NastrojeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dziewczynka, która się przewraca

Istnienia

Nastroje: jak je rozumieć?

Ból i słodycz nastrojów

Ruminacje i poślizgi

Introspekcje

Cierpienia

Bolesne nastroje

Niepokoje

Resentymenty

Smutki

Rozpacz

Równowaga

Kruchość

Spokój i energia

Regulacja nastrojów

Wyleczyć się z choroby materializmu

Przebudzenia

Życie w pełni świadome (uważne)

Współczucie, samowspółczucie i siła łagodności

Szczęście

Mądrość

Do jutra, życie

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału LES ETATS D’ÂME

Redakcja: Ewa Kaniowska

Projekt okładki: Pola Raplewicz & Daniel Rusiłowicz DEERHEAD Sp. z. o.o.

Zdjęcie na okładce: © KEIGO YASUDA / Shutterstock

Korekta: Maciej Korbasiński

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

© ODILE JACOB, mars 2009

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-701-9


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojemu przyjacielowi Matthieu Ricardowi,

wzorowi, wspólnikowi i niestrudzonemu heroldowi

treningu umysłowego.

Wstałem, wypiłem szklankę wody i modliłem się aż do wschodu słońca. Był to jakby wielki szept duszy. To mi przywodziło na myśl przeciągły szmer liści poprzedzający świtanie. Jaki świt wstanie we mnie?

Georges Bernanos, Dziennik wiejskiego proboszcza

Jedynie to co osobiste jest wiekuiście nie do odparcia.

Friedrich Nietzsche, Filozofia w epoce Greków

Książka ta mówi o stanach duszy, definiuje je, określa ich rolę. Opisuje, w jaki sposób je przeżywamy i jak nas wzbogacają lub jak przez nie cierpimy.

Podkreśla, że przeczucia poetów poprzedziły i pogłębiły wiedzę psychologów.

Ale przede wszystkim pokazuje, jak różne nastroje mogą poprawić nasze samopoczucie i rozszerzyć horyzonty: dopomóc nam, abyśmy stali się bardziej przenikliwi, mądrzejsi, a nawet szczęśliwsi.

Dziewczynka, która się przewraca

Już od małego byłaś wrażliwa. Poruszały cię drobiazgi, przygnębiały lub wprawiały w zachwyt: jakiś gest, jakieś słowo, czyjaś smutna twarz, przepływająca chmurka czy szmer wiatru.

Przez dłuższy czas te potknięcia duszy ci przeszkadzały. Wolałabyś mieć mniej wrażliwości, a więcej pogody ducha. Starałaś się dorosnąć, a te reakcje małej dziewczynki wprawiały cię w zakłopotanie w dorosłym życiu. Nie bardzo wiedziałaś, co z nimi zrobić. Próbowałaś zamykać oczy i iść dalej swoją drogą, nie zważając na te maleńkie codzienne zadraśnięcia. Czułaś, że mogą być wstrząsające, ale nie życzyłaś sobie, by tobą wstrząsały.

Stopniowo nauczyłaś się akceptować drobne wydarzenia, które nas poruszają i pobudzają. A także akceptować wszystkie stany duszy, szczęśliwe lub bolesne, które rodzą się pod ich wpływem, podążają ich śladem. Nastroje są tym, co w nas pozostaje, gdy już przejedzie pociąg życia. Możemy wtedy stanąć, by nasłuchiwać, patrzeć, odczuwać. Ty przecież lubisz zatrzymać się na chwilę… Wreszcie zrozumiałaś i pogodziłaś się z tym: nastroje tworzą naszą najsilniejszą więź ze światem. Teraz często ci się wydaje, że twoja dusza zaczęła istnieć, głębiej oddychać. Wciąż jeszcze nie wiesz, co to takiego „twoja dusza”, ale masz niejasne przeczucie, że „to” istnieje. I wiesz także, że w życiu można być wrażliwym, a zarazem pogodnym. Dzięki tym krótkim błahym chwilom powolutku się zmieniłaś. Dzięki wiązkom istnienia, piórkom życia spadającym z nieba. Cicha metamorfoza: oto opowieść o jednym z tych wydarzeń, które cię uskrzydlają i odmieniają.

