobił.

– To nie moja wina, że gdybym poszła z nim na dyskotekę, wepchnąłby mi język do gardła, a rękę pod sukienkę – szepnęłam.

– Wiem i bardzo się cieszę, że z nim nie poszłaś. Ale on tego przecież nie zrobił.

– Ale zrobiłby. – Popchnęłam lekko zakreślacz. Zbliżył się niebezpiecznie do krawędzi ławki, ale nie spadł. – Taki właśnie jest i nie potrafię patrzeć na niego i nie widzieć tamtego Sprawdzenia.

– Chcesz, żebym to Wymazała?

– A czy kiedykolwiek cię o to prosiłam? – Zadawałam jej to pytanie za każdym razem, kiedy proponowała, że Wymaże mi jakieś wspomnienie.

A ona za każdym razem odpowiadała:

– Nie powiedziałabym ci, gdybyś to zrobiła.

Skrzywiłam się, ona zaś zaczęła malować sobie paznokcie czarnym markerem.

– To co, chcesz?

– Nie. Bo wtedy zapomnę, do czego jest zdolny, i te jego oczy szczeniaczka mogą mnie przekonać do przyjęcia zaproszenia. – Wzdrygnęłam się. Nie mieściło mi się w głowie, że mogłam uznać, iż przez swoje tłuste włosy i dziurawe dżinsy jest po prostu nierozumiany. Ale bez tych wspomnień byłam pewna, że raz jeszcze uwierzyłabym, iż dobry szampon potrafi zdziałać cuda.

– To prawda.

– Hej, możesz mnie dzisiaj podrzucić do domu? – zapytałam, żeby zamknąć temat Bobby’ego.

– Pewnie. Samochód znowu ci rano nie odpalił?

Przewinęłam na monitorze wykresy, aż dotarłam do naszego aktualnego zadania.

– Nie, mgła.

– Ach, oczywiście. – Nie potrzebowała dalszych wyjaśnień. Nadopiekuńczość mojej mamy miała wpływ na wiele naszych wspólnych wyjść. Laila odwróciła się w stronę monitora, na którym znajdował się wykres z wnętrznościami żaby, bo pan Caston zaczął chodzić po klasie. – Gdzie jest nerka? – zapytała.

Pokazałam i organ w kształcie fasoli pociemniał od emitowanego przez mój palec ciepła. Pan Caston minął naszą ławkę.

– No dobra, wracając do Duke’a – szepnęła, kiedy nie mógł już nas usłyszeć. – Chcę znać wszystkie szczegóły.

– Nie ma o czym opowiadać. Jego piłka walnęła mnie w głowę. Przeprosił.

– A ty co powiedziałaś?

Zastanowiłam się.

– Powiedziałam: „Taa, słyszałam cię, Duke”.

Na jej twarzy pojawił się wyraz zgrozy, a ja aż się wzdrygnęłam.

– Addison Marie Coleman. Masz szansę poflirtować z Dukiem Riversem, a ty go gasisz? Od tylu lat jesteś moją przyjaciółką i niczego się nie nauczyłaś. To była twoja szansa. Mogłaś udawać, że zrobił ci krzywdę, i kazać mu się zaprowadzić do gabinetu pielęgniarki.

– No bo zrobił. Ale jeszcze bardziej mnie zirytował. Pozwolił, aby piłka uderzyła mnie w głowę.

– Skąd wiesz, że pozwolił?

– No halo? Dlatego że jest Telekinetykiem. Bez problemu mógł zmienić tor jej lotu.

– Daj spokój, Addie. Nie może przecież przez cały czas używać zdolności. Odpuść mu.

Pozwolił, aby piłka uderzyła mnie w głowę – powtórzyłam powoli.

– No dobra, dobra, może nie jest z niego największy dżentelmen na świecie, ale to Duke. Nie musi nim być.

Westchnęłam głośno.

– Laila, bo ci przyłożę. To przez dziewczyny takie jak ty chłopakom pokroju Duke’a uchodzi płazem ich zachowanie.

