Immortaliści

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Immortaliści
Immortaliści
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Immortaliści
Immortaliści
Audiobook
Czyta Filip Kosior
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Varyę przeraża kapryśność losu; niepozorne tabletki, które mogą otworzyć umysł albo wywrócić go na lewą stronę; losowo wybrani ludzie, których wysłano do zatoki Cam Ranh i na górę Dong Ap Bia, gdzie w bambusowych zaroślach i krzakach rozplenicy znaleziono tysiąc martwych żołnierzy. Varya miała w klasie kolegę, który nazywał się Eugene Bogopolski. Jego trzech braci wysłano do Wietnamu, kiedy Varya i Eugene mieli zaledwie dziewięć lat. Wszyscy trzej wrócili cali i zdrowi, a Bogopolscy wyprawili z tej okazji przyjęcie w swoim mieszkaniu przy Broome Street. Rok później Eugene skoczył na główkę do basenu, uderzył głową o betonowe dno i umarł. Data śmierci to rzecz ważna, uznaje Varya – może nawet najważniejsza rzecz, o której warto byłoby wiedzieć na pewno.

Kobieta patrzy na Varyę. Jej oczy są jak dwie świetliste czarne kulki.

– Mogę ci pomóc – mówi. – Mogę zrobić dla ciebie coś dobrego.

Przenosi wzrok na dłoń Varyi. Najpierw przygląda się jej ogólnym kształtom, potem kwadratowym, tępo zakończonym palcom. Łagodnie odciąga kciuk dziewczynki w tył; staw nie wygina się zbyt daleko, opiera się presji. Następnie kobieta analizuje przestrzeń między czwartym a piątym palcem. Ściska koniuszek małego palca Varyi.

– Czego pani tam szuka?

– Twojego charakteru. Słyszałaś kiedyś o Heraklicie?

Varya potrząsa głową.

– To taki grecki filozof – wyjaśnia wróżka. – Charakter człowieka jest jego przeznaczeniem, tak mówił. Jedno idzie z drugim ręka w rękę, jak brat i siostra. Chcesz znać swoją przyszłość? – Kobieta wskazuje na Varyę wolną dłonią. – To popatrz w lustro.

– A jeśli się zmienię? – Varyi wydaje się niemożliwe, że przyszłość już gdzieś tam siedzi i czeka, schowana w jej wnętrzu jak aktorka za kulisami, czekająca całe dekady, aż będzie mogła wejść na scenę.

– To będziesz wyjątkiem. Bo większość ludzi się nie zmienia.

Rishika odwraca dłoń Varyi wierzchem do góry i odkłada ją na stół.

– Dwudziesty pierwszy stycznia dwa tysiące czterdziestego czwartego roku. – Głos ma obojętny, jakby mówiła o temperaturze na zewnątrz albo o wyniku meczu. – Masz mnóstwo czasu.

Na chwilę serce Varyi wyrywa się i unosi do góry. W 2044 roku będzie miała osiemdziesiąt osiem lat. Całkiem dobry wiek, żeby umrzeć. Ale niemal natychmiast dziewczynka spogląda na wróżkę.

– Skąd pani wie?

– Co ja ci mówiłam o zaufaniu? – Rishika unosi gąsienicowatą brew i marszczy czoło. – No, a teraz idź do domu i pomyśl nad tym, o czym rozmawiałyśmy. Jeśli to zrobisz, poczujesz się lepiej. Ale nie mów nikomu, dobrze? To, co widać w dłoni, co ci powiedziałam, powinno zostać między nami.

Kobieta wpatruje się w Varyę, a dziewczynka odwzajemnia jej spojrzenie. Teraz, kiedy Varya ocenia, zamiast być ocenianą, dzieje się coś dziwnego. Blask w oczach wróżki gaśnie, jej ruchy tracą grację. Ta przepowiednia jest zbyt dobra i staje się przez to dowodem na oszustwo kobiety; pewnie każdemu mówi to samo. Varya myśli o czarnoksiężniku z Krainy Oz. Podobnie jak on, kobieta nie jest żadną wróżką, żadną wieszczką. Zwykła kanciara, hochsztaplerka. Varya wstaje.