Czekasz na przyjaciela lub na autobus. Zapomniałaś, na kogo lub na co czekałaś, ale pamiętasz samo oczekiwanie. Dokładnie widzisz w wyobraźni miejsce, gdzie stałaś, kolor nieba, sklep po drugiej stronie ulicy. Widzisz jakiegoś ojca nadjeżdżającego rowerem z córeczką – mała, pięcio- czy sześcioletnia, ślicznie wygląda w plastikowym kasku – siedzącą na tylnym siodełku, starannie przypiętą i przepasaną.

Tata zsiada z roweru i chcąc zaczepić blokadę antywłamaniową o barierkę, przytrzymuje go tylko jedną ręką. Pochyla się: rower przewraca się razem z dziewczynką, uwięzioną w siodełku. Wyraźnie dostrzegasz jej buzię w chwili, gdy czuje, że spada, i nawet napotykasz jej wzrok. Wydaje ci się, że w jej oczach odczytujesz wszystko: zdziwienie, strach, pełną niedowierzania rozpacz. Mój tata, któremu bezgranicznie ufam, zapomina o mnie, zostawia mnie i pozwala mi upaść?

Ojciec od razu ją podnosi; nic jej się nie stało, nie zrobiła sobie krzywdy: duże siodełko, w którym była uwięziona, skutecznie ją osłoniło. Zresztą nawet nie płacze. Zakłopotany i zawstydzony ojciec delikatnie ją podnosi, mówi parę słów na pocieszenie, odpina ją, całuje, bierze w ramiona. Po czym oboje się oddalają. Dziewczynka wcale nie płacze z powodu tego, co jej się przydarzyło, ale też się nie śmieje. Ma niewyraźną, nieco zasmuconą minę. W każdym razie tak ci się wydaje. Patrzysz, jak odchodzą. Trzymają się za ręce. Wbijasz wzrok w te dwie mocno ściskające się dłonie. Co ciekawe, ten uścisk podnosi cię na duchu. Czyżbyś też najadła się strachu?

Czujesz, że jesteś w dziwnym stanie. Nie, nie boisz się. Teraz już nie. Zresztą wszystko potoczyło się tak szybko, że nie zdążyłaś się przestraszyć. A teraz twoje serce napełnia smutek, spokojny, lecz dojmujący smutek. Jednocześnie nasuwa ci się mnóstwo spostrzeżeń. Skąd te niewspółmierne do sytuacji nastroje? Przecież nie byłaś świadkiem zawalenia się Twin Towers!

Opanowujesz się i zamierzasz zadzwonić z komórki, by uprzedzić o swoim spóźnieniu. Ale ręka odmawia ci posłuszeństwa. Twoje ciało kpi sobie z tego, że się spóźnisz. Twój mózg też. Wszystko ci mówi: odpuść, to bez znaczenia, dlaczego koniecznie chcesz – jak zwykle – przejść do czegoś innego? Pozostań przy tym. Twój wzrok szuka jeszcze dziewczynki i jej ojca, którzy oddalają się i znikają za rogiem ulicy. Wzdychasz. Ale co takiego naprawdę widziałaś? Dlaczego przerażone i strapione spojrzenie małej – przez sekundę – wywołało w twoim umyśle cały ten zamęt? Cały ten zamęt…

 

Zastanawiasz się i zaczynasz rozumieć albo sądzisz, że zaczynasz rozumieć. W każdym razie uspokaja cię i dobrze ci robi, gdy wracasz do tego myślą. Dochodzisz do wniosku, że wcale nie było to banalne wydarzenie, o nie. Zaobserwowałaś przebłysk lęku. Widziałaś dziecko, które czuło się bezpiecznie i które nagle spostrzegło, że wcale nie jest bezpieczne. Może utożsamiłaś się z dziewczynką? Albo z jej ojcem? Mówisz sobie (dziwna rzecz): to tak, jakbym wraz z nią spadła z roweru ja sama i cała ludzkość. W duchu wzruszasz ramionami: co to za delirium współczucia? Wreszcie do ciebie dociera: „A gdyby już na zawsze straciła do niego zaufanie?”. Do niego i do wszystkich? A gdyby ten z pozoru mikroskopijny incydent miał nieodwracalne następstwa?