Zaśmiała się.

– Po pierwsze, chętnie popatrzę, jak próbujesz mi przyłożyć, chudzino. Po drugie, gdyby to na mnie trafiło, już ja bym mu utarła nosa. – Odchyliła się na krześle i westchnęła z rozmarzeniem, jakby oczami wyobraźni widziała właśnie siebie i Duke’a. – Apetojny.

– Co takiego?

– Połączenie słów „apetyczny” i „przystojny”. W słowniku to słowo byłoby rzeczownikiem i nie potrzebowałoby nawet definicji, wystarczyłoby zdjęcie Duke’a Riversa.

– Błagam. Istnieje mnóstwo prawdziwych słów, do których jest już najpewniej przytwierdzone zdjęcie Duke’a… „Przemądrzały”, „egocentryczny”, „arogancki”. A poza tym – uśmiechnęłam się – „apetojny” byłby przymiotnikiem.

– Dziewczęta – odezwał się pan Caston. – Coś mi mówi, że przy waszej ławce nie nauka jest najważniejsza.

Laila wskazała monitor.

– Zlokalizowałyśmy nerkę, panie Caston.

* * *

Kiedy wróciłam do domu, zastałam rodziców w salonie. Siedzieli na sofach ustawionych naprzeciwko siebie z rękoma splecionymi na kolanach i ponurymi minami. Z mojej twarzy nagle odpłynęła cała krew.

W moim domu panowała atmosfera – jak to określała Laila – staroświeckiej przytulności: wyściełane meble nie do kompletu, pluszowy dywan, ściany w kolorze miodu. W takim domu łatwo się zwinąć w kulkę i zrelaksować. W tej chwili cała się jednak spięłam.

– Coś z babcią? – zapytałam. Tylko tego typu wytłumaczenie faktu, że oboje byli w domu w środku dnia i mieli tak poważne miny, przyszło mi do głowy.

Uśmiech, który pojawił się na twarzy mamy, wydał mi się protekcjonalny.

– Nie, skarbie, babci nic się nie stało. Nikomu nic się nie stało. Zanieś plecak, a potem przyjdź do nas, dobrze? Musimy porozmawiać.

Poszłam do pokoju. Ciekawe, co by się stało, gdybym się w nim zabarykadowała. Zerknęłam nawet na stojący obok drzwi wysoki regał z książkami. Gdybym stąd nie wyszła, nie mogliby mi przekazać wieści, które naznaczyły ich twarze niepokojem. Przez kilka minut chodziłam od ściany do ściany, analizując możliwości. Odwiodłam się od chęci Sprawdzenia, a potem wróciłam do salonu. Mama wskazała mi legowisko (nazywane tak dlatego, że było mniejsze od sofy, ale większe niż fotel). Stało pod ścianą pomiędzy kanapami. Usiadłam.

Dłonie wsunęłam pod uda, żeby nie obgryzać paznokci.

– Ktoś mi w końcu powie, co się dzieje? – Spojrzałam na tatę, licząc, że to zrobi. Bez względu na to, co miał do przekazania, zawsze robił to w sposób delikatniejszy niż mama. On uznawał istnienie uczuć. W przeciwieństwie do mamy, która zdawała się żywić przekonanie, że ludzie są tacy, jak tworzone przez nią programy i kiedy nie reagują zgodnie z oczekiwaniami, łatwo dokonać ich ponownej konfiguracji.

Początkowo jego twarz niczego nie zdradzała, po chwili jednak pojawiło się na niej coś jakby współczucie. To nie był dobry znak.

Ale odezwała się mama.

– Addie, po wielu latach prób poradzenia sobie z dzielącymi nas różnicami, twój ojciec i ja postanowiliśmy pójść każde w swoją stronę.

Miałam wrażenie, że w czoło trafiło mnie sto piłek. Wróciło pulsowanie i potarłam guza. Próbowałam przetworzyć to, co powiedziała mama, ale jedyna odpowiedź pozbawiona była sensu. Moi rodzice tworzyli dobry związek. Czemu któreś z nich miałoby chcieć odejść?

