Posłuszna żona

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Posłuszna żona
Posłuszna żona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Posłuszna żona
Audio
Posłuszna żona
Audiobook
Czyta Magdalena Schejbal
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 9
MAGGIE

Po raz pierwszy, odkąd się wprowadziłam do Nica, miałam poczucie, że znalazłam swoje miejsce, na pełnych prawach, i w końcu nie chowam się przepraszająco po kątach. Będę miała własną pracownię, urządzę kawałek domu po swojemu, zamiast zajmować przestrzeń należącą do innej kobiety, jak dziki lokator. Miałam właśnie zejść na śniadanie, lekkim krokiem, kiedy usłyszałam dziwny dźwięk. Przypominał mi skowyt lisa, którego kiedyś widziałam u nas na osiedlu, potrąconego przez chłopaków jadących kradzionym samochodem i wijącego się w agonii w rynsztoku.

Podbiegłam na koniec korytarza. Pokój Franceski. Zawahałam się w obawie, że nawrzeszczy na mnie, bym się wynosiła. Uznałam jednak, że może naprawdę za drzwiami stało się coś poważnego, więc wtargnęłam do środka, wołając jednocześnie Nico. Zasłony w pokoju były nadal zaciągnięte i chwilę potrwało, zanim dostrzegłam Francescę, skuloną w nogach łóżka, na wpół schowaną pod kołdrą. Płakała, jakby nastąpił koniec świata.

– Francesca! – Podbiegłam do niej i przyłożyłam dłoń do jej pleców. – Co się stało? – Próbowałam ją do siebie odwrócić, ale wtuliła się głębiej w pościel.

Wtedy zobaczyłam plamy krwi na prześcieradle.

– Biedactwo. To twój pierwszy okres?

Przytaknęła, z głową w kołdrze.

– Masz coś, jakieś podpaski?

Wyszlochała, że nie.

W drzwiach pojawił się Nico.

– Co się dzieje?

Położyłam palec na ustach i odprawiłam go gestem dłoni, bezgłośnie poruszając ustami: „Już dobrze”. Skłonność Nico do zielenienia na twarzy przy rozmowie o kobiecych sprawach nie była nam teraz potrzebna. Wyglądał na zdezorientowanego, ale wycofał się z pokoju. Kochałam go jeszcze bardziej za to, że mi zaufał.

Zdjęłam szlafrok z haczyka na wewnętrznej stronie drzwi i podałam go Francesce.

– No dobrze, kochanie. Idź pod prysznic, poczujesz się o niebo lepiej. A ja ci znajdę jakieś podpaski.

Ku mojemu zaskoczeniu objęła mnie rękami za szyję, przyciskając rozpaloną, wilgotną od łez twarz do mojego ramienia.

– Chcę do mamy. Naprawdę chcę do mamy. Chciałabym, żeby tu była.

Zmusiłam się, żeby nie myśleć o tym, jak Sam by sobie poradził, gdybym jutro padła trupem. Ja też nie mogłam sobie wyobrazić, że nie ma mojej mamy – jak strasznie samotna bym się czuła, krocząc przez salę ślubów, żeby wyjść za Nico, gdyby ona nie stała w pierwszym rzędzie, pachnąc kupioną na bazarze podróbką perfum Coco Chanel? Przez ponad trzy dekady mama powtarzała mi, jaka jestem wspaniała, podczas gdy tak naprawdę byłam zupełnie zwyczajna. Ale dla niej byłam niezwykła. Nawet teraz nazywała mnie czasem w żartach „córunią”. A ja uwielbiałam nią być, nawet w tym wieku. Mama stawiała barierę bezpieczeństwa między mną a światem zewnętrznym, była kimś, kto zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby życie było dla mnie dobre, bez żadnych kalkulacji czy oczekiwania odpłaty.

Francesca miała tak mało czasu, żeby chłonąć to poczucie, że ma w osobie Caitlin największą fankę na świecie. A teraz, proszę, na progu kobiecości, kiedy targały nią sprzeczne uczucia – tu jeszcze dziecko, tam już dorosła – a do tego szalało w niej morze hormonów, została bez tej jedynej osoby, która mogłaby pomóc jej to wszystko zrozumieć.

Samej chciało mi się płakać.

Nigdy nie czułam się tak bezradna, niezdolna zaspokoić potrzeb innego człowieka. Kiedy leciały jej łzy, a całą zwykłą złość i drażliwość zmył gwałtowny wybuch żalu, przytulałam ją, głaszcząc po plecach, odgarniając włosy z jej szyi i szepcząc: „No już, już”, tak jak robiła moja mama, kiedy chciała mnie uspokoić.

Powoli szlochanie Franceski przycichło. Wyprostowała się, nie patrząc mi w oczy. Próbowałam przedłużyć ten moment porozumienia, zawieszony między nami, delikatny jak bańka mydlana. Dotknęłam jej dłoni.

