Immortaliści

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Immortaliści
Immortaliści
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Immortaliści
Immortaliści
Audiobook
Czyta Filip Kosior
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Wieczorem Simon wraca pociągiem do mieszkania. Na samo wspomnienie warg Roberta jest tak podniecony, że nie jest w stanie o niczym myśleć – nie może doczekać się chwili, kiedy wejdzie do mieszkania i natychmiast zacznie się dotykać, szarpać, przywołując wspomnienie niewysłowionej intensywności tego pocałunku. Dopiero w połowie ulicy zauważa radiowóz zaparkowany przed jego domem.

O maskę opiera się policjant. Szczupły, rudowłosy, niewiele starszy od niego.

– Simon Gold?

– Aha – przytakuje Simon, zwalniając kroku.

Gliniarz otwiera tylne drzwi auta i kłania się teatralnie.

– Zapraszam.

– Co? Jak to?

– Porozmawiamy na komendzie.

Simon chce zadać więcej pytań, ale obawia się, że tym samym dostarczy policjantowi nowych wiadomości – jeśli nie wie, że Simon jest nieletni, lecz mimo to pracuje w Purp, to od niego się nie dowie. Ledwie jest w stanie przełknąć ślinę; coś twardego wielkości pięści utkwiło mu w gardle, coś jak figa. Tylne siedzenie jest z twardego czarnego plastiku. Rudy siada w fotelu na przedzie, odwraca się, patrzy podejrzliwie na Simona i zasuwa dźwiękoszczelną ściankę. Kiedy parkują przed komisariatem przy Mission Street, policjant prowadzi go do środka przez labirynt pomieszczeń pełnych umundurowanych mężczyzn. W końcu wchodzą do małego pokoju przesłuchań z plastikowym stolikiem i dwoma krzesłami.

– Siadaj – nakazuje glina.

Na blacie stoi odrapany czarny telefon. Facet jedną ręką wyjmuje z kieszeni koszuli pognieciony świstek, a drugą wciska guziki telefonu. Podaje Simonowi słuchawkę, ale on tylko patrzy niechętnie na odbiornik.

– A ty co, ciemny? – pyta policjant.

– Spieprzaj – mamrocze Simon.

– Coś ty powiedział?

Facet chwyta go za barki i popycha. Krzesło odsuwa się ze zgrzytem, Simon ledwo utrzymuje równowagę. Kiedy wraca do stołu i sięga po słuchawkę, czuje pulsowanie w lewym ramieniu.

– Halo?

– Simon.

Kogo innego się spodziewał? Simon ma ochotę walnąć się w głowę za własną głupotę.

Gliniarz i ból w barku natychmiast rozpływają się w nicość.

– Mama – mówi.

To okropne: Gertie płacze tak samo jak na pogrzebie Saula, zanosi się ciężkim szlochem prosto z trzewi, jakby próbowała pozbyć się jakiegoś uczucia, które utkwiło jej głęboko w żołądku.

– Jak mogłeś? Jak mogłeś mi to zrobić?

Simon krzywi się boleśnie.

– Przykro mi.

– Przykro. W takim razie rozumiem, że zaraz się spakujesz i wrócisz do domu.

W jej głosie brzmi gorycz, którą słyszał już wcześniej, ale nigdy w stosunku do siebie. Jego pierwsze wspomnienie: miał dwa lata i leżał na kolanach matki, a ona przeczesywała mu loki palcami. Jak aniołek, gruchała. Cherubinek. Tak, zostawił ich – wszystkich – ale ją najbardziej.

A jednak.

– Naprawdę mi przykro. Że to zrobiłem, że cię zostawiłem. Ale nie mogę… Ja nie… – urywa, próbuje jeszcze raz. – Ty wybrałaś własną drogę w życiu, mamo. Ja też chcę żyć po swojemu.

– Nikt nie wybiera sobie życia. A już na pewno nie ja. – Gertie śmieje się zgrzytliwie. – Wiesz, jak to tak naprawdę wygląda? Podejmujesz decyzje. A potem one podejmują następne. Twoje decyzje zaczynają decydować. Idziesz na studia – Boże kochany, kończysz szkołę – i już przechylasz szalę na swoją korzyść. A to, co ty teraz wyprawiasz… Pojęcia nie mam, co z tobą będzie. Ty też tego nie wiesz.

– Ale właśnie o to chodzi. Nie przeszkadza mi to. Wolę nie wiedzieć.

