Immortaliści

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Immortaliści
Immortaliści
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Immortaliści
Immortaliści
Audiobook
Czyta Filip Kosior
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Do końca maja Klara zdążyła wypełnić dziesiątki aplikacji o pracę, ale nikt nie zaprasza jej na rozmowy kwalifikacyjne. Miasto się zmienia, a ona przegapiła wszystko, co najlepsze: hipisów, diggersów, psychodeliczne spotkania w parku Golden Gate. Klara chce grać na tamburynie i słuchać, jak Gary Snyder czyta poezję w Golden Gate, ale teraz roi się tam od dilerów narkotyków i gejów szukających okazji, a hipisi zmienili się w zwykłych bezdomnych. Korporacyjna część San Francisco nie jest zainteresowana Klarą, nie żeby ona była zainteresowana pracą w korporacji. Szuka szczęścia w feministycznych księgarniach w dzielnicy Mission, ale sprzedawczynie z dezaprobatą patrzą na jej zwiewne sukienki. Kawiarnie prowadzą lesbijki, które same wylewały betonowe posadzki i teraz już na pewno nie potrzebują niczyjej pomocy. W końcu Klara niechętnie składa podanie do agencji pracy tymczasowej.

– Musimy coś znaleźć, żeby utrzymać się jakiś czas na powierzchni – mówi. – Coś łatwego, żeby szybko zarobić parę groszy. To nie musi nas w żaden sposób określać.

Simon myśli o klubie na parterze. Kilka razy mijał go nocą, kiedy w środku kłębili się młodzi mężczyźni zalani oślepiającym fioletowym światłem. Następnego dnia pali papierosa przed wejściem i czeka, aż wreszcie do drzwi podchodzi mężczyzna w średnim wieku z pękiem kluczy w dłoni – ma wściekle pomarańczowe włosy i zaledwie metr pięćdziesiąt wzrostu.

– Hej! – Simon zgniata niedopałek podeszwą. – Jestem Simon. Mieszkam na górze.

Wyciąga rękę. Facet przygląda mu się spod zmrużonych powiek, podaje mu dłoń.

– Benny. W czym mogę pomóc?

Simon jest ciekawy, kim był Benny przed przybyciem do San Francisco. Ma na sobie czarne dżinsy, czarne adidasy i czarny T-shirt wpuszczony w spodnie; wygląda jak techniczny z teatru.

– Szukam pracy.

Benny popycha szklane drzwi ramieniem, a potem przytrzymuje stopą, wpuszczając Simona do środka.

– Pracę, co? A ile ty masz lat?

Przechodzi przez puste pomieszczenie, włącza światła, sprawdza wytwornice dymu.

– Dwadzieścia dwa. Mógłbym robić za barem.

Simon sądził, że to zabrzmi dojrzalej niż po prostu „być barmanem”, ale teraz widzi, że się pomylił. Benny uśmiecha się krzywo i podchodzi do baru, zdejmując po kolei ustawione jeden na drugim wysokie stołki.

– Po pierwsze, to proszę mi tu nie ściemniać. Masz siedemnaście, może osiemnaście. Po drugie, nie wiem, skąd się tu wziąłeś, ale w Kalifornii trzeba mieć dwadzieścia jeden lat, żeby „robić za barem”, a ja nie zamierzam stracić koncesji przez jakieś ładne nowe mięsko. Po trzecie…

– Proszę. – Simon jest zdesperowany. Jeśli nie znajdzie pracy, a Gertie nie odpuści, będzie zmuszony wrócić do domu. – Jestem tu nowy, potrzebuję pieniędzy. Mogę robić cokolwiek – myć podłogi, przybijać pieczątki. Mogę…

Benny unosi dłoń.

– Po trzecie. Gdybym już miał cię zatrudnić, to nie stawiałbym cię na barze.

– A gdzie byś mnie postawił?

Benny zatrzymuje się na chwilę, opiera stopę o szczebel u podstawy stołka. Wskazuje na jeden z wysokich fioletowych podestów, rozstawionych w równych odległościach po całej sali.

– Tam.

– Tam? – Simon spogląda na podesty. Mają przynajmniej metr dwadzieścia wysokości i są szerokie na jakieś siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt centymetrów. – I co ja tam będę robić?

– Będziesz tańczyć, synek. Myślisz, że byś sobie poradził?

– Jasne, potrafię tańczyć – uśmiecha się szeroko Simon. – To wszystko?

