Posłuszna żonaTekst

Autor:Kerry Fisher
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Posłuszna żona
Posłuszna żona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80 47,84
Posłuszna żona
Posłuszna żona
Posłuszna żona
Audiobook
Czyta Magdalena Schejbal
29,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: THE SILENT WIFE


Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: EWELINA KOROSTYŃSKA, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, MAŁGORZATA WÓJCIK

Projekt okładki: www.emmagraves.co.uk

Zdjęcie na okładce: © Trevillion/Shutterstock

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket


Copyright © Kerry Fisher, 2017

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Agnieszka Sobolewska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018


Wydanie pierwsze


ISBN 978-83-08-06683-6


Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl


Konwersja: eLitera s.c.

Dla mojej rodziny



ROZDZIAŁ 1
MAGGIE

Urząd Stanu Cywilnego w Brighton, 15 stycznia 2016

Na słowa: „Prosimy wstać i powitać pannę młodą”, w pierwszej chwili chciałam zacząć się rozglądać za oblubienicą w bieli.

Dzień mojego ślubu przypadł na zwyczajne popołudnie w połowie stycznia, z dala od dużych okazji w rodzaju Bożego Narodzenia czy walentynek. Miałam trzydzieści pięć lat i nigdy wcześniej nawet nie mieszkałam z mężczyzną. Nie dlatego, że byłam ostatnią zakonnicą w klasztorze – za późno na wciskanie takiego kitu, kiedy u boku miałam dziesięcioletniego syna – tylko dlatego, że byłam uzależniona od nieodpowiednich facetów. Takich, przed którymi ojcowie ukrywają córki w piwnicy i wylewają na nich gorący olej z okna na piętrze.

Ja sama nigdy nie miałam taty, tylko mamę, która widziała w każdym dobro. Złamani życiem, marzyciele, pomyleńcy – mama robiła tym niedojdom grzankę z serem i pozwalała im usadzić rozlazłe tyłki na naszej kanapie. Właściwie powinna rzucać się po miotłę, żeby ich wygonić, a ona uśmiechała się i mówiła: „Ma serce na właściwym miejscu, skarbie, jest tylko trochę postrzelony. Wyrośnie z tego”.

Ale jakoś nigdy nie wyrastali. A potem poznałam Nico, który nie musiał z niczego wyrastać. Po tych wszystkich latach grzebania w koszu z przecenami w poszukiwaniu zupełnie beznadziejnych facetów znalazłam kogoś, kogo nie trzeba było zmieniać i wyprowadzać na prostą. Kogoś, kto potrafił wstawać rano, utrzymać posadę, poradzić sobie z rozczarowaniem i frustracją, nie zostawiając pobojowiska, czyli puszek po piwie, długów i konsternacji. Faceta, który przychodził punktualnie, nigdy nie śmierdział wódą ani włamaniem i nie nazywał mojego syna Sama „bachorem”. A do tego – duży plus – uważał, że jestem niesamowita czy też incredibile, jak to czasem mówił, kiedy odzywało się w nim jego włoskie pochodzenie.

W dodatku, zamiast z biegiem czasu uznać mnie za mniej incredibile, poprosił mnie o rękę. A dla kobiety z rodziny samotnych Parkerówien było to równie rzadkie jak pewność co do tego, kto był jej ojcem.

Kiedy więc szłam ze swoim synem, Samem, pod rękę, w pełni gotowa na przysięgę małżeńską, powinnam czuć się jak alpinistka, która wreszcie osiąga skalisty szczyt po latach stania u podnóża góry i zastanawiania się: Jak do cholery mam tam wejść? A czułam się raczej jak nieudolny trener piłkarski, na którego spada ciężar pretensji kibiców.

Idąc, próbowałam podchwycić spojrzenie Franceski, córki pana młodego. Chciałam jej pokazać, że rozumiem i że nie będzie tak źle, jak się obawia; uda nam się wszystko ułożyć. Ale nie podnosiła głowy, z nastoletnim uporem wpatrując się w podłogę, a w jej napiętym ciele wrogość walczyła z bólem.

Chciałam się zatrzymać, poprosić naszą grupkę gości, żeby oddalili się na chwilę, bym mogła objąć ją i powiedzieć, że jestem po jej stronie. Znów zadałam sobie pytanie, czy strategia Nico – niepozostawienie córce żadnego innego wyboru, jak tylko zaakceptować mnie jako stały element jej życia – była słuszna.

Teraz już za późno.

Uścisnęłam ramię Sama, próbując mu przekazać, że podjęłam tę decyzję nie tylko dla siebie, ale także dla niego. Moja mama, Beryl, uwielbiała Sama, ale jeśli chłopakowi ma się powieść w życiu, będzie potrzebował czegoś więcej niż lekcji ukrywania się przed właścicielem mieszkania w dniu płacenia czynszu.

