Ukryte życie lasu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Przedmowa

1 stycznia | ZWIĄZKI

17 stycznia | DAR KEPLERA

21 stycznia | EKSPERYMENT

30 stycznia | ROŚLINY ZIMOWE

2 lutego | TROPY

16 lutego | MECH

28 lutego | SALAMANDRA

13 marca | PRZYLASZCZKA

13 marca | ŚLIMAKI

25 marca | WIOSENNE EFEMERYDY

2 kwietnia | PIŁA ŁAŃCUCHOWA

2 kwietnia | KWIATY

8 kwietnia | KSYLEM

14 kwietnia | ĆMA

16 kwietnia | RANNE PTASZKI

22 kwietnia | WĘDRUJĄCE NASIONA

29 kwietnia | TRZĘSIENIE ZIEMI

7 maja | WIATR

18 maja | ROŚLINOŻERCY

25 maja | ROZCHODZĄCE SIĘ KRĘGI FAL

2 czerwca | WYPRAWA PO ŚWIĘTY GRAAL

10 czerwca | PAPROCIE

20 czerwca | SPLOT

2 lipca | GRZYBY

13 lipca | ROBACZKI ŚWIĘTOJAŃSKIE

27 lipca | PLAMKA ŚWIATŁA SŁONECZNEGO

1 sierpnia | TRASZKA I KOJOT

8 sierpnia | GWIAZDOSZE

28 sierpnia | PASIKONIKI

21 września | MEDYCYNA

23 września | GĄSIENNICA

23 września | SĘPNIK

26 wrzesnia | WĘDROWCY

5 października | FALE OSTRZEGAJĄCE

14 października | SKRZYDLAKI

29 października | TWARZE

5 listopada | ŚWIATŁO

15 listopada | KROGULEC ZMIENNY

21 listopada | GAŁĄZKI

3 grudnia | ŚCIÓŁKA

6 grudnia | PODZIEMNY BESTIARIUSZ

26 grudnia | WIERZCHOŁKI DRZEW

31 grudnia | OBSERWOWANIE

Posłowie

Podziękowania

Bibliografia

Tytuł oryginału: The Forest Unseen

Tekst polski na podstawie przekładu Katarzyny Sosnowskiej

opracował Dariusz Rossowski Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Elżbieta Meissner/Agencja Wydawnicza Synergy

Konsultacja merytoryczna: dr Iwona Mróz

Projekt okładki: Design Partners s.c.

Zdjęcie autora: Buck Butler

Copyright © David George Haskell 2012

Copyright for Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-670-2

Wydanie I, Łódź 2017

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Sary

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

PRZEDMOWA


Dwaj tybetańscy mnisi z mosiężnymi lejkami w rękach pochylają się nad stołem. Z lejków wysypuje się kolorowy piasek. Cienkie strużki tworzą kolejne linie rozrastającej się mandali. Mnisi, zaczynając od samego środka koncentrycznego wzoru, pokrywają piaskiem naszkicowane kredą linie, które wyznaczają podstawowe kształty, a potem dodają tysiące szczegółów z pamięci.

W samym środku znajduje się kwiat lotosu, symbolizujący Buddę. Otacza go wyobrażenie bogato zdobionego pałacu. Cztery bramy otwierają się na koncentryczne kręgi symboli i kolorów, które przedstawiają kolejne kroki w drodze do oświecenia. Ukończenie mandali zajmie kilka dni, po czym zostanie ona zamieciona, a piasek wrzucony do wody. Mandala ma swoje znaczenia na wielu poziomach, takich jak koncentracja potrzebna do jej stworzenia, równowaga między jej złożonością a spójnością, symbole zawarte w rysunku, a także jej nietrwałość. Żadna z tych cech nie stanowi jednak ostatecznego celu, w jakim powstaje. Mandala jest odtworzeniem ścieżki życia, kosmosu i oświecenia Buddy. W tym niewielkim piaskowym kręgu widać cały Wszechświat.

