Posłuszna żona

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Posłuszna żona
Posłuszna żona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Posłuszna żona
Audio
Posłuszna żona
Audiobook
Czyta Magdalena Schejbal
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wciąż nie wiedziałam, jaki przybrać wyraz twarzy, kiedy ktoś mówił o Caitlin – czułam się wtłoczona w pułapkę między miną przepraszającą a pełną poczucia winy. Chociaż zaczęliśmy się spotykać długo po śmierci Caitlin, nikt nam nie wierzył. Jak na ironię poznałam Nico tylko dlatego, że jego żona była chora i moja mama pomagała im w sprzątaniu i zakupach. I siedziała przy niej aż do końca.

Przyjeżdżałam po mamę, a Nico zapraszał mnie do środka. Po pierwszych kilku wizytach, kiedy stawałam na głowie, żeby nie zadać pytania, na które odpowiedź mogłaby brzmieć: do dupy, gówno, a jak pani myśli, do cholery?, zaczęłam wysyłać mamie esemesy, zamiast pukać do drzwi, bo wolałam poczekać w samochodzie. Mama jednak nie traktowała telefonu komórkowego jak urządzenia do rozmów na odległość, najważniejsze było dla niej to, aby się nie rozładował. I tak, chcąc nie chcąc, poznaliśmy się z Nico w najgorszym okresie jego życia, a ja w końcu nie mogłam się doczekać naszych codziennych spotkań. Prawie rok po śmierci Caitlin wpadliśmy na siebie na mieście, poszliśmy na kawę i przypomnieliśmy sobie, jak bardzo lubimy swoje towarzystwo.

Na pewno nie tylko ja czułam się niekomfortowo z powodu tych okoliczności. Chyba jednak musiałam zmierzyć się z tematem prędzej niż później, żebyśmy nie zabrnęli w sytuację, w której imię Caitlin wisi w powietrzu między nami jak wprawiający w zakłopotanie zapach, który wszyscy starają się ignorować.

– A może mogłabym przygotować tutaj lunch dla wszystkich? Żeby pokazać, że Caitlin jest, powinna być, częścią naszego życia i nikt nie musi się wstydzić, że za nią tęskni?

Nico pochylił się i mnie pocałował.

– Jesteś cudowna. A ja mam ogromne szczęście. Naprawdę byś to zrobiła?

– Pewnie. Poproszę mamę, żeby mi pomogła. Ucieszy się, że znów wszystkich zobaczy. Wtedy będziecie mogli skoncentrować się na Francesce, nie musząc się martwić, że obiad się spali na węgiel. Przyda wam się coś ciepłego do zjedzenia. Na cmentarzu cholernie wieje. To co, dasz znać swojej matce?

Nico kiwnął głową.

– Oczywiście. Albo może mogłabyś podskoczyć do niej jutro? Jeśli się odważysz? Jest życzliwsza, niż się wydaje. Na pewno ucieszy się na twój widok.

Nie byłam pewna, czy Nico ma rację. Właściwie fakt, że Anna mieszkała naprzeciwko nas, hamował moją chęć wyściubiania nosa poza frontowe drzwi. Po raz pierwszy w życiu patrzyłam w lustro przed wyjściem z domu. A jeśli chodzi o wpadanie naprzeciwko, Anna wysyłała różne przekazy, ale: „Koniecznie wstąp na croissanta i cappuccino” do nich nie należał.

Moja błyszcząca nowiutka obrączka nie wystarczy, żeby zaczęła traktować nas jak rodzinę. Anna zapewne nadal uważała moją mamę za „obsługę”, tak jak wtedy, gdy mama opiekowała się Caitlin, a Anna odgrywała rolę pani na włościach i wydawała polecenia. Z kolei moja firemka poprawek krawieckich nie zrobi na niej wrażenia, skoro Nico był właścicielem jednego z największych centrów ogrodniczych w Brighton: „Zdziwiłabyś się, ile ludzie są skłonni zapłacić za małe drzewko laurowe. Rośliny to w dzisiejszych czasach kopalnia złota. Przynoszą fortunę”. Prawdziwe przechwałki rezerwowała jednak dla swojego pierworodnego, Massima, na którego rzucała się, ledwie przekroczył próg, żeby mu zaproponować odpoczynek po ciężkim dniu pracy. „Jest księgowym, wiesz, znakomicie sobie radzi, w jednej z najlepszych firm w kraju”.