Nie podoba ci się ta myśl. Próbujesz dołączyć do obrazu małej upadającej dziewczynki obraz rączki mocno ściskającej dłoń taty. Tak lepiej. Zauważasz, że z trudem łapiesz oddech. Powoli nabierasz w płuca więcej powietrza. Tak lepiej. No właśnie, oddychaj głęboko, dobrze ci to zrobi, jesteś zbyt wrażliwa. Czujesz się lepiej, ale wciąż myślisz: „Ona jest podobna do mnie, nigdy tej chwili nie zapomni. Chwili trwogi. A co z tym zrobi później? Nikt nie zgadnie”.

Och, zaczynają ci ciążyć te rozmyślania! Postanowiłaś nie czekać na autobus – tak, teraz sobie przypominasz, czekałaś na autobus. Pójdziesz piechotą. Ruszasz przed siebie, widząc wciąż oczyma wyobraźni to, co przeżyłaś. Maszerujesz, maszerujesz, oddychasz, zaczynasz myśleć o tym, co cię dzisiaj czeka. Wracasz do realnego świata. Lub go opuszczasz. Ach tak: trzeba zadzwonić. Komórka! Gdzie ona jest? W torebce… Potykasz się o jakąś nierówną płytę pośrodku chodnika.

Pogrążona w myślach omal nie upadłaś. Ty też. Uśmiechasz się. Idziesz dalej.

część pierwsza

Istnienia

Nastroje tworzą naszą najsilniejszą więź ze światem

Chociaż nienamacalne, nie znaczy to, że nie istnieje.

Chociaż subtelne, nie znaczy to, że nie sprawia bólu.

Chociaż skomplikowane, nie znaczy to, że nie można zrozumieć.

Chociaż nastroje są tym wszystkim naraz i nam umykają, nie zrezygnujemy z ich tropienia.

Wód biegnących wiotkie bóstwa

Dają włosom spływać ładnie

Mijaj ścigaj a nie ustań

Śliczną marę której pragniesz

Guillaume Apollinaire, Klotylda

Rozdział 1

Nastroje: jak je rozumieć?

Bo przecież ja nic innego nie robię, tylko chodzę i namawiam młodych spośród was i starych, żeby się ani o ciało, ani o pieniądze nie troszczył jeden z drugim przede wszystkim, ani tak bardzo jak o duszę, aby była jak najlepsza.

Platon, Pochwała Sokratesa

Co to takiego, nastroje?

Wszystko to, co sobie uświadamiam, gdy oderwę się od automatyzmów dnia powszedniego, gdy zaniecham „działania” i pozwolę sobie poobserwować, co się dzieje we mnie. Szkopuł w tym, jak to obserwować, skoro nastroje są w ciągłym ruchu; niewątpliwie dlatego mówi się o nich w liczbie mnogiej. Po angielsku – stream of affects: strumień, fala emocji.

Nastroje to echo we mnie tego, co właśnie przeżywam, lub tego, co przeżyłem, lub tego, czego nie przeżyłem, lecz chciałbym przeżyć. To także wszystko, co mi wciąż chodzi po głowie, mimo że sobie powiedziałem: dobra, stop, przestań o tym myśleć.

Krótko mówiąc, nastroje to wiele różnych doznań.

Zrozumieć nastroje

Pojęcie nastrojów nie wchodzi w zakres psychologii naukowej; wypływa raczej z poezji i zdrowego rozsądku. A jednak jest to rzeczywistość psychologiczna: każdy rozumie, o co chodzi. Jako psychiatra myślę, że chodzi o wygodne pojęcie, użyteczne w moim zawodzie, nawet jeśli jest poetyckie i mgliste. Ale czy mój zawód psychiatry nie jest czasem właśnie poetycki i mglisty? Zresztą jeśli się dobrze zastanowić, nastroje nie odsyłają nas do rzeczywistości mglistej, lecz złożonej.

Moglibyśmy określić te stany duszy jako świadome lub nieświadome treści mentalne, łączące w sobie stany ciała, subtelne emocje i bezwiedne myśli, które wywierają wpływ na nasze zachowanie. Na ogół poświęcamy im niewiele uwagi i nie czynimy wysiłków, aby je zrozumieć, włączyć do naszych refleksji czy wyciągnąć z nich jakąś korzyść. Na szczęście robią to wszystko same, bez naszego udziału: ich rola, ich wpływ na to, jacy jesteśmy i co robimy, jest ogromny.

Pomyślcie, jak wpływają na was chandry, zmartwienia. Pomyślcie o atakach złości, wyładowanej lub nie, lecz tak często niewspółmiernej do wydarzeń, które ją bezpośrednio spowodowały: czy te ataki nie wynikają z rozpamiętywania urazy, niechęci, upokorzenia lub po prostu z rozczarowania czy niepokoju? Z odczuć roztrząsanych od dawna i tym potężniejszych, że ich sobie nie uświadamialiśmy. Pomyślcie również – nastroje to nie tylko udręka! – o sile, jaką mogą dawać wasze porywy i zachwyty, o lekkości ciała w radosne dni, o przypływach dobrego humoru.

Nastroje to coś więcej niż myśli lub emocje: to ich połączenie. Żadna emocja nie jest wyzuta z myśli, żadna myśl nie obędzie się bez wspomnienia, żadne wspomnienie nie istnieje bez emocji itd. Nastroje są wyrazem tej wielkiej mieszaniny nieodłącznej od wszystkiego, co się dzieje w nas i wokół nas: mieszaniny emocji i myśli, ciała i ducha, tego, co zewnętrzne, i tego, co wewnętrzne, teraźniejszości i przeszłości. Ta mieszanina jest oczywiście równie bogata, jak złożona: nieczysta, niepowtarzalna, płynna, wciąż powstająca od nowa, nigdy dokładnie taka sama. Jak fale na morzu…

Nastroje to nie tylko natłok myśli, emocji lub wrażeń, lecz także oryginalny twór: zlepek, synteza, której dokonujemy odruchowo, tego, co wewnątrz (stan ciała i wizja świata), i tego, co na zewnątrz (reakcja na wszystko, co nam się przydarza: jesteśmy poruszeni wydarzeniami). W psychice ich rola polega na scalaniu: łączą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w odczuciu ciągłości naszego losu. Są niczym płyn w kąpieli elektrolitycznej: dzięki nim wszystko się roznieca i rozświetla, doznajemy olśnienia lub wyczuwamy groźbę, nasze cierpienia powoli ustępują lub trapią nas ze zdwojoną siłą.

„Czuję, że mimowolnie myślałem o swoim życiu. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale tak było. Sądziłem, że podczas całej tej mojej próżniaczej wędrówki tylko patrzyłem i słuchałem, że nie było w niej nic więcej poza odblaskiem kolejnych obrazów, białym ekranem, na którym rzeczywistość wyświetla kolory i światło zamiast cieni. Ale było coś więcej, choć o tym nie wiedziałem. Była jeszcze moja przecząca sobie dusza. Nawet moja abstrakcyjna obserwacja była przeczeniem”1. W tym krótkim fragmencie swej wspaniałej Księgi niepokoju Fernando Pessoa pokazuje nam, jak nastroje wciąż istnieją, bez naszego udziału. Uświadamiamy je sobie bardziej lub mniej jasno, a w każdym razie są zawsze dostępne, jeśli tylko zechcemy dokonać introspekcji. Stąd ich znaczenie dla „życia wewnętrznego”, w którym znajdowałoby swoisty oddźwięk „życie zewnętrzne” (chociaż oczywiście te sprawy są trochę bardziej złożone i zawikłane). Nastroje towarzyszą każdej naszej działalności. Wypełniając formularz, myślisz, że go zwyczajnie wypełniasz. Skądże znowu – już się z pewnością pojawiają mniej lub bardziej chwiejne nastroje: rozdrażnienie stratą czasu na te papierzyska, lęk, by nie popełnić błędów, chęć przebywania gdzie indziej, być może nawet jakieś wspomnienia z dzieciństwa żmudnych lekcji odrabianych przy stole… Jak psychiczna prognoza meteorologiczna, nasze nastroje zapowiadają mentalną pogodę, piękną lub ponurą, niekiedy stabilną przez parę dni, niekiedy zmieniającą się kilka razy dziennie…

Wszystko, co pozostaje w nas po przejeździe pociągu życia

Inna właściwość nastrojów: remanencja. Polega ona na częściowym utrzymywaniu się jakiegoś zjawiska po zniknięciu jego przyczyny. Z natury rzeczy nastroje trwają dłużej niż sytuacje, które je usprawiedliwiają lub które je wywołały. Często też mają charakter nawracający: ich ponowne pojawianie się, analizowane z niezwykłą przenikliwością wiele dni lub nawet lat później, przydaje między innymi uroku powieściom Marcela Prousta: „Czy tylko moment przeszłości? Znacznie więcej chyba; coś, co będąc wspólnym i dla przeszłości, i dla teraźniejszości jest czymś o wiele istotniejszym niż one”2. Nastroje to ślad wyżłobiony przez nasze czyny i gesty, wszelkie szczeliny, którymi nasza przeszłość lub nasze oczekiwania przedostają się do teraźniejszości. Wszystko to, co pozostaje po przejeździe pociągu życia.

Chcąc opisać nastroje, mamy do dyspozycji liczne słowa: „stany umysłu”, „humory”, „uczucia”. Anglicy mówią o feeling, mood. W literaturze naukowej terminem najbardziej mi odpowiadającym, najbardziej adekwatnym, jest ten, którego używa specjalista w dziedzinie neurologii Antonio Damasio. Mówi on o „uczuciach drugoplanowych”3, a określenie to ma tę zaletę, że przypomina o ich dyskrecji. Ale nastroje brzmią ładniej, prawda?

Do swoich nastrojów możemy podchodzić bardzo różnie. Często musimy się zatrzymać. Przestać robić to, co w danej chwili robimy: pracować, biegać, pomstować na świat… Nasze nastroje wciąż istnieją, jak podkład dźwiękowy. Zatrzymujemy się i słuchamy, tak jak w lesie, gdy przystajemy i nadstawiamy ucha: wtedy słyszymy szum wiatru, drzew, świergot ptaków, wszystkie leśne odgłosy. Po prostu zatrzymać się i poobserwować, co w nas szemrze – często z początku to wystarczy. Potem, jeśli chcemy posunąć się trochę dalej, musimy nauczyć się uważniej słuchać i obserwować swoje nastroje, na przykład poprzez medytację, o której będziemy mówić, lub pisanie dla siebie, o którym również będzie mowa. Jest wiele technik i praktyk, które pozwolą nam zagłębić się w swoje stany duchowe, nauczą nas, jak je obserwować, rozkładać na czynniki pierwsze, abyśmy następnie łatwiej się im poddali. W medytacji zen istnieje piękna metafora – wodospadu: każdy z nas może obserwować własne nastroje, cały czas trzymając się w pobliżu, podobnie jak spacerowicz, który wśliznął się za wodospad i chwilowo znajduje się w kryjówce między skałą i tryskającym strumieniem – trochę zmoczony, trochę drżący, ale bezpieczny i ukontentowany. Jedno z ćwiczeń w medytacji zwanej medytacją uważności polega na tym, by położyć się na boku i przyglądać się, jak przepływają nastroje, analizować je, rozumieć, nie próbując jednak zatrzymać ich fali. Komu przyszłoby na myśl odciąć spadającą wodę?