Nieopodal, za odgradzającą barierką, tłoczy się grupka studentów, którzy wyciągają szyje niczym czaple, oglądając powstawanie mandali. Zachowują się niezwykle cicho jak na amerykańską młodzież; być może pochłonęła ich tocząca się tu praca lub wyciszyła odmienność życia mnichów. Oglądają powstawanie mandali na samym początku zajęć z ekologii. Dalszy ciąg odbędzie się w pobliskim lesie, gdzie stworzą własną mandalę, rzucając obręcze na ziemię. Przez resztę popołudnia będą obserwować zakreślony przez siebie na ziemi krąg, śledząc wydarzenia w leśnej społeczności. Sanskryckie słowo mandala można przetłumaczyć między innymi jako „społeczność”; mnisi i studenci zajmują się więc tym samym: kontemplowaniem „mandali” i doskonaleniem swojego umysłu. Analogia wykracza nawet poza zgodność lingwistyczną i symboliczną. Uważam, że wszystkie wątki ekologii lasu można zaobserwować na obszarze nie większym od powierzchni zajmowanej przez mandalę. A w rzeczywistości, jeśli będziemy kontemplować niewielki obszar, prawda o lesie może okazać się dla nas wyraźniejsza i przejrzystsza niż po przemierzeniu w siedmiomilowych butach całego kontynentu.

Poszukiwanie znaczeń uniwersalnych w czymś niezwykle małym to nieodłączny motyw większości kultur. Przewodnią metaforą dla nas będzie tybetańska mandala, ale motyw ten znajdujemy również w wytworach kultury zachodniej. Wiersz Williama Blake’a Wyrocznie niewinności zawęża pole widzenia jeszcze bardziej niż mandala, przywołując okruch ziemi lub pojedynczy kwiat: „Zobaczyć świat w ziarenku piasku, Niebiosa w jednym kwiecie z lasu” (tłum. Zygmunt Kubiak). Blake opiera się na tradycji zachodniego mistycyzmu, który najbardziej wyraziście przejawiał się w nurcie chrześcijańskiej kontemplacji. Święty Jan od Krzyża, święty Franciszek z Asyżu czy Juliana z Norwich postrzegali loch, jaskinię lub orzeszek jako soczewkę, w której skupia się doświadczenie rzeczywistości.

Niniejsza książka jest odpowiedzią biologa na wyzwanie rzucone przez tybetańską mandalę, twórczość Blake’a i orzeszek Juliany z Norwich. Czy można dostrzec cały las w kontemplacyjnym okienku z liści, kamieni i wody? Próbując odpowiedzieć na to pytanie, czy może raczej zacząć na nie odpowiadać, utworzyłem mandalę w środku starego lasu naturalnego porastającego wzgórza Tennessee. Ta moja leśna mandala ma nieco ponad metr średnicy, tyle samo co mandala mnichów. Lokalizację wybrałem przypadkowo, gdy podczas spaceru po lesie usiadłem na pierwszym nadającym się do tego głazie. Mandalą stał się skrawek ziemi tuż przy nim. Nie znałem wcześniej tego miejsca, a jego potencjał krył się na razie pod surową zimową szatą.

 

Mandala znajduje się na zalesionym stoku w południowo-wschodniej części stanu Tennessee. Sto metrów wyżej wysokie piaskowcowe urwisko wyznacza krawędź równiny Cumberland. Pod urwiskiem wznoszą się poziome ławki półek skalnych, pooddzielanych ostrymi spadkami terenu. Różnica wysokości między urwiskiem a rozciągającą się u jego stóp doliną wynosi około trzystu metrów. Mandala jest usytuowana między głazami najwyższej półki. Stok porasta mieszany las liściasty: dęby, klony, lipy, orzeszniki, tulipanowce i kilkanaście innych gatunków. Ziemię pokrywa rumor skalny utworzony z głazów odpadających z erodującego urwiska; chodzenie po nich grozi skręceniem kostki. Na sporym obszarze nie ma ani kawałka równej ziemi, tylko falująca, pełna szczelin skała, pokryta opadłymi liśćmi.