– Dałam ci czas – oznajmia Gertie. – Powiedziałam sobie, tylko poczekaj. Jeśli poczekasz, to wróci mu rozum. Ale nic z tego.

– Mamo, ja mam rozum. Właśnie dlatego tu jestem.

– A czy chociaż raz pomyślałeś o sklepie?

Simonowi robi się gorąco.

– Na tym ci zależy?

– Nazwa – mówi Gertie, głos jej się załamuje. – Zmieniła się nazwa. Już nie Zakład Modniarski Golda, tylko Milavetza. Arthur go przejął.

Simona zalewa fala wstydu. Ale przecież to Arthur zawsze zachęcał Saula do bardziej postępowego podejścia. Fasony, w których specjalizował się Saul – gabardynowe spodnie, garnitury o szerokich klapach i nogawkach – były już na wylocie, kiedy Simon się urodził. Czuje pewną ulgę na myśl, że w rękach Arthura zakład nie przestanie istnieć.

– Arthur będzie dobrym szefem. Firma utrzyma się na rynku, będzie na czasie.

– Nie obchodzą mnie sukcesy. To na rodzinie mi zależy. Pewne rzeczy po prostu należy zrobić dla ludzi, którzy zrobili to samo dla ciebie.

– Ale czasami trzeba coś zrobić tylko dla siebie.

Nigdy wcześniej nie odezwał się tak do matki, ale teraz aż go skręca, żeby ją przekonać. Wyobraża sobie Gertie oglądającą go w Akademii. Myśli, jak oklaskiwałaby go z opuszczanego pluszowego krzesełka, widząc jego skoki i piruety.

– O, tak. Mnóstwo rzeczy robisz dla siebie. Klara powiedziała mi, że jesteś teraz tancerzem.

Ze słuchawki wylewa się tak dosadne obrzydzenie, że gliniarz zanosi się śmiechem.

– Owszem – mówi Simon, patrząc na niego niechętnie. – No i?

– Nie rozumiem. W całym życiu ani dnia nie przetańczyłeś.

Co Simon miałby jej powiedzieć? Dla niego to stanowi taką samą zagadkę: jak coś, co dawniej nie miało dla niego najmniejszego znaczenia, przez co czuje ból, wyczerpanie, a nierzadko wstyd, stało się dla niego ścieżką do czegoś zupełnie nowego. Kiedy obciąga stopę, cała jego noga wydłuża się o parędziesiąt centymetrów. Podczas wyskoków zawisa w powietrzu długie minuty, jakby wyrosły mu skrzydła.

– No cóż, teraz tańczę.

Po drugiej stronie słychać długi, spazmatyczny wydech. Gertie milknie. A w tej ciszy – którą w innych okolicznościach matka wypełniłaby kolejnymi argumentami albo nawet groźbami – Simon słyszy swoją wolność. Gdyby w Kalifornii ucieczka z domu była nielegalna, już siedziałby w kajdankach.

– Skoro podjąłeś decyzję – oznajmia w końcu matka – to nie chcę, żebyś wracał.

– Nie chcesz… co?

– Nie chcę – mówi Gertie powoli i wyraźnie – żebyś tu wracał. Podjąłeś decyzję. Zostawiłeś nas. Więc teraz z tym żyj. Zostań sobie tam.

– Jezu, mama – mamrocze Simon, przyciskając telefon do ucha. – Nie dramatyzuj.

– Podchodzę do tego bardzo realistycznie, Simon. – Następuje krótka przerwa, gdy Gertie wciąga powietrze. A potem Simon słyszy ciche kliknięcie i w słuchawce zapada martwa cisza.

Oszołomiony ściska telefon w dłoni. Czy nie tego właśnie chciał? Matka się go zrzekła, dała mu świat, o którym tak gorąco marzył. A mimo to kłuje go nagły strach: filtr spadł z soczewki, zniknęła siatka bezpieczeństwa. Kręci mu się w głowie od przerażającej niezależności.

Gliniarz odprowadza Simona do wyjścia. Kiedy wychodzą przed komendę, rudy chwyta go za koszulkę na karku i szarpie do góry z taką siłą, że Simon aż staje na palcach.

– Uciekinierzy. Wiesz co, rzygać mi się przez was chce.

Simon zachłystuje się powietrzem. Szuka na betonie oparcia dla stóp. Oczy policjanta mają kolor whisky, okalają je rzadkie rzęsy. Policzki ma usiane piegami. Na czole, tuż przy linii włosów, widać zbitkę małych okrągłych blizn po trądziku.

– Kiedy byłem mały – mówi glina – codziennie zwalały się tu tabuny ludzi. Sądziłem, że w końcu się połapiecie, że nikt was tu nie chce, ale wy dalej przyjeżdżacie i zatykacie cały system jak smalec w odpływie. Nie robicie ze swoim życiem nic pożytecznego, tylko pasożytujecie na tym mieście. Ja urodziłem się na Sunset, tak samo jak moi rodzice i ich rodzice, i tak dalej, aż do pierwszych krewnych, którzy przyjechali tu z Irlandii, i nawet nie liczę tych, którzy po drodze padli z głodu. Wiesz, co sobie myślę? – Gliniarz nachyla się bliżej, wargi ma ściśnięte w różowy supeł. – Zasługujecie na to, co się z wami dzieje.

Simon wyrywa się z uchwytu, zanosi się kaszlem. Kątem oka widzi rudą smugę, która po chwili wyostrza się i przeistacza w jego siostrę. Klara stoi u stóp schodów, ma na sobie czarną sukienkę mini z poduszkami na ramionach i bordowe martensy. Włosy powiewają za nią niczym peleryna. Wygląda jak superbohaterka, jak posągowa bogini zemsty. Jak ich matka.

– Co ty tu robisz? – dyszy Simon.

– Benny powiedział mi, że widział radiowóz. Tu jest najbliższa komenda. – Klara wbiega po granitowych stopniach i zatrzymuje się tuż przed policjantem. – Co ty, kurwa, robisz z moim bratem?

Gliniarz mruga, widać, że go zatkało. Coś przeskakuje między nim a Klarą, Simon nie może tego zobaczyć, ale czuje: iskry, żar, wściekłość rozgrzana jak kawałek metalu. Kiedy Klara obejmuje Simona ramieniem, młody policjant aż kurczy się w sobie. Wygląda tak heterycko, tak bardzo nie pasuje do tego nowego świata San Francisco, że Simonowi prawie robi się go szkoda.

– Jak się nazywasz? – pyta Klara. Mrużąc oczy, przygląda się malutkiej przypince na niebieskiej koszuli gliniarza.

– Eddie – mówi policjant, unosząc brodę. – Eddie O’Donoghue.

Ręka Klary na ramionach Simona nawet nie drgnie, niedawne urazy odeszły w zapomnienie. Pod jej skrzydłami Simon czuje się bezpiecznie i myśli o Gertie, aż coś wzbiera mu w gardle. Ale Eddie nadal wpatruje się w Klarę, policzki ma zaróżowione i nieco sflaczałe, jakby siostra Simona była jakimś mirażem, a nie prawdziwą osobą.

– Zapamiętam – oznajmia Klara.

A potem prowadzi Simona po schodach, zabierając go z komendy w samo serce dzielnicy Mission. Jest prawie trzydzieści stopni. Mijają stragany porozstawiane wzdłuż chodnika, na których obfitość owoców przelewa się jak w Edenie, i nikt nie próbuje ich zatrzymać.

6

Czego się napijesz? – pyta Simon. Przetrząsa maleńką spiżarkę, która tak naprawdę jest tylko szafką z kilkoma rozchybotanymi półkami do przechowywania zapasów trwałych produktów: pudełek z płatkami, puszek zupy, alkoholu. – Mogę ci zrobić wódkę z tonikiem, Danielsa z colą…

 

Październik: rześkie srebrnoszare dni, dynie ustawione na schodkach przed wejściem do Akademii. Ktoś ubrał sztucznego kościotrupa w szpongi i posadził na recepcji. Simon i Robert regularnie wymieniają czułości w Akademii – całują się przed treningiem w męskiej toalecie albo w pustej szatni – ale Robert nigdy wcześniej nie odwiedził Simona w mieszkaniu.

– Nie piję – informuje, zapadając się w turkusowy fotel.

– Nie? – Simon wyciąga głowę z szafki i uśmiecha się szeroko, kładzie dłoń na drzwiczkach. – Na pewno mam tu gdzieś trochę zioła, jeśli wolisz.

– Nie palę takich rzeczy.

– Nic nie masz na sumieniu?

– Nic.

– Z wyjątkiem mężczyzn – podpowiada Simon.

Za oknem w salonie kołysze się gałąź, na chwilę zasłania słońce. Uśmiech znika z twarzy Roberta jak zdmuchnięty.

– To nie jest żaden grzech.

Wstaje i podchodzi do umywalki, mijając Simona bez słowa. Nalewa sobie szklankę wody z kranu.

