Chłopak z innej bajki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Tytuł oryginału: Distance Between Us

Przekład: Jarosław Irzykowski

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Bronisław Grzywacz

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Projekt okładki: Torborg Davern

Zdjęcie na okładce: © Robert Swiderski / Trevillion Images

Copyright © 2013 by Kasie West

Copyright for Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-669-6

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Rozdział 1

Wypalam oczami dziurę w kartce. Powinnam to wiedzieć. Zwykle bez trudu rozwiązuję równania, ale w tym przypadku mam problem z odpowiedzią. Dzwoni dzwonek nad drzwiami. Szybko wpycham pod ladę zadanie domowe i podnoszę głowę. Wchodzi koleś z telefonem komórkowym przy uchu.

To coś nowego.

Nie to, że z telefonem, ale że koleś. Nie żeby faceci nieczęsto odwiedzali sklep z lalkami… Chociaż w sumie to tak. Faceci nieczęsto odwiedzają nasz sklep. Rzadko się ich tu widuje. Kiedy już wchodzą, to wloką się za płcią piękną i sprawiają wrażenie wybitnie onieśmielonych… lub znudzonych. Ten tutaj nie należy do żadnej z tych kategorii. Jest niewątpliwie sam i wydaje się pewny siebie. Ma ten rodzaj pewności siebie, który można jedynie kupić. Za grube pieniądze.

Uśmiecham się lekko. W naszym miasteczku nad oceanem istnieją dwa typy ludzi: bogacze i ci, u których bogacze kupują. Posiadanie pieniędzy wiąże się najwidoczniej z kolekcjonowaniem bezużytecznych bibelotów, choćby porcelanowych lalek (choć w obecności mamy nigdy bym nie użyła w odniesieniu do lalek przymiotnika „bezużyteczny”). Bogacze nieustannie dostarczają nam rozrywki.

– Jak to chcesz, żebym ja wybrał? – mówi do telefonu Paniczyk. – Babcia nie powiedziała ci, którą chce? – Wzdycha przeciągle. – Dobra. Zajmę się tym. – Chowa telefon do kieszeni i przyzywa mnie skinieniem. Właśnie tak. Tylko takim słowem potrafię opisać ten gest. Nawet nie spojrzał w moją stronę, jedynie wyciągnął rękę i poruszył dwoma palcami w swoim kierunku. Drugą ręką wciąż jeszcze pociera podbródek, przypatrując się lalkom, które ma przed sobą.

Podchodząc, obcinam go wzrokiem. Niewprawne oko mogłoby nie wyłapać bogactwa, którym ten koleś ocieka, ja jednak potrafię się poznać na zamożności, a od niego nią jedzie na kilometr. Jeden komplet jego ubrań kosztuje zapewne więcej niż wszystkie ciuchy w mojej ciasnej szafie. Nie żeby wyglądały na tak drogie. To taki ubiór, który stara się udawać tańszy, niż jest w istocie: bojówki i różowa koszula zapinana na guziki, z podwiniętymi teraz rękawami. Tyle tylko, że te ciuchy zostały kupione gdzieś, gdzie specjalizują się w dbałości o gęstość wątku i w potrójnych szwach. Wyraźnie widać, że chłopak, gdyby zechciał, mógłby wykupić cały sklep. No dobra, nie on, ale jego rodzice. W pierwszej chwili nie rzuciło mi się to w oczy, bo pewność siebie dodawała mu lat, ale teraz, będąc bliżej, widzę, że jest młody. Może mój rówieśnik? Siedemnastolatek. Chociaż może też być o rok starszy. Jak ktoś w moim wieku może mieć taką wprawę w przyzywaniu skinieniem? Dzięki żywotowi człowieka uprzywilejowanego, bez dwóch zdań.

– Czy mogę w czymś pomóc? – Jedynie moja mama usłyszałaby wkomponowany w to pytanie sarkazm.

– Tak, szukam lalki.