Ten stromy, nieprzyjazny teren uchronił las. Pokrywająca dolinę żyzna gleba u stóp góry zawiera mniej kamiennych przeszkód i została wykarczowana dla celów wypasu i uprawy, najpierw przez rdzennych Amerykanów, potem przez osadników ze Starego Świata. Na przełomie XIX i XX wieku nieliczni śmiałkowie próbowali swych sił na stoku, ale praca okazała się tu trudna i mało produktywna. Dodatkowy dochód dawały tym ubogim farmerom destylarnie bimbru. Nazwa okolicy – Shakerag Hollow, czyli Zagłębie Trzepoczących Szmat – wywodzi się właśnie od tego procederu; mieszkańcy miasteczek zamawiali towar bimbrowników, wywieszając pieniądze zawinięte w szmaty. W ciągu kilku godzin w miejsce pieniędzy pojawiał się dzban trunku. Obecnie las odzyskał te niewielkie polany, dawniej zajęte przez farmerów i destylarnie, chociaż nadal tu i ówdzie widać pozostałości osadnictwa w postaci stert kamieni, zardzewiałych koryt czy grządek żonkili. Reszta lasu została prawie w całości wycięta na drewno i opał, szczególnie na początku XX wieku. Ostały się tylko nieliczne zwarte spłachetki starej puszczy, które uratowała niedostępność terenu, szczęśliwy traf lub kaprys właścicieli gruntu. Właśnie na jednym z takich obszarów znajduje się moja mandala. Zajmuje on jakieś pięć hektarów i jest otoczony tysiącami hektarów lasu, który – choć odrósł po wcześniejszym wyrębie – jest już w stanie podtrzymywać bogatą różnorodność biologiczną, charakteryzującą górskie lasy Tennessee.

Stare lasy naturalne charakteryzują się pewnym nieporządkiem. O rzut kamieniem od mojej mandali widzę kilka wielkich powalonych drzew w różnych stadiach rozkładu. Butwiejące drewno stanowi pożywienie dla tysięcy gatunków zwierząt, grzybów i mikroorganizmów. Powalone drzewa pozostawiają po sobie puste miejsca w warstwie koron, co sprzyja powstawaniu drugiej charakterystycznej cechy takich lasów – stanowią one mianowicie mozaikę drzew w różnym wieku, a grupy młodego drzewostanu rosną obok grubopnistych staruszków. Na zachód od mandali rośnie orzesznik nagi; szerokość jego pnia tuż nad ziemią sięga metra, a obok tłoczy się grupka młodych klonów, wyrosłych w miejscu innego ogromnego powalonego orzesznika. Głaz, na którym siedzę, sąsiaduje z klonem cukrowym w średnim wieku, o pniu szerokości mojej klatki piersiowej. W tym lesie rosną drzewa w każdym wieku, co stanowi znak historycznej ciągłości tutejszej społeczności roślin.

Siedzę obok mandali na płaskim kawałku piaskowca. Zasady postępowania, których będę przestrzegać, są proste: często przychodzić, by obserwować cykl roczny; siedzieć cicho, minimalizując ingerencję; niczego nie zabijać ani nie zabierać, a także nie rozkopywać mandali ani na nią nie wchodzić. Wystarczy raz na jakiś czas z namysłem czegoś dotknąć. Nie sporządziłem grafiku swoich wizyt, ale pojawiam się tu kilka razy w tygodniu. Książka ta opisuje na bieżąco wydarzenia zachodzące w mandali.

1 stycznia | ZWIĄZKI

1 stycznia


Związki

Nowy Rok zaczyna się odwilżą. Czuję tłusty, mokry zapach lasu. Dywan opadłych liści przesiąkł wilgocią, a powietrze jest przesycone soczystymi aromatami roślin. Na leśnym zboczu wokół omszałej, nadgryzionej przez erozję skały wielkości budynku mieszkalnego widać ślady moich stóp. Mój znak orientacyjny znajduje się po drugiej stronie płytkiej niecki: długi głaz, wystający z ziemi niczym mały wieloryb. Ten blok piaskowca wyznacza jedną z krawędzi mandali.