– Mój brat miał pani zapłacić – mówi, wkładając znów buty.

Kobieta też podnosi się z miejsca. Podchodzi do innych drzwi – Varya sądziła, że prowadzą do szafy, z klamki zwisa stanik z miskami tak głębokimi jak siatka, w którą Varya latem łapie motyle. Kobieta uchyla drzwi, a Varya dostrzega pas czerwonej cegły, fragment wyjścia ewakuacyjnego. Kiedy słyszy głosy rodzeństwa dobiegające z dołu, serce pęcznieje jej od ulgi.

Ale wróżka blokuje jej drogę. Chwyta Varyę za ramię w mocny uścisk.

– Wszystko ci się ułoży, skarbie. – W jej głosie pobrzmiewa złowrogi ton, jakby to było bardzo ważne, żeby Varya jej wysłuchała, żeby uwierzyła. – Wszystko będzie dobrze.

Skóra Varyi bieleje między palcami kobiety.

– Proszę mnie puścić.

Sama jest zaskoczona chłodem w swoim głosie. Twarz kobiety zmienia wyraz, jakby ktoś zaciągnął gwałtownie zasłony. Wypuszcza rękę Varyi i odsuwa się na bok.

* * *

Varya zbiega ze schodów, szczękających pod podeszwami jej butów. Łagodny wiatr gładzi jej ramiona i miękkie, jasnobrązowe włoski, które zaczynają już rosnąć jej na nogach. Kiedy dociera na ulicę, widzi, że policzki Klary są poznaczone ścieżkami łez, a nos zaczerwieniony.

– Co się stało?

Klara odwraca się nerwowo.

– A jak myślisz?

– Och, chyba nie wierzycie naprawdę… – Varya patrzy na Daniela, szukając wsparcia, ale on ma twarz jak z marmuru. – Nieważne, co ci powiedziała, to nic nie znaczy. Wszystko sobie zmyśliła. Prawda, Daniel?

– Prawda. – Daniel się odwraca i rusza w stronę ulicy. – Idziemy.

Klara ciągnie Simona za ramię. Chłopiec nadal ściska w dłoni sakiewkę, tak samo pełną jak wtedy, kiedy tu przyszli.

– Miałeś jej zapłacić – mówi Varya.

– Zapomniałem.

– Nie zasłużyła na nasze pieniądze. – Daniel stoi na chodniku z dłońmi na biodrach. – Chodźcie!

Droga do domu upływa im w milczeniu. Varya jeszcze nigdy nie czuła się tak odcięta od innych. Przy kolacji dłubie w zapiekance. Simon w ogóle nie rusza jedzenia.

– Coś nie tak, kochanie? – pyta Gertie.

– Nie jestem głodny.

– Dlaczego?

Simon wzrusza ramionami. W świetle kuchennej żarówki jego blond loki wydają się zupełnie białe.

– Matka zrobiła kolację, jedz – nakazuje Saul.

Ale Simon odmawia. Siada sobie na dłoniach.

– O co chodzi? – gdacze Gertie, unosząc brew. – Nie dość dobre dla panicza?

– Dajcie mu spokój. – Klara wyciąga rękę, żeby zmierzwić bratu włosy, ale Simon szarpie się do tyłu i odsuwa krzesło ze zgrzytem.

– Nienawidzę was! – krzyczy, zrywając się z miejsca. – Nienawidzę! Was! Wszystkich!

– Simon. – Saul też wstaje. Nadal ma na sobie garnitur, w którym chodzi do pracy. Włosy ma jaśniejsze niż Gertie, połyskujące niezwykłym odcieniem miedzianego blondu; zaczynają mu już rzednąć. – Nie wolno tak mówić do rodziny.

Jest drewniany w tej roli, niezgrabny. To żona zwykle wymusza dyscyplinę. Teraz jednak Gertie siedzi oniemiała, z rozchylonymi ustami.