– To wszystko. Masz fuksa, że Mikey w zeszłym tygodniu zrezygnował. Inaczej nic bym dla ciebie nie miał. Ale masz ładną buzię, a z makijażem… – Benny przekrzywia głowę. – Z makijażem, no, będziesz wyglądał na starszego.

– Z jakim makijażem?

– A jak ci się wydaje? Fioletowa farba. Od góry na dół. – Benny wyciąga z kąta miotłę i zaczyna zamiatać pozostałości ostatniej nocy: powyginane słomki, paragony, fioletowe opakowanie po kondomie. – Zameldujesz się dziś o siódmej. Chłopcy pokażą ci, co dalej.

* * *

Jest ich pięciu, każdy ma własny podest. Richie – czterdziestopięcioletni weteran z nabitymi mięśniami i ogoloną po wojskowemu głową – wypracował sobie miejsce numer jeden, tuż przy oknach. Podest numer dwa naprzeciwko niego zajmuje Lance, świeży przeszczep z Wisconsin – reszta podśmiewa się życzliwie z jego szerokich uśmiechów i okrągłych kanadyjskich „o”. Trójka należy do Lady, blisko dwumetrowego tancerza drag. Na czwórce tańczy Colin, smutnooki i chudy jak poeta. Lady mówi na niego Jezusek. Adrian – diabelsko przystojny, o zupełnie bezwłosym złotobrązowym ciele – rezyduje na podeście numer pięć.

– Szóstka! – woła Lady, kiedy Simon wchodzi do garderoby. – Jak leci?

Lady jest czarna, ma wysokie kości policzkowe i ciepłe oczy w oprawie długich rzęs. Reszta mężczyzn ma na sobie tylko skąpe fioletowe stringi, ale Benny pozwala Lady występować w obcisłej mini ze sztucznej skóry – oczywiście fioletowej – i masywnych obcasach na platformie.

Potrząsa energicznie puszką fioletowego sprayu do ciała.

– Odwróć się, kotku. Ja cię zrobię.

Adrian gwiżdże przeciągle, a uśmiechnięty Simon posłusznie się odwraca. Jest już pijany. Nachyla się do podłogi, wypina tyłek wysoko do góry i potrząsa nim w stronę Lady, która aż piszczy z uciechy. Lance podkręca radio – Chic gra Le Freak – a Adrian wyciąga z kuferka na kosmetyki tubkę fioletowej farby. Maluje Simonowi twarz, rozprowadza mu kolorowy podkład wokół nozdrzy i wzdłuż linii włosów, potem maluje mu uszy. Kończą chwilę przed dziewiątą, kiedy już czas ustawić się jeden za drugim i wparadować na salę.

Mimo wczesnej godziny w Purp jest już gęsto od gości, a Simonowi na chwilę robi się ciemno przed oczami. Nawet w najdzikszych fantazjach o San Francisco nie wyobrażał sobie, że będzie robić coś takiego. Gdyby nie butelka Smirnoffa Klary, już odwróciłby się na pięcie, wybiegł z klubu i popędził prosto do swojego mieszkania niczym statysta-dezerter z gejowskiego porno science fiction. Ale tancerze już się rozdzielają i zajmują swoje miejsca, więc Simon ustawia się za podestem numer sześć. Ponieważ Lady jest najwyższa, podsadza każdego tancerza po kolei, pomagając im wejść na platformy. Richie jest atletyczny i pełen energii: podskakuje w miejscu z pięścią wysoko w górze, czasami kręci nad głową niewidzialnym lasso. Lance jest uroczy, bez przerwy się wygłupia; pod jego platformą stoi już tłumek wielbicieli, pokrzykujących radośnie, kiedy wykonuje taniec kurczaka albo kierowcy autobusu. Colin kołysze się niemrawo, naćpany cytrynkami. Co jakiś czas podnosi ręce i przesuwa dłońmi w powietrzu jak mim. Adrian porusza sugestywnie biodrami, przesuwa dłońmi po kroczu. Simon musi uważać, żeby mu nie stanął od patrzenia.

Nagle pojawia się za nim Lady.

– Gotowy? – szepcze mu do ucha.

– Gotowy – przytakuje Simon i nagle wznosi się ponad tłum. Lady ustawia go na platformie, mocno trzymając go w pasie. Kiedy Lady puszcza, Simon nieruchomieje. Publiczność przygląda mu się z zaciekawieniem.

– Przywitajcie nasz nowy nabytek! – woła Richie z drugiego końca sali.

Tu i tam rozlegają się oklaski, ktoś wyje zachęcająco. Muzyka wzbiera na sile: ABBA śpiewa Dancing Queen. Simon przełyka ślinę. Porusza biodrami w lewo i w prawo, ale jego ruchy nie są tak płynne jak u Adriana; czuje się sztywny i niezdarny, jak pensjonarka na szkolnej potańcówce. Próbuje podskakiwać jak Richie; to przychodzi mu naturalniej, ale chyba wygląda zbyt podobnie. W końcu jedną ręką wskazuje na publiczność, a drugą opiera na biodrze.

– Dawaj, kotku! – woła czarny facet w dżinsowych szortach i białym podkoszulku. – Wysil się!

Simonowi robi się sucho w ustach.

– Spokojnie – odzywa się za jego plecami Lady. Nie odeszła jeszcze na własną platformę. – Opuść ramiona.

Nie zdawał sobie sprawy, że barki ma podniesione aż do uszu. Kiedy je rozluźnia, od razu uwalnia szyję. Nogi ma swobodniejsze. Łagodnie kołysze biodrami. Odrzuca głowę. Wsłuchuje się w muzykę, zamiast naśladować innych tancerzy, i nagle jego ciało odnajduje własny rytm, tak samo jak podczas biegania. Serce bije mu żywo, ale miarowo. Cały jest jak naelektryzowany, od czubka głowy aż po palce u stóp, poddaje się muzyce.

* * *

Kiedy następnego dnia przychodzi przed zmianą, Benny jest zajęty wycieraniem baru.

– I jak mi wczoraj poszło?

Benny unosi brwi, ale nie podnosi wzroku.

– Poszło.

– To znaczy?

Simon nadal czuje mrowienie adrenaliny na myśl, że tańczył z pięknymi, wyrzeźbionymi mężczyznami. Na samo wspomnienie bycia adorowanym. Przez jedną krótką chwilę w garderobie miał przyjaciół. Nie myślał o domu, o matce, ani co ojciec sądziłby o tej klienteli.

Benny wyciąga spod baru gąbkę i zaczyna szorować zaschniętą plamę z syropu cukrowego.

– Tańczyłeś już kiedyś?

– Jasne, że tańczyłem.

– A gdzie?

– W klubach.

– Aha, w klubach. Jak nikt ci się nie przyglądał, co? Zupełnie anonimowo w tłumie ludzi? No cóż, teraz na ciebie patrzą. A moi chłopcy? Oni potrafią tańczyć. Są dobrzy. Więc ty – Benny wskazuje na Simona gąbką – musisz za nimi nadążać.

Ta uwaga kłuje dumę Simona. Dobra, może z początku był trochę sztywny, ale pod koniec wieczoru przecież już bujał się tak samo jak reszta, nie?

– A Colin? – pyta zuchwale, naśladując mimozowate ruchy kolegi. – On nadąża?

– Colin ma manierę – wyjaśnia Benny. – Artystowskie cioty na niego lecą. Ty też musisz mieć jakiś pomysł na siebie. Nie wiem, co ty próbowałeś wczoraj zrobić. Wierciłeś się, jakbyś miał mrówki w gaciach. To się nie sprawdzi.

 

– Ale przecież mam formę. Dużo biegam.

– No i? Biegać może każdy. Barysznikow, Nuriejew – wystarczy tylko spojrzeć, oni nie biegają. Oni szybują w powietrzu. I dlatego są artystami. Dobrze wyglądasz, bez dwóch zdań, ale goście spodziewają się po nas pewnego poziomu. Będziesz potrzebował czegoś więcej, niż tylko ładnej buzi, żeby się tu utrzymać.

– Czyli czego jeszcze?

Benny wypuszcza powietrze.

– Osobowości. Charyzmy.

Simon przygląda się, jak Benny otwiera kasę i liczy wczorajszy utarg.

– Więc mnie zwalniasz?

– Nie, nie zwalniam. Ale chciałbym, żebyś poszedł na zajęcia. Nauczył się ruszać. Na rogu Church i Market jest szkoła, uczą baletu. Przychodzi tam sporo chłopaków, więc nie będziesz siedział z panienkami.

– Balet? – śmieje się Simon. – Weź, chłopie. To nie moja bajka.

– A myślisz, że tutaj jest twoja bajka? – Benny wyciąga z kasy dwa grube pliki banknotów i owija je recepturkami. – Nie czujesz się swobodnie, synek. To fakt. Co ci szkodzi zrobić jeszcze jeden krok?