Bez wątpienia Anna uważała się za osobę stojącą na szczycie drabiny społecznej, spoglądającą z góry na hołotę w rodzaju pań Parker, kłębiącą się na samym dole, i ogarniała ją wściekłość, że udało nam się wspiąć po szczeblach tak wysoko, że stałyśmy się częścią jej życia.

Ale oczywiście w jej oczach nigdy nie będziemy jej dorównywać. Widziała, jak przyjeżdżam po mamę starą, zdezelowaną fiestą. Wiedziała, że mieszkamy na osiedlu komunalnym. Łatwo było zrozumieć, że kiedy zobaczyłam dom z takimi luksusami jak garderoba na dole oraz komórka, doszła do wniosku, że usidliłam Nico.

Tak naprawdę jednak trudno mi było mieć do Anny pretensje. Czasami zastanawiałam się, czy sama nie miałam podświadomie pewnego planu. Tylko że wśród emocji, które mnie dręczyły, zawsze, kiedy byłam blisko niego, wszystko we mnie się rozświetlało, jakbym wcześniej nie zdawała sobie sprawy z bezdennej otchłani, w której żyłam, zanim Nico wypełnił ją miłością. Nawet uraza, którą żywiła do mnie Francesca, nie mogła sprawić, żebym żałowała, iż poznałam Nico, mężczyznę, któremu dałam sobie zawrócić w głowie i który sprawił, że czułam się wyjątkowa, nic za to nie płacąc.

Pochopnie zgodziłam się porozmawiać z Anną z samego rana, zaraz po wyprawieniu wszystkich do szkoły i pracy.

A nazajutrz przygotowania do wizyty w siedzibie samej królowej matki, postrachu okolicy – wyskubywanie brwi, nitkowanie zębów, szukanie eyelinera, który oczywiście znalazłam na uchwycie klatki chomika – trwały w nieskończoność. Skoczyłam jeszcze do toalety przy drzwiach frontowych i właśnie wtedy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. Poczułam przypływ zażenowania, że nie zamknęłam za sobą drzwi i Nico albo, co gorsza, Francesca, która wróciła po coś do domu, przyłapie mnie ze spuszczonymi majtkami. Ale, o zgrozo, do holu wmaszerowała Anna, szeleszcząc czarnymi spodniami z krepy, w jedwabnej bluzce i apaszce zawiązanej w węzeł, który na mojej szyi nasunąłby nieodparte skojarzenia z piratem poszukującym skarbu.

Chryste Panie. Spodziewałam się, że ma klucz do naszego domu, i pewnie użyje go w razie nagłych wypadków, ale o ile nie przegapiłam bijących z dachu kłębów dymu, był zwyczajny piątkowy poranek. Anna na mój widok wykonała teatralny krok w tył, jakby przyłapała mnie na wyprawianiu jakichś nieopisanych bezeceństw z chomikiem.

– Jedną chwileczkę! – zawołałam.

Była chyba bardziej przerażona ode mnie. Kiedy mieszkaliśmy wszyscy na kupie z mamą, nikt by nigdy nie zdążył do pracy czy do szkoły, gdybyśmy korzystali z łazienki kolejno, to znaczy pojedynczo.

Podciągnęłam szybko spodnie i znalazłam Annę siedzącą w kuchni. Mierzyła wzrokiem pobojowisko z kawałków tostów i rozpaćkanego masła, które zostawił po sobie Sam. Jej palce natrafiły na kleks dżemu na blacie i cofnęły się z obrzydzeniem, jakby właśnie parka karaluchów zaczęła odprawiać jej przed nosem rytuał godowy. Demonstracyjnie wytarłam ręce, żeby nie mogła dodać do swojej listy rzeczy, których nie robiłam tak dobrze jak Caitlin, tego że nie myję rąk po wyjściu z toalety.

– Przepraszam cię, Anno. Trochę się spieszyłam.

Czekałam, żeby ona z kolei przeprosiła za wdarcie się do naszego domu bez zapowiedzi, ale szybko uświadomiłam sobie, że nic z tego. Po sposobie, w jaki jej ciemne oczy lustrowały pomieszczenie, zorientowałam się, że celem wizyty nie jest sprawdzenie, czy już się zadomowiłam, lecz ocena moich umiejętności w zakresie prowadzenia domu. Najwyraźniej nie były one tak oczywiste jak, dajmy na to, moja zdolność do oddychania albo chodzenia. Miała minę tak pełną dezaprobaty, że omal nie zaczęłam chichotać.