Przez ostatnie radosne takty Chapel of Love starałam się odciąć od wszystkiego z wyjątkiem Nico. Chciałam delektować się tą chwilą, kiedy mężczyzna, który nie tylko do mnie pasował, lecz także mnie dopełniał, był gotowy zaryzykować i się ze mną ożenić. Pierwszy taki wypadek w ciągu trzech pokoleń pań Parker.

Popatrzyłam na jego kark, na ciemne kręcone włosy, wciąż rozwichrzone, mimo jego prób, żeby je poskromić, i poczułam, jak zalewa mnie fala radości. Nagle przyszła mi do głowy niebezpieczna myśl, czy nie pokonać ostatnich kilku metrów dzielących mnie od urzędniczki, robiąc gwiazdę. Uznałam jednak, że pierwszego dnia w charakterze członkini rodziny Farinellich nie będę przeginać. Sądząc po minach większości z nich, w całym swoim usłanym różami życiu nie zdobyli się nawet na maleńki podskok. Trzymałam się kurczowo nadziei, że przy odrobinie szczęścia i cierpliwości stopimy się razem z naszym potomstwem w coś przypominającego „normalną” rodzinę. Chociaż to, co dla jednego normalne, dla drugiego oznacza kuku na muniu.

Będzie musiała wystarczyć nam rodzina normalna „jak na nas”.

A potem piosenka się skończyła, osłabła moja ochota na kołysanie biodrami oraz pstrykanie palcami i przeszliśmy do poważnych spraw dla dorosłych ludzi, czyli do ślubu. Urzędniczka, sepleniąc, recytowała ceremonialne formułki, aż doszła do pytania, czy ktoś zna jakiś powód, dla którego nie powinniśmy się pobierać. Wstrzymałam oddech, przygotowując się na przenikliwy dźwięk nastoletniego głosu, który rozbrzmi w sali z takim natężeniem, że dotrze aż do hotelowego baru, gdzie wszyscy porzucą niedopite piwo i przybiegną zobaczyć, co się dzieje. Starałam się nie zwracać uwagi na niecierpliwe poruszenie, które wyczuwałam za swoimi plecami. Nie chciałam domyślać się, jakie miny mają członkowie jego rodziny – wyobrażać sobie szyderczego niesmaku wykrzywiającego twarz jego matki Anny, twarz o wyniosłym wyrazie, ani uśmieszku na ustach jego starszego brata Massima, sugerującego, że patrzcie państwo, Nico znów robi coś głupiego. Miałam nadzieję, że oficjalne przypieczętowanie naszej miłości skłoni ich do niechętnej, ale jednak radości z tego, że Nico odzyskał szczęście i spokój po tym, co przeszedł. Tymczasem wnosząc po nastroju panującym w sali ślubów, można by pomyśleć, że zebraliśmy się tu na zbiorową kolonoskopię.

Zerknęłam za siebie, szukając moralnego wsparcia. Kumpele z osiedla pokazały mi podniesione kciuki. Szybko się odwróciłam, żeby nie zaczęły wiwatować, jakby koń, na którego postawiły, właśnie wygrywał w cuglach. Już wcześniej widziałam, jak moja przyszła teściowa z dezaprobatą mierzy wzrokiem ich dekolty i cekiny. Bóg raczy wiedzieć, co Anna sobie pomyślała o kapeluszu mojej najlepszej przyjaciółki, który przypominał fikuśną czekoladkę z bombonierki, tyle że był bardziej pierzasty. Szukając otuchy, spojrzałam na mamę. Nie zawiodła mnie, cała w uśmiechach, wyglądała radośnie jak kwitnący rododendron w sali pełnej ascetycznych czosnków ozdobnych. Powtórzyłam sobie w duchu jej słowa: „Głowa do góry, kochanie. Spadłaś ich rodzinie z nieba. Daj jego córce trochę stabilizacji i miłości”.

Chciałam chociaż raz w życiu poddać się romantycznej wizji miłości, uwierzyć, że to wyjątkowe uczucie mieni się cudownym blaskiem, a nie jest czymś, z powodu czego patrzysz w lustro i dziwisz się własnej głupocie.