– Przykro mi, wszystkie jesteśmy zajęte. – Wielu ludzi nie łapie mojego poczucia humoru. Mama nazywa je drętwym. Sądzę, że ma to oznaczać humor „nieśmieszny”, ale oznacza też, że tylko ja poznaję się na swoich żartach. Może gdybym się z nich śmiała, tak jak robi to mama, pomagając

klientkom, więcej osób by się bawiło, ale na to nie potrafię się zdobyć.

– Zabawne – odpowiada, choć pewnie wcale tak nie uważa, raczej wolałby, żebym się w ogóle nie odzywała. Jeszcze na mnie nie spojrzał. – To która z nich, twoim zdaniem, spodobałaby się starszej kobiecie?

– Wszystkie.

Drgają mu mięśnie szczęki, a potem odwraca się do mnie. Przez ułamek sekundy widzę w jego oczach zaskoczenie, jakby spodziewał się zobaczyć kogoś starszego – to wina mojego głosu, odrobinę niższego niż u innych nastolatek – ale to nie powstrzymuje go od wypowiedzenia pytania, które już ciśnie mu się na usta:

– A która tobie się podoba?

Czy mogłabym odpowiedzieć „żadna”? Choć z tym sklepem nieodwołalnie związana będzie moja przyszłość, stanowi on oczko w głowie mamy, a nie moje.

– Mam słabość do tych wiecznie lamentujących.

– Słucham?

Pokazuję mu porcelanową wersję niemowlaka, z ustami otwartymi w bezgłośnym krzyku i mocno zaciśniętymi powiekami.

– Wolę nie widzieć ich oczu. Oczy tak wiele mówią. A w ich przypadku: „Pragnę skraść ci duszę, więc nie odwracaj się do mnie plecami”.

Nagrodą za to jest uśmiech odbierający jego twarzy całą arogancję, dzięki czemu chłopak okazuje się bardzo przystojny. Zdecydowanie powinien zainstalować go sobie na stałe. Tyle że zanim pomyślę to do końca, uśmiech znika.

– Zbliżają się urodziny mojej babci i muszę wybrać dla niej jakąś lalkę.

– Nie da się wybrać źle. Jeśli lubi porcelanowe lalki, spodoba jej się każda z nich.

 

Znów patrzy na półki zastawione lalkami.

– Dlaczego te lamentujące? Czemu nie śpiochy? – Przygląda się pogodnemu bobaskowi z różową kokardą wśród jasnych kędziorów, rączkami wsuniętymi pod policzek i buźką, na której maluje się spokój.

Ja też przypatruję się tej lalce i porównuję z siedzącą obok krzykaczką. Ta akurat ma zaciśnięte piąstki, paluszki u nóg podkurczone, a policzki poróżowiałe ze złości.

Ponieważ tym właśnie jest moje życie: bezdźwięcznym krzykiem. No dobra, tak naprawdę nie powiedziałam tego. Jedynie sobie pomyślałam. Słowa, które wypowiedziałam, wzmacniając je wzruszeniem ramion, brzmiały: „Obie się nadadzą”. Bo jeżeli czegoś się nauczyłam na temat klientów, to tego, że tak naprawdę nie zależy im na mojej opinii. Chcą, żeby im mówić, że dobrze wybrali. Dlatego więc, skoro Paniczyk chce sprawić babci śpiącego bobaska, to jakie mam prawo go do tego zniechęcać?

Kręci głową, jakby kasował ten pomysł, a potem wskazuje całkiem inną półkę, zajętą przez zatrważająco różnorodne lalki. Dziewczynka, którą pokazuje, jest ubrana w szkolny mundurek w szkocką kratę i trzyma na smyczy czarnego teriera szkockiego.

– Myślę, że ta się nada. Ona lubi pieski.

– Kto lubi? Babcia czy… – mrużę oczy, żeby przeczytać napis na plakietce przed lalką – …Peggy?