4

Z zewnątrz Akademia Baletowa San Francisco prezentuje się niepozornie: widać tylko wąskie białe drzwi. Simon wspina się po wysokich schodach, skręca w prawo na piętrze i zatrzymuje się w małej recepcji: trzeszczący biały parkiet, żyrandol nastroszony od kurzu. Nie spodziewał się, że na balecie może być tak głośno, ale tancerki trajkoczą z ożywieniem, rozciągając się pod ścianą, a mężczyźni w czarnych getrach pokrzykują do siebie i rozmasowują uda. Recepcjonistka zapisuje go na 12.30, poziom mieszany – „Pierwsze zajęcia są bezpłatne” – i wręcza mu parę czarnych baletek z kosza na rzeczy znalezione. Simon przysiada, żeby wciągnąć je na stopy. Kilka chwil później przeszklone drzwi otwierają się gwałtownie. Z sali wylewa się strumień nastolatek w granatowych kostiumach, z włosami ściągniętymi w tak ciasne koczki, że aż unoszą im brwi. Za nimi Simon widzi studio, większe niż stołówka w jego dawnej szkole. Przyciska się do ściany, żeby przepuścić dziewczęta. Musi zaprząc całą siłę woli, żeby nie rzucić się do wyjścia.

Tancerze chwytają swoje torby i butelki z wodą, po czym spokojnym krokiem ruszają na salę. To stare, dostojne pomieszczenie z wysokim sufitem i wyślizganym parkietem. Na podwyższeniu stoi fortepian. Uczniowie chwytają metalowe stojaki z drążkami do ćwiczeń i niosą je spod ścian na środek sali, podczas gdy do studia wchodzi starszy mężczyzna. Później Simon dowie się, że to dyrektor Akademii, Gali – izraelski emigrant, który tańczył w San Francisco Ballet, zanim kontuzja pleców pogrzebała jego karierę. Wygląda na niecałą pięćdziesiątkę, ma zamaszysty krok i zbite ciało gimnastyka. Ma ogoloną głowę i nogi i jest ubrany w kasztanowy jednoczęściowy kostium z krótkimi nogawkami, odsłaniający gładkie uda oplecione węzłami mięśni.

Kiedy kładzie dłoń na drążku, na sali zapada cisza.

– Pierwsza pozycja – mówi Gali, rozsuwając stopy tak, że dotykają się piętami. – Przygotowujemy obie ręce, i proszę: raz, plié, wyprost, dwa. Ramię – góra, trzy, dół do grand plié, cztery, ręce en bas – pięć, góra na siedem. Tendu do drugiej pozycji na osiem.

Równie dobrze mógłby mówić po holendersku. Zanim kończą z przysiadami, Simona palą już kolana, czuje skurcze w stopach. Z upływem czasu ćwiczenia robią się coraz mniej zrozumiałe: dégagés i ronds de jambe, palce u nóg zataczają szerokie kręgi na podłodze, potem w powietrzu; pirouettes i frappés; développés – noga odchodzi od ciała, po czym składa się z powrotem – i grand battements, przygotowujące biodra i ścięgna do dalekich skoków. Po czterdziestu pięciu minutach morderczej rozgrzewki Simon nie wyobraża sobie ćwiczyć jeszcze drugie tyle, ale tancerze odnoszą drążki z powrotem pod ścianę i ustawiają się w centrum, jak mówi na to Gali, po czym zaczynają wykonywać ćwiczenia w rzędach. Gali przechadza się tam i z powrotem, wykrzykując rytmiczne nonsensy: „Pa-raa-pi-RUM! Pam-paa-ri-RUM!”, ale podczas piruetów pojawia się przy Simonie.

– Matko kochana. – Oczy ma ciemne i zapadnięte, ale rozżarzone jak węgle. – W pralni był strajk?

Simon ma na sobie tę samą pasiastą koszulkę z kołnierzykiem, w której przyjechał do San Francisco, a do tego szorty do biegania. Po skończonych zajęciach pędzi do męskiej toalety, ściąga czarne baletki – podeszwy stóp już ma spuchnięte – i wymiotuje prosto do muszli.

Wyciera usta papierem toaletowym i opiera się o ścianę, dysząc ciężko. Nie zdążył zamknąć za sobą drzwi do kabiny; jakiś tancerz wchodzi do środka i zatrzymuje się w pół kroku. To bez dwóch zdań najpiękniejszy mężczyzna, jakiego Simon widział na żywo: wygląda jak wyrzeźbiony z onyksu, ma skórę w kolorze głębokiej czerni. Jego twarz jest okrągła, o kościach policzkowych zakrzywionych niczym skrzydła. Z jednego ucha zwisa mu maleńkie srebrne kółeczko.