Poprawiłam pasek.

– Herbatki?

– Piję wyłącznie kawę.

– No to kawy?

– Nie, dziękuję.

Oparłam się pokusie odegrania komedii – Naparu z pokrzyw? Koktajlu ze szpinaku? Gorącej czekolady z lufką brandy? – i postawiłam czajnik na kuchence. Nie ma powodu, żebym miała umrzeć z pragnienia. Wyjmując kubek z kuchennej szafki, wybrałam najbrzydszy, najbardziej klocowaty, taki, którego Caitlin na pewno nigdy nie używała. Mogłabym zacząć rzucać przedmiotami, gdyby Anna oznajmiła: „To był ulubiony kubek Caitlin”.

Uznałam, że pora uruchomić zaplanowaną ofensywę wdzięku. Jeśli nie chciałam wymykać się cichcem z własnego domu jak włamywacz z paroma laptopami wetkniętymi w portki, naprawdę musiałam mieć Annę po swojej stronie. Nigdy nie będę panią domu, która krąży wśród gości z tackami migdałowych ciasteczek i prowadzi dyskusje o najlepszym środku do usuwania kamienia z kranów, ale może uda mi się przekonać Annę, że leży mi na sercu dobro jej syna i nie wodzę łakomym wzrokiem za jego portfelem.

Nic dziwnego, że traktowała mnie z lekką podejrzliwością. Początkowo, ze względu na pamięć o Caitlin, nie afiszowaliśmy się z Nico. Poza tym czekałam, że on powie: „Dzięki, że pomogłaś mi przetrwać całą tę sprawę ze śmiercią żony, ale to by było na tyle, teraz znajdę sobie jakąś mądrzejszą, chudszą, z większą klasą”, więc nie zawracałam sobie głowy obłaskawianiem przyszłej teściowej. Spędziłam niewiele czasu w towarzystwie Anny, zanim Nico postawił ją przed faktem dokonanym: żenił się z córką opiekunki Caitlin. Nie było jednak odwrotu. Pokażę jej, że mogę być wspaniałą żoną, nawet bez szałowych ciuchów.

Byłam bardzo ciekawa, co Anna sądzi o Larze, swojej drugiej synowej. Na razie rzadko się z nią spotykałam, ale nie poraziła mnie dotąd ciepłem i serdecznym przyjęciem. Zawsze wyglądała strasznie poważnie, z tą swoją precyzyjną blond fryzurą i w bluzkach z wymyślnymi kokardkami. Nie bardzo wierzyłam, że zostanie moją sojuszniczką przeciwko Annie.

A taka sojuszniczka naprawdę będzie mi potrzebna.

Zamiast przekonywać Annę do siebie bzdetami o cudownych atrakcjach, jakie zaplanowaliśmy „jako rodzina”, i wcisnąć jej jakąś bajeczkę o postępach, które poczyniłam z Francescą, spanikowałam i wyjechałam z zakazanym tematem, choć ustaliliśmy z Nico, że poruszymy go dopiero we właściwym momencie. Był to temat tabu, który należy zawczasu przećwiczyć i podejść do niego z takim samym taktem jak do rozmowy o kartonowych trumnach z rodzicem w podeszłym wieku.

Kiedy zrobiłam sobie herbatę i trzymałam kubek z pływającą w nim torebką, wypaliłam:

– Rozmawialiśmy ostatnio z Nico o przeprowadzce do innego domu. Pomyśleliśmy, że to mógłby być nowy start dla nas wszystkich. – Brnęłam dalej w złowrogą ciszę z coraz bardziej desperackim monologiem o tym, że może zdrowo będzie wybrać miejsce, które nie kojarzy się tak mocno Francesce z matką. Oczywiście nadal w Brighton, blisko morza i szkoły Franceski…

 

Z każdym wypowiadanym przeze mnie słowem twarz Anny coraz bardziej tężała, aż zaczęłam się czuć jak na najgorszej rozmowie o pracę, kiedy uświadamiasz sobie, że mówisz coś przeciwnego do tego, czego oczekują od właściwego kandydata, ale nie masz dość rozsądku, żeby przerwać i powiedzieć: „Może trochę źle zaczęłam”.