– To, że Peggy lubi pieski, jest dość oczywiste – odpowiada chłopak, a na ustach igra mu cień uśmiechu. – Miałem na myśli moją babcię.

Otwieram dolne szafki, żeby znaleźć pudełko od Peggy. Wyjmuję je i ostrożnie zdejmuję z półki tę dziewczynkę z pieskiem, a także plakietkę z imieniem, i niosę do kasy. Kiedy to wszystko starannie pakuję, Paniczyk docieka:

– Jak to jest, że ten pies nie ma imienia? – Czyta na głos napis na pudełku. – Peggy z psem.

– Dlatego że ludzie wolą zwierzakom nadawać imiona swoich pupilków.

– Naprawdę?

– Nie. Nie mam pojęcia dlaczego. Jeśli to takie ważne, mogę dać numer do twórcy Peggy.

– Masz numer telefonu twórcy tej lalki?

– Nie. – Nabijam na kasie cenę i wciskam „Razem”.

– Ciężko cię rozgryźć – mówi.

Czemu próbuje mnie rozgryzać? Rozmawialiśmy o lalkach. Wręcza mi kartę kredytową, przejeżdżam nią więc przez terminal. Z karty wynika, że to „Xander Spence”. Xander wymawiany jak „Zander” czy jak „Ksander”? Ale nie będę pytać. Tak naprawdę nie obchodzi mnie to. I tak byłam dość miła. Po takiej wymianie zdań mama, nawet gdyby tutaj była, oszczędziłaby mi pouczeń. Moja mama o wiele lepiej ode mnie radzi sobie z ukrywaniem niechęci. Nawet przede mną ją skrywa. Uważam, że to kwestia lat

praktyki.

Dzwoni jego komórka, wyjmuje ją więc z kieszeni.

– Słucham?

Czekając, aż kasa wypluje wydruk, otwieram szufladę pod nią i dokładam plakietkę z imieniem do reszty sprzedanych w tym miesiącu. To ułatwia nam zapamiętanie, które lalki trzeba będzie domówić.

– Tak, już wybrałem. Jest z psem. – Chwilę słucha. – Nie. Nie jest psem. Jest z psem. Ta lalka ma psa. – Obraca pudełko i przygląda się podobiźnie Peggy, bo sama Peggy jest już bezpiecznie zamknięta w środku. – Uważam, że jest ładna. – Spogląda na mnie i wzrusza ramionami, jakby pytał, czy się z nim zgodzę. Kiwam głową. Peggy zdecydowanie jest ładna. – Tak, potwierdziła to ekspedientka. Ona jest ładna.

Wiem, że nie chodziło mu o to, że to ja jestem ładna, ale przez podkreślenie tego „ona” trochę tak to zabrzmiało. Spuszczam wzrok i odrywam wydruk, a potem podaję mu długopis, żeby złożył podpis. Robi to jedną ręką, ja porównuję jego podpis z tym na karcie, po czym mu ją oddaję.

– Nie, nie o to… To znaczy, ona też, ale… Oj, wiesz, co chciałem powiedzieć. Wszystko gra. Niedługo będę w domu. – Wzdycha. – Tak, miałem na myśli to, że po cukierni. Przypomnij mi, żebym następnym razem, kiedy twoja asystentka będzie brała sobie wolne, gdzieś nawiał. – Mocno zaciska powieki. – Nie tak to miało zabrzmieć. Tak, oczywiście, dzięki temu wszystko bardziej doceniam. Okej, mamo. Do zobaczenia niedługo. Pa.

Podaję mu lalkę już w torbie.

– Dziękuję za pomoc.

– Nie ma sprawy.

Bierze ze stojaka przy kasie wizytówkę i przez chwilę ją studiuje.

– Dużo więcej?

Sklep nazywa się Lalki i Dużo Więcej. Zadaje to samo pytanie co wszyscy, którzy tu wchodzili przed nim i widzieli tylko lalki. Potakuję.