– Hej – dyszy mężczyzna, ocierając pot z czoła. – Wszystko okej?

Simon przytakuje i niezdarnie przeciska się obok niego w drzwiach. Schodzi ostrożnie po ciągnących się w nieskończoność schodach i wypada oszołomiony na Market Street. Na dworze jest osiemnaście stopni, wieje wiatr. Pod wpływem impulsu Simon ściąga koszulkę i wyciąga ręce nad głowę. Czuje na piersi chłodny wiatr. Niespodziewanie rozsadza go euforia.

Właśnie dokonał aktu pięknego masochizmu, czegoś trudniejszego nawet od półmaratonu, który pokonał, kiedy miał piętnaście lat: wzgórza, łomot stóp i Simon pośrodku tego wszystkiego, chwytający łapczywie powietrze w biegu wzdłuż rzeki Hudson. Przesuwa palcami po czarnych baletkach, które wetknął do tylnej kieszeni spodenek. Wydaje mu się, że buty z niego szydzą. Musi stać się jak inni tancerze: sprężysty, dostojny, niezłomnie silny.

* * *

W czerwcu Castro kwitnie. Ulotki o Propozycji 6 szeleszczą na chodnikach jak liście; kwiaty w skrzynkach przelewają się i kipią w takiej obfitości, że prawie blokują drogę przechodniom. Dwudziestego piątego czerwca Simon idzie na Paradę Wolności razem z innymi tancerzami z Purp. Nie miał pojęcia, że w całym kraju istnieje tylu homoseksualistów, a co dopiero w jednym mieście. Jest ich tu dwieście pięćdziesiąt tysięcy, wszyscy oklaskują otwierającą pochód formację lesbijek na motorach Dykes on Bikes, ludzie krzyczą z radości, kiedy pierwsza tęczowa flaga wystrzela do góry z gęstego tłumu. Harvey Milk wychyla się przez szyberdach jadącego volvo.

– Jimmy Carter! – ryczy Milk do czerwonego megafonu, wysoko nad kipiącym oceanem mężczyzn. – Mówisz o prawach człowieka! W tym kraju mieszka od piętnastu do dwudziestu milionów homoseksualistów. Kiedy przypomnisz sobie o ich prawach?

Simon całuje Lance’a, potem Richiego i wskakuje na niego, oplatając kolegę nogami w szerokiej, muskularnej talii. Po raz pierwszy w życiu chodzi na randki – tak na to mówi, choć zwykle kończy się tylko na seksie. Z tancerzem go-go z I-Beam i z baristą z Café Flore – mrukliwym Tajwańczykiem, który tak mocno leje Simona po tyłku, że chłopak jeszcze po kilku godzinach ma czerwone pośladki. Pewnego razu spędza cztery rozkoszne dni w Dolores Park z meksykańskim uchodźcą, który bez reszty zawraca mu w głowie; czwartego ranka Simon budzi się sam obok miękkiej zielono-różowej czapki Sebastiana i już nigdy więcej go nie widzi. Ale jest tylu innych: ćpun na odwyku z Alapahy w stanie Georgia; czterdziestoparoletni reporter z „Chronicle”, zawsze na spidzie; steward z Australii, posiadacz największego fiuta, jakiego Simon w życiu oglądał.

W tygodniu Klara wstaje przed siódmą i wkłada jedną z dwóch nijakich beżowych garsonek z lumpeksu. Rano agencja pracy wysyła ją do firmy ubezpieczeniowej, a popołudniami na recepcję w gabinecie dentystycznym. Klara wraca w tak złym humorze, że Simon unika jej, dopóki siostra nie wypije pierwszego drinka. Klara mówi, że nienawidzi pracy u dentysty, ale to nie tłumaczy rozdrażnienia, z jakim patrzy na Simona, kiedy on wdzięczy się przed lustrem albo wraca ze zmiany w Purp – oszołomiony, w ekstazie, ze strużkami fioletowej farby spływającymi po nogach. Simon zastanawia się, czy chodzi o wiadomości na automatycznej sekretarce. Codziennie dochodzą nowe: rozpaczliwe monologi Gertie, Daniel perorujący tonem prawnika i coraz bardziej zdesperowane prośby Varyi, która przeprowadziła się z powrotem do domu po ostatnich egzaminach.