Subtelność i złożoność nastrojów

Kiedy poprosiłem swoich bliskich, by mi podali jakieś przykłady nastrojów, najpierw przyszło im do głowy, że to musi być coś pozytywnego lub negatywnego. Przykłady nastrojów pozytywnych: być w dobrym humorze, czuć się spokojnym, odprężonym, „cool”… Przykłady nastrojów negatywnych: mieć chandrę, być w złym humorze, być zatroskanym…

Ale bardziej znamienna dla nastrojów jest subtelna mieszanina, owe stany pośrednie, w których elementy przyjemne łączą się z akcentami bolesnymi4.

Ta mieszanina wyraźnie się uwidacznia w tęsknocie: ów „melancholijny żal za czymś, co minęło”5, łączy w sobie słodycz (przyjemne wspomnienia) i ból (z powodu tego, co minęło). Przypominamy sobie, uśmiechamy się, lecz cierpimy z powodu wspomnienia… Tęsknota jest wystarczająco przyjemna, by się w niej pogrążyć, by pomimo wszystko często do niej wracać. Odrobina smutku odgrywa w niej taką samą rolę jak sól w potrawie.

Również rozczarowanie jest typowym nastrojem. Ma swoje źródło we wspomnieniu pokładanego w kimś zaufania, co powinno być przyjemne (obdarzanie kogoś zaufaniem dobrze nam robi: oznacza, że mamy w swoim otoczeniu niezawodnych ludzi), lecz jest skażone tym, co spowodowało zawód (uchybienie lub zdrada): rozczarowanie to nie tylko emocjonalne cierpienie, lecz także podważenie naszej wizji świata. Mieliśmy zaufanie, a teraz nie jest to już możliwe. Rzecz dziwna (dla kogoś, kto nie zna nastrojów), rozczarowanie pozostawia często słodko-gorzki posmak, daje bowiem, w pewnym sensie, bolesną satysfakcję, pewność (a pewność zadowala nas bardziej niż wątpliwość): „Spodziewałem się tego, mogłem się spodziewać…”. Jest ono nastrojem sprawiającym najpierw ból dotkliwy, w którym emocje górują nad myśleniem, a potem ćmiący, gdy rana zadana przez emocje ustępuje miejsca smutnemu oglądowi świata.

 

Inny pasjonujący i złożony nastrój: poczucie winy. Ktoś bliski prosi o pomoc, my odmawiamy, ponieważ komplikuje nam to życie i nie wydaje się wcale takie ważne. Nasza odmowa zostaje przyjęta bez komentarza. Widzimy, że pokrzyżowaliśmy temu komuś plany, a może nawet sprawiliśmy przykrość. Wiemy jednak również, że nie stało się nic strasznego, że tamten poradzi sobie inaczej. Tyle że… ta krótka wymiana zdań wywołała poczucie winy. Zastanawiamy się, czy słusznie postąpiliśmy, odmawiając. Czy ta odmowa nie kłóci się z naszym systemem wartości. Dyskomfort. Smuci nas to także, bo mamy wrażenie, że zadaliśmy ból, nadszarpnęliśmy więź, na której nam zależało. Pretensja do samego siebie, że nie byliśmy bardziej dyspozycyjni, bardziej uczynni. Następnie rozdrażnienie, że nie umiemy być bardziej egoistyczni: nich to wszyscy diabli! Irytacja na tamtego, który nas o coś poprosił: przedtem mieliśmy spokój, my o nic nie prosiliśmy! Potem znowu wyrzuty sumienia: chęć, by cofnąć się wstecz i wyrazić zgodę, by nie czuć się tak źle, jak się właśnie czujemy. Nagle zaczyna nas męczyć ta konieczność dokonywania wyboru, podejmowania wszystkich tych decyzji. Szczypta niepokoju: a jeśli kiedyś ja sam będę musiał poprosić o pomoc i mi jej odmówią? A jeśli będę w tarapatach i nikt mi nie pomoże? Po pewnym czasie mamy dość tego rozpamiętywania, próbujemy myśleć o czym innym. Ale gdzie tam… Nie sądzisz chyba, że twoje nastroje natychmiast miną, skoro tak postanowiłeś?!