– Ej, stary. To ty masz ciśnienie, żeby trzymać te sprawy w tajemnicy.

W Akademii Robert nadal rozgrzewa się samotnie na uboczu. Raz zdarzyło się, że Beau zobaczył ich, jak wychodzili razem z toalety, włożył oba małe palce do ust i gwizdnął przeciągle, ale kiedy potem próbował podpytywać Simona, ten zamarkował niewinne zaskoczenie. Wyczuwa, że Robert nie byłby zadowolony, gdyby zaczął o tym rozpowiadać. A te chwile z Robertem – jego niski, szemrzący śmiech, jego dłonie na twarzy Simona – są zbyt wspaniałe, by tak lekkomyślnie je zaprzepaścić.

Robert opiera się o umywalkę.

– To, że o tym nie mówię, nie znaczy, że robię z tego tajemnicę.

– Co za różnica? – Simon zahacza palcami wskazującymi o szlufki w spodniach Roberta. Nigdy nie sądził, że będzie miał dość odwagi na taki gest, ale San Francisco to narkotyk. Mieszka tu dopiero pięć miesięcy, ale ma wrażenie, że jest o dziesięć lat starszy.

– Kiedy przychodzę do studia, jestem w pracy – wyjaśnia Robert. – Nie dzielę się życiem prywatnym z szacunku – do miejsca pracy i do ciebie.

Simon przyciąga go bliżej, aż naciskają na siebie biodrami. Przysuwa wargi do jego ucha.

– Nie musisz mnie szanować. Zeszmać mnie.

– Nie chcesz tego – śmieje się Robert.

– Chcę. – Simon rozpina mu spodnie i wpycha dłoń do środka. Chwyta penisa Roberta i ściska, poruszając dłonią w górę i w dół. Jeszcze ani razu nie uprawiali seksu.

Robert robi krok w tył.

– Daj spokój. Nie bądź taki.

– Jaki?

– Łatwy.

– Fajny – poprawia go Simon. – Stanął ci.

– No więc?

– Więc? – powtarza Simon. Więc o to chodzi, chce powiedzieć, więc proszę, daj. Ale z jego ust wypada coś zupełnie innego. – Więc zerżnij mnie jak zwierzę.

Ten reporter z „Chronicle” mu tak kiedyś powiedział. Robert wygląda, jakby znowu miał się roześmiać, ale zamiast tego krzywi wargi w grymasie.

– Wiesz, że to, co tu robimy, ty i ja, to nic złego, prawda? Nie ma w tym nic złego.

Gorąco rozlewa się Simonowi po szyi.

– No pewnie, że wiem.

Robert zgarnia kurtkę z oparcia turkusowego fotela i wkłada jednym ruchem.

– Na pewno? Bo czasami poważnie się zastanawiam.

– Ej – woła za nim Simon w panice. – Nie wstydzę się, jeśli o to ci chodzi.

Robert przystaje w progu.

– To dobrze – mówi.

Zamyka za sobą drzwi i znika na klatce schodowej.

* * *

Podczas zamachu na Harveya Milka Simon siedzi w garderobie Purp i czeka, aż zacznie się zebranie zespołu. Jest 11.30 rano, poniedziałek – tancerze są niezadowoleni, że musieli tu przyjść w wolnym czasie, i mają pretensje do Benny’ego, który się spóźnia. Dla zabicia czasu włączają telewizor. Lady leży na ławce z zimnymi torebkami herbaty na oczach; Simonowi przepadły poranne zajęcia w Akademii. Wszystkich przytłacza ponura bezsilność: zaledwie tydzień temu Jim Jones zaprowadził tysiące członków swojej sekty w Gujanie na śmierć.

Cały ekran wypełnia twarz Diane Feinstein, która oznajmia drżącym głosem:

– Mam w obowiązku poinformować, że burmistrz George Moscone oraz radny Harvey Milk zostali postrzeleni ze skutkiem śmiertelnym.

Na te słowa Richie krzyczy tak głośno, że Simon zrywa się z krzesła. Colin i Lance są sztywni i oniemiali, ale Adrian i Lady zanoszą się łzami. Kiedy Benny wreszcie się pojawia, jest blady i udręczony; wszystkie ulice wokół kompleksu Civic Center zostały zablokowane, więc utknął w korku. Oczy ma różowe i zapuchnięte. Purp będzie dziś zamknięty. Wieszają na drzwiach czarny szal Lady, a wieczorem razem z całym Castro idą na marsz.