– Nie masz na myśli tego, że się rozwodzicie?

– Tak, skarbie. – Najwyraźniej podejście bezpośrednie nie spowodowało właściwej reakcji, przybrała więc ton w stylu „popatrz tylko, jaka potrafię być współczująca”. – To nie ma nic wspólnego z tobą. Chodzi o przeszkody, których nie jesteśmy w stanie pokonać. To ostanie, czego pragnęliśmy: rozbijać naszą rodzinę. Ale bez względu na to, jak bardzo się staraliśmy, nie wyszło. – Przechyliła głowę i zmrużyła oczy. Czy to miała być mina pełna żalu? Wyglądała na wymuszoną. – Wydawało nam się, że się tego spodziewasz. Niczego ostatnio nie Sprawdzałaś? – Ostatniemu zdaniu towarzyszyło położenie mi dłoni na ramieniu.

Nim zdążyłam spojrzeć na jej rękę, ta zebrała jakiś kłaczek z oparcia kanapy i dołączyła do drugiej dłoni, leżącej na kolanach.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że mama zadała mi pytanie.

– Nie. – Ostatnio korzystałam ze Sprawdzenia dwa tygodnie temu i nie interesowałam się niczym poza tańcem na szkolnym balu, który odbył się w piątek. Gdybym tylko Sprawdziła jeszcze kilka następnych dni, wiedziałabym, na co się zanosi. – Nie rozumiem. Czemu chcecie się rozwieść? – Słowo to miało paskudny posmak.

– Dlatego że jesteśmy jak obcy sobie ludzie mieszkający w tym samym domu. Nie zależy nam już na sobie nawet na tyle, żeby się kłócić.

Czekałam, aż tata coś powie, oświadczy, że wcale tego nie chce, ale on skinął głową.

– Przykro mi, kochanie. To prawda.

– Ale mnie zależy na was obojgu. Nie możecie tego zrobić.

– Podjęliśmy już decyzję – powiedziała mama. – Jeszcze tylko ty musisz to zrobić.

– Ja decyduję, abyście nadal byli razem.

Mama miała czelność się roześmiać. W porządku, może to nie był głośny śmiech, a jedynie krótkie parsknięcie, no ale jednak.

– Akurat ta decyzja nie należy do ciebie, Addie. Ty musisz zdecydować, z kim chcesz mieszkać.

ROZDZIAŁ 2

Niesprawiedliwów: kraina, w której rządzą moi rodzice

Siedziałam zaszokowana, pewna, że po moim powrocie ze szkoły w domu zainicjowano protokoły bezpieczeństwa i rozmawiają ze mną holograficzne wersje moich rodziców, mające na celu wywiedzenie w pole intruzów. Oto jak mało sensu miały ich słowa. Ale nie byli hologramami. Siedzieli naprzeciwko mnie i czekali na moją reakcję. Zważywszy na fakt, że żadne z nas nie poruszyło się przez jakieś pięć minut, zdziwiłam się, że nie zapadła ciemność. Nie wiedziałam, czego rodzice oczekiwali ode mnie, ale ja czekałam, aż świat powróci na swój prawidłowy kurs i moje życie znowu stanie się normalne. Nie byłam przyzwyczajona do niespodzianek i wcale ich nie lubiłam.

W końcu odezwała się mama:

– Wiem, że to trudny wybór, Addie. I jesteśmy przygotowani na to, że wykorzystasz swoją zdolność, aby się przekonać, która wersja przyszłości wygląda bardziej obiecująco. Nie musisz od razu udzielać nam odpowiedzi.

– Nie mogę być z wami obojgiem? Nie da się tego czasu podzielić jakoś pół na pół?

– Dałoby się, ale twój ojciec postanowił opuścić Kolonię. Przenosi się do Normalnego Świata.

Wokół mojego żołądka zacisnęła się nagle wielka pięść.

– Odchodzisz, tato? – Niewiele osób opuszczało Kolonię. Osobiście nie znałam nikogo takiego. Ta wiadomość okazała się więc niemal równie szokująca, jak rychły rozwód rodziców.