– Rozumiem. Naprawdę. Na twoim miejscu też chciałabym mieć tu mamę. A nie kogoś, z kim ożenił się mój tata.

Francesca przygryzła wargę. Nie poruszyła się, po prostu siedziała, a łzy zatrzymały się wzdłuż linii rzęs na dolnej powiece, gotowe z niej skapywać. Ciekawe, ile wieczorów przepłakała w poduszkę, podczas gdy Nico i ja siedzieliśmy na dole, popijając wino, po tym, jak wybiegała nadąsana. Czy kiedy rozmawialiśmy o tym, jak „poradzić sobie z jej zachowaniem”, przytulała twarz do matczynych bluzek, rozpaczliwie pragnąc poczuć znajomy zapach? Grzebała w jej szkatułce z biżuterią, rozplątywała naszyjniki, przymierzała pierścionki, próbując przywołać jej obraz. A ja przez cały ten czas myślałam o sobie, czułam się zagrożona przez trzynastolatkę i zastanawiałam się, jak poprosić Nico, żeby dorobił zamek w drzwiach do naszej sypialni.

Wreszcie zaczynałam rozumieć, co to znaczy być dorosłą.

I co to znaczy być macochą.

Jeśli miał nadejść jakiś odpowiedni moment na to, żeby przestać użalać się nad sobą tylko dlatego, że mój nowy wspaniały świat ma parę drobnych niedoskonałości, to nadszedł właśnie teraz.

– Pójdę po podpaski dla ciebie. Może skorzystasz z łazienki w gościnnym, będziesz miała trochę prywatności? Zmienię ci pościel. Wrzuć piżamę do kosza z rzeczami do prania, ja się już nią zajmę.

Francesca kiwnęła głową.

– Dziękuję. – I znów się do mnie przytuliła.

Tylko jej smutna twarzyczka powstrzymywała mnie przed skakaniem z radości po łóżku, mniejsza o poplamioną pościel.

ROZDZIAŁ 10
LARA

W Wielki Piątek, kiedy Massimo wyskoczył z łóżka o siódmej rano, całując mnie w policzek ze słowami: „Nie wstawaj, ślicznotko. Polecę tylko odebrać wielkanocny prezent dla ciebie”, musiałam ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć: O wpół do dziewiątej moglibyśmy być u taty. Jednak udało mi się przynajmniej uniknąć torturowania Sandra weekendem pełnym najbardziej makabrycznych atrakcji Londynu: wymigałam się, przypominając Massimowi, że musimy ograniczyć wydatki.

Wtuliłam się z powrotem w poduszkę, myśląc o drzemiących w moim mężu sprzecznościach. Tyle troskliwych, miłych gestów równoważących przykre wybuchy. Ale przecież wiedziałam o tym od początku, odkąd zaczął mnie podrywać w pracy. Zauważał, że mam nową bluzkę, a mnie robiło się przyjemnie, dzień nabierał kolorów. A potem miażdżył moją pewność siebie, kręcąc nosem na moją fryzurę. Przynosił mi kawę, kiedy miałam dużo pracy i nie wychodziłam na lunch. A później odjeżdżał beze mnie, jeśli spóźniłam się pięć minut z wyjściem z biura. Ale zawsze, kiedy z nim byłam, stawałam się aktywną uczestniczką wydarzeń, chłonącą jego energię – dobrą czy złą – a nie tylko bierną obserwatorką. Bez Farinellich, mimo ich wszystkich wad, byłabym teraz sama, jeżeli nie liczyć mojego ojca, który powoli tracił kontakt z rzeczywistością. Pocieszałam się, że nawet jeśli wolałabym pojechać w odwiedziny do taty, to, że Massimo specjalnie postarał się o prezent na Wielkanoc, było kolejnym okruszkiem dorzuconym na właściwą szalkę wagi pokazującej „kocha – nie kocha”.

Jednak o dziesiątej zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Massimo jeszcze nie wrócił. Tak jak tata, nie cierpiałam, kiedy ludzie jechali gdzieś samochodem i nie było ich dłużej, niż się spodziewałam. Dlatego gdy Massimo w końcu wpadł do domu z dużym rudym szczeniakiem w objęciach, w pierwszej chwili poczułam ulgę. Następnie zdziwienie, a potem strach.

Na twarzy mojego męża, pięknej twarzy o wyniosłym wyrazie, malowała się ekscytacja.

– Zobacz, co znalazłem!

Cofnęłam się, wyobrażając sobie, że musiał wziąć błąkającego się psa i przyniósł go do domu, żeby jakiś samochód go nie potrącił. Wolałabym, żeby przywiązał go na zewnątrz.

Podszedł do mnie ze szczeniakiem wyrywającym mu się z objęć. Stałam na drugim stopniu schodów. Podsunął mi psa prosto pod nos, tak że omal nie krzyknęłam.

– Taki drobiazg, żeby zrekompensować zniknięcie Misty. To rhodesian ridgeback. Ostatni z miotu. Ma prawie sześć miesięcy. Miał być reproduktorem, ale okazało się, że ma lekko skręcony ogon, więc szukali dla niego domu. Przekonałem ich, że z nami będzie miał wspaniałe życie.

Usiłowałam się uśmiechnąć, ale tak naprawdę chciałam pognać po schodach na górę i zabarykadować się w sypialni, dopóki Massimo nie zamknie gdzieś tego przerażającego zwierzęcia. Niemożliwe, żeby mówił poważnie. Wiedział, że śmiertelnie boję się psów, odkąd w dzieciństwie pogryzł mnie owczarek collie, i że przestałam chodzić z Sandrem do parku, bo byłam niespokojna, kiedy wokół biegały psy bez smyczy. Nawet jeśli były na smyczy, czułam, że nie mogę spuścić ich z oczu, w razie gdyby nagle wyślizgnęły się z obroży i rzuciły się na nas.

Ku mojemu przerażeniu Massimo zawołał Sandra, który natychmiast wychynął ze swojego pokoju, z miną wyrażającą jednocześnie przejęcie i niepokój.

– Ta-da! Przywitaj się ze swoim nowym zwierzakiem, Lupo. To po włosku znaczy „wilk”.

Sandro zmartwiał, potem zerknął na mnie i wykrzywił usta w wymuszonym uśmiechu. Zatrzymał się niepewnie na podeście, a Massimo z entuzjazmem przyzywał go gestem.

– Zobacz, jaki z niego słodziak. Najlepszy przyjaciel człowieka. Będziesz go uwielbiał, Sandro. Może nawet bardziej niż Misty. Psy są świetnymi towarzyszami.

Ekscytacja Massima przygasała, bo żadne z nas nie reagowało. Nie mogłam go zawieść, nie mogłam odrzucić ze wzgardą tego, co zrobił, żeby pocieszyć Sandra i mnie po stracie kotki. Pewnie myślał, że nie będę się bała własnego psa. Przecież tak naprawdę wiedziałam, że większość z nich jest niegroźna. Poza tym już tyle razy rozmawialiśmy o tym, że nie chcę, by Sandro przez całe życie stawał jak sparaliżowany za każdym razem, kiedy z przeciwka szedł pies. Przełamałam więc strach i podeszłam do Lupo, zmuszając się, żeby go pogłaskać po głowie.

– Jest piękny, Sandro, zobacz, jaki przyjacielski – powiedziałam, przyciskając się do ściany w przedpokoju, kiedy Lupo, nadal w ramionach Massima, usiłował mnie polizać. Czułam, że ze strachu trzęsą mi się nogi.

 

Przywołałam słowa, jakich używają właściciele psów, zawsze posługujący się zdrobnieniami:

– Dobry piesek.

– Te psy pochodzą z Afryki, Sandro. Pojechałem po niego aż do Whitstable – powiedział Massimo tonem, w którym wzbierało zniecierpliwienie.

Niestety, do licznych beznadziejnych cech, które Sandro odziedziczył po mnie – zbyt długi drugi palec u nogi, krzywy kieł, skłonność do pierzchnięcia warg – należał także paraliżujący strach przed psami. Nie mogłam pozwolić Massimowi dostrzec, że Sandro zaczął cofać się z powrotem w górę schodów. Klasnęłam z udawanym zachwytem jak przedszkolanka, która zaraz zacznie śpiewać: „Koła autobusu kręcą się”.

– Chodź, zobaczymy, czy spodoba mu się nasz ogród. Może będzie chciał zrobić siusiu, skoro ma za sobą długą drogę, a nie chcemy, żeby nabrudził w domu. – Przywołałam go gestem, żeby zszedł.

Massimo postawił psa na podłodze, a ten zaczął skakać na mnie, drapiąc mnie po udach. Chciało mi się płakać.

Massimo przyjrzał mi się uważnie.

– No i jak ci się podoba prezent?

Zmusiłam się do szerokiego uśmiechu.

– Pełne zaskoczenie! Nawet nie wiedziałam, że chcesz mieć psa.

– Kupiłem go dla Sandra. Dobrze mu zrobi. No i będzie świetnym stróżem, kiedy ja gdzieś wyjadę.

Moje życie zrobiło się naprawdę porąbane, skoro byłam gotowa znosić psa, który mnie przerażał, niż ryzykować gniew męża z powodu mojej niewdzięczności.