– Ale ja tak mówię – odpowiada Simon. Na jego twarzy maluje się zdziwienie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Będziesz tańczyć, synek

1978–1982

Simon

1

Kiedy Saul umiera, Simon siedzi na lekcji fizyki i rysuje koncentryczne kółka, które mają przedstawiać powłoki atomu, ale dla Simona kompletnie nic nie znaczą. Przez dysleksję i skłonność do bujania w obłokach nigdy nie został dobrym uczniem. Przeznaczenie powłoki elektronowej – orbity elektronów wokół jądra atomu – kompletnie mu umyka. W tej samej chwili jego ojciec zgina się wpół na przejściu dla pieszych na Brome Street w drodze powrotnej z lunchu. Taksówka trąbi, hamuje gwałtownie; Saul opada na kolana; krew odpływa mu z serca. Jego śmierć nie jest dla Simona ani trochę bardziej zrozumiała niż transfer elektronów między atomami: jedno i drugie było i zniknęło.

Varya przyjeżdża z Vassar College, Daniel z Uniwersytetu Binghamton. Żadne nie rozumie, co się stało. Owszem, Saul był zestresowany, ale przecież najgorsze dla miasta chwile – kryzys finansowy, awaria zasilania – wreszcie minęły. Związki zawodowe ocaliły miasto od bankructwa, Nowy Jork znów staje na nogi. W szpitalu Varya pyta o ostatnie chwile ojca. Czy cierpiał? Tylko przez chwilę, zapewnia pielęgniarka. Mówił coś? Nikt nie słyszał, żeby się odzywał. To nie powinno zaskoczyć żony i dzieci Saula, przyzwyczajonych do małomówności ojca – a mimo to Simon czuje się oszukany, ograbiony z ostatecznego wspomnienia ojca, który w śmierci pozostał tak samo milczący jak za życia.

Ponieważ następnego dnia wypada szabat, pogrzeb odbywa się dopiero w niedzielę. Żałobnicy zbierają się w konserwatywnej synagodze Tiferet Israel, do której należał Saul i którą wspierał datkami. Przy wejściu rabin Chaim podaje każdemu z Goldów nożyczki na krię.

– Nie. Nie zrobię tego – protestuje Gertie, którą trzeba prowadzić po kolei przez każdy etap ceremonii, jak przez kontrolę celną na granicy kraju, którego nigdy nie zamierzała odwiedzać. Ma na sobie dopasowaną sukienkę, którą Saul uszył dla niej w 1962 roku: sztywna czarna bawełna, zebrana w talii, zapinana z przodu na guziki, z odczepianym paskiem. – Nie zmusicie mnie – dodaje, spoglądając na przemian na rabina i dzieci. Cała czwórka posłusznie rozcięła ubrania na sercu. Rabin tłumaczy, że on do niczego nie może jej zmusić, tylko Bóg, ale wygląda na to, że Bóg też tu nic nie wskóra. Ostatecznie rabin wręcza Gertie czarną wstążkę do rozcięcia zamiast sukienki, a ona w aurze bolesnego zwycięstwa zajmuje swoje miejsce w ławce.

Simon nigdy nie lubił przychodzić do synagogi. Z powodu szorstkich ścian z ciemnego kamienia i zatęchłego powietrza w dzieciństwie był pewien, że to miejsce jest nawiedzone. Nabożeństwa były jeszcze gorsze: ciągnące się w nieskończoność milczące modlitwy, gorące prośby o odnowę Syjonu. Teraz Simon stoi nad zamkniętą trumną, powietrze wkrada mu się pod koszulę przez rozcięcie na piersi, a on uświadamia sobie, że już nigdy nie zobaczy ojca. Przypomina sobie nieobecne spojrzenie Saula i powściągliwy, niemal kobiecy uśmiech. Rabin Chaim nazywa Saula dobroczyńcą znanym z siły ducha i niezłomnego serca, ale w oczach Simona ojciec był człowiekiem porządnym i statecznym, który za wszelką cenę unikał kłopotów i konfliktów. Saul był tak pozbawiony pasji, że jego małżeństwo z Gertie należałoby uznać za prawdziwy cud, bo związku z tą ambitną i humorzastą kobietą nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby za decyzję pragmatyczną.

 

Po nabożeństwie wychodzą za niosącymi trumnę na cmentarz Mount Hebron, gdzie leżą rodzice Saula. Obie dziