Immortaliści

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Immortaliści
Immortaliści
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Immortaliści
Immortaliści
Audiobook
Czyta Filip Kosior
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie jedź – szepcze.

– Muszę, Si.

– Co tam niby na ciebie czeka?

– Kto wie? – Oczy Klary są szkliste ze zmęczenia, jej źrenice wydają się lśnić własnym blaskiem. – Właśnie o to chodzi.

Wstają i składają koce.

– Powinieneś jechać ze mną – dodaje Klara, spoglądając na niego z ukosa.

– Jasne – śmieje się Simon. – Opuścić dwa lata szkoły? Mama by mnie zabiła.

– Nic ci nie zrobi, jeśli będziesz dość daleko.

– Nie mogę.

Klara podchodzi do krawędzi dachu i opiera się o balustradę. Nadal ma na sobie puszysty niebieski sweter i dżinsowe szorty z poszarpanymi brzegami. Nie patrzy na niego, ale Simon czuje na sobie ciężar jej uwagi, Klara aż drży, jakby wiedziała, że tylko udając nonszalancję, będzie mogła powiedzieć to, co właśnie zamierza.

– Moglibyśmy jechać do San Francisco.

Simon traci na chwilę oddech.

– Nie mów tak.

Kuca, żeby podnieść poduszki, bierze po jednej pod każde ramię. Ma metr siedemdziesiąt dwa, tyle samo co Saul, zwinne, umięśnione nogi i smukłą pierś. Jego pełne, różowe wargi i ciemnoblond loki – spadek po jakimś dawno pogrzebanym aryjskim przodku – zaskarbiają mu sympatię dziewcząt z klasy, ale jego interesuje zupełnie inna publiczność.

Waginy nigdy go nie interesowały: ich kapuściane fałdy, długi korytarz ukryty w głębi ciała. Simon pragnie pchnięć fiuta, silnego naporu, wyzwania rzuconego przez ciało podobne do jego własnego. Tylko Klara o tym wie. Kiedy rodzice spali, ona i Simon często wymykali się przez okno, Klara chowała do torebki ze sztucznej skóry gaz pieprzowy i złazili po schodach pożarowych na ulicę. Chodzili do Le Jardin posłuchać Bobby’ego Guttadaro albo jechali metrem na 12 West, do starej hurtowni kwiatów przerobionej na dyskotekę. Właśnie tam Simon poznał tancerza go-go, który opowiedział mu o San Francisco. Siedzieli w ogrodzie na dachu, a tancerz opowiadał, że San Francisco ma radnego geja, jest tam wydawana gejowska gazeta, geje mogą wszędzie pracować i uprawiać seks, kiedy chcą, bo nie ma tam żadnego prawa zakazującego sodomii.

– Nawet sobie nie wyobrażasz – powiedział, a Simon od tamtej pory nie był w stanie myśleć o niczym innym.

– Dlaczego nie? – Klara się odwraca. – Okej, mama byłaby zła. Ale przecież widzę, jakie życie cię tu czeka, Si, i nie chcę, żeby cię to spotkało. Ty też nie. Jasne, mama chce, żebym poszła na studia, ale już to ma z Dannym i Vi. Musi zrozumieć, że nie jestem taka jak ona. A ty nie jesteś tatą. Jezu, ty przecież nie możesz zostać krawcem. Krawcem! – Przerywa, jakby zależało jej, by te słowa wybrzmiały. – To wszystko nie tak. To niesprawiedliwe. Więc daj mi jeden powód. Jeden dobry powód, dla którego nie miałbyś zacząć żyć.

Kiedy tylko Simon pozwala sobie na tę myśl, prawie robi mu się słabo. Manhattan powinien być jego oazą – są tu gejowskie kluby, nawet sauny – ale on boi się stworzyć sobie nową tożsamość w miejscu, które zawsze było jego domem. Faygelehs, mruknął kiedyś Saul, spoglądając z niechęcią na trzech smukłych mężczyzn, wnoszących bizantyjską wręcz kolekcję instrumentów do mieszkania, na które Singhów nie było już stać. Obelżywe określenie w jidysz przejęła od Saula Gertie i choć Simon udawał, że nie słyszy, za każdym razem miał wrażenie, że rodzice mówią o nim.

W Nowym Jorku Simon żył dla nich, ale w San Francisco mógłby żyć dla siebie. I wprawdzie niechętnie do tego wraca – a tak naprawdę wręcz obsesyjnie unika tematu – teraz pozwala sobie na tę myśl: co, jeśli kobieta z Hester Street miała rację? Samo wspomnienie sprawia, że Simon widzi swoje życie w innym świetle; wszystko wydaje mu się pilne, rozmigotane, drogocenne.

– Jezu, Klara. – Simon dołącza do siostry, kładzie dłonie na barierce. – Ale co ty będziesz z tego miała?

Słońce wznosi się nad horyzont w głębokiej czerwonej łunie, Klara spogląda na nie, mrużąc oczy.

– Ty możesz jechać tylko w jedno miejsce – mówi. – Ja mogłabym zamieszkać gdziekolwiek.

Twarz wciąż ma jeszcze po dziecięcemu pyzatą, okrągłą. Kiedy się uśmiecha, widać, że jej zęby są nieco krzywe: jej twarz staje się wtedy na wpół dzika, na wpół urocza. Jego siostra.

– Czy ja kiedykolwiek pokocham kogoś tak bardzo jak ciebie? – pyta Simon.

– Proszę cię – śmieje się Klara. – Znajdziesz kogoś, kogo pokochasz o wiele bardziej.

Pięć pięter niżej wzdłuż Clinton Street biegnie młody mężczyzna. Ma na sobie cienką białą koszulkę i niebieskie nylonowe szorty. Simon przygląda się, jak mięśnie na piersi biegacza falują pod ubraniem, obserwuje jego nogi, mocne jak pnie drzew. Klara podąża wzrokiem za spojrzeniem brata.

– Simon, uciekajmy stąd.

2

Maj przychodzi w feerii barw, złoty od słońca. Krokusy wychylają się z trawy w parku Roosevelta. Po zakończeniu ostatniego dnia lekcji Klara wpada do mieszkania, ściskając w dłoni pustą ramkę na dyplom. Dokument otrzyma pocztą, kiedy wykaligrafują na nim jej imię i nazwisko, ale do tego czasu Klary już tu nie będzie. Gertie wie, że córka wyjeżdża, więc walizka czeka na Klarę w korytarzu. Jest jednak coś, czego Gertie nie wie. Simon, którego bagaż czeka wciśnięty pod łóżko, wyjeżdża razem z siostrą.

Zostawia prawie cały swój dobytek, zabierając wyłącznie rzeczy najpotrzebniejsze i najcenniejsze. Dwie welurowe koszule w paski z kołnierzykiem. Czerwony plecak na sznurkach. Brązowe sztruksowe dzwony, które miał na sobie, kiedy młody Portorykańczyk puścił do niego oko w pociągu; to jak dotąd najromantyczniejsze przeżycie Simona. Złoty zegarek na skórzanym pasku, prezent od Saula. I jeszcze new balance’y 320 z niebieskiego zamszu: najlżejsze buty do biegania, jakie miał w życiu na nogach.

Walizka Klary jest większa, bo kryje w sobie coś, co Ilya Hlavacek podarował jej w ostatnim dniu pracy. Na noc przed wyjazdem Klara opowiada Simonowi historię prezentu.

– Przynieś mi tamto pudełko – nakazał Ilya, wskazując palcem.

Drewniana, pomalowana na czarno skrzyneczka towarzyszyła Ilyi w przydrożnych pokazach i cyrkowych występach aż do 1931 roku, kiedy zaraził się chorobą Heinego-Medina.

– W samą porę – żartował często. – Potem kino i tak zabiło sztukę wodewilu.

Zawsze mówił o skrzynce po prostu „to pudełko”, choć Klara wiedziała, że to jego najcenniejszy skarb. Zrobiła, jak nakazał, i postawiła skrzynkę na stole, żeby Ilya nie musiał podnosić się z krzesła.

– Słuchaj mnie uważnie. Chcę ci to dać – oznajmił. – Rozumiesz? Teraz to twoje. Chcę, żebyś z niego korzystała i się nim nacieszyła. To pudełko powinno podróżować, moja droga, a nie tkwić w czterech ścianach ze starym inwalidą. Wiesz, jak je rozłożyć? Chodź, pokażę ci. – Klara przyglądała się, jak Ilya wstaje o lasce i zmienia pudełko w stolik, jak już to robił wiele razy wcześniej. – Tutaj rozkładasz karty. I stajesz za nim, o tak.

Klara spróbowała rozłożyć skrzynkę samodzielnie.