Jest późny listopad, ale ulice rozgrzewa ciepło tysięcy ciał. Tłum jest tak potężny, że Simon musi iść okrężną drogą, żeby kupić świeczki.

Sprzedawca daje mu dwanaście w cenie dwóch, a do tego papierowe kubeczki, żeby płomień nie zgasł na wietrze. W kilka godzin dołącza do nich pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Marsz do ratusza prowadzi dźwięk jednego bębna, a ci, którzy płaczą, robią to w milczeniu. Twarz Simona jest śliska od łez. Chodzi o Harveya, ale też o coś więcej. Ten tłum, niczym dzieci opłakujące ojca, przypomina Simonowi o jego własnych rodzicach – stracił już oboje. Kiedy Chór Gejów San Francisco śpiewa hymn Mendelssohna – Panie, Ty jesteś naszą ostoją – Simon zwiesza nisko głowę.

Kto jest jego Bogiem, jego ostoją? Simon raczej nie wierzy w Boga, ale z drugiej strony nigdy nie odniósł wrażenia, że Bóg wierzy w niego. Według Księgi Kapłańskiej Simon jest obrzydliwością. Jaki Bóg stworzyłby osobę, której aż tak nie akceptuje? Przychodzą mu do głowy tylko dwie odpowiedzi: albo Boga nie ma w ogóle, albo Simon był pomyłką, spieprzonym eksperymentem. Nigdy nie potrafił ocenić, która możliwość bardziej go przeraża.

Kiedy ociera policzki, orientuje się, że masa żałobników zdążyła pochłonąć pozostałych tancerzy z Purp. Simon rozgląda się w tłumie, aż dostrzega znajomą twarz. Ciepłe, ciemne oczy; srebrny błysk w płatku ucha kołyszący się nad jasną białą świecą. Robert.

Prawie nie rozmawiali od tamtego październikowego wieczoru w mieszkaniu Simona, ale teraz przepychają się przez gęstwinę ciał, wyciągają ku sobie ręce i spotykają się gdzieś pośrodku tego oceanu.

* * *

Kawalerka Roberta kryje się przy jednej ze stromych, krętych uliczek koło Randall Park. Kiedy tylko klucz zgrzyta w zamku, wpadają do przedpokoju, ściągają sobie koszule i grzebią przy sprzączkach pasków. Opadają na podwójne łóżko przy oknie, Simon pieprzy Roberta, a Robert jego. Wkrótce jednak to przestaje przypominać pieprzenie; gdy opada pierwsza fala gorączkowego oszołomienia, Robert jest ciepły i uważny, wchodzi w Simona z takim uczuciem – uczuciem do kogo? Simona? Harveya? – że Simona ogarnia niezwykłe onieśmielenie. Robert bierze penisa Simona w usta i zaczyna ssać. Kiedy podniecenie już niemal go rozsadza, Robert spogląda na niego z dołu. Patrzą sobie w oczy z taką intensywnością, że Simon nachyla się do przodu i bierze głowę Roberta w dłonie, gdy dochodzi.

Już po wszystkim Robert zapala lampkę przy łóżku. Jego mieszkanie nie jest urządzone po spartańsku, jak spodziewał się Simon. Wypełniają je przedmioty znalezione przez Roberta podczas pierwszego międzynarodowego tournée Corps: malowane rosyjskie miski, dwa sznury japońskich żurawi. Nawet prezerwatywy trzyma w maleńkim lakierowanym pudełeczku. Drewniana półka naprzeciwko łóżka jest zapełniona książkami – Sula Toni Morrison, The Football Man Arthura Hopcrafta – a na ścianie wąskiej kuchni wiszą patelnie i garnki. Wejścia do sypialni strzeże kartonowa postać: futbolista naturalnych rozmiarów, w locie chwytający piłkę.

Opierają się o poduszki, żeby zapalić.

– Spotkałem go kiedyś – odzywa się nagle Robert.

– Kogo? Milka?

Robert kiwa głową.

– To było zaraz po tym, jak przegrał swoją drugą kampanię – w siedemdziesiątym piątym? Zobaczyłem go w barze na tej ulicy, gdzie jest sklep z aparatami fotograficznymi. Grupa facetów podniosła go do góry, a on tak się śmiał, że pomyślałem: takiego człowieka potrzebujemy. Kogoś, kto się nie podda. Nie takiego zgorzkniałego dziada jak ja.

– Harvey był od ciebie starszy – Simon się uśmiecha, ale uświadamia sobie, że użył czasu przeszłego, i poważnieje.