– Simon, jeśli nie wrócisz, będę musiała odłożyć magisterkę – mówi Varya drżącym głosem. – Ktoś musi zostać z mamą. Tylko nie rozumiem, dlaczego to zawsze mam być ja.

Czasami Simon podchodzi do Klary, kiedy siostra ćwiczy jakąś nową sztuczkę ze sznurkiem albo kartą, błagając, żeby chociaż ona okazała mu zrozumienie.

– To twoja rodzina – mówi Klara, kiedy Simon kończy swój wywód. – W końcu będziesz musiał z nimi porozmawiać.

Nie teraz, myśli Simon. Jeszcze nie teraz. Jeśli odbierze telefon, ich głosy wedrą się do ciepłego, miękkiego oceanu, w którym Simon się unosi, i wyszarpną go – przemoczonego, zdyszanego – na suchy ląd.

Kiedy w lipcowe poniedziałkowe popołudnie wraca z Akademii do domu, zastaje Klarę siedzącą na materacu, z jedwabnymi szalami w dłoniach. Na ramie okna za jej plecami wisi zdjęcie matki Gertie, tej dziwnej kobiety, której drobna postać i płomienne spojrzenie zawsze wytrącały Simona z równowagi. Przypomina mu czarownicę z baśni – nie żeby było w niej coś złowieszczego. Po prostu nie wygląda ani jak dziecko, ani jak dorosła, kobieta czy mężczyzna. Jest zawieszona gdzieś pomiędzy.

– Co ty tu robisz? – pyta. – Nie powinnaś być w pracy?

– Rzucam ją.

– Rzucasz – powtarza powoli Simon. – A dlaczego?

– Bo nienawidzę tego robić. – Klara wciska jedwabną chustkę w lewą pięść. Kiedy wyciąga materiał z drugiej strony, materiał zmienia kolor z czarnego na żółty. – To chyba oczywiste.

– No, to musisz znaleźć inną pracę. Sam nie zarobię na czynsz.

– Mam tego świadomość. I znajdę. Jak myślisz, dlaczego ćwiczę? – mówi, machając szalem w stronę Simona.

– Nie bądź śmieszna.

– Spieprzaj. – Klara chwyta oba szale i chowa je do czarnego pudełka. – Uważasz, że tylko ty masz prawo robić to, co chcesz? Dajesz dupy połowie miasta. Występujesz w klubie ze striptizem i tańczysz balet, a ja nie mówię ci ani słowa. Jesteś ostatnią osobą, która ma prawo mnie powstrzymywać.

– Ale zarabiam pieniądze, nie zauważyłaś? Wywiązuję się ze swoich obowiązków.

– Wy, geje z Castro. – Klara pokazuje mu środkowy palec. – Nie myślicie o nikim, tylko o sobie.

– Co? – Słowa siostry zapiekły; Klara nigdy nie zwraca się do niego w taki sposób.

– Pomyśl, Simon. Nie widzisz, jakie seksistowskie jest Castro? Gdzie tu są kobiety? Widziałeś gdzieś jakieś lesbijki?

– A co ci to przeszkadza? Jesteś teraz lesbijką?

– Nie. – Klara potrząsa głową, nagle smutniejąc. – Nie jestem lesbijką. Ale nie jestem też gejem. Ani nawet facetem hetero. Więc gdzie jest moje miejsce?

Kiedy ich oczy się spotykają, Simon odwraca wzrok.

– Skąd niby mam wiedzieć?

– A ja? Jeśli zacznę własny show, będę mogła przynajmniej powiedzieć, że spróbowałam.

– Własny show?

– Tak – ucina ostro Klara. – Nie liczę, że zrozumiesz, Simon. Nie spodziewam się, że zainteresuje cię cokolwiek poza tobą samym.

– To ty mnie namówiłaś, żebyśmy tu przyjechali! Naprawdę sądziłaś, że tak po prostu nas puszczą? Że pozwolą nam sobie tutaj zostać, bez dyskusji?

Klara zaciska mocno zęby.

– Nie o tym myślałam.

– A o czym?

Policzki Klary przybrały barwę spalonego koralu, jaką zwykle prowokuje tylko Daniel. Klara się nie odzywa, jakby pozwalała Simonowi napawać się zwycięstwem. To do niej niepodobne – zwykle się nie hamuje. A już na pewno nie unika kontaktu wzrokowego, tak jak teraz, kiedy zapina czarne pudełko z większą uwagą, niż to konieczne. Simon myśli o ich rozmowie na dachu w tamtą majową noc. Moglibyśmy jechać do San Francisco, powiedziała, jakby dopiero co zaświtała jej ta myśl, jakby sama niezupełnie wiedziała, co robi.