– No i proszę – ocenił Ilya z uśmiechem starego chochlika. – Zachwycająco przy tobie wygląda.

– Ilya. – Klara z zawstydzeniem odkryła, że płacze. – Nie wiem, jak mam ci dziękować.

– Po prostu z niego korzystaj. – Staruszek machnął ręką i pokuśtykał o lasce na zaplecze, niby po to, żeby dołożyć towar na półki, ale Klara podejrzewała, że Ilya chce pogrążyć się w żałobie na osobności.

Zabrała pudełko do domu, ściskając je mocno w ramionach, i wypełniła własnymi rekwizytami. Włożyła do środka trzy jedwabne szaliki; zestaw kółek ze srebra; portmonetkę pełną ćwiartek; trzy miedziane kubeczki i tyle samo czerwonych piłeczek wielkości truskawki; i wreszcie talię kart tak wyświechtaną, że papier stał się giętki niczym bawełna.

Simon wie, że Klara jest utalentowana, ale jej fascynację magią uważa za niepokojącą. Kiedy byli dziećmi, myślał, że to urocze. Ale teraz to po prostu dziwne. Simon ma nadzieję, że po przyjeździe do San Francisco siostra odkryje, że prawdziwy świat jest o wiele bardziej ekscytujący niż zawartość jej czarnego pudełka.

W nocy Simon nie może zasnąć. Z odejściem Saula zniknęły dawne zakazy: teraz Arthur może prowadzić interes, a Saul nie dowie się prawdy o Simonie. Ale co zrobić z matką? Simon przygotowuje swoją linię obrony. Mówi sobie, że tak już jest ten świat urządzony, dziecko opuszcza rodzica, by wejść w dorosłość – jeśli już, to człowiek jest w tym procesie żałośnie powolny. Kijanki wykluwają się w pysku ojca, ale kiedy tylko odpadną im ogonki, wyskakują na wolność. (Tak się przynajmniej wydaje Simonowi; na biologii zawsze błądził myślami gdzieś daleko). Łosoś atlantycki rodzi się w słodkiej wodzie, po czym migruje do oceanu. Kiedy nadchodzi czas na rozmnażanie i śmierć, przemierza setki kilometrów, aby powrócić do tej samej wody, w której się urodził. Simon też może zawsze wrócić do domu, tak samo jak łosoś.

Kiedy wreszcie zasypia, śni mu się, że jest jednym z nich. Unosi się na wodzie wśród ikry, błyszczące koralowe jajeczko, aż w końcu opada do gniazda matki na dnie strumienia. Potem wyrywa się z jajeczka i kryje w ciemnych zakamarkach, zjadając wszystko, co podpłynie w jego stronę. Łuski mu ciemnieją; wędruje tysiące kilometrów przed siebie. Z początku otacza go nieprzebrana masa innych ryb, są tak blisko, że płyną razem, niczym jeden smukły organizm, ale im dalej się zapuszcza, tym rzadsza jego ławica. Gdy wreszcie zauważa, że wszystkie ryby ruszyły już do domu, on nie pamięta drogi do starego, zapomnianego strumienia, w którym się urodził. Wypłynął zbyt daleko, żeby zawrócić.

* * *

Budzą się wcześnie rano. Klara potrząsa Gertie, żeby się z nią pożegnać, po czym odprowadza matkę z powrotem do łóżka. Schodzi na palcach po schodach, niosąc obie walizki. Simon w tym czasie zawiązuje buty i wychodzi na korytarz, omijając skrzypiącą deskę w podłodze, po czym ostrożnie rusza do drzwi.

 

– Wybierasz się gdzieś?

Simon odwraca się gwałtownie, puls mu skacze. Matka stoi w drzwiach sypialni. Jest owinięta wielkim różowym szlafrokiem, który dostała po narodzinach Varyi, a włosy – zwykle o tej porze zawinięte w papiloty – opadają jej luźno na ramiona.

– Chciałem tylko… – Simon przestępuje z nogi na nogę. – Chciałem tylko iść po kanapkę.

– Jest szósta rano. Ciekawa pora na kanapkę.

Policzki Gertie są zaróżowione, oczy szeroko otwarte. Odblask światła pada na jej źrenice: małe węzełki przerażenia, błyszczące jak czarne perły.