– No. Ale się tak nie zachowywał. – Robert wzrusza ramionami. – Widzisz, ja nie chodzę na parady. Ani do klubów. A już na pewno nie do sauny.

– Dlaczego nie?

Robert przygląda mu się uważnie.

– A ilu widziałeś tam takich facetów jak ja?

– Na Castro są też czarni – Simon się rumieni. – Chociaż chyba niewielu.

– No, niewielu. A spróbuj mi jeszcze znaleźć takiego, co tańczy w balecie. – Robert gasi papierosa. – Pamiętasz tego glinę, który cię zgarnął? Pomyśl, co by zrobił, gdybyś wyglądał tak jak ja.

– Coś gorszego – mówi Simon. – Wiem.

Tak bardzo zależy mu na Robercie, że nie ma ochoty mierzyć się z oczywistą różnicą między nimi. Chciałby, żeby homoseksualność ich zrównała. Ale Simon może ukryć swoją orientację. Robert nie ukryje tego, że jest czarny, a w Castro mieszkają prawie sami biali.

Robert zapala kolejnego papierosa.

– A ty dlaczego nie bywasz w saunach?

– Kto powiedział, że nie bywam? – protestuje, ale Robert tylko prycha, więc Simon się śmieje. – Poważnie? Trochę mnie przerażają. Nie wiem, czy bym to udźwignął.

Czy można przedawkować przyjemność? Kiedy Simon wyobraża sobie sauny, ma przed oczami karnawał rozpusty, podziemny świat tak nieskończenie głęboki, że byłby w stanie pochłonąć go na zawsze. Nie okłamuje Roberta – naprawdę boi się, że mógłby tego nie udźwignąć – ale boi się też, że wręcz przeciwnie, jego łakomstwo okaże się nie mieć brzegów ani dna.

– Ta, wiem. – Robert marszczy nos. – Ohyda.

Simon podpiera się na ramieniu.

– To dlaczego przyjechałeś do San Francisco?

Robert unosi brew.

– Przyjechałem do San Francisco, bo nie miałem wyboru. Jestem z Los Angeles. Południowocentralna dzielnica Watts. Słyszałeś o niej kiedyś?

– Tam były zamieszki. – Simon kiwa głową.

W 1965 roku, kiedy Simon miał cztery lata, Gertie zabrała go raz z Klarą do kina, kiedy starsze rodzeństwo było w szkole. Wprawdzie nie przypomina sobie filmu, ale zapamiętał kronikę wyświetlaną zaraz przed nim. Najpierw rozległy się radosne trąbki Universal City Studios, a potem znajomy, rytmiczny głos Eda Herlihy’ego, zupełnie niepasujące do czarno-białego nagrania, które nastąpiło po zapowiedzi. Ciemne ulice pełne dymu, budynki stojące w płomieniach. Muzyka przybrała złowróżbny ton, a Ed Herlihy opisywał czarnych zakapiorów rzucających cegłami, snajperów strzelających z dachów do strażaków, szabrowników wynoszących alkohol i kojce dla dzieci – ale Simon widział tylko policjantów w kamizelkach kuloodpornych, z bronią w ręku, maszerujących przez puste ulice. W końcu pojawiło się dwóch czarnych, ale to nie mogli być ci gangsterzy, o których mówił Ed Herlihy: zakuci w kajdanki szli ze stoickim spokojem w otoczeniu białych funkcjonariuszy, nie stawiając żadnego oporu.

– No. – Robert gasi niedopałek w małym niebieskim naczynku. – W szkole nieźle sobie radziłem – moja mama była nauczycielką – ale moim prawdziwym atutem była siła fizyczna. Futbol, to była moja gra. W liceum zwerbowali mnie do szkolnej reprezentacji, byłem tylnym obrońcą. Mama spodziewała się, że dostanę stypendium sportowe na studia. A kiedy z Missisipi przyjechał rekruter na zwiady, też zacząłem tak myśleć.

Inni faceci nie rozmawiają tak z Simonem. Szczerze mówiąc, z innymi facetami Simon w ogóle niewiele rozmawia, a już na pewno nie o rodzinie. Ale tak to już jest z większością mężczyzn w Castro – unoszą się w czasie jak owady w bursztynie, nie chcą spoglądać za siebie.

– I dostałeś to stypendium? – pyta.

Robert milknie. Przygląda się Simonowi, jakby ważył jakąś myśl.