Kiedy składałam małżeńską przysięgę, patrzyłam w oczy Nico; czerpałam od niego dobroć, ciepło i czułam się bezpiecznie jak w kokonie, odizolowana od reszty sali. Ale spojrzenia Franceski wwiercały mi się w plecy, dlatego zacięłam się, wymawiając drugie imię Nico – Lorenzo. Wyobraziłam sobie, jak cała rodzina przewraca oczami. Nico ścisnął moją dłoń, przypominając mi, że rozmawialiśmy o tym, jakie to może być trudne, przygotowaliśmy się na to. Że, jak to lubią mawiać politycy, „jesteśmy w tym razem”. Nadal jednak czułam, że pretensje Franceski wdzierają się między nas jak cierń, szukając pęknięcia albo szczeliny, w której mogłaby zapuścić korzenie niezgoda, zduszona wściekłość na to, że dwa lata po śmierci jej matki Nico postanowił ponownie się ożenić.

Mimo moich szczerych wysiłków, żeby lepiej ją poznać, Francesca albo udawała głuchą, albo była zwyczajnie niegrzeczna. Czasem twarz jej się rozjaśniała, kiedy proponowałam wyprawę do kina albo wyjście na kolację, po czym szybko z powrotem pochmurniała, jakby wykazywanie choćby cienia entuzjazmu dla moich pomysłów oznaczało nielojalność wobec jej matki. Przypuszczałam, że przyjście na nasz ślub zapewne uznałaby za zdradę do kwadratu, więc zasugerowałam Nico, że lepiej byłoby dać jej wybór, czy pojawić się na ceremonii, czy nie. Ale Nico był stanowczy. „Chcemy być rodziną, nie jakąś grupą towarzyską, z której można się wypisać według własnego widzimisię. Musimy zaprezentować zjednoczony front. Koniec końców to jej da poczucie bezpieczeństwa”.

Ale dlaczego ponowne małżeństwo ojca miałoby być dla Franceski powodem do świętowania? Dla trzynastolatki musiało być dobitnym dowodem na to, że pamięć o jej matce coraz bardziej blednie. Że ojciec, człowiek, którego ból po stracie był równie silny jak jej, nauczył się żyć bez żony, więc teraz Francesca z trudem samotnie podtrzymywała wysokie standardy żałoby.

 

Kiedy usłyszałam za plecami krzyk, na sekundę zamarło mi serce, bo pomyślałam, że Francesca w końcu straciła panowanie nad sobą. Nawet urzędniczka przerwała, gdy wrzask odbił się echem po sali. Na marmurowej posadzce rozległy się kroki tak lekkie, że mogły należeć tylko do Sandra, siedmioletniego bratanka Nico. Za nimi stukot wysokich obcasów, a potem trzaśnięcie drzwi.

Oparłam się pokusie, żeby się obejrzeć, i zmusiłam się do słuchania urzędniczki, zbliżającej się do słów, których się bałam, tego kawałka o „w chorobie i zdrowiu”. Nie mogłam skoncentrować się na tym, co sobie przyrzekaliśmy, tylko cały czas myślałam, że Nico będzie wypowiadał te słowa po raz drugi. Czy wtedy chociaż przez chwilę wyobrażał sobie ciężar tej przysięgi, rzeczywistość, której być może będzie zmuszony stawić czoło? Czy spodziewał się, że w przypadku Caitlin, z jej jędrnymi bicepsami i błyszczącymi włosami, spełni się to „w chorobie”? Że będzie patrzył, jak jego żona gaśnie z tygodnia na tydzień? Czy kiedy myślał o dzieciach, wyobrażał sobie, że będzie siedział przy stole nakrytym dla dwojga i rozmawiał pogodnie z nastoletnią córką, usiłując ignorować miejsce, na którym kiedyś siedziała Caitlin, szokująco i zuchwale ziejące pustką?

Głos mu zadrżał przy tych słowach. Położyłam mu dłoń na ramieniu, żeby go uspokoić i zapewnić, że przez następne pięćdziesiąt lat zamierzam iść przez życie jak taran i nie grozi mi nawet płaskostopie. To, jak chwycił moją rękę, uświadomiło mi, że jego pierwsze małżeństwo ukształtuje drugie.

Na szczęście żyłam już na tyle długo, żeby nie spodziewać się bajki.

ROZDZIAŁ 2
LARA

Wśród zebranych rozległ się szmer dezaprobaty – rodzina Farinellich jednomyślnie zmarszczyła brwi – kiedy Maggie weszła do sali boso, ściskając w ręku pojedynczy kwiat słonecznika. Idąc nawą pod ramię ze swoim synem Samem, może nie tańczyła, ale poruszała się niemalże w tanecznych podskokach, jakby rytm Chapel of Love wnikał w jej stopy i zalewał nogi falą radości.

Kiedy Sam, w cylindrze i fraku w rozmiarze chłopięcym, zakołysał lekko do rytmu ramionami, miałam nadzieję, że nikt poza mną nie słyszał komentarza mojego męża Massima: „Jakby cyrk przyjechał”. Nie mogłam się powstrzymać i zerknęłam na Annę, moją teściową, która stała wyprostowana jak struna, w toczku tkwiącym na czubku głowy niczym przyczajony drapieżny orzeł. Na jej twarzy malował się wyraz doskonałej pogardy, jakby musiała koncentrować się na tym, żeby nie krzyknąć: „Niech ktoś wyłączy to rzępolenie!”.