Simonowi napływa do oczu fontanna łez. Stopy Gertie – dwa różowe plastry, grube jak kotlety wieprzowe – stoją w równej linii z ramionami, całe jej ciało jest napięte jak u boksera. Kiedy Simon był mały, a starsze rodzeństwo chodziło już do szkoły, Gertie bawiła się z nim w grę, na którą mówili Tańczący Balonik. Gertie nastawiała stację Motown w radiu – choć nigdy nie słuchała czegoś takiego w obecności Saula – i nadmuchiwała czerwony balonik, ale tylko do połowy. Rozbijali się po całym mieszkaniu, podrzucając balonik od łazienki do kuchni, poświęceni jednemu zadaniu: nie pozwolić, żeby upadł na podłogę. Simon był zręczny, Gertie potężna: razem byli w stanie utrzymać balonik w powietrzu przez całą audycję. Teraz Simon przypomina sobie, jak Gertie rzuciła się naprzód przez cały salon, a gdzieś z boku rozległ się brzęk upadającego świecznika – „Nic się nie potłukło!”, huknęła matka.

Chłopiec tłumi czkawkę nieprzystającego do sytuacji śmiechu, który wypuszczony na wolność z pewnością zmieniłby się w szloch.

– Mama – mówi. – Ja muszę zacząć żyć.

Nie podoba mu się, jak to zabrzmiało – jakby błagał. Nagle w całym ciele czuje tęsknotę za ciepłym ciałem matki, ale Gertie wygląda przez okno na Clinton Street. Kiedy znów patrzy na Simona, w jej oczach majaczy rezygnacja, jakiej nigdy wcześniej nie widział.

– W porządku. Leć po tę swoją kanapkę. – Gertie bierze głęboki wdech. – Ale po szkole pójdziesz do sklepu. Arthur pokaże ci, co i jak. Teraz będziesz chodził tam codziennie, skoro twój ojciec…

Nie kończy zdania.

– Dobrze, mama – mówi Simon. Pali go w gardle.

Gertie kiwa głową z wdzięcznością. Simon zbiega po schodach, żeby nie zdążyć zmienić zdania.

* * *

Simon wyobrażał sobie podróż autokarem jakoś bardziej romantycznie, ale większość pierwszego odcinka drogi przesypia. Nie jest już w stanie dłużej myśleć o tym, co wydarzyło się między nim a matką, więc opiera głowę na ramieniu Klary, która bawi się talią kart i parą miniaturowych stalowych kółek. Raz na jakiś czas Simona budzi delikatny szczęk metalu albo trzepotanie tasowanych kart. O 6.10 następnego poranka dojeżdżają do stacji przesiadkowej w Missouri i czekają na autokar, który zabierze ich do Arizony, a w Arizonie łapią autobus do Los Angeles. Ostatni etap wyprawy trwa dziewięć godzin. Kiedy wreszcie dojeżdżają do San Francisco, Simon czuje się jak najobrzydliwsze stworzenie na świecie. Jego blond włosy są tak przetłuszczone, że aż zbrązowiały. Od trzech dni ma na sobie to samo ubranie. Ale kiedy widzi rozchełstane błękitne niebo i mężczyzn z Folsom Street w obcisłych skórach, coś w nim rzuca się naprzód niczym pies do wody, i Simon nie może powstrzymać śmiechu, jednego krótkiego dźwięku: brzmi niemal jak szczeknięcie radości.

Na trzy dni zatrzymują się u Teddy’ego Winklemana, chłopca z ich liceum, który przeprowadził się do San Francisco po maturze. Teraz Teddy trzyma się z paczką sikhów i każe mówić na siebie Bakszisz Khalsa. Ma dwoje współlokatorów: Susie, sprzedającą kwiaty przed stadionem Candlestick Park, i Raja – o brązowej skórze i czarnych włosach do ramion – który spędza weekendy na kanapie w salonie, pogrążony w lekturze Garcíi Márqueza. Mieszkanie nie ma nic wspólnego z zasnutymi pajęczynami wiktoriańskimi wnętrzami, jakie wyobrażał sobie Simon: zatęchły labirynt wąskich pokoi bardziej przypomina mieszkanie przy Clinton 72. Wystrój jest jednak zupełnie inny: na ścianach wiszą płachty tęczowego batikowego materiału rozpięte niczym zwierzęce skóry, a wszystkie framugi są oplecione światełkami w kształcie papryczek chilli. Podłogę zawalają winyle i butelki po piwie, a w powietrzu jest tak gęsto od dymu kadzideł, że Simon kaszle za każdym razem, kiedy wchodzi do mieszkania.