Droga przez piargi do głazu zajmuje mi zaledwie kilka minut. Przechodzę obok dużego orzesznika, kładąc dłoń na szarych paskach jego kory. Mandala znajduje się u moich stóp. Obchodzę ją dookoła i przechodzę na przeciwległą stronę, by zająć miejsce na płaskiej skale. Zatrzymuję się na moment, by powdychać świeże powietrze, i wygodnie usadawiam się, by zacząć obserwację.

Ściółkę pokrywają cętkowane na brązowo liście. W samym centrum mandali wyrasta młody jesion i kilka sięgających mi do pasa gołych łodyg lindery zwyczajnej. Przytłumione, chropawe kolory rozkładających się liści i uśpionych roślin są przyćmione barwnymi refleksami otaczających mandalę kamieni. Są pozostałościami geologicznych dramatów; tysiące lat erozji wygładziło ich nieregularne, kanciaste formy. Trafiają się tam kamyki wielkości świstaka i głazy, które zasłoniłyby słonia, ale większość jest nie większa niż przykucnięty człowiek. Refleksy nie pochodzą od kamieni, lecz od pokrywających je płaszczy porostów, które błyskają w wilgotnym powietrzu niczym szmaragdy, jadeity i perły.

Formacje porostów na kamieniach układają się w całe miniaturowe pasma górskie, a odłamki piaskowca nurzają się na przemian to w pstrych plamach wilgoci, to w pełnym słońcu. Najwyższe grzbiety są upstrzone jakby szarymi płatkami grubej skóry. Ciemne kaniony między kamieniami kryją fioletowy cień. Pionowe ściany mienią się turkusowo, a po ich łagodnych stokach spływają koncentryczne smugi wapienia. Mieniące się różnymi odcieniami porosty wyglądają na głazach niczym świeża farba. To niezwykłe bogactwo skalnego rumowiska kontrastuje z zimowym letargiem reszty lasu; nawet mchy są przytłumione i posiwiałe od szronu.

Elastyczność procesów fizjologicznych pozwala porostom lśnić życiem, gdy większość organizmów kapituluje w obliczu zimy. Paradoksalnie najchłodniejsze miesiące udaje im się przetrwać dzięki kapitulacji. Nie tracą energii na poszukiwanie ciepła, lecz zamiast tego pozwalają, by tempo ich życia przyspieszało i zwalniało w rytm wahań słupka rtęci. Porosty nie są w tak dużym stopniu zależne od wody jak rośliny i zwierzęta. W wilgotne dni ich ciało pęcznieje, a gdy powietrze staje się suche, jego objętość się zmniejsza. Rośliny kurczą się od chłodu, ich komórki zaciskają się aż do czasu, gdy wiosna zacznie je stopniowo rozluźniać. Tymczasem komórki porostów śpią lekkim snem. Gdy nastaje cieplejszy zimowy dzień, bez problemu wracają do aktywności.

Takie podejście do życia miewają również ludzie. W IV wieku p.n.e. chiński taoistyczny filozof Czuang-cy pisał o starcu, który wpadł do spiętrzonej wody u stóp wielkiego wodospadu. Przerażeni świadkowie ruszyli mu na pomoc, ale mężczyzna wyszedł z wody bez szwanku, zachowując pełny spokój. Na pytanie, jak udało mu się przeżyć, odpowiedział: „Uległość. Dostosowuję siebie do wody, a nie wymagam, by woda dostosowała się do mnie”. Porosty wpadły na to czterysta milionów lat wcześniej. Prawdziwymi mistrzami odnoszenia zwycięstwa przez uległość w alegorii Czuang-cy są porosty trzymające się skalnych ścian wodospadu.