Z trzepotem woalki Anna pochyliła się do przodu i podchwyciła moje spojrzenie. Była zbyt dobrze wychowana, żeby zrobić znaczącą minę, którą mógłby zauważyć ktoś inny, ale wiedziałam, że już się szykuje w blokach startowych, by zacząć porównywać mnie z nową synową. Może nawet tym razem miałam szansę wyjść z tego zwycięsko, po tylu latach wysłuchiwania, że „Caitlin tak pięknie odzyskała figurę po urodzeniu Franceski. No ale ty miałaś cesarkę, to pewnie nie pomogło”. Po czym następowały porady, jak można „zamaskować ten brzuszek” szalem; co jakiś czas znajdowałam na stole w kuchni wycinek z „Daily Mail” w rodzaju: „Schudnij o cały rozmiar w dziesięć dni!”. Wytykano mi także braki w ogrodnictwie, gotowaniu oraz, jak to nazywała Anna, „administrowaniu gospodarstwem domowym”, miałam więc nadzieję, że Maggie nie będzie dysponowała ogromnym zasobem sekretnych umiejętności, którymi mogłaby mnie zawstydzić.

Znałam Annę na tyle, by wiedzieć, że spróbowała wszystkich sposobów, żeby odwieść Nico od ślubu z Maggie. „Dwa lata to o wiele za wcześnie, jesteś jeszcze w żałobie. To nie fair wobec Franceski. Nie potrzebuje nowej matki; potrzebuje ojca, który się na niej skupi. Naprawdę chcesz wychowywać nieślubne dziecko jakiegoś innego mężczyzny?” Prawdopodobnie użyła dokładnie takich słów. Wszystko, co nie pasowało do światopoglądu Anny, należało wyselekcjonować i odstrzelić.

Najwyraźniej jednak nie udało jej się zniechęcić Nico do Maggie. Twarz miał rozpaloną wzruszeniem, jakby nie mógł uwierzyć, że oto pojawiła się ta beztroska istota, by ożywić surowe korytarze domostw Farinellich. Zdumiewające, że Maggie miała trzydzieści pięć lat, tyle samo co ja. Traktowała dorosłość z lekkością, niczym stan, który przybierała, kiedy było to absolutnie konieczne, przerywnik w dobrej zabawie i nietroszczeniu się o jutro. Ze staranną, przyciętą równo do podbródka fryzurą, z perłoworóżowymi paznokciami i w uwielbianych przez Massima sukienkach do kolan wyglądałam na dziesięć lat starszą od niej.

Mimo pomrukiwań Anny, że ich małżeństwo jest „skazane na klęskę”, wcale nie było mi żal Maggie. Zazdrościłam jej. Zazdrościłam im tej płomiennej intensywności nowego uczucia. Optymizmu. Nadziei na przyszłość.

Wyobrażałam sobie, jak Nico się śmieje, kiedy ona śpiewa przy włączonym radiu, jak całuje ją przelotnie w czubek głowy, kiedy ona siada przy stole, jak poprawia jej szalik przed wyjściem do pracy. Poczułam ukłucie nostalgii za czasami, kiedy Massimo wślizgiwał się do mojego gabinetu i zmiatał z biurka wszystkie starannie ułożone papiery, a szczegóły rachunków, których kontrolę przeprowadzałam, wylatywały mi z głowy, wyparte dzikością jego pocałunków. Za „służbowymi” kolacjami, na których byliśmy tak pochłonięci sobą, że odrywaliśmy się od siebie dopiero, kiedy kelnerzy zaczynali sprzątać. Tęskniłam za tą bliskością, tym porozumieniem, które otwierało drzwi do poczucia przynależności, bycia znów częścią rodziny.

Szkoda, że nie wzięłam na ten ślub taty. Massimo miał na sercu tylko jego dobro: nie chciał, żeby tatę zdezorientowały te wszystkie nowe twarze, ale tata wciąż kochał muzykę, a ta piosenka z lat sześćdziesiątych była akurat w jego stylu. Uszczęśliwiał mnie każdy pojawiający się u niego przebłysk kojarzenia. Cudownie byłoby też zobaczyć go znowu w garniturze, eleganckiego i uśmiechniętego, takiego, jaki był kiedyś.

Jacy wszyscy kiedyś byliśmy.