– Lalki i dużo więcej lalek.

Przekrzywia głowę.

– Miałyśmy jeszcze bransoletki z zawieszkami, pluszaki i takie tam, ale lalki okazały się zazdrosne.

Patrzy na mnie tak, jakby chciał zapytać: „Ty tak na serio?”. Widocznie podczas swoich wypraw typu „zstąp między zwykłych ludzi, a bardziej docenisz swoje życie” nie spotkał jeszcze kogoś takiego jak ja.

– Domyślam się, że lalki zagroziły ci skradzeniem duszy, jeśli nie spełnisz ich żądań.

– Nie. Groziły, że uwolnią dusze dotychczasowych klientów. Na to nie mogłyśmy pozwolić.

Wybucha śmiechem, co mnie zaskakuje. Czuję się tak, jakbym osiągnęła coś, co udało się niewielu innym, i sama też uśmiecham się wbrew sobie.

Ruchem głowy wskazuję wizytówkę.

– Mama najbardziej lubi lalki. Zmęczyły ją już myszy wypychane rajstopami. – Poza tym przestało nas być stać na dodatkowy towar. Z czegoś trzeba było zrezygnować i nie mogły to być lalki. A skoro trwamy w stanie nieustającej plajty (mając jedynie tyle pieniędzy, żeby to dalej ciągnąć), nazwa sklepu i wizytówki pozostały bez zmian.

Chłopak stuka palcem w wizytówkę.

– Susan? To mama?

Bo na wizytówce jest tylko tyle, jej imię, a zaraz potem numer telefonu sklepu, jakby była jakąś striptizerką czy kimś takim. Zawsze kulę się w sobie, ilekroć wręcza komuś tę wizytówkę poza sklepem.

– Tak jest.

– A ty to…? – Patrzy mi w oczy.

– Jej córka. – Wiem, że pytał mnie o imię, ale nie zamierzam go podawać. Pierwszą rzeczą, jakiej nauczyłam się o bogaczach, było to, że uważają zwykłych ludzi za zabawne urozmaicenie życia, ale nigdy, absolutnie nigdy, nie chcą mieć z nimi nic wspólnego. I mnie to pasuje. Bogacze to inny gatunek ludzi, który obserwuję jedynie z bezpiecznej odległości. Nie wchodzę z nimi w interakcje.

Odkłada wizytówkę i cofa się o kilka kroków.

– Wiesz może, gdzie tu jest Cukiernia Eddiego?

– Dwie przecznice dalej w tamtą stronę. Ale proszę uważać. Faszerują muffinki z jagodami jakąś substancją uzależniającą.

Kiwa głową.

– Zapamiętam.

Rozdział 2

Nie, nie sprzedajemy lalek Barbie, tylko porcelanowe – mówię do słuchawki po raz piąty. Kobieta nie słucha. Nawija o tym, że jej córka nie przeżyje, jeśli nie dostanie królowej wróżek. – Rozumiem. Może nich pani sprawdzi w Walmarcie.

– Byłam. Wykupione. – Mamrocze coś o tym, że uważała nas za sklep z lalkami, i się rozłącza.

Odkładam słuchawkę i przewracam oczami, ale Skye tego nie zauważa, bo leży na podłodze, trzymając w górze naszyjnik i patrząc, jak się nad nią kołysze.

Skye Lockwood to moja najlepsza i jedyna przyjaciółka. Nie żeby ludzie w moim liceum byli wredni czy coś. Po prostu nie pamiętają, że istnieję. Nietrudno o to, jeśli wychodzi się przed obiadem i nigdy nie bierze udziału w życiu towarzyskim.

Skye jest o kilka lat starsza ode mnie i pracuje w sklepie obok, gdzie rzeczywiście mają „dużo więcej”. To antykwariat znany jako Ukryte Skarby, a przeze mnie nazywany Oczywistym Chłamem. Inni jednak uwielbiają ten sklep.