Cichość i zewnętrzna prostota porostów skrywa ich złożone procesy życiowe. Porosty składają się z dwóch organizmów: grzybów i glonów lub bakterii. Grzyb rozprzestrzenia się swoimi strzępkami po podłożu, zapewniając porostowi stabilne oparcie. Glon lub bakteria wchodzi w strzępki grzyba i wykorzystując energię słoneczną, zaczyna fotosyntezę, wytwarzając cukier oraz inne składniki odżywcze. Jak w każdym małżeństwie, partnerzy doświadczają istotnych przemian z powodu zawiązania związku. Ciało grzyba rozprzestrzenia się, zmieniając strukturę, tak że przypomina liść drzewa: ma ochronną skorupę górną, warstwę dla chwytających światło glonów i niewielkie pory umożliwiające oddychanie. Glon traci natomiast ścianę komórkową, oddając się grzybowi pod opiekę. Rezygnuje też z życia seksualnego na rzecz szybszego, choć mniej ekscytującego genetycznie autoklonowania. Grzyby pozyskane z porostów dają się hodować w laboratorium bez swoich partnerów, są jednak wówczas zdeformowane i chorowite. Podobnie zachowują się odseparowane od nich glony i bakterie, które mogą przetrwać bez swoich partnerów tylko w niektórych siedliskach. Pozbawiając grzyby i glony indywidualności, porosty podbiły świat jako związek tych dwóch organizmów. Pokrywają prawie dziesięć procent powierzchni Ziemi, zwłaszcza na pozbawionej drzew dalekiej północy, gdzie przez większą część roku panuje zima. Nawet tutaj, na zadrzewionej mandali w Tennessee, każdy kamień, pień czy gałązka porośnięte są skorupą z porostów.

Niektórzy biolodzy twierdzą, że grzyby są wyzyskiwaczami, zniewalającymi podległe sobie glony. Taka interpretacja nie bierze jednak pod uwagę, że partnerzy wchodzący w skład porostów przestali być autonomicznymi osobnikami, uniemożliwiając wytyczenie wyraźnej granicy między uciskającym i uciskanym. Podobnie jak rolnik, który przycina jabłoń czy uprawia pole kukurydzy, porosty opierają swoje istnienie na współdziałaniu. Gdy indywidualność zanika, pojęcia zwycięzców i ofiar nie mają większego sensu. Czy kukurydza jest uciskana? Czy uzależnienie rolnika od kukurydzy czyni go jej ofiarą? Takie pytania opierają się na założeniu o rozdzielności, która tu nie zachodzi. Bicie ludzkich serc oraz rozwój upraw udomowionych roślin należą do tego samego życia. „Osobno” nie wchodzi w grę: fizjologia rolnika jest ukształtowana przez zależność od pokarmu roślinnego, której geneza sięga setki milionów lat wstecz do pojawienia się pierwszych organizmów zwierzęcych. Udomowione rośliny żyją zaledwie od dziesięciu tysięcy lat z ludźmi, ale przecież również one porzuciły swoją niezależność. Porosty dorzucają jeszcze do takiej współzależności fizyczną intymność, spajając wzajemnie ciała partnerów i przeplatając błony ich komórek – jakby kukurydza zrosła się w toku ewolucji z rolnikiem.

Różnorodność barw porostów w obrębie mandali odzwierciedla wielość różnego rodzaju glonów, bakterii i grzybów uczestniczących w ich tworzeniu. Porosty niebieskie lub fioletowe zawierają niebiesko-zielone bakterie zwane sinicami. Porosty zielone zawierają glony. Grzyby dodają własne kolory, wydzielając żółte lub srebrne pigmenty chroniące przed słońcem. Bakterie, glony, grzyby: trzy czcigodne pnie drzewa życia rozwijające swoje barwne łodygi.

W zieleni glonów odzwierciedla się jeszcze starsze powiązanie. Klejnoty pigmentu, ukryte głęboko wewnątrz komórek glonów, chłoną energię słoneczną. Przez kaskadę reakcji chemicznych energia ta zostaje przekształcona w substancje, które zamieniają cząsteczki powietrza w cukry i inne składniki odżywcze. Skorzystają z nich zarówno komórki glonu, jak i grzyba. Pigmenty chwytające promienie słoneczne przechowywane są w małych puzderkach, zwanych chloroplastami, z których każdy otoczony jest błoną i posiada własny materiał genetyczny. Chloroplasty mają kolor butelkowej zieleni i są potomkami bakterii, które zamieszkały w komórkach glonów półtora miliarda lat temu. Ci bakteryjni lokatorzy zrezygnowali z twardych powłok zewnętrznych, rozmnażania płciowego oraz niezależności, tak jak komórki glonów, gdy łączą się z grzybami, aby stworzyć porosty. Nie tylko chloroplasty żyją wewnątrz innych organizmów. Wszystkie rośliny, zwierzęta i komórki grzybów zamieszkane są przez mitochondria, które mają kształt torpedy i działają jak miniaturowe elektrownie, spalając substancje odżywcze, by wytwarzać energię. One również były kiedyś wolno żyjącymi bakteriami i podobnie jak chloroplasty zrezygnowały z seksu i wolności na rzecz partnerstwa.