W sobotę Klara zakreśla czerwonym długopisem ogłoszenie: 2 SYP/1 ŁAZ. $389/mc. Jasne/przestr/podł. drew. Historyczny budynek!! KONIECZ. TOLER. HAŁAS. Jadą linią J na skrzyżowanie Siedemnastej i Market, i oto jest: Castro, rozciągający się na dwie przecznice raj, o którym Simon marzył od lat. Chłopiec chłonie ten widok, wpatruje się w Castro Theatre, w brązową markizę Toad Hall, w mężczyzn siedzących na schodach pożarowych, palących papierosy na gankach, ubranych w obcisłe dżinsy i flanelowe koszule, a czasem tylko w dżinsy. Tak długo o tym marzył – a teraz to dostał, nareszcie, tak wcześnie – że teraz niemal dostrzega przebłysk swojego przyszłego życia. To jest teraz, mówi sobie w oszołomieniu. To się dzieje. Idzie za Klarą na Collingwood, cichą przecznicę wysadzaną bańkowatymi drzewami, z pastelowymi domkami w stylu edwardiańskim po obu stronach ulicy. Zatrzymują się przed szerokim prostokątnym budynkiem. Na parterze znajduje się klub, o tej porze dnia zamknięty, z oknami aż pod sufit. Przez szybę Simon dostrzega fioletowe kanapy, kule dyskotekowe i wysokie platformy, przypominające piedestały. Na szkle namalowano nazwę: PURP.

Mieszkanie znajduje się nad klubem. Nie jest przestronne, nie ma też dwóch sypialni: jedna to tak naprawdę salon, a druga bardziej przypomina garderobę. Ale jest słoneczne, ma podłogi z miodowego drewna i wykuszowe okna, a Simon i Klara mają akurat dość pieniędzy na czynsz za pierwszy miesiąc. Klara rozpościera ramiona. Pofałdowana bluzka podjeżdża jej do góry, odsłaniając miękki, różowy brzuch. Obraca się wokół własnej osi, raz, drugi – jego siostra, wirująca filiżanka, derwiszka tańcząca w salonie w ich nowym mieszkaniu.

* * *

W sklepie z rupieciami przy Church Street kupują sztućce i zastawę, nie przeszkadza im, że nic do siebie nie pasuje. Meble zdobywają na wyprzedaży garażowej przy Diamond. Na Douglass Klara znajduje dwa materace, jeszcze zafoliowane. Wspólnymi siłami wciągają je na górę.

Świętują wyjściem na tańce. Bakszisz Khalsa organizuje haszysz i dropsy. Raj brzdąka na ukulele, Susie siedzi mu na kolanie. Klara opiera się o ścianę i wpatruje w przepowiadającą przyszłość rybkę, którą znalazła w sklepie Ilyi w dziale z nowościami. Bakszisz Khalsa nachyla się ku Simonowi i próbuje wciągnąć go w rozmowę o Anwarze as-Sadacie, ale okna mrugają wesoło do Simona, a on myśli sobie, że wolałby pocałować Bakszisza, zamiast go słuchać. Nie ma czasu; już są w klubie, tańczą w zbitym tłumie, reflektory malują im twarze na czerwono i niebiesko. Bakszisz Khalsa zrywa z głowy turban, jego włosy przecinają powietrze jak świszczący sznur. Simon dostrzega wysokiego, barczystego mężczyznę pokrytego ślicznym zielonym brokatem; ciągnie za sobą smugi światła, jest niczym kula ognia. Simon rzuca się w plątaninę ciał, sięga ku lśniącemu mężczyźnie, ich twarze zderzają się z zaskakującą gorliwością: pierwszy pocałunek w życiu Simona.

Niedługo potem pędzą przez spowite nocą miasto w taksówce, ich ciała prężą się na tylnym siedzeniu. Mężczyzna płaci. Księżyc dynda między chmurami jak poluzowany numer na drzwiach mieszkania; chodnik rozwija się pod ich stopami jak dywan. Wchodzą do wysokiego srebrnego apartamentowca i jadą wysoko windą.

– Gdzie jesteśmy? – pyta Simon, idąc za mężczyzną do mieszkania na końcu korytarza.