Z punktu widzenia nauki, gdyby Skye była nosicielem, mnie należałoby uznać za jej pasożyta. ona ma swoje życie, ja udaję, że też nim żyję. Innymi słowy, ona pewne rzeczy – muzykę, eklektyczne wintażowe ciuchy i szalone fryzury – autentycznie lubi, więc ja też udaję, że mnie to interesuje. Nie chodzi o to, że tak naprawdę to tego wszystkiego nie znoszę, po prostu te sprawy mnie nie obchodzą. Ale Skye lubię, czemu więc nie brać z niej przykładu? Zwłaszcza że nie mam pojęcia, co rzeczywiście mi się podoba.

Przechodząc nad nią, wzdycham.

– Znalazłaś już odpowiedzi na kluczowe pytania w życiu? – Skye często wykorzystuje podłogę naszego sklepu do filozoficznych wędrówek (to taki fikuśny synonim „wewnętrznych rozterek”).

Z jękiem zasłania sobie ramieniem oczy.

– Co takiego mogłabym studiować, gdybym poszła na uniwersytet? – Gdyby to od niej zależało, do końca życia pracowałaby w sklepie z upominkami, ale do studiów wielką wagę przywiązuje jej ojciec, który przez ich brak został tylko przedsiębiorcą pogrzebowym.

– Biadolenie?

– Ha, ha. – Podnosi się do pozycji siedzącej. – A co ty byś studiowała?

Zero pomysłów.

– Długofalowe skutki filozoficznych wędrówek.

– A nie sarkazm stosowany?

– Dam głowę, że w tej dziedzinie już zasługuję na dyplom.

– Ale tak na poważnie, na jakie studia chcesz iść?

Strasznie często słyszę: „Ale tak na poważnie”, „Mówmy serio” lub „Tak naprawdę”. Po takich zwrotach oczekuje się poważnych odpowiedzi. A ja nie mam ochoty takich

udzielać.

– Niezbyt się nad tym zastanawiałam. Sądzę, że najpierw trochę sobie postudiuję „bezkierunkowo”.

Skye znów się kładzie.

– Możliwe, że i ja tak zrobię. Może jak pójdziemy na studia, objawią się nam nasze właściwe ścieżki. – Siada nagle, bo coś zaparło jej dech.

– Co znowu?

– Powinnyśmy razem pójść na studia! Za rok. Ty i ja. Byłoby niesamowicie.

Milion razy jej powtarzałam, że ani myślę w przyszłym roku iść na studia. Moja mama byłaby przeciwna takiemu planowi (i dlatego go jeszcze nie zna), ale po szkole zamierzam zrobić sobie rok lub dwa przerwy, poświęcając cały czas na pomaganie w sklepie. Skye jednak wydaje się tak zachwycona, że mogę się tylko uśmiechnąć i niezobowiązująco skinąć głową.

Skye zaczyna nucić ułożoną na poczekaniu piosenkę.

– Ja i Caymen, my razem na studiach. Właściwe ścieżki odkryć nam się uda… – Jej głos cichnie i przechodzi w radosny pomruk, a cała Skye znów zalega na podłodze.

Para dziewczynek, która niedawno od nas wyszła, wszystkiego podotykała. Mama utrzymuje, że ludziom łatwiej jest się zakochać w lalkach, których imiona znają. Dlatego przed każdą z nich umieszczamy plakietkę. Teraz te wizytóweczki są kompletnie przemieszane, poprzestawiane i poprzewracane na płask. A naprawdę niewesoło jest mieć świadomość, że plakietka z imieniem Bethany stoi teraz przed Susie. Serio. Niewesoło. I to bardzo.

Dzwoni telefon Skye.

– Halo…? Nie. Jestem w Małym Sklepiku z Horrorami. – Tak właśnie nazywa mój sklep.