Skupiłam się z powrotem na Nico i Maggie, którzy właśnie składali przysięgę. Patrząc na nich, dostrzegłam spięty wyraz twarzy Franceski. Mimo czarnowidztwa Anny uważałam, że powtórne małżeństwo Nico jest dobre dla jego córki. Moja matka umarła, kiedy byłam malutka, a mój kochany ojciec blaknął teraz jak stara polaroidowa odbitka, więc byłabym w siódmym niebie, mieszkając z ciepłą, wesołą macochą, na którą mogłabym liczyć. Może gdybym miała kogoś, z kim można by porozmawiać o wszystkim, a nie schorowanego tatę, którego musiałam chronić, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej.

Zanim jednak zdążyłam się zagłębić dalej w roztrząsanie przeszłości i teraźniejszości, mój siedmioletni syn Sandro dostrzegł pająka czmychającego spod krzesła. Odkąd kilka dni temu zaginęła nasza kotka Misty, Sandro był jeszcze wrażliwszy i bardziej przylepny niż zwykle, a jego blada twarzyczka miała taki wyraz, jakby właśnie przeczytał w samolocie instrukcję ewakuacji i tylko czekał na moment, w którym objawi się niebezpieczeństwo. Był całkowitym przeciwieństwem syna Maggie, Sama, który – chociaż co prawda rzadko go widywałam – wyglądał, jakby tłumienie szelmowskiego chichotu było dla niego codziennym wyzwaniem. Sandro zaczął się wiercić. Szturchnął mnie i pokazał palcem pająka. Schyliłam się i szepnęłam, że to maleńkie stworzonko i nie zrobi mu krzywdy, ale właśnie w tej chwili pająk nagle napotkał na swojej drodze but Beryl, zawrócił i pobiegł prosto w stronę mojego syna. Sandro wrzasnął i wdrapał się na krzesło.

Anna już się odwracała z marsowym obliczem, bez wątpienia gromadząc amunicję do kolejnej przemowy z cyklu: „Lara stara się, jak może, ale zupełnie nie kontroluje tego dziecka”. Massimo przechylił się w bok, sięgając za moimi plecami i próbując złapać Sandra, ale ten zaczął uciekać wzdłuż rzędu pustych krzeseł. Pobiegłam za nim, chwyciłam go za rękę i wyprowadziłam z sali, ciesząc się, że mam pretekst, żeby zostawić za sobą wszystkie oczekiwania i oskarżenia Farinellich, chociaż nadal czułam potępienie, sączące się spod ozdobnych drzwi, które starałam się zamknąć za nami po cichu. Przytuliłam Sandra, czekając, aż obeschną mu łzy.

– Już dobrze, nie był taki duży.

– Tak naprawdę to nie chodzi mi o pająka, mamo, nie dlatego płaczę. Chcę, żeby Misty wróciła.

– Wszyscy chcemy, kochanie. Nie martw się, niedługo się pojawi.

Miałam nadzieję, że siedmiolatek nie będzie w stanie wyczuć w moim głosie zwątpienia.

ROZDZIAŁ 3
MAGGIE

W ramach „miodowego miesiąca” udało nam się z Nico spędzić jedną błogą noc w piętnastowiecznym zajeździe. Na dłuższy urlop we dwoje postanowiliśmy pojechać, kiedy dzieci już się przyzwyczają do nowego życia rodzinnego, co, sądząc z zachowania Franceski po dwóch tygodniach od naszego ślubu, może nastąpić na przełomie przyszłego stulecia.

Przez poprzedni rok Nico usiłował stopniowo zapoznawać mnie z Francescą, ale nic to nie dało. Próbowaliśmy wprowadzać rodzinną atmosferę, a to spędzając wieczór w domu przy curry, a to wychodząc do kina. Na palcach jednej dłoni mogłam policzyć okazje, przy których Francesca nie rzuciła jakiejś zjadliwej uwagi o tym, że Caitlin była ode mnie lepsza, szczuplejsza, ładniejsza albo dowcipniejsza. Nawet gdybym była światowej klasy ekspertem w chodzeniu po skrzydle samolotu w locie, bez wątpienia by się okazało, że Caitlin też to potrafiła, w dodatku skacząc na drążku pogo. W końcu Nico zdecydował się na strategię „jak ci się nie podoba, to trudno”, ale ustaliliśmy, że Sam i ja wprowadzimy się do nich dopiero tydzień przed naszym ślubem – miało to być jak wytyczenie linii na piasku, po przekroczeniu której będziemy musieli znaleźć sposób, żeby zgodnie żyć pod jednym dachem, na dobre i na złe.

„Nie masz nic przeciwko wprowadzeniu się do domu, w którym mieszkała Caitlin?”, zapytał, kiedy mi się oświadczył, jeszcze długo przed ustaleniem daty ślubu.