Kiedy wyraz zdumienia na delikatnej twarzy Anny przekształcił się w oburzenie, zająknęłam się i umilkłam. Położyła łokieć na stole i teatralnie, w zwolnionym tempie, podparła podbródek dłonią.

– Nico nie może się przeprowadzić gdzieś indziej. Farinelli mieszkają tutaj od prawie pięćdziesięciu lat. Mój mąż kupił każdemu synowi dom, żeby Nico i Massimo mogli być koło siebie, naprzeciwko nas, przez resztę życia. Nico się nie przeprowadzi. To jego dom. Farinelli mieszkają na Siena Avenue od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku, odkąd przenieśliśmy się do Anglii. Wybraliśmy tę ulicę, bo jesteśmy z Sieny i czuliśmy, że ta nazwa to dobry omen.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zerwała się z krzesła.

– Taki to już problem, kiedy ludzie nie traktują rodziny jako czegoś ważnego.

Usiłowałam się wycofać.

– Anno, przepraszam, nie chciałam cię zdenerwować. Oczywiście to cudowny dom i ulica też, ale ja tylko myślałam o Francesce. I chyba łatwiej by jej było mnie zaakceptować, gdybyśmy przeprowadzili się do miejsca zupełnie nowego dla nas wszystkich. Które może nie wiązałoby się z tyloma wspomnieniami o Caitlin. Nie chodziło mi o to, że mamy to zrobić jutro czy nawet w przyszłym roku.

– Gdybyś w ogóle myślała o Francesce, nigdy nie zmusiłabyś Nico, żeby się z tobą ożenił.

Zdanie to wyrzuciła z siebie, cedząc słowa, jakby do tyłu przednich zębów przylepiła jej się ciągutka. Niespodziewana niechęć z jej strony sprawiła, że do oczu napłynęły mi łzy. Oczywiście wiedziałam, że Anna nie pali się, żeby mnie przyjąć na łono rodziny. Pogodziłam się z tym, iż może to trochę potrwać, i prawdopodobnie nie wyglądam, jakbym się nadawała do roli pani Farinelli – trochę przysadzista, z włosami w wiecznym nieładzie, eufemistycznie rzecz ujmując, oraz z naturalną, niedającą się zwalczyć skłonnością do koszulek w hipisowskie wzory, frędzli i falbanek. Nie spodziewałam się jednak, że będzie mnie nienawidzić. Po chwili poczułam, że odzyskuję oddech.

– Nie zmusiłam go, żeby się ze mną ożenił.

Anna prychnęła.

– Oczywiście, że zmusiłaś. Może nie przystawiłaś mu pistoletu do głowy, ale Nico zawsze łatwo ulegał wpływom. Jest o wiele za miękki. Jego brat ma znacznie więcej oleju w głowie. Pozbył się tej swojej niemądrej pierwszej żony, która nie chciała mieć dzieci, i znalazł taką, która rozumie, co to znaczy być panią Farinelli.

Nadzieja, że Lara może być moim sprzymierzeńcem, okazała się równie chybiona jak mój genialny pomysł sprzedania domu i znalezienia nowego miejsca dla naszej dziwnej, niedobranej rodzinki. Proszę bardzo: wyłożono karty na stół, całą talię, aż im się krawędzie zwijały w brutalnym świetle prawdy. Anna mnie nie akceptowała. Uważała, że Nico jest słabym człowiekiem, a ja wymusiłam na nim małżeństwo, ruszając do ataku, kiedy tylko Caitlin łaskawie zechciała umrzeć. Nigdy bardziej nie tęskniłam za wspólnym spaniem na kanapie i za popisami wokalnymi mojej mamy, śpiewającej do butelki z sosem jak do mikrofonu.

ROZDZIAŁ 4
LARA

Po prawie miesiącu poszukiwania naszej kotki wciąż nie mogłam pogodzić się z myślą, że może po prostu znalazła sobie inny dom, obficiej zaopatrzony w makrelę, albo leży martwa w jakimś żywopłocie. Usiłowałam być dzielna ze względu na Sandra, ale musiałam schować miski Misty do kredensu, żeby nie wybuchać płaczem za każdym razem, kiedy koło nich przechodziłam.