– Nie wydaje mi się, aby twoje przenosiny razem z nim – kontynuowała mama – okazały się korzystne dla twojego rozwo…

– Marisso, obiecałaś, że nie będziesz próbowała wywierać na nią wpływu.

– Przepraszam. To prawda. Addie, sama podejmij decyzję. Zostań tutaj z innymi podobnymi sobie, albo odejdź z Kolonii i zamieszkaj pośród ludzi, którzy wykorzystują zaledwie dziesięć procent swoich mózgów.

– Marisso.

– Przepraszam – powtórzyła.

Tym razem oboje się roześmiali. Fajnie, że ta sytuacja jest dla nich taka zabawna. Moje życie właśnie dobiegło końca! Wstałam raptownie, a oni przestali się śmiać. Na twarzy taty ponownie pojawiło się współczucie i widziałam, że zaraz zamierza przeprosić, ale nie miałam ochoty go słuchać.

Bez słowa poszłam do swojego pokoju. Uderzyłam dłonią w nieduży panel, a drzwi zasunęły się za mną. Z góry rozległa się głośna, gniewna muzyka – dzięki skanowi dłoni komputer wyczuł mój nastrój.

 

– Stop – powiedziałam i zapadła cisza. Obeszłam regał, oparłam się plecami o jego bok i pchnęłam. Kiedy mebel nie ruszył się ani o centymetr, osunęłam się na podłogę i oparłam czołem o kolana.

Nie potrafiłam podjąć tej decyzji. Już lepiej by było, gdyby mi po prostu oświadczyli, co i jak, i nie dali żadnego wyboru. Jasne, i tak bym marudziła, ale przynajmniej nie musiałabym wybierać pomiędzy rodzicami.

Wyjęłam z plecaka telefon i zadzwoniłam do Laili.

– Hej – powiedziała. – Jestem już prawie w domu. Zostawiłaś coś w samochodzie?

– Zostawiłam?

– Nie wiem. Uznałam, że po to właśnie dzwonisz.

– Och, nie. – Położyłam się na plecaku, nie zważając na długopisy i inne twarde przedmioty, które uwierały mnie w policzek. Tym sposobem mogłam choć na chwilę zapomnieć o tym, co zdecydowanie bardziej nieprzyjemne.

– To o co chodzi?

– Moi rodzice się rozwodzą. – Po raz pierwszy, odkąd się o tym dowiedziałam, poczułam pieczenie pod powiekami i ściskanie w gardle.

– O nie. Przykro mi. Zawracam, okej?

Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Kiwnęłam jedynie głową.

* * *

Dziesięć minut później rozległo się pukanie do okna. To właśnie tak Laila wślizgiwała się do mojego pokoju w środku nocy. Choć teraz nie musiała tego robić, ucieszyłam się. Czułam się zdradzona przez rodziców i uważałam, że nie zasługują, aby wiedzieć, jak bardzo potrzebuję najlepszej przyjaciółki.

Wcisnęłam przycisk otwierający okno i ekran. Laila bez problemu poradziła sobie z rosnącym pod oknem krzewem i chwilę później była już w moim pokoju. Od razu mnie przytuliła.

– Tak mi przykro – powiedziała raz jeszcze. – Do bani.

– Mój tata się wyprowadza. – Głos miałam stłumiony. – Muszę wybrać między nimi.

– Co takiego? – Odsunęła mnie od siebie na odległość ramienia. – Opuszcza Kolonię? Dlaczego? Pomaga w utrzymaniu bezpieczeństwa?

– Ja… – Doznałam zbyt wielkiego szoku, żeby zapytać go, co będzie robił Za Murem. Większość osób opuszczających Kolonię decydowała się na to, aby pomóc utrzymać istnienia Paraspołeczności w tajemnicy: badać przecieki, oceniać straty, Wymazywać wspomnienia. Niektórych jednak oddelegowywano jako swego rodzaju agentów wywiadu, dzięki czemu dysponowaliśmy bieżącymi informacjami na temat świata poza granicami Kolonii. Zaledwie kilka osób odeszło dlatego, że chciało się zintegrować ze światem Normalsów – czyli krótko mówiąc: zniknąć. Nie miałam pojęcia, pod którą kategorię podchodzi mój ojciec. – Nie wiem.