– Właśnie na tym polega problem – mówi Simon. – Ty nigdy nie myślisz. Dobrze wiesz, jak się w coś wpakować i jak zawlec mnie ze sobą, ale ani przez chwilę nie zastanawiasz się nad konsekwencjami – a może zdajesz sobie z nich sprawę, ale olewasz to, dopóki nie jest za późno. A teraz chcesz jeszcze mnie o to obwiniać? Skoro jesteś taka nieszczęśliwa, to dlaczego nie wrócisz do domu?

Klara wstaje i rusza do kuchni. W zlewie piętrzy się tyle brudnych naczyń, że musieli zacząć zostawiać kolejne na blacie. Odkręca wodę, chwyta gąbkę i zaczyna szorować talerze.

 

– Ja wiem dlaczego – oznajmia Simon, idąc za nią. – Bo to by oznaczało, że Daniel miał rację. Że nie miałaś żadnego planu, nie potrafisz poradzić sobie sama, bez nich. Że przegrałaś.

Próbuje ją sprowokować – opanowanie siostry jest dla niego trudniejsze do zniesienia niż najgorszy wybuch złości – ale Klara nie otwiera ust, tylko ściska gąbkę tak mocno, że aż bieleją jej kostki.

* * *

Simon wie, że zachowuje się samolubnie. Ale myśli o rodzinie codziennie szumią mu z tyłu głowy. W pewnym sensie to dla nich nadal chodzi na zajęcia w Akademii: chce udowodnić, że jego życie to nie tylko rozpusta, że jest też zdolny do dyscypliny i pracy nad sobą. Każdy jego wyskok, wyrzut nogi, idealny obrót jest napędzany poczuciem winy.

Oczywiście ironia polega na tym, że Saul byłby zbulwersowany, gdyby usłyszał, że jego syn uczy się baletu. Ale Simon wierzy, że gdyby ojciec żył i przyszedł zobaczyć go na treningu, przekonałby się, jakie to trudne. Sześć tygodni zajęła mu nauka wspinania się na czubki palców, jeszcze dłużej opanowywał sztukę stawiania stóp w pierwszej pozycji tak, by tworzyły jedną poziomą linię. Pod koniec lata ból w całym ciele zaczął ustępować. Simon zdołał sobie zapracować na większą porcję uwagi Galego. Podoba mu się rytm studia i to, że ma dokąd pójść. Zdarzają się ulotne chwile, kiedy studio przypomina mu dom, i nie jest jedynym wychowankiem Akademii, który szuka tu swojego miejsca. Jest też Tommy, zachwycający siedemnastolatek, dawniej uczeń londyńskiej Royal Ballet; jest Beau z Missouri, który potrafi zrobić osiem obrotów w jednym piruecie; Eduardo i Fauzi, bliźniacy z Wenezueli, którzy przyjechali na północ na stopa w ciężarówce z transportem soi.

Wszyscy czterej należą do grupy tanecznej Akademii – Corps. W większości grup baletowych tancerze dostają role nijakich blond książąt albo robią za meble do podtrzymywania tancerek – ale Gali tworzy współczesną, akrobatyczną choreografię, więc na dwanaścioro członków Corps aż siedmiu to mężczyźni. Wśród nich jest Robert, na którego Simon wpadł pierwszego dnia, gdy wymiotował w toalecie. Od tamtej pory unika kontaktu wzrokowego, ale Robert chyba nawet tego nie zauważył: przed treningiem inni tancerze rozciągają się wspólnie, ale on rozgrzewa się sam pod oknem.

– Snob – prycha Beau.

Kończy się sierpień; zimne wiatry przyniosły do Castro mgłę znad Sunset, Simon nadal nosi czarne getry, ale na białą koszulkę wkłada bluzę. Kręci prawą stopą, krzywiąc się, gdy strzela mu w kostce.

– Ktoś wie, co to za jeden?

– W sensie chcesz wiedzieć, czy jest pedałem? – upewnia się Tommy, tłukąc się pięściami w górę i w dół po udach.

– Pytanie za milion dolarów – mruczy Beau. – Gdybym tylko wiedział.