Chemiczna spirala życia, DNA, nosi ślady jeszcze bardziej przedwiecznej jedni. Nasi przodkowie – bakterie – wymieniali się genami między gatunkami, mieszając swoje genetyczne instrukcje, niczym kucharze biorący receptury od siebie nawzajem. Czasami dwóch takich kucharzy godziło się na fuzję i dwa gatunki łączyły się w jeden. DNA współczesnych organizmów, w tym nasze, zachowuje ślady takich mariaży. Choć nasze geny funkcjonują jako jeden system, posiadają co najmniej dwa nieco różne style zapisu, ślady różnych gatunków, które zrosły się miliardy lat temu. Nazwanie tego „drzewem” życia to niezbyt celna metafora. Najgłębsze części naszych rodowodów przypominają sieci lub rozległe delty, których odnogi bezustannie przeplatają się i krzyżują.

 

Jesteśmy jak matrioszki, figurki chowane jedna w drugiej – nasze życie jest możliwe tylko dlatego, że żyją w nas inni. Lecz podczas gdy matrioszki można porozstawiać obok siebie, nas nie da się oddzielić od naszych komórkowych i genetycznych pomocników. Jesteśmy porostami w wielkiej skali.

* * *

Jednia. Połączenie. Mieszkańcy mandali łączą się we wzajemnie korzystnych związkach. Jednak współpraca nie jest jedyną relacją, jaką da się zaobserwować w lesie. Mamy tu do czynienia także z piractwem i bezlitosną eksploatacją. O tych bardziej bolesnych relacjach między różnymi organizmami zamieszkującymi mandalę przypomina szczególnie to, co kryje się w ściółce pokrywającej jej środkową część, otoczoną przez powleczone porostami kamienie.

Ta zależność zwykle powoli ujawnia się sama, choć nie zawsze jestem w stanie od razu ją dostrzec. Najpierw moją uwagę przykuły dwie bursztynowe mrówki buszujące po mokrej ściółce. Obserwowałem ich krzątaninę przez dobre pół godziny, zanim dostrzegłem, że bardzo interesują się zwiniętym pasmem jakiejś leżącej tam tkanki. Pasmo to miało długość mojej dłoni i kolor nasiąkniętego wilgocią liścia orzesznika, na którym spoczywało. W pierwszej chwili uznałem je za stary wąs winorośli lub ogonek liścia. Ale gdy już miałem zamiar przenieść wzrok na coś ciekawszego, jedna z mrówek pomacała ten wąs czułkami, a on rozprostował się i uniósł. Dopiero teraz rozpoznałem, z czym mam do czynienia: to był nitnikowiec. Dziwna istota z upodobaniem do pasożytowania na innych.

Jego tożsamość zdradziły wijące się ruchy. Płyny ustrojowe wypełniające ciało nitnikowca są pod dość wysokim ciśnieniem, na skutek czego każde szarpnięcie jego mięśni sprawia, że zwierzę wije się jak żadne inne. Robakowi temu niepotrzebna jest skomplikowana czy składna lokomocja, gdyż na tym etapie życia ma tylko dwa zadania: wijącym się ruchem udać się w stronę partnera, a następnie złożyć jaja. Nie potrzebował zaawansowanych umiejętności ruchowych również w poprzednim stadium, kiedy leżał zwinięty wewnątrz ciała świerszcza. Jego gospodarz nosił go i karmił. Nitnikowiec żył jako mieszkający w jego wnętrzu bandyta: okradał świerszcza, aż wreszcie go zabił.