– Byłem bardzo blisko z takim jednym chłopakiem z drużyny – mówi. – Nazywał się Dante. Ja grałem w obronie, Dante był skrzydłowym. Miałem wrażenie, że jest inny od reszty. A on zauważył, że ja też jakoś się od nich różnię. Przez długi czas do niczego między nami nie doszło, aż do trzeciej klasy liceum, do ostatniego treningu poza sezonem. Dante był o rok starszy i tego lata wyjeżdżał na stypendium do Alabamy. Domyślałem się, że już więcej się nie zobaczymy. Odczekaliśmy, aż wszyscy wyjdą z szatni, zupełnie nie spieszyliśmy się z przebieraniem w normalne ciuchy. A potem znowu je zdjęliśmy.

 

Robert zaciąga się papierosem i wypuszcza powietrze z płuc. Simon nadal widzi za oknem maszerujący tłum. Każda świeczka oznacza jedną osobę. Migoczą białym światłem jak zakotwiczone gwiazdy.

– Mógłbym przysiąc, że nikogo tam nie było. Ale chyba jednak ktoś wszedł i nas zobaczył. Następnego dnia wykopali mnie z drużyny, a Dante stracił stypendium. Nawet nie pozwolili nam zabrać naszych rzeczy z szatni. Ostatni raz widziałem go na przystanku autobusowym. Miał czapkę naciągniętą mocno na oczy. Szczęka aż mu drżała. I patrzył, jakby chciał mnie zabić.

– Jezu. – Simon poprawia się na łóżku. – Co się z nim potem stało?

– Grupa chłopaków z drużyny go dopadła. Mnie też, ale nie załatwili mnie tak jak jego. Byłem wyższy, silniejszy. W końcu byłem obrońcą, nie? Ale nie Dante. Rozwalili mu twarz, złamali kręgosłup kijem bejsbolowym. A potem zaciągnęli na boisko i przywiązali do ogrodzenia. Powiedzieli, że jeszcze oddychał, kiedy go zostawili, ale jakim trzeba być posranym kretynem, żeby w to uwierzyć?

Simon potrząsa głową. Mdli go z przerażenia.

– Otóż trzeba być sędzią, bo on uwierzył – wyjaśnia Robert. – Uznałem, że oszaleję, jeśli tam zostanę. Dlatego przyjechałem do San Francisco. Zacząłem brać lekcje tańca, bo wiedziałem, że to jedyne miejsce, z którego nie wykopią mnie za pedalstwo. Chłopie, nie ma nic bardziej gejowskiego niż balet. Ale Lynn Swann nie bez powodu ćwiczy taniec. To cholernie ciężka robota. Człowiek robi się od tego silny.

Robert zsuwa się niżej, żeby położyć Simonowi głowę na piersi. Simon go obejmuje. Zastanawia się, co mógłby zrobić, żeby uspokoić Roberta, dać mu poczucie bezpieczeństwa – czy ścisnąć go za rękę, może coś powiedzieć, pogładzić po świeżo ogolonej głowie. Ta nowo podarowana odpowiedzialność w niczym nie przypomina bzykania: jest bardziej onieśmielająca, dorosła, otoczona o wiele większym polem ryzyka.

* * *

W kwietniu Gali dzwoni do Simona i nakazuje przyjechać do teatru, jak najszybciej. Simon łapie taksówkę, nie zwracając uwagi na koszt, wsiada z torbą sportową w ramionach. Gali czeka na niego przed drzwiami na scenę.

– Eduardo zaliczył kontuzję na próbie – oznajmia. – Rozwalił sobie kostkę przy saut de basque. Paskudny wypadek, coś okropnego. Mamy nadzieję, że tylko ją skręcił. Ale nawet jeśli, wypadnie nam na miesiąc. – Wskazuje głową na Simona. – Ty znasz choreografię.

To nie jest pytanie, to oferta pracy w Narodzinach Człowieka. Simonowi serce podchodzi do gardła.

– No… tak, znam. Ale nie…

Chce powiedzieć: Nie jestem dostatecznie dobry.

– Będziesz na końcu szeregu – przerywa mu Gali. – Nie mamy wyboru.

Simon idzie za nim przez długi korytarz do garderoby.

Eduardo siedzi na podłodze z nogą opartą o drewnianą skrzynkę, na kostce trzyma torebkę z lodem. Oczy ma zaróżowione, ale na widok Simona się uśmiecha.

– Przynajmniej nie będziesz potrzebował przymiarek do kostiumu – mówi.