Facet wchodzi do kuchni, ale nie zapala światła, więc mrok rozpraszają tylko latarnie za oknem. Kiedy oczy Simona przyzwyczajają się do ciemności, widzi, że jest w czystym, nowoczesnym salonie z białą kanapą i szklanym stolikiem z chromowanymi nogami. Na ścianie naprzeciwko wisi obraz z rozbryzgów neonowej farby.

– Dzielnica finansowa. Nowy w mieście?

Simon kiwa głową. Podchodzi do okna i patrzy na lśniące biurowce. Ulice daleko w dole są prawie puste, widać tylko dwóch bezdomnych i parę taksówek.

– Masz na coś ochotę? – pyta mężczyzna, otwierając lodówkę. Działanie dropsów gwałtownie słabnie, ale on nie wygląda ani odrobinę mniej atrakcyjnie: umięśniony, choć szczupły, o harmonijnych rysach modela z katalogu.

– Jak masz na imię? – chce wiedzieć Simon.

– Może być? – Mężczyzna wyjmuje butelkę białego wina.

– Pewnie. – Simon chwilę się waha. – Nie chcesz mi powiedzieć, jak się nazywasz?

Mężczyzna siada obok na kanapie, w dłoniach trzyma dwa kieliszki.

– Staram się tego nie robić w takich sytuacjach. Ale możesz mi mówić Ian.

– Okej. – Simon uśmiecha się wymuszenie, choć robi mu się trochę niedobrze – mdli go na samą myśl, że został wrzucony do worka z innymi (ilu ich było?) w „takich sytuacjach”, nie podoba mu się rezerwa mężczyzny. Przecież geje właśnie po to przyjeżdżają do San Francisco, żeby nie musieć się ukrywać, prawda? Ale może Simon powinien zdobyć się na cierpliwość. Wyobraża sobie randki z Ianem: jak leżą na kocu w Golden Gate Park albo jedzą kanapki na Ocean Beach, niebo przecinają pomarańczowoszare smugi chmur, słychać krzyki mew.

Ian się uśmiecha. Jest co najmniej dziesięć lat starszy od Simona, może piętnaście.

– Ale mam twardą pałę – mówi.

Simon aż podskakuje; wzbiera w nim fala pożądania. Ian już zdejmuje spodnie, bieliznę, oto i on: wyzywająco czerwony, z główką dumnie uniesioną ku górze – król kutasów. Simon czuje, że jego własna erekcja napiera na dżinsy. Zaczyna się rozbierać, szarpie, nogawka plącze mu się na kostce. Ian klęka na podłodze, twarzą do niego, zajmując wąską przestrzeń między kanapą a stolikiem. Ciągnie Simona do przodu za tyłek, i nagle – dla chłopca to szok – bierze jego penisa w usta.

Simon krzyczy, wygina ciało w przód. Ian kładzie mu jedną dłoń na piersi i ssie, a on dyszy z zachwytu i bajecznej przyjemności, o której tak długo marzył. Jest lepiej, niż sobie wyobrażał – to obezwładniająca, oszałamiająca rozkosz, znaleźć się w tych ustach – skoncentrowana, oślepiająca jak słońce. Simon czuje, jak nabrzmiewa. Kiedy jest już na krawędzi orgazmu, Ian się odsuwa i uśmiecha szeroko śliskimi ustami.

– Chcesz zobaczyć całą tę czyściutką podłogę uwalaną spermą? Chcesz mi się spuścić na ten śliczny parkiet?

Simon dyszy zdezorientowany. Nie spodziewał się, że sprawy zajdą aż tak daleko.

– A ty?

– Tak – mówi Ian. – Bardzo chcę.

Jego penis – tak czerwony, że przechodzący niemal w fiolet – wyciąga się w stronę Simona niczym berło. Wzdłuż trzonu wije się duża, wypukła żyła.

– Słuchaj – jąka się Simon. – Może zwolnijmy na chwilę, co? Na sekundę?

– Jasne. Żaden problem. – Ian ściąga Simona na podłogę, odwraca go twarzą do okien i bierze jego penisa w dłoń, zaczyna przesuwać mocno w górę i w dół. Simon jęczy, aż tępy ból w kolanach przywraca go do rzeczywistości – i do Iana, którego penis naglącym ruchem rozchyla Simonowi pośladki.

– Czy moglibyśmy… – stęka Simon, tak bliski szczytu, że ledwo jest w stanie mówić. – Czy możemy… Wiesz…

Ian przysiada na piętach.