Odziedziczyłam Misty trzy lata temu, kiedy mój tata poszedł do domu opieki. Zawsze, patrząc na nią, widziałam jego i przypominałam sobie czasy, kiedy mieszkaliśmy razem. Obraz taty głaszczącego kotkę po grzbiecie podczas oglądania Question Time albo słuchania radiowego tasiemca The Archers, a nie zdezorientowanego staruszka z trudem zapinającego guziki ze skoncentrowanym wyrazem twarzy, która radośnie rozpromienia się dopiero wtedy, gdy wchodziłam do świetlicy pensjonariuszy.

Odkąd Misty z nami zamieszkała, całkowicie ignorowała starania Massima, który próbował ją zwabić kawałkami tuńczyka, głaskaniem po łebku czy potrząsaniem pluszowymi myszkami na patyku. Tuliła się natomiast do Sandra, jakby jego kolana były stworzone na legowisko dla jej burego zadka. Z początku Massimo obracał to w żart. „Ta kocica nie zdaje sobie sprawy, jak dobrze jej się powodzi. Niewdzięczne kocisko. Kto niby ją zaopatruje w kurzą wątróbkę? Dobrze, że chociaż moja żona mnie docenia”.

Śmiałam się i droczyłam z nim, że Misty to jedyna kobieta, która nie uważa go za ósmy cud świata. A on rzucał mi rękawicę, zapowiadając, że kotka pokocha go bardziej ode mnie, kiedy tylko podziała na nią jego nieodparty urok.

Co kilka miesięcy podejmował wyzwanie, nie mogąc uwierzyć, że istnieje jakieś stworzenie obojętne na jego wdzięki. Ale Misty wszystkie próby przekupstwa frykasami, odwijaną z kłębka włóczką czy kuszącym „kici, kici, kici” zbywała wzgardliwym spojrzeniem, po czym oddalała się, żeby wskoczyć Sandrowi na kolana.

Sandro nawet próbował przekonać Misty do Massima, kusząc ją kawałeczkami kurczaka. Siadała wtedy na kolanie Massima na jakieś pięć sekund, pożerając smakołyk, po czym zeskakiwała z lekceważącym machnięciem ogonem. Massimo trochę się śmiał, trochę klął, a Sandro po cichu cieszył się, że w tej jednej rzeczy jest lepszy od swojego ojca.

Teraz, cztery tygodnie po zniknięciu Misty, kiedy leżałam w nocy w łóżku, ciągle wydawało mi się, że słyszę dźwięk dzwoneczka, który rozbrzmiewał, gdy przechodziła przez kocią klapkę w drzwiach, albo jej żałosny płacz na dachu garażu. Schodziłam na palcach na dół, żeby to sprawdzić, ale nie było po niej śladu. Wsuwałam się z powrotem do łóżka, a Massimo wyciągał rękę, żeby ścisnąć moją dłoń, i przyciągał mnie do siebie, a ja szlochałam. Jakoś nie mogłam dać sobie spokoju z poszukiwaniami. Dzisiaj znów obeszliśmy z Sandrem okolicę, rozwieszając zdjęcia Misty patrzącej w obiektyw pięknymi bursztynowymi oczami, z apelem do sąsiadów, by przeszukali swoje szopy i garaże.

Nie wiem dlaczego, ale jej zniknięcie sprawiło, że moja rozpacz z powodu powoli tracącego pamięć taty wezbrała i zamieniła się w kłębowisko uczuć, nad którym z trudem panowałam. Przy każdej wbijanej w słupek ogrodzenia pinezce, każdym przyklejanym w oknie wystawowym plakacie czułam się tak, jakbym usiłowała odnaleźć nie tylko kotkę, lecz siebie. Jakbym oferowała nagrodę za tę kobietę, którą byłam dziesięć lat temu, zanim Massimo uwiódł mnie swoim wiktoriańskim domem, wysoką pozycją w pracy, pragnieniem posiadania dzieci. Miałam wtedy dwadzieścia pięć lat i mieszkałam z tatą w połówce bliźniaka z lat trzydziestych, więc propozycje Massima oznaczały dla mnie wizję przynależności do „nowego plemienia”. Do rodziny, która robi wspólne, spontaniczne imprezy przy grillu, przy najskromniejszej okazji otwiera szampana i zawsze ma w garnku dość, by nakarmić jeszcze jedną gębę. Nie to co nasz dom z firankami w oknach, nożem do masła i plastikowymi pojemnikami na żywność, w którym wszystkie moje próby zmian kończyły się wygłaszaną, zawsze w dobrej wierze, radą taty: „Nie bierz na siebie za dużo”.