ROZDZIAŁ 11
MAGGIE

Nawet jeśli Francesca widziała we mnie jedynie dostarczycielkę podpasek, o których kupno nie musiała prosić swojego taty, jej nastawienie do mnie zdecydowanie złagodniało w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

W efekcie wahałam się – rozdarta między potrzebą porządnego miejsca do pracy a strachem przed zniszczeniem kruchego rozejmu, który niespodziewanie między nami zapanował – czy poruszać z nią temat sprzątania strychu. Jednak termin wyprowadzki z obecnej pracowni – połowa kwietnia – zbliżał się wielkimi krokami i Nico był stanowczy:

– Będziesz mieć miejsce do pracy, a my dom, nie sanktuarium.

Odezwał się jednak we mnie duch przekory: kiedy tylko Nico potrafił, w najmniejszym choćby stopniu, pozbyć się wspomnień o zmarłej żonie, to nie uznałam tego za oznakę jego głębokiej miłości do mnie, lecz za niechybny znak, że nie pozwala sobie na nadmierne przywiązanie do nikogo. Miałam nadzieję, że gdybym nazajutrz padła trupem, nie wymiótłby mnie ze swojego życia, nie zapakował do kilku worków na śmieci oraz paru wiklinowych koszyków i nie wywiózł do Oxfamu.

Siedziałam na dole w kuchni, podczas gdy Nico omawiał sprawę porządków na strychu z Francescą, i przygotowywałam się na awanturę. Jednak Francesca zeszła na dół, oparła się o futrynę i nieśmiało zapytała:

– Jak już skończysz urządzać swoją pracownię krawiecką, to może mogłabyś mi uszyć sukienkę na imprezę na koniec roku? To znaczy jeśli chcesz.

Miałam ochotę zerwać się z krzesła i obiecać, że uszyję jej pięćdziesiąt pięć sukienek, każdą w innym kolorze. Możliwość zrobienia razem czegoś, o czym mogłybyśmy rozmawiać, a co nie byłoby ukartowaną przez Nico „okazją do poznania Maggie”, napełniła mnie nadzieją, której jeszcze dwa tygodnie temu nie mogłabym przewidzieć.

Kiedy nadeszła sobota, Massimo i Sandro zaprosili Sama, żeby wybrał się z nimi do parku. Mój syn bardzo dobrze się zaaklimatyzował w powiększonej rodzinie. Właściwie to chyba chętnie przeprowadziłby się do Massima, zwabiony podwójną pokusą – piłką nożną i Lupo. Nie byłam tylko pewna, czy podobałoby mu się mieszkanie z Larą. Potworna z niej była ponuraczka, tak ujęłaby to moja mama. Zawsze wyglądała, jak gdyby czekała, że lada chwila zacznie lać jak z cebra, mimo bezchmurnego nieba. Massimo jednak najwyraźniej ją wielbił, zawsze obejmował ją ramieniem i mówił: „Jak ja cię kocham”, nawet jeśli tylko podała mu herbatę.

Patrząc na Sandra, który ciągnął się z tyłu, powłócząc nogami, wodząc dłonią wzdłuż murków i zatrzymując się, żeby podnieść piórko, podejrzewałam, że Massimowi podobało się towarzystwo Sama, mającego fioła na punkcie piłki. Zawsze, kiedy ich razem widziałam, rozmawiali o zawodnikach z Premier League, o których nigdy nie słyszałam. Nico nie był pod tym względem szczególnie „męski”, znacznie bardziej interesował go Gardeners’ World niż Sky Sports, więc świetnie, że Massimo był autentycznie zainteresowany futbolem, a nie tylko udawał jak ja. Starałam się nie myśleć o tym, jak dużo Sam stracił, mając za ojca Deana, który, jeśli nie liczyć sporadycznie przysyłanych pocztówek, nie niepokoił nas swoją obecnością. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Dean nigdy też nie zgrywał kogoś innego, niż naprawdę był – a był facetem bez konkretnego fachu, który pracował na budowach, aż zarobił akurat tyle kasy, żeby mu starczyło na wyjazd do słomianej chatki na jakiejś egzotycznej plaży, gdzie zaszywał się na całe miesiące. Zawsze mi powtarzał: „Mags, jesteś zbyt poważna. Żyj chwilą. Wystarczy, że mam piwo i trochę słońca, a jestem królem świata”. Ale i tak bolało, kiedy się zmył.

Pocieszałam się, że chociaż wybrałam Samowi łajzę na ojca, to przynajmniej znalazłam mu w końcu świetnego ojczyma.

A dzisiaj – w dniu, który przeznaczyliśmy na ogarnięcie strychu – Nico znów mnie zadziwił swoją dobrocią: bardziej martwił się tym, że przeglądanie rzeczy jego zmarłej żony może być dla mnie trudne, niż ewentualną własną traumą z tym związaną. Przytuliłam go.

– Poradzimy sobie.