– Co? Chcesz poślizg?

– Poślizg. – Simon przełyka ślinę. – Tak.

Nie o to mu chodziło, ale przynajmniej kupił sobie tym jeszcze chwilę. Ian wstaje i znika w głębi korytarza, a Simon w tym czasie chwyta oddech. Zapamiętaj to, mówi sobie, ten moment tuż przed. Słyszy ciche klaskanie stóp i twarde stuknięcie, kiedy Ian znów klęka za Simonem, stawiając na podłodze jaskrawopomarańczową butelkę. Rozlega się cmoknięcie dozownika, a zaraz potem mlaskający odgłos rozprowadzania żelu w dłoniach.

– Gotowy? – pyta Ian.

Simon stara się rozluźnić, przyciska dłonie mocno do podłogi.

– Gotowy.

* * *

Żaluzje kroją światło dnia na wąskie paski. Słychać odgłos prysznica, nieznajoma pościel pachnie cudzym ciałem. Simon leży nagi w ogromnym łóżku pod ciężką, białą kołdrą. Kiedy siada, bolą go nogi. Obawia się, że zwymiotuje. Mruży oczy i rozgląda się po pokoju. Z boku dostrzega zamknięte drzwi, zapewne prowadzące do łazienki. Katalogowe fotografie miejskiej architektury w smukłych czarnych ramkach; niewielka garderoba, w której Simon dostrzega rzędy marynarek i koszul, uporządkowanych według kolorów.

Simon wstaje z łóżka i rozgląda się po podłodze za własnym ubraniem, ale szybko uświadamia sobie, że chyba zostawił je w salonie – pamięta to mgliście z poprzedniej nocy, choć wspomnienia bardziej przypominają najintensywniejszy sen niż rzeczywistość. Znajduje dżinsy i koszulkę polo skłębione pod stolikiem kawowym, ukochane new balance’y leżą przy drzwiach. Ubiera się niezdarnie i wygląda przez okno. Strumienie ludzi płyną po chodniku. Wszyscy trzymają w dłoniach teczki i kawę na wynos. W jakiejś alternatywnej rzeczywistości jest właśnie poniedziałek rano.

 

Prysznic milknie. Simon wraca do sypialni w tej samej chwili, kiedy Ian wychodzi z łazienki, biodra ma przepasane ręcznikiem.

– Hej. – Uśmiecha się do Simona, zdejmuje ręcznik i wyciera nim energicznie włosy. – Masz na coś ochotę? Chcesz kawy?

– Eee… – jąka się Simon. – Nie trzeba. – Gapi się na Iana, który podchodzi do szafy i wyciąga czarne slipy, a po nich parę cienkich czarnych skarpet. – Gdzie pracujesz?

– Martel and McRae. – Ian zapina drogo wyglądającą białą koszulę i sięga po krawat.

– Co to takiego?

– Doradztwo finansowe. – Ian marszczy brwi do lustra. – Naprawdę niewiele ogarniasz, co?

– Ej. Mówiłem, że jestem tu nowy.

– Wyluzuj. – Ian ma podejrzanie atrakcyjny uśmiech, który mógłby należeć do prawnika specjalizującego się w uszczerbkach na zdrowiu.

– A w pracy wiedzą, że wolisz facetów?

– No coś ty. – Ian wydaje z siebie krótki śmiech. – I wolałbym, żeby tak zostało.

Wychodzi z garderoby, Simon odsuwa się z przejścia.

– Słuchaj, muszę lecieć. Rozgość się, okej? Tylko upewnij się, że zamknąłeś za sobą drzwi, kiedy będziesz wychodził. Są na zatrzask. – Ian chwyta kurtkę z szafy w korytarzu, zatrzymuje się na chwilę przy drzwiach. – No, fajnie było – rzuca na pożegnanie i zostawia go samego.

Simon stoi przez chwilę w zupełnym bezruchu. Klara nie wie, dokąd poszedł. Co gorsza, Gertie pewnie odchodzi od zmysłów. Jest ósma rano, czyli w Nowym Jorku dochodzi jedenasta – sześć dni od jego wyjazdu. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby zrobić coś takiego własnej matce? Znajduje na kuchennym blacie telefon. Kiedy rozlega się sygnał połączenia, Simon ma przed oczami kremowy guzikowy aparat we własnym domu. Wyobraża sobie, jak Gertie podchodzi do odbiornika – jego matka, ukochana; musi jej wszystko wytłumaczyć – i chwyta słuchawkę silną prawą ręką.