Rozwiałam jego obawy, uznawszy, że wyszłabym na chamidło, gdybym miała wątpliwości co do przeprowadzki z mieszkanka wielkości mysiej nory, w którym gnieździłam się z mamą i Samem, do wiktoriańskiego szeregowca Nico, z dwiema łazienkami i czterema sypialniami. Usiłowałam co prawda wykoncypować, jak powiedzieć: Nie chcę spać w łóżku, które z nią dzieliłeś, a już na pewno nie w tym, w którym umarła, nie wychodząc przy tym na gruboskórną krowę, ale jakoś mi się nie udało.

A Nico, zupełnie jakby miał wgląd w najpodlejszą, najbardziej gównianą część mojej duszy, oznajmił: „Wybierzemy razem nowe łóżko”.

Nie rozwinął tematu, a ja byłam mu idiotycznie wdzięczna, że nie muszę się zastanawiać, która strona materaca z dopasowującej się do kształtu ciała pianki termoelastycznej należała do Caitlin.

Jak się okazało, kupienie nowego łóżka nie sprawiło, że poczułam się u siebie. Dwa tygodnie po ślubie nadal budziłam się z przeświadczeniem, że musiałam zasnąć w trakcie sesji zdjęciowej dla luksusowego magazynu wnętrzarskiego. Szare poduszki w turkusowy rzucik, podkreślający splot subtelnie prążkowanego obicia fotela. Szafy w stylu shabby chic – niby podniszczone, ale z klasą – z ceramicznymi uchwytami, które wyglądały, jakby zrobiono je ręcznie w Toskanii. I miejsce do przechowywania wszystkiego. Nawet tace wkładało się w kuchni do specjalnej przegródki, zamiast wpychać je w kąt przy lodówce, skąd wypadały i odcinały człowiekowi kostki u nóg, jeśli za mocno trzasnęło się drzwiczkami.

Brak bałaganu sprawiał, że dom Nico wyglądał, jakby nikt tak naprawdę tu nie mieszkał. Zupełne przeciwieństwo mieszkania mamy, gdzie w przedpokoju piętrzyły się rowerowe akcesoria mojego syna, w cieplarnianej atmosferze dużego pokoju rośliny doniczkowe pleniły się jak tryfidy, a chomik Sama ze swoimi coraz bardziej skomplikowanymi wybiegami zajmował więcej miejsca niż cała nasza trójka razem wzięta. Kiedy trzeba było opakować prezent, wymienić bezpiecznik czy podeprzeć palikiem słonecznik w ogrodzie, byłam pewna, że Nico powie: „w tamtej szufladzie”. Ja natomiast zawsze wolałam zdawać się na szczęśliwy traf, grzebiąc w kupie szpargałów pod zlewem jak pies rozkopujący króliczą norę. Mogłam się tylko domyślać, że Caitlin prowadziła bezwzględną politykę wyrzucania jednej rzeczy za każdym razem, kiedy do domu przynoszono coś nowego.

Rozpaczliwie chciałam wyprowadzić się od mamy. Przez ostatnie trzy lata, odkąd nie było mnie już stać na czynsz za własne lokum, spaliśmy u niej z Samem na rozkładanej kanapie w dużym pokoju. Wśród porozwieszanych tu i ówdzie lampek choinkowych, patchworkowych poduszek i narzut w kolorach tęczy czułam się jak w marokańskiej kasbie. Teraz jednak to, czego tak pragnęłam – rzeczywistość, w której nie potykałabym się o buty piłkarskie, wstając w środku nocy, klucz do zaworu termostatycznego kaloryfera znajdowałabym w pięć sekund, a w kuchni miała sosjerkę idealnej wielkości – wbijało mnie w poczucie, że jestem gościem w cudzym domu, tak jakbym musiała się w nim poruszać bezgłośnie, by nie zakłócać spokoju i nie pozostawiać śladów mojej obecności.

 