W Narodzinach Człowieka mężczyźni tańczą w samych szpongach. Nawet pośladki mają odkryte. Purp okazuje się dobrym przygotowaniem: Simon nie czuje się zbyt onieśmielony nagością na scenie i może się skoncentrować wyłącznie na tańcu. Światło reflektorów jest tak jasne, że Simon nie widzi publiczności, więc udaje, że na widowni nikogo nie ma: tylko on, Fauzi, Tommy i Beau złączeni wokół Roberta, który przeciska się przez tunel z ich ciał. Przy ukłonach Simon trzyma kolegów za ręce tak mocno, że bolą go dłonie. Nie zmywając scenicznego makijażu łapią taksówkę do QT przy Polk Street. W przypływie euforii Simon chwyta Roberta i całuje go na oczach wszystkich. Tancerze gwiżdżą i klaszczą, a Robert uśmiecha się z taką onieśmieloną satysfakcją, że Simon robi to jeszcze raz.

Jesienią dostaje własną rolę w Dziadku do orzechów Corps, zatytułowanym Niegrzeczne orzeszki. Entuzjastyczna recenzja w „Chronicle” podwaja sprzedaż biletów, a Gali urządza przyjęcie w swoim domu na Upper Haight, żeby uczcić sukces przedstawienia. Pokoje są zastawione meblami z brązowej skóry. Wszędzie unosi się zapach pomarańczy ponabijanych goździkami, które leżą w złotej misie na kominku. Pianista z Akademii gra Czajkowskiego na Steinwayu Galego. Nad każdymi drzwiami wisi jemioła, a szum przyjęcia co jakiś czas punktują radosne piski, kiedy przypadkowe pary są zmuszane do pocałunku. Simon przychodzi razem z Robertem, ubranym w bordową koszulę i eleganckie czarne spodnie; srebrne kółeczko w uchu zastąpił diamentem wielkości ziarenka pieprzu. Przez jakiś czas rozmawiają ze sponsorami przy hors d’oeuvres, aż w końcu Robert wyciąga Simona na korytarz i prowadzi przez oszklone drzwi do ogrodu.

Siadają na ganku. Nawet w grudniu ogród oszałamia bogactwem barw. Otaczają ich drzewka szczęścia, nasturcje i kalifornijskie maki, dość krzepkie, by rosnąć w zimowej mgle. Simon nagle uświadamia sobie, że chciałby mieć takie życie: karierę, dom, partnera. Zawsze zakładał, że to nie dla niego: że jemu jest przeznaczone coś mniej szczęśliwego, coś mniej… hetero. Ale prawda jest taka, że Simon myśli tak nie tylko ze względu na to, że jest gejem. Chodzi też o przepowiednię. Bardzo chciałby wyrzucić ją z pamięci, ale słowa kobiety ciągną się za nim od dzieciństwa. Nienawidzi wróżki za to, że mu to powiedziała, i nienawidzi też siebie za to, że jej uwierzył. Jeśli przepowiednia to kula, jego wiara jest łańcuchem; głosem w jego głowie, powtarzającym: Pospiesz się, szybko, biegnij.

– Dostałem mieszkanie – oznajmia Robert.

W zeszłym tygodniu złożył podanie o mieszkanie przy Eureka Street. Kuchnia, podwórko, kontrolowany czynsz. Simon oglądał je razem z Robertem i zachwycał się zmywarką, pralką, wykuszami.

– Będziesz szukał współlokatora? – pyta.

Nasturcje kołyszą złotymi i czerwonymi główkami. Robert odchyla się na łokciach i uśmiecha szeroko.

– A chcesz być moim współlokatorem?

Sama myśl jest odurzająca: dreszcz przebiega Simonowi po karku.

– Mielibyśmy blisko do studia. Moglibyśmy kupić używany samochód i jeździć razem do teatru na przedstawienia. Zaoszczędzilibyśmy na gazie.

Robert patrzy na Simona, jakby ten właśnie mu powiedział, że ma dziewczynę.

– Chciałbyś ze mną mieszkać, żeby zaoszczędzić na dojazdach.

– Nie! Nie. Nie chodzi o dojazdy. Oczywiście, że nie o to mi chodziło.

Robert potrząsa głową. Nadal się uśmiecha, kiedy patrzy na Simona.

– Nie potrafisz tego przyznać.

– Czego?

– Co do mnie czujesz.

– Pewnie, że potrafię.

– Dobra. To co do mnie czujesz?

– Lubię cię – odpowiada Simon. Odrobinę za szybko.

Robert odrzuca głowę w tył i zanosi się śmiechem.

– Jak ty chujowo kłamiesz – mówi tylko.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?