– Ale mogłabyś wyjechać razem z nim?

Kiwnęłam głową.

– Nie. Nie możesz tego zrobić. Nie możesz wyjechać. Wcale by ci się tam nie spodobało. Tak w ogóle to kiedy po raz ostatni miałaś do czynienia z Normalsami? – zapytała, przykładając jedną dłoń do czoła, a drugą opierając na biodrze.

– Właściwie to nie pamiętam. Lata temu.

Doskonale pamiętałam. Miałam wtedy osiem lat. Musieliśmy wypełnić tysiące formularzy i złożyć przysięgę o dochowaniu tajemnicy. Wszystko to dla weekendowej wycieczki do Disneylandu. Panował tam straszny tłok. Wszystko wydawało się takie normalne. Wszystkie atrakcje były przestarzałe, a fajerwerki nie mogły się równać z pokazami świetlnymi z naszego świata. Moi rodzice kłócili się na okrągło.

– To takie niesprawiedliwe. – Obie usiadłyśmy na łóżku, plecami opierając się o wezgłowie. Laila zrzuciła buty i odwróciła się w moją stronę. – A więc zostaniesz tutaj, tak? W przeciwnym razie musiałabyś porzucić szkołę i wszystkich swoich przyjaciół… i mnie.

Nie zaczęłam się nawet jeszcze zastanawiać nad szczegółami związanymi z wyborem, ale miała rację.

– Zamierzasz to Sprawdzić?

– Muszę sporządzić listę. Plusów i minusów.

Zeskoczyłam z łóżka i wzięłam z biurka zeszyt i długopis. Zeszyt otworzyłam na pustej stronie, którą przedzieliłam pionową linią, a następnie przysiadłam na skraju łóżka, gotowa do notowania. W milczeniu wpatrywałam się w kartkę, próbując dostrzec plusy odejścia.

Cała się spięłam, pisząc pierwsze słowo, bo wiedziałam, że nie dodam żadnego innego. „Tata”. Ująwszy to w taki sposób, wybór wydawał się prosty: stracić jedną osobę albo stracić wszystkich i wszystko. Ale myśl o utracie taty napawała mnie tak przeraźliwym smutkiem, że aż bolał mnie żołądek. Był moją opoką. Oazą spokoju w moim życiu. Obgryzałam paznokieć przy kciuku. To nie tak, że nigdy więcej bym go nie zobaczyła. Oczywiście, że by mnie odwiedzał, a ja mogłabym jeździć do niego.

Obrysowywałam każdą literę raz za razem, aż słowo „tata” stało się czarne i grube. Gdy zamierzałam po raz kolejny pogrubić literkę „T”, Laila chwyciła mnie za rękę.

– Addie, musisz Sprawdzić. To ci pomoże.

Zabrała mi zeszyt i położyła go łóżku.

– Jak daleko?

Do tej pory najdalej Sprawdziłam wtedy, kiedy Bobby zaprosił mnie na szkolny bal. Zrobił to z tygodniowym wyprzedzeniem, a jako że zdecydowałam się tego nie Wymazywać, raz jeszcze musiałam przeżyć ów tydzień swojego życia. Ale na ogół Sprawdzałam tylko kilka kolejnych dni, czasem nawet godzin.

Wzruszyłam ramionami.

– Może miesiąc? Sześć tygodni?

– Jak długo będzie to trwało?

– Pięć minut. Nie wiem. – Energia, na której się skupiałam, przesączała mi się do umysłu. Można to porównać do wpadającego do rzeki strumienia – natychmiastowe „wspomnienia” z dwóch ścieżek, które mogłam obrać. Nie lubiłam robić tego zbyt często, bo wszystko wydawało się tak rzeczywiste, że trudno mi było oddzielić to, co się wydarzy, od tego, co mogłoby się stać.