Roberta wyróżnia nie tylko jego samotnicza natura. Wyskakuje o kilometr wyżej niż reszta, w obrotach dorównuje mu tylko Beau („Kutas”, mruczy pod nosem Beau, kiedy Robert wykonuje ośmiokrotny piruet, przebijając go o dwa obroty) – no i oczywiście jest czarny. Ale Robert jest nie tylko czarnym facetem w białym Castro. Jest też czarnym baletmistrzem, a to jeszcze rzadsze zjawisko.

Simon zostaje po zajęciach, żeby popatrzeć, jak Robert ćwiczy Narodziny Człowieka – to najnowsze dzieło Galego. Pięciu mężczyzn układa ciała w tunel: dotykają się zgiętymi kolanami, wykręcają plecy, splatają ramiona nad głowami. Robert jest Człowiekiem. Przeciska się wzdłuż tunelu, prowadzony przez Beau, położnego. Pod koniec Robert wynurza się z ludzkiej tuby i tańczy rozdygotane solo, zupełnie nagi z wyjątkiem ciemnobrązowych stringów.

Corps wystawia spektakle w teatrze eksperymentalnym na Fort Mason, który znajduje się w jednym z odremontowanych baraków wojskowych w zatoce San Francisco. Kiedy przenoszą tam próby do przedstawienia, Simon przychodzi pomagać: robi notatki dla Galego albo przykleja taśmą oznaczenia dla tancerzy na scenie. Pewnego popołudnia Simon wychodzi na zewnątrz i widzi Roberta, palącego papierosa na doku. Tancerz słyszy kroki Simona, odwraca się i kiwa mu głową, dość przyjaźnie. To nie do końca wygląda jak zaproszenie, ale nogi same niosą Simona w jego stronę. Wchodzi na dok i przysiada na krawędzi.

– Palisz? – Robert podsuwa mu paczkę.

– Jasne. – Simon jest zaskoczony; Robert jest znany ze świra na punkcie zdrowia. – Dzięki.

Mewy krążą im nad głowami, nawołują; słonawy zapach wody wypełnia Simonowi nozdrza. Odkasłuje.

– Świetnie wypadłeś.

Robert potrząsa głową.

– Męczę się z tymi tours.

Tours jetés? – upewnia się Simon; czuje ulgę, że zdołał zapamiętać tę nazwę. – Jak dla mnie wyglądały fantastycznie.

– Łagodnie mnie oceniasz.

– Wcale nie. Taka jest prawda. – Natychmiast żałuje, że to powiedział. Zabrzmiał jak jakiś rozmaślony wielbiciel.

– Okej. – Oczy Roberta lśnią. – W takim razie co mógłbym poprawić?

Simon desperacko szuka odpowiedzi – mógłby się z tego wykluć nawet flirt – ale w jego oczach technika Roberta jest bezbłędna.

– Mógłbyś być milszy – mówi zamiast tego.

Robert marszczy brwi.

– Uważasz, że nie jestem miły.

– Niespecjalnie. Sam się rozgrzewasz. Nigdy się do mnie nie odezwałeś. Chociaż z drugiej strony – dodaje po chwili – ja też nigdy do ciebie nie zagadałem.

– Rozumiem – mówi Robert. Siedzą chwilę w przyjaznej ciszy. Drewniane mola leżą na wodzie jak pnie drzew. Co jakiś czas na którymś z nich przysiada ptak, skrzeczy władczo, a po chwili odlatuje z ciężkim trzepotem skrzydeł. Simon przygląda się temu, kiedy nagle Robert się odwraca, opuszcza głowę i całuje go w usta.

Simon jest oszołomiony. Siedzi nieruchomo, jakby najmniejsze drgnięcie miało sprawić, że Robert zerwie się do lotu tak jak mewa. Jego wargi są rozkosznie pełne; smakuje potem, papierosami i odrobinę solą. Simon zamyka oczy. Gdyby nie siedział, zmiękłyby mu kolana i osunąłby się prosto do wody. Kiedy Robert się odsuwa, Simon wychyla się do przodu, jakby chciał znów pochwycić jego usta, i prawie traci przy tym równowagę. Robert ze śmiechem kładzie mu dłoń na ramieniu, chroniąc przed upadkiem.

– Nie wiedziałem… – Simon potrząsa głową. – Nie wiedziałem… że ci się podobam.

Już miał powiedzieć: że lubisz facetów. Robert wzrusza ramionami, ale to nie jest lekceważący gest. Widać, że się nad czymś zastanawia, wzrok ma nieobecny, ale skupiony na jakimś punkcie pośrodku zatoki. Potem znów spogląda na Simona.

– Ja też nie wiedziałem.