Zaczęłam myśleć, że może byłoby dla nas wszystkich lepiej przeprowadzić się tam, gdzie jedynymi wspomnieniami o Caitlin byłyby te, które Nico postanowił ze sobą zabrać. Inne – widmowe obrazy czające się za każdym rogiem, rozpychające się między nami na niewygodnych francuskich sofach, wypełzające nieproszone z ukrycia – przestałyby nas wtedy dręczyć. Czasem wyobrażałam sobie, jak długie, eleganckie palce Caitlin zaciskają się na tych samych klamkach, których dotykałam. Albo jak rozsuwa ona zasłony w sypialni, zerkając przez ramię na Nico, na wachlarzyki jego ciemnych rzęs na poduszce i na drgające jeszcze we śnie wargi. Odsłaniając okno, specjalnie sięgałam bardzo wysoko albo bardzo nisko, żeby moje palce nie zacisnęły się na grubej tkaninie tam, gdzie wcześniej dłonie Caitlin. Mogłam w kilka chwil uszyć jakieś nowe zasłony. Pewnie powinnam. Sytuacja była jednak inna, niż gdybym weszła do domu opuszczonego przez eksżonę po zajadłej batalii rozwodowej i pomyślała: Dobra, zaraz się pozbędziemy jej starych gratów, wynajęła kontener i wrzuciła do niego talerze nie do kompletu, stary wolnowar oraz do połowy zużyte kosmetyki. Tutaj wszystko, co lądowało w koszu, było cząstką matki, której Francesca nigdy nie odzyska. Kolejnym krokiem do zaakceptowania tego, że jej tata znalazł sobie kogoś, kto ma inny gust, jeśli chodzi o zasłony. O zastawę kuchenną. O życie.

Poruszyliśmy z Nico wstępnie temat przeprowadzki, ale postanowiliśmy go nie rozwijać, dopóki nie unormuje się sytuacja z Francescą. Nie wydawało mi się, żeby miało to się stać w dającej się przewidzieć przyszłości, bo nawet najdrobniejsze zmiany prowadziły do awantury.

Dopiero co tego ranka Francesca teatralnie pociągnęła nosem, wąchając swój szkolny sweter, i powiedziała:

– Ma jakiś dziwny zapach. W czym go uprałaś?

A ja poczułam się nieswojo, bo odkąd nie byłam już taka spłukana, postanowiłam, że będę się trzymać pewnych zasad, więc zaczęłam eksperymentować i zamieniłam zwykły proszek na jakiś ekologiczny wynalazek. Pominęłam tę część dotyczącą wartości moralnych i zaczęłam mamrotać coś o wpływie detergentów na ropuchę paskówkę. Wściekła odpowiedź Franceski sprowadzała się do czegoś w duchu: „Mama zawsze używała Persilu, a ja mam w dupie ropuchy, traszki, a już zwłaszcza ciebie”, jakby miała nadzieję, że niedługo nałykam się przypadkowo kwasu solnego.

– Coś się nie odzywasz – powiedział Nico, kiedy tego wieczoru usiedliśmy wszyscy razem do kolacji. Nakrył moją dłoń swoją. – Nic ci nie jest?

Wyrwałam swoją rękę. Potwornie dziwna sprawa – przy Francesce w ogóle nie mogłam dotykać Nico, mimo że całe moje ciało lgnęło do niego w poszukiwaniu otuchy niczym wyciągające się macki ośmiornicy.

Francesca siedziała przy stole i patrzyła na mnie z nienawiścią. Musiałam bardzo się starać, żeby nie wybuchnąć głośnym płaczem i nie krzyknąć: Skąd. Co miałoby być nie tak? Twoja córka mnie nienawidzi. Idzie nam świetnie jak jasna cholera. Nie taki przebieg wspólnych kolacji sobie wyobrażałam, kiedy mówiłam Samowi, że ślub z Nico oznacza, iż staniemy się częścią większej rodziny.

Jakby na dany sygnał, Francesca odrzuciła do tyłu długie ciemne włosy i odepchnęła od siebie talerz.

– Nie lubię spaghetti carbonara.

Nico pokręcił głową.

– Wcale nie. Zajadałaś się tym na okrągło. – Dalszy ciąg, „kiedy twoja mama żyła”, wisiał w powietrzu niczym słowa wypisane na nocnym niebie zimnymi ogniami.

– No to nie lubię spaghetti carbonara w wykonaniu Maggie.

Usiłowałam rozładować atmosferę, modląc się w duchu, żeby Sam nie wykorzystał tej okazji do zaprezentowania własnych grymasów.

– Jak następnym razem będę robić makaron, to może mi pomożesz i zobaczymy, czy uda nam się ugotować coś, co będzie ci trochę bardziej smakowało.

Francesca spojrzała na mnie, jakbym właśnie zaproponowała, żebyśmy uszyły sobie naprędce kosmiczne skafandry i poleciały na Marsa. Idealnie wybierając moment, Sam nabrał duży łyk wody i kichnął, strzelając fontanną na wpół przeżutego spaghetti prosto na talerz Franceski. Ta gwałtownie odsunęła krzesło, zerwała się od stołu i pognała jak burza na górę. Po pięciu sekundach rozległ się huk zatrzaskiwanych drzwi, niemalże wyrwanych z zawiasów, a rządek pastelowych dzbanuszków Caitlin zadzwonił na kredensie.

– Sam! Jak czujesz, że zaraz kichniesz, musisz zasłonić twarz ręką i odwrócić się od stołu.