– Myślisz, że sześć tygodni wystarczy? – Zaskakująca nowina rodziców sprawiła, że niczego już nie byłam pewna. Zazwyczaj dokładnie widziałam, co musi się wydarzyć i co konkretnie mam zrobić, aby do tego doszło. Nie dlatego, że wszystko Sprawdzałam – wcale tak nie było – ale dlatego, że lubiłam mieć plan. Plany się przydają. Ale teraz nic nie wiedziałam. Czułam się skołowana i sfrustrowana. Zasłoniłam dłońmi oczy.

– Myślę, że jak najbardziej.

Westchnęłam głośno.

Laila, zawsze chętna do działania, zapytała:

– Hej, na co czekasz?

– Chcesz, żebym zrobiła to teraz?

– Myślę, że lepiej się dzięki temu poczujesz.

Wzięłam z łóżka poduszkę, przycisnęłam ją do piersi i się położyłam. Na suficie widniały namalowane przeze mnie słowa Arystofanesa: „Myśli niesione są na skrzydłach słów”. Z jakiegoś powodu wyróżniały się pośród innych wiszących nade mną cytatów.

– Nie wiem. Sześć tygodni to długo. Paskudnie mieć tyle szczegółowych wspomnień.

– Czemu? Ten tydzień przed szkolnym balem był ekstra. Fajnie było wiedzieć, że w środę po trzeciej lekcji złamie mi się obcas w czerwonych butach i że w piątek będzie kartkówka.

– Skoro już żyję po to, aby ci służyć, to może od teraz aż do śmierci będę Sprawdzać każdy dzień?

– No właśnie, dobry pomysł. – Klepnęła mnie w nogę. – Wiesz, że mogę Wymazać tę ścieżkę, której nie wybierzesz, żebyś nie musiała udawać. Czasem się zastanawiam, czy nie wybrałaś mnie na swoją najlepszą przyjaciółkę tylko z powodu mojej fantastycznej zdolności.

– Jasne. Ta zdolność ujawniła się dopiero, gdy byłaś w siódmej klasie. – Zawahałam się i przechyliłam głowę. – Chwileczkę, twierdzisz więc, że często wykorzystuję twoją zdolność?

– Nie powiem – zanuciła. – I to prawda. Nie wybrałaś mnie z powodu mojej zdolności. Zrobiłaś to dlatego, że popchnęłam Timothy’ego po tym, jak ukradł ci wirtualnego zwierzaka.

Uśmiechnęłam się, po czym wzięłam głęboki wdech. Unikałam podjęcia decyzji, bo nie wiedziałam, czy jestem gotowa, aby się przekonać, jak będzie wyglądało moje nowe życie. Rodzice przyznali, że tylko moja zdolność skłoniła ich, aby pozostawić mi ten wybór. I czemu nie miałabym chcieć się dowiedzieć, która ścieżka okaże się lepsza?

– Gotowa? – zapytała Laila.

Kiwnęłam głową. Musiałam się dowiedzieć.

– No więc co ja mam robić? Po prostu siedzieć? Potrzebujesz czegoś?

Roześmiałam się.

– Nie, nic mi nie trzeba. To może trochę potrwać. Na pewno chcesz czekać?

– Błagam. To tak, jakbyś pytała kogoś, czy chce opuścić pomieszczenie, w którym Picasso maluje właśnie arcydzieło.

– Porównujesz mnie do Picassa?

– Wiesz, o co mi chodzi. No dobra, zaczynaj.

Ułożyłam się wygodniej i próbowałam się odprężyć. Nie było to łatwe, skoro wiedziałam, że za chwilę zaleją mnie wspomnienia życia, które dopiero przede mną. A w zasadzie to dwóch żyć. Laili będzie się wydawało, że minęło zaledwie pięć minut, ale ja będę miała wrażenie, że cały miesiąc. Skoncentrowałam się na otaczającej mnie energii i wszystko się zamgliło.