Przez chwilę panuje cisza, potem odpowiada:

– Nie wiedziałam, że przyjdziesz. – Podnosi się i opiera o ladę. – Naprawdę? Kiedy? – Okręca wokół palca kosmyk włosów. – Widocznie byłam podczas tego występu z lekka przymulona. – Głos Skye pasuje do jej imienia. Jest jasny i pogodny, a dzięki temu wszystko, co wychodzi z jej ust, brzmi słodko i niewinnie. – A więc jeszcze tu jesteś? – Obchodzi kołyski dla lalek i stoły z kocykami, żeby zbliżyć się do frontowego okna i przez nie wyjrzeć. – Widzę cię. Jestem tuż obok, w sklepie z lalkami. Zajrzyj tu. – Chowa telefon.

– Kto to?

– Mój chłopak.

– A więc chłopak. Czy to znaczy, że w końcu go poznam?

Uśmiecha się.

– Tak, zaraz się przekonasz, czemu od razu się zgodziłam, kiedy w zeszłym tygodniu zaprosił mnie na randkę. – Otwiera drzwi tak szeroko, że dzwonek prawie zlatuje z haczyka. – Hej, kochanie.

On bierze ją w ramiona, potem ona odsuwa się na bok.

– Caymen, to Henry. Henry, to Caymen.

Nie wiem, czy patrzyłam wystarczająco uważnie, ale zdecydowanie nie tak znów wiele zobaczyłam. Jedynie chudzielca z przetłuszczonymi długimi włosami i spiczastym nosem. Z okularami słonecznymi zawieszonymi na wycięciu koszulki z wizerunkiem jakiejś kapeli i z sięgającym do kolan łańcuchem, którego jeden koniec przyczepiony jest do szlufki przy klamrze pasa, a drugi znika w tylnej kieszeni. Bezwiednie liczę, ile kroków zajęło mu przejście ze sklepu Skye do mojego i ile razy w tym czasie łańcuch obił mu się o nogę.

– Ctam? – pyta. Powaga. Tak właśnie powiedział.

– Hm… Nic?

Skye posyła mi szeroki uśmiech mówiący: „Wiedziałam, że ci się spodoba”. Ta dziewczyna doszukałaby się wybitnych zalet nawet u zmokłej kury, chociaż sens tego skojarzenia jeszcze mi się wymyka. Skye jest piękna. Niekonwencjonalnie. Zasadniczo ludzie na jej widok stają jak wryci, bo przede wszystkim oszołamia ich oglądanie nierówno ściętych jasnych włosów o różowych końcówkach, kolczyka z diamencikiem w brodzie i szalonych ciuchów. I nie mogą się napatrzeć, bo jest uderzająco piękna, o przenikliwych niebieskich oczach i rysach twarzy, o jakich można tylko

 

marzyć.

Henry robi teraz rundkę po sklepie, oglądając po kolei wszystkie lalki.

– Uuu, odlot.

– Prawda? W pierwszej chwili odrobinę przytłacza.

Rozglądam się. Rzeczywiście, w pierwszej chwili przytłacza. Lalki, eksplozja kolorów i charakterów, przesłaniają niemal każdy centymetr ścian. I wszystkie się na nas gapią. Nie tylko ze ścian, bo podłoga jest labiryntem wyznaczanym przez stoły, kołyski i wózeczki przeładowane lalkami. W razie pożaru nie byłoby bezpośredniego dojścia do drzwi. Uciekając, musiałabym roztrącać niemowlaki. Sztuczne niemowlaki, ale zawsze.

Henry podchodzi do lalki ubranej w kilt.

– Aislyn – odczytuje jej imię z plakietki. – Też mam taki strój. Powinienem sobie sprawić tę lalkę i moglibyśmy razem jeździć w trasy.

– Grasz na dudach? – pytam.

Przygląda mi się dziwnie.

– Nie. Szyję na gitarze w Zrzędliwych Ropuchach.