Cykl życia tego robaka zaczął się w momencie, kiedy wykluł się on z jaj złożonych w kałuży lub strumieniu. Mikroskopijne larwy pełzały po dnie, dopóki nie zostały zjedzone przez ślimaka lub małego owada. W tym nowym domu larwa owinęła się w płaszcz ochronny, uformowany w cystę, i czekała. Życie większości larw zwykle kończy się na etapie cysty, bez szans na kontynuację i kolejne stadium cyklu. Nitnikowiec, którego napotkałem w mandali, był jednym z tych nielicznych, które docierają do następnego etapu. Jego gospodarz wyszedł na ląd, umarł tam i został przeżuty przez wszystkożernego świerszcza. Taka sekwencja wydarzeń jest tak mało prawdopodobna, że cykl życia nitnikowców wymaga, by robaki te składały dziesiątki milionów jaj, przy czym w dorosłego osobnika przekształci się średnio zaledwie jedno lub dwa z nich. Po zamieszkaniu w ciele świerszcza ta zwinięta larwa-pirat przedziera się przez ścianę jelita i osiedla we wnętrznościach gospodarza, gdzie z larwy wielkości przecinka wyrasta robak długości mojej dłoni. Nitnikowiec zwija się, by dopasować się do wielkości świerszcza. Gdy nie może rosnąć już dalej, uwalnia związki chemiczne, które przejmują kontrolę nad mózgiem ofiary. Sprawiają, że zwykle obawiający się wody świerszcz zmienia się w samobójczego nurka szukającego kałuży czy strumienia. Gdy tylko świerszcz uderza o powierzchnię wody, nitnikowiec napina swoje silne mięśnie, przedziera się przez jego ciało i uwalnia się, pozostawiając splądrowanego, tonącego gospodarza.

Natychmiast potem nitnikowce aktywnie poszukują towarzystwa i odprawiają gody, w trakcie których dziesiątki lub setki osobników splątują swoje ciała. Ten zwyczaj sprawił, że otrzymały one swoją drugą nazwę: robaki gordyjskie. Według pochodzącej z VIII wieku legendy król Gordias stworzył nader skomplikowany węzeł. Ten, kto wpadłby na pomysł, jak go rozwiązać, miał zostać jego następcą, ale nikt spośród chętnych nie miał szczęścia. Jak się do tego zabrać, wiedział dopiero inny „pirat” – Aleksander Wielki. Podobnie jak robaki, oszukał on gospodarza, przeciął węzeł mieczem i zażądał korony.

Po gordyjskich godach nitnikowce rozplątują się i pełzną dalej. Składają jaja na podmokłych brzegach stawów i w wilgotnej ściółce leśnej. Gdy wyklują się z nich larwy, podtrzymają aleksandryjskiego ducha grabieży i najpierw zainfekują ślimaka, a potem ograbią świerszcza.

Związek nitnikowca z jego gospodarzami jest całkowicie oparty na wyzysku. Jego ofiary nie otrzymują za swoje cierpienia żadnych ukrytych korzyści ani rekompensat. Ale nawet ten pasożytniczy robak jest utrzymywany przy życiu przez wewnętrzny rój mitochondriów. Piractwo czerpie energię ze współpracy.

* * *

Taoistyczna jednia. Uzależnienie rolnika. Aleksandryjskie grabieże. Relacje w mandali mają różnorodne, przemieszane odcienie. Wyznaczyć granicę między bandytą a uczciwym obywatelem nie jest tak łatwo, jak się wydaje. Ewolucja właściwie jej nie zdeterminowała. Wszystkie życie jest wypadkową grabieży i solidarności. Pasożytniczy bandyci są odżywiani przez spółdzielnie mitochondriów, wypełniających ich ciała. Glony napełniają się szmaragdem przedwiecznych bakterii, by ulegle spocząć w szarych murach grzybów. Nawet DNA, ta chemiczna podstawa wszelkiego życia, jest wielobarwną palemką, gordyjskim węzłem związków i zależności.