Nie, wcale tak zwyczajnie nie przejdą. Zwłaszcza poczucie winy, które odgrywa istotną rolę w naszej psychice: zmusza nas do ponownego przemyślenia niektórych decyzji krzywdzących dla innych. Poczucie winy apeluje do naszego sumienia i skłania do refleksji: czy tych cierpień, które (być może) spowodowałem, nie można było uniknąć? I jak? Zbyt małe poczucie winy robi z nas egocentryków. A zbyt duże – chorobliwych wrażliwców. Czy czyni nas lepszymi? Jestem skłonny tak myśleć, ale nie wszyscy są tego zdania. Oto co mówił na ten temat Theodore Dreiser, amerykański pisarz zwalczający kapitalizm: „Sumienie? Nigdy nie powstrzymuje od popełnienia grzechu. Przeszkadza jedynie rozkoszować się nim w spokoju”. Dobre i to…

I wreszcie wszystkie te nastroje, których nikt nigdy nie nazwał! Pamiętam jednego z przyjaciół, który opowiadał mi, jak obiecano mu awans na prestiżowe stanowisko, wymagające jednak ciężkiej pracy i dyplomacji, a on poczuł się jednocześnie podniecony, mile połechtany i zaniepokojony. Jak nazwać tę mieszaninę? A kiedy się dowiedział, że w końcu nie dostał tego stanowiska – jak mi wyjaśnił – poczuł, że po raz drugi przeżywa jakąś „dziwaczną huśtawkę nastrojów” (według jego słów), jednocześnie rozczarowania i ulgi: czy ten stan nosi jakąś nazwę? A przecież zdarza się tak często! Są też nastroje, jakie wywołuje w nas muzyka: kto nazwie, byśmy mogli je dzielić, to dziwne uczucie głębokiego, intensywnego szczęścia, uśmierzonego tragizmu, jakie może nam dać dźwięk violi da gamba6? Czasem nikt, i bardzo dobrze, że niektóre nastroje pozostają nienazwane w tym świecie, gdzie wszystko jest sklasyfikowane i oznakowane. Niekiedy udaje się to genialnym pisarzom, a wtedy lektura ich tekstów jest dla nas olśnieniem: to, co niejasno przeczuwaliśmy, zostaje sprecyzowane, wydobyte na jaw. Niewątpliwie udało się to Proustowi w słynnym fragmencie przedstawiającym, jak niespokojne dziecko kładzie się spać: „Jedyną moją pociechą, kiedy szedłem się kłaść, była nadzieja, że mama przyjdzie mnie uściskać, skoro będę w łóżku. Ale to dobranoc trwało tak krótko, mama wracała tak prędko na dół, że chwila, w której słyszałem, jak lekki szelest jej ogrodowej sukni z niebieskiego muślinu, obszytej plecionką ze słomkowej taśmy, zbliża się do mnie, potem mija korytarz z podwójnymi drzwiami, była dla mnie chwilą bolesną. Chwila ta zwiastowała ową drugą, która miała po niej nastąpić: gdy mama mnie opuści, gdy zejdzie z powrotem na dół. Dochodziłem do pragnienia, aby to dobranoc, które tak lubiłem, przyszło jak najpóźniej; aby się przeciągał czas, gdy mama jeszcze nie przyszła”7. Z niezwykłą uwagą śledzi chwilę obecną, uświadamiając sobie najmniejsze poruszenia swojego umysłu: Proust pozostaje niezrównanym eksploratorem nastrojów. Pisarze wszystko zrozumieli i wszystko opisali na długo przed psychiatrami… Freud mówił na ten temat: „Wszędzie, dokąd poszedłem, był już przede mną jakiś poeta”8.