– Halo?

Tego Simon się nie spodziewał. Głos Daniela.

– Halo? – powtarza jego brat. – Jest tam kto?

Simon odkasłuje.

– Hej.

– Simon. – Daniel bierze długi, spazmatyczny oddech. – Jezu Chryste. Jezu Chryste, kurwa mać, Simon. Gdzie ty się podziewasz?

– Jestem w San Francisco.

– Razem z Klarą?

– Tak.

– Okej. – Daniel mówi powoli, kontroluje się, jakby rozmawiał z nieprzewidywalnym trzylatkiem. – A co wy robicie w San Francisco?

– Czekaj. – Simon pociera czoło, ból rozsadza mu głowę. – A ty nie powinieneś być w szkole?

– Tak – odpowiada Daniel z tym samym upiornym spokojem. – Tak, Simon, powinienem być w szkole. Chciałbyś wiedzieć, dlaczego mnie tam nie ma? Nie ma mnie w szkole, bo mama zadzwoniła do mnie w piątek wieczorem w histerii, że nie wróciłeś do domu, a ponieważ jestem dobrym synem i jedyną rozsądną osobą w tej pierdolonej rodzinie, to zostawiłem studia, żeby się nią zająć. Będę musiał wziąć dziekankę.

Simonowi wiruje w głowie. Nie jest w stanie odpowiedzieć na to wszystko na raz, więc mówi tylko:

– Varya jest rozsądna.

Daniel go ignoruje.

– Zapytam jeszcze raz. Co wy, do jasnej cholery, robicie w San Francisco?

– Postanowiliśmy wyjechać.

– No, tego już zdążyłem się domyślić. Na pewno jest klawo. A skoro już zdążyliście się wyszaleć, może porozmawiajmy o tym, co zamierzacie teraz zrobić.

Co Simon zamierza zrobić? Niebo za oknem rozlewa się w nieskończony ocean czystego błękitu.

– Sprawdzam właśnie rozkład autokarów na jutro – ciągnie Daniel. – O trzynastej z Folsom odjeżdża pociąg. Będziecie musieli przesiąść się w Salt Lake City, a potem znowu w Omaha. Bilet kosztuje sto dwadzieścia dolców i mam wielką nadzieję, że nie przejechaliście przez cały kraj bez pieniędzy. Ale jeśli jesteście głupsi, niż zakładam, to zrobię przelew na konto Klary. Wtedy będziecie musieli poczekać z wyjazdem do czwartku. W porządku? Simon? Słuchasz mnie?

– Ja nie wracam.

Simon płacze, bo właśnie do niego dotarło, że to prawda: między nim a jego dawnym domem pojawiła się ściana ze szkła. Może przez nią popatrzeć, ale nie jest w stanie przejść na drugą stronę.

Daniel łagodnieje.

– No weź, chłopie. Rozumiem, że ci ciężko. Jak nam wszystkim. Tata nie żyje – wiem, że mogłeś się szarpnąć na coś głupiego. Ale musisz zrobić to, co należy. Mama cię potrzebuje. No i sklep. Klary też potrzebujemy, ale ona jest takim… trochę beznadziejnym przypadkiem, wiesz, co mam na myśli? Słuchaj, ja wiem, jak z nią jest. Nie lubi, kiedy coś idzie nie po jej myśli, więc domyślam się, że cię do tego namówiła. Ale ona nie ma prawa wciągać cię w te swoje kretyńskie zagrywki. Jezu, przecież ty nawet nie skończyłeś liceum. Jesteś jeszcze dzieckiem.

Simon milczy. Słyszy w tle głos Gertie.

– Daniel? Z kim rozmawiasz?

Czekaj, mamo! – krzyczy Daniel.

– Dan, zostaję tutaj. Nie wracam.

– Simon. – Głos Daniela znów twardnieje. – Wyobrażasz sobie, co tu się dzieje? Matka prawie straciła rozum. Chce dzwonić na policję. Robię, co mogę, mówię jej, że się opamiętasz, ale nie dam rady dłużej. Masz szesnaście lat, jesteś nieletni. Więc zgodnie z prawem powinniśmy to zgłosić na policję.

Simon nadal płacze. Opiera się o blat.

– Si?

Nie odpowiada. Wyciera dłońmi policzki. Delikatnie odkłada słuchawkę.