Częścią uroku Massima było też to, że uparcie powtarzał: „Jesteś jedyną kobietą na świecie, z którą chcę mieć dzieci”.

Jak pochlebnie i prosto to wszystko brzmiało.

Nie zdawałam sobie sprawy, że Massimo oczekuje określonego typu potomka: krzepkiego, żywego, lubiącego sport i pewnego siebie, będącego lustrzanym odbiciem jego gustów, zdolności, intelektu. A nie, najwidoczniej, syna takiego jak Sandro – wiecznie zamyślonego, o artystycznej duszy – którego sama obecność zdawała się raczej irytować Massima niż go oczarowywać.

Teraz jednak zniknięcie Misty spowodowało, że Massimo stał się znacznie życzliwszy dla Sandra, jakby wreszcie zaczął poznawać naszego wrażliwego chłopczyka. Już od kilku tygodni nie podniósł głosu, żeby zbesztać go za porzucony na kanapie papierek po cukierku albo bezpańską skarpetkę na schodach. Nieśmiało kiełkowała we mnie nadzieja; może rozpacz Sandra przypomniała Massimowi, jak bardzo kocha syna.

Z drugiej strony, musiałam walczyć ze sobą, żeby nie czuć się pominięta, kiedy siadali razem do budowania z klocków Lego, wyskakiwali do kina albo na lody, „żeby oderwać Sandra od tego tematu”. Massimo nigdy mnie nie zapraszał na te wyprawy. Mrugał tylko i mówił: „Sandro powinien spędzić trochę czasu z tatą”.

Patrzyłam za nimi, jak szli ulicą, drobna sylwetka Sandra obok muskularnej Massima, tak różni od siebie, o innym sposobie chodzenia, innej karnacji i różnym kolorze włosów. Tyle że Sandro wreszcie szedł wyprostowany, jakby to niespodziewane zainteresowanie ze strony Massima dodawało mu pewności siebie – mnie się to nie udawało. Zamiast kryć się po kątach, kiedy Massimo wracał do domu, Sandro przychodził do niego z propozycjami filmów, które chciał obejrzeć, czy informacjami o tym, że dobrze mu poszło w szkole. Już nie patrzył na mnie prosząco: „Ty powiedz tacie”.

Tylko Massimo potrafił rozmawiać z Sandrem o Misty tak, żeby nie wywoływać u niego histerii. Ja starałam się unikać tego tematu, bo bałam się, że sama się rozpłaczę. Kiedy ostatnio syn wspomniał o kotce, Massimo odgarnął mu włosy z czoła i powiedział:

– Posłuchaj, koty to dziwne stworzenia. Zdarza się, że uciekają na jakiś czas, a potem wracają. A nieraz, chociaż rodzina naprawdę je kocha, znajdują sobie inną, z którą wolą zamieszkać. Musisz też pamiętać, że Misty ma jedenaście lat. Miała cudowne życie. Możliwe, że gdzieś zasnęła i już się nie obudziła.

Sandrowi zadrżały wargi.

– Misty wróci. Nie poszłaby zamieszkać z inną rodziną. Nawet gdyby ktoś zaczął ją karmić, za bardzo by za nami tęskniła. A jedenaście lat to naprawdę nie tak dużo. Przecież była zdrowa.

Massimo podniósł go i przytulił do piersi, poklepując po plecach.

– Nie martw się. To normalne, że jest ci źle, kiedy ktoś albo coś, co kochasz, umiera. Jeśli Misty nie wróci, kupimy ci nowe zwierzątko.

Sandro zdobył się na nieśmiały uśmiech, wdzięczny za okazaną mu przez Massima dobroć. Nawet mnie, w mojej rozpaczy, zrobiło się cieplej na sercu, że mąż nie warknął na Sandra, żeby przestał płakać i był mężczyzną, tylko pozwolił mu wyrazić swoje uczucia. Jedno słówko zrozumienia ze strony Massima, najdrobniejszy komplement, najmniejsza oznaka ojcowskiej aprobaty przewyższały wszystkie moje pochwały mające wzmocnić ego Sandra. Przyjęłam z zadowoleniem, że osiągnęliśmy punkt zwrotny, w którym Sandro dojrzał na tyle, by stać się dla swojego taty kimś interesującym, a nie tylko wymagającym dzieckiem, odwracającym moją uwagę od Massima.

Nie pierwszy raz wykazałam się zdumiewającą naiwnością.