Tu cię mam. Oto powód, dla którego Skye z nim kręci. Ma słabość do muzyków. Chociaż stać ją na kogoś lepszego od gościa wyglądającego tak, jakby to jemu zawdzięczała nazwę kapela, w której gra.

– Haj, gotowa jesteś?

– No.

Haj? Muszę ją o to zapytać.

– Narka, Kajman – mówi Henry i tak rechocze, jakby czekał na to od chwili, kiedy zostaliśmy sobie przedstawieni.

A więc już nie muszę pytać o Haj. Ten typ tak ma. Ekspresowy Nadawacz Ksywek.

– Cześć, Henry. – Czy raczej Zrzędliwa Ropucho.

Ledwie wyszli frontowymi drzwiami, tymi od zaplecza wchodzi moja mama. Niesie naręcze zakupów.

– Caymen, zostało jeszcze kilka toreb, przyniesiesz? – Kieruje się od razu na schody.

– Mam zostawić sklep? – Pytanie wydaje się durne, ale ona jest szczególnie wyczulona na kwestię porzucania stanowiska sprzedaży. Po pierwsze dlatego, że lalki są drogie i kradzież którejkolwiek z nich byłaby grubszą sprawą. A nie mamy w sklepie żadnych kamer czy alarmów – utrzymanie ich zbyt wiele kosztuje. Po drugie, moja mama przywiązuje wielką wagę do obsługi klientów. Gdy ktoś wchodzi, nie powinnam zwlekać nawet sekundy z powitaniem.

– Tak. Proszę – mówi, ledwie dysząc. Mamie, królowej jogi, brakuje tchu? Czyżby wróciła z joggingu?

– Okej. – Zerkam w stronę drzwi frontowych, żeby się upewnić, że nikt nie nadchodzi, a potem wybiegam tylnymi i zabieram resztę zakupów. Gdy już jestem z nimi na górze, daję krok nad torbami, które mama zostawiła tuż za progiem, a potem kładę te swoje na blacie naszej kuchni o wymiarach jak z domku dla lalek. Bo tak naprawdę to one stanowią treść naszego życia. Lalki. Sprzedajemy je. Mieszkamy w domku przeznaczonym dla nich… A przynajmniej w jego dostosowanym do potrzeb ludzi odpowiedniku: z trzema pokoikami, łazienką i miniaturową kuchnią. Jestem przekonana, że głównie tej ciasnocie zawdzięczamy to, że jesteśmy sobie z mamą tak bliskie. Zaglądam za ścianę i widzę mamę leżącą jak długa na kanapie.

– Dobrze się czujesz, mamo?

Siada prosto, ale nie wstaje.

– Tylko się zmęczyłam. Rano wstałam wyjątkowo wcześnie.

Zaczynam wypakowywać zakupy, wkładam do zamrażarki mięso i mrożony sok jabłkowy. Kiedyś spytałam mamę, czy mogłybyśmy kupić sok w butelce, i usłyszałam, że jest za drogi. Miałam sześć lat. Wtedy po raz pierwszy – i zdecydowanie nie po raz ostatni – uświadomiłam sobie, że jesteśmy biedne.

– Kochanie, nie zawracaj sobie głowy rozpakowywaniem. Za chwilkę to zrobię. Mogłabyś zejść do sklepu?

– Pewnie. – Wychodząc, przenoszę jeszcze na blat torby, które zostawiła na podłodze. Na schodach cały czas kołacze mi się po głowie, że wychodząc rano do szkoły, widziałam, że mama jest jeszcze w łóżku. Jak to się ma do tego „wstania wyjątkowo wcześnie”? Oglądam się przez ramię na stromiznę schodów, korci mnie, żeby zawrócić i ją zdemaskować.

Ale nie robię tego. Zajmuję swoje miejsce przy kasie, wyciągam lekturę z angielskiego i odrywam od niej oczy dopiero na dźwięk dzwonka przy drzwiach frontowych.