Ale Sam zaniósł się łobuzerskim śmiechem, jaki uwielbiają dziesięcioletni chłopcy. Drobinki bekonu, kawałki grzybów i pasemka spaghetti walczyły o pozostanie w obrębie jego paszczy.

– Na litość boską. Zamknij buzię. To obrzydliwe. – Mój ton był ostrzejszy niż zwykle. Nie chciałam, żeby Nico myślał, że zaprosił do swojego życia niesforne zwierzaki z zoo.

Nico jednak podał Samowi kawałek papierowego ręcznika mówiąc:

– Idź się wytrzyj, urwisie.

Kiedy Sam poszedł do łazienki na dole, żeby się doprowadzić do porządku, spojrzeliśmy na siebie i powiedzieliśmy jednocześnie:

– Przepraszam. – Po czym oboje wybuchliśmy śmiechem.

Nico przyciągnął mnie blisko do siebie.

– Naprawdę mi przykro. Nie powinna się tak do ciebie odzywać. Ale nie wiem, czy mam ją ochrzanić, czy spróbować to ignorować.

Już sam dotyk jego policzka, który oparł o czubek mojej głowy, wystarczył, żeby szalejąca w moim sercu rozpacz trochę przycichła. Chciałam go zapytać, czy żałuje, że się ze mną ożenił, czy nie wolałby, żebyśmy po prostu dalej się widywali bez dzieci. Ale siedzieliśmy przy stole zbryzganym pasemkami spaghetti, słuchając tupania nóżką w sypialni na górze, od którego sufit mało się nie zawalił, więc prawdopodobnie w tych okolicznościach nie otrzymałabym takiej odpowiedzi, jakiej sobie życzyłam. Wtuliłam się więc w niego, rozluźniłam i rozkoszowałam tą chwilą, tym wyszarpanym fragmentem czasu, kiedy mogliśmy być po prostu parą – dotykać się, przytulać, kochać – zamiast obmyślać „strategiczne kroki budowania szczęśliwej patchworkowej rodziny”.

Na dźwięk uruchamianego w dużym pokoju X-Boxa Sama Nico wypuścił mnie z objęć i zaczął skubać wystrzępiony rękaw swetra. Na początku naszej znajomości przepraszał za swoje niechlujstwo – „Doprowadzało Caitlin do szału” – ale mnie się podobało, że najlepiej się czuł w spłowiałych dżinsach i starych T-shirtach. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym być z takim facetem jak Massimo, w granatowych garniturach i koszulach ze spinkami.

Po wyskubaniu kilku nitek i powiększeniu nieco dziury w rękawie Nico wreszcie podniósł głowę. Poruszał wargami, jakby usiłował znaleźć odpowiednie słowa i właściwie je ułożyć.

– Nie bardzo wiem, jak to załatwić, ale w weekend za dwa tygodnie przypada rocznica śmierci Caitlin. Moja matka chce, żebyśmy wszyscy razem poszli na cmentarz, a potem zjedli u niej lunch.

Niech nikt nie śmie twierdzić, że nie mam kwitnącego życia towarzyskiego. Imprezka na cmentarzu z rodziną byłej żony mojego męża.

– Ale pewnie beze mnie, co?

– Byłabyś bardzo mile widziana.

Jasne. Pomijając to, że byłoby ociupinkę dziwnie. Nie musiałam oglądać dowodów na to, że wszyscy, być może z moim mężem włącznie, nadal nie mogą przeboleć śmierci Caitlin ani wyrwy, jaką pozostawiła w ich życiu, w którym za to pojawiłam się ja. O nie, przychodziło mi do głowy mnóstwo rzeczy, które wolałabym robić. Na przykład wciągać nosem chili, pomylić maść rozgrzewającą z clotrimazolem albo odciąć sobie którąś z kończyn za pomocą drutu do krojenia sera.

– Uważam, że byłoby niezręcznie. Poza tym Francesca nie chciałaby mnie tam widzieć.

Napięcie na jego twarzy osłabło.

– Dziękuję, że mi to ułatwiasz. Wiem, że nie wygląda to idealnie. Mam nadzieję, że uda nam się przekonać Francescę, żeby w ogóle poszła. Na razie kategorycznie odmawia odwiedzania grobu Caitlin, ale może, nie wiem… w ten sposób upewniłaby się, że mama nie wróci, a ona musi sobie dawać radę dalej, tu i teraz. Może przestałaby ciągle czuć złość.

– A ty?

Pocałował mnie w czubek głowy.

– A ja miałem fart i dostałem drugą szansę. Nie czuję już gniewu. Tylko smutek, że Caitlin umarła zbyt młodo i ominęło ją życie. – Spróbował zażartować: – Wiesz, te wspaniałe chwile przy kolacji z Francescą.