Ja sama bardziej przejmowałam się reakcją Franceski na tę zmianę. Kręciłam się nerwowo na korytarzu, kiedy Nico poszedł po nią do jej pokoju. Ale całe zakłopotanie minęło, kiedy usiłowałam przymocować drabinę, odpowiednio ją zahaczając, co przypominało łowienie plastikowej kaczuszki w wesołym miasteczku, tyle że było dwa razy bardziej frustrujące. Miałam nadzieję, że nabiorę w tym wprawy, bo inaczej codzienne przychodzenie do pracy będzie udręką. Byłam jednak wdzięczna, że znaleźliśmy coś, z czego mogliśmy się pośmiać, problem, który potrafiliśmy razem rozwiązać, zanim zabraliśmy się do właściwych działań.

Strych mnie zachwycił. Poczułam dreszcz podniecenia, kiedy wyobraziłam sobie stół z maszyną do szycia pod oknem, a we wnęce półki na materiały, szpilki i inne utensylia. W odróżnieniu od szafki na liczniki w mieszkaniu mamy, gdzie bałam się cokolwiek ruszyć, w razie gdyby z przedpotopowego buta piłkarskiego wychynął szczur, strych nie miał w sobie nic z graciarni. Był jasno oświetlony, a w równych rządkach stały kartonowe pudła, podpisane czerwonym flamastrem: „Bryczesy/toczki”, „Małe ciężarki/taśmy”, „Kasety – A-J”. Poczułam ukłucie niepokoju na widok dużych, pogrubionych liter napisanych ręką Caitlin. Pisma pewnej siebie przewodniczącej klasy, kogoś, kto gra w ataku w netballu i na pozycji centra w drużynie hokeja. Ciekawe, czy te pudła już tu były, czy zaczęła pakować swoje rzeczy, kiedy dowiedziała się, że umiera – bo chciała posprzątać, żeby zaoszczędzić innym kłopotu.

Miałam nadzieję, że kiedy będę odliczać dni do swojej śmierci, znajdę pilniejsze rzeczy do roboty niż układanie swoich płyt kompaktowych w porządku alfabetycznym. A może, mając tak mało kontroli nad własnym zdrowiem, dopilnowanie, żeby Abba znalazła się koło Aerosmith, dawało jej odrobinę komfortu, pewności w obliczu wielkiej niewiadomej.

Nie potrafiłabym chyba sobie wyobrazić, że pozostało mi tak niewiele życia. Ale gdybym wiedziała, że mój czas się kończy, czy chciałabym spędzić ostatnie miesiące na skakaniu ze spadochronem z samolotów, chodzeniu po Chińskim Murze i nurkowaniu w wodach Wielkiej Rafy Koralowej, skoro te rzeczy mnie nie pociągały, kiedy myślałam, że mam jeszcze z pięćdziesiąt lat przed sobą? Miałam nieodparte – i dołujące – wrażenie, że swoje ostatnie tygodnie spędziłabym na pozbywaniu się starych wyświechtanych koszulek, podniszczonej bielizny i dziurawych skarpetek, żeby nie zapisać się w historii jako kobieta z workowatymi majtkami i rozciągniętymi stanikami.

Poza tym zdecydowanie musiałabym przeszukać swoje albumy ze zdjęciami i powywalać wszystkie podejrzane foty, które mogłyby zmienić to, jak ludzie mnie widzą, kiedy już nie będzie mnie na tym padole, żeby wytłumaczyć, iż tak naprawdę nie było tak źle, jak na to wygląda. Sam prawdopodobnie nie powinien natknąć się po mojej śmierci na zdjęcia, na których siedzę rozwalona nad butelką tequili, z pochodzącym z tejże butelki robakiem na policzku, tańczę z nadmuchiwanym penisem naturalnej wielkości albo całuję się namiętnie z jednym z długiej listy leserów, z których każdy odnalazłby się w rodzicielskiej roli lepiej niż jego własny ojciec od siedmiu boleści.

Nico stał z rękami na biodrach, a Francesca patrzyła na niego, czekając na jakieś wskazówki. Trzymałam się z tyłu, koło klapy w podłodze, bojąc się naruszyć wzbierające między kartonami emocje.

Nico odwrócił się do córki.

– Od czego chcesz zacząć? Może przejrzymy kasety mamy?

Francesca spojrzała na niego, jakby zapytał, czy ma zamiar założyć krynolinę na szkolną imprezę na koniec semestru. Kasety właściwie były już passé za moich nastoletnich czasów. Francesce musiały się wydawać równie staroświeckie jak wyżymaczka. Moja mama nie miała kasy, żeby się szarpnąć na odtwarzacz CD, więc wyciągałam niekończące się kawałki wkręconej taśmy z mojego gównianego walkmana i nawijałam ją z powrotem ołówkiem jeszcze długo po tym, jak moi znajomi przeszli na kompakty. Ale skoro starałam się zostać kumpelą Franceski, nie chciałam podkreślać, że jestem na tyle stara, by pamiętać życie bez iTunes. Pozwoliłam Nico samemu dojść do wniosku, że karton z kasetami może być pierwszym przesuniętym w stronę klapy.

Przyjrzałam się pozostałym pudłom, szukając takiego z najmniejszym ładunkiem emocjonalnego bagażu. Miałam nadzieję, że nie natknę się na zdjęcia Nico i Caitlin krojących tort weselny, gapiących się z uczuciem na Francescę niemowlaka ani wznoszących toast szampanem pod choinką. Przebiegłam wzrokiem po napisach na kartonach. Pokazałam palcem pudło podpisane „Francesca”.

– Zobacz – zwróciłam się do niej – tu jest twoje imię. Chcesz zacząć od tego?

Francesca popatrzyła na karton z lekką niepewnością, ale szczerze mówiąc, wcale jej się nie dziwiłam. Bóg raczy wiedzieć, co zawierałoby pudło z napisem „Maggie” – prawdopodobnie dwadzieścia buteleczek na wpół zużytego serum przeciwko puszeniu się włosów, które kupowałam w nieustannym dążeniu do uzyskania gładkich, lśniących pukli, porzuconym, gdy siła natury powodująca ich kręcenie okazała się przewyższać mój optymizm.

Posłałam Nico znaczące spojrzenie, które najwyraźniej wyrwało go ze stuporu.

Sięgnął po pudło z imieniem córki i zaczął odklejać taśmę.

– Chodź, kochanie, sprawdzimy, co w nim jest?

Kiedy pochylili zgodnie głowy, żeby zajrzeć do środka, ja odczytywałam pozostałe napisy.

„Odzież wierzchnia”? Ciekawe, czy Caitlin była tak zorganizowana, że co roku w kwietniu chowała na strychu szaliki, płaszcze i czapki z pomponami, żeby nie musieć w lecie przekopywać się przez zwały wełnianych ubrań, by dostać się do klapek.

Nie. Ubrania były zbyt osobiste, zbyt realne. Nie chciałam przyglądać się każdemu drobnemu śladowi błota na butach Caitlin i zastanawiać się, czy miała je na nogach, kiedy szli z Nico, trzymając się za ręce, a potem schowali się pod drzewem, żeby przeczekać letnią ulewę, całując się i przytulając.

Podeszłam do pudła z napisem „Podręczniki”. Nie zapowiadało to wielu tkliwych wspomnień. Rozcięłam karton i przebiegłam wzrokiem po tytułach – były to książki Caitlin o dietetyce i aktywności fizycznej. Wyjęłam kilka tomów, żeby sprawdzić, czy nie wyrzucę pierwszego wydania Fit or Fat? albo jakiegoś wiekopomnego dzieła o „opanowaniu swojego metabolizmu”, „wzmocnieniu mięśni posturalnych”, lub innych tego typu rzeczach, którymi udawało mi się do tej pory nie przejmować.

Zawołałam do Franceski:

– Nie myślisz chyba o studiowaniu dietetyki ani fizjologii sportu, co!?

Prychnęła.

– Nie ma mowy! Nie mam zamiaru spędzać życia na przywracaniu do formy jakichś starych grubasów.

Wciągnęłam brzuch.

Wzięłam do ręki opasłe ilustrowane tomiszcze o znaczeniu ćwiczeń fizycznych w psychoterapii. Książka wyglądała jak wielkie słowniki francuskie, które mama przytargała do domu po generalnych porządkach w lokalnej bibliotece, w nadziei, że uda się je komuś opchnąć. Nigdy nie znalazłyśmy na nie kupca, ale ustawiłyśmy je w stos i wykorzystałyśmy jako stojak pod klatkę z chomikiem. Nico musi uważać mnie za nieźle ograniczoną, skoro Caitlin miała taki łeb, że potrafiła zrozumieć, jak dzięki podskokom w miejscu można osiągnąć równowagę psychiczną.

Popatrzyłam na Nico na drugim końcu strychu, mając nadzieję, że wystarczę mu na dłuższą metę. Siedział obok Franceski i sięgał do białej wiklinowej skrzyni, wydając przyciszone okrzyki nad maleńkimi dziecięcymi bucikami, śpioszkami we wzorek w tulipany, niebieskim króliczkiem z jednym uchem. Nie byłam pewna, czy tata Sama potrafiłby go w ogóle rozpoznać w rządku jasnowłosych, piegowatych dziesięciolatków, a co dopiero pamiętać jego zabawki z okresu niemowlęctwa. Francesca głaskała wyjmowane ze skrzyni rzeczy, przyciskała je do policzka. Serce mi pękało, kiedy patrzyłam, jak z całych sił starała się pochwycić jakieś wspomnienie o Caitlin, ślad zapachu, cień dotyku zamknięty w przypadkowych przedmiotach, które pewnie pachniały raczej kurzem i wilgocią.

 

Wyciągnęła jakieś szkolne zeszyty ćwiczeń.

– Popatrz, tato, twórcze pisanie na zajęciach z panią Roland!

Nico zaczął czytać na głos opowiadanie Franceski o jej nowym psie, Polly-Dolly, a ona pisnęła zawstydzona.

– To przecież nie była prawda! Mama nigdy nie pozwoliła mi mieć psa. – Pochyliła się nad kartką. – Zobacz, jaka gruba jest mama na moim rysunku. Wcale nie taką ją pamiętam.

Usiłowałam nie słuchać ich rozmowy, grzebiąc hałaśliwie w pudle z książkami, bo osobiste emocje ojca i córki sprawiały, że czułam się jak kukułka w gnieździe dla dwojga.

– Zaschło mi w gardle od tego kurzu – powiedziałam. – Skoczę na dół i przyniosę nam herbaty.

– Ja pójdę – odparł Nico, zrywając się z podłogi, jakby był wdzięczny, że ma wymówkę, by na chwilę stąd uciec.

Chciałam zejść po drabinie, wyrwać się z tego kręgu smutku, żalu i cudzej miłości wyłażącej ze wszystkiego, co otworzyliśmy, i oplatającej strych jak bluszcz, ale uklękłam i z powrotem zabrałam się do przeglądania pudła z podręcznikami.

Pod kolejną warstwą książek znalazłam złotą szkatułkę. Dobrze, że nie skończyło się tylko na szybkim zerknięciu do środka kartonu – spodziewałam się jedynie paru starych zakurzonych książek o tym, jak się nie zmoczyć na trampolinie – bo wyrzuciłabym wszystko w cholerę. Wzięłam kasetkę do ręki, wodząc palcami po serduszku na wieku, wysadzanym kamieniami, które wyglądały na rubiny. Otworzyłam szkatułkę. Była pusta, wyściełana aksamitną poduszeczką, ale strych wypełnił się nagle głośnymi dźwiękami muzyki klasycznej, aż podskoczyłam. Francesca obejrzała się, ciekawa, co znalazłam. Wstałam i przecisnęłam się koło roweru stacjonarnego Caitlin, przechodząc nad matami do jogi i piłkami do pilatesu ze spuszczonym do połowy powietrzem, żeby pokazać jej znalezisko.

Pogłaskała niebieską aksamitną wyściółkę i stwierdziła:

– Nie pamiętam, żeby mama miała coś takiego. Bardzo ładne. – Zamknęła szkatułkę i ponownie ją otworzyła. – Co to za muzyka?

– Nie wiem. Będziesz musiała zapytać swojego tatę. Zupełnie się nie znam na muzyce klasycznej. – Dostrzegłam okazję, żeby pogłębić więź, prosto z podręcznika Jak być fantastyczną macochą, i natychmiast ją wykorzystałam. – A ty lubisz ten gatunek? – zapytałam, bojąc się, że zaraz zacznie porównywać ze sobą jakichś kompozytorów, o których nigdy nie słyszałam. Wszyscy Farinelli robili wrażenie, jakby pożerali na śniadanie dział kultury i sztuki z porannej prasy.

Francesca zmarszczyła nos.

– Niespecjalnie. Mama ciągle słuchała opery, ale ja nie przepadam.

– Może później zaczniesz. Odłożyć dla ciebie tę szkatułkę? To prawdziwe złoto, sądząc po próbie na denku, więc zdecydowanie warto ją zatrzymać – stwierdziłam.

Francesca kiwnęła głową.

– Tak, bardzo proszę. Może mi się przydać na kolczyki.

Moja użyteczność chwilowo się wyczerpała, więc Francesca znów zaczęła przeglądać swoje stare zeszyty. Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem na drugi koniec strychu. Kiedy przystanęłam, wahając się między otwarciem worka z napisem „Pościel” a staroświeckiego kufra, który zawierał Bóg wie co (a to pewnie jeszcze trochę nadwątli moją wiarę w siebie), kichnęłam i złota szkatułka wyleciała mi z ręki.

Wylądowała z otwartym wieczkiem na stercie plecaków, rycząc dźwiękami skrzypiec i fletów.

– Przepraszam, przepraszam, to pewnie przez ten kurz. – Rzuciłam się po nią, modląc się, żeby się nie okazało, iż uszkodziłam bezcenną rodzinną pamiątkę.

Podniosłam szkatułkę, odwróciłam ją wieczkiem do dołu, żeby sprawdzić, czy nic się nie wgniotło i nie porysowało, a wtedy wypadło z niej aksamitne dno. A zaraz za nim wyfrunął deszcz papierów: bilety, jakaś pocztówka, kilka odręcznych liścików, złożone menu z National Portrait Gallery. Zebrałam to wszystko, żeby wepchnąć z powrotem na miejsce, i wtedy zauważyłam wygrawerowany w środku na dnie napis:

„Ukochana Caity-Kiciu,

słysząc tę muzykę, zawsze będę myślał o Tobie i żałował, że nie dokonaliśmy innych wyborów.

Twój na zawsze, P.”.

Zmarszczyłam brwi i przyjrzałam się uważniej. Tak, zdecydowanie „P”. Naprawdę nie chciałam wiedzieć, jakim czułym słówkiem Caitlin nazywała Nico. „Pieseczek?” „Ptyś”? „Pysiulek”? Chwała Bogu, że Nico nie wymyślił dla mnie jakiegoś odpowiednika „Caity-Kici”. Maggie-Myszka. Albo, jeśli szybko nie zacznę się odchudzać, Maggie-Muffinka. Miałam kiedyś chłopaka, który nazywał mnie „kluseczką pupeczką”. Zniechęciło mnie to do pieszczotliwych przezwisk na całe życie.

„Żałował, że nie dokonaliśmy innych wyborów”. O co chodziło? Jakich wyborów? Popatrzyłam na kawałki papieru, które trzymałam w ręku, pamiątki z życia Caitlin. Tak wiele ją ominęło. Czy czerpałaby z tych wszystkich koncertów, miejsc, kolacji troszeczkę większą przyjemność, czy starałaby się wycisnąć więcej radości z każdej minuty, gdyby wiedziała, że ma ich ograniczony zapas? Czy postanowiłaby wypić jeszcze jednego drinka, zjeść jeszcze jedną lukrowaną bułeczkę, chrzanić jutro?

Zerknęłam na Francescę, która nadal kartkowała w skupieniu swoje książki i zeszyty, przygryzając wargę. Chociaż wiedziałam, że odkrycie jakichkolwiek dalszych szczegółów dotyczących związku Nico z kobietą będącą moją poprzedniczką będzie dodatkową torturą, przejrzałam znaleziska ze szkatułki. Bilety na operę – Peleas i Melisanda w Royal Opera House w Covent Garden, La Traviata w London Coliseum, Così fan tutte w Theatre Royal w Bath. Wepchnęłam je z powrotem do szkatułki, razem z ulotką z wystawy „Późny Turner: Malarstwo uwolnione w Tate Britain”.

Nico nigdy nie wspominał mi o operze. Wyraźnie zlekceważył mnie jako kompletną tępaczkę i uznał, że należy trzymać się bezpiecznych tematów, takich jak reality show Jestem gwiazdą… Wyciągnijcie mnie stąd!, najnowsze filmy z Jamesem Bondem oraz wybór koloru farby do jadalni: „naturalne płótno” czy „biel orchidei”? Zrobiło mi się przykro. Gdybym wychowała się we włoskiej rodzinie, w której w weekendy chodziło się do muzeów, na koncerty i wspólnie gotowało, pewnie też bym się znała na operze i sztuce. Mama, mimo całego swojego ciepła i cudownych zalet, zdecydowanie wolała telenowelę Coronation Street i kubełek KFC od kultury wysokiej i „cudzoziemskiej” kuchni. Miałam nadzieję, że Nico nie będzie ode mnie oczekiwał chodzenia na koncerty bardziej wyrafinowane od występów Adele. Raczej bym nie zniosła wieczoru z całą rodziną Farinellich, którzy streszczają mi fabułę Turandot, a sami podśpiewują arie po włosku.

Rzuciłam okiem na pozostałe świstki papieru. Menu kolacyjne z Ritza. Jezu, byłabym wdzięczna za śniadanie w Premier Inn. Zawsze miałam wrażenie, że Nico lubi raczej proste wiejskie knajpy bez zadęcia, a nie takie lokale ę-ą. A może po prostu uznał, że ja będę się lepiej czuła w rustykalnej prostocie. Pewnie myślał, że go rozczaruję, nalewając sobie wina do szklanki na wodę albo zgarniając do torebki darmowe miętówki, żeby mieć je na później. Uczciwie przyznajmy, że rzeczywiście mogłabym to zrobić, w końcu zostałam zindoktrynowana przez mamę, która zabierała z knajp saszetki z cukrem i serwetki. Nie potrafiła przejść obok plastikowej łyżeczki w kawiarni, nie myśląc, że może się do czegoś przydać.

Była jeszcze kartka urodzinowa z wydrukowanym na froncie sprośnym żartem o tym, jak dużo seksu go zadowoli. Nie znałam Nico od tej strony. Raczej śmieszyłoby to ojca Sama. Na myśl o seksie Nico z Caitlin zrobiło mi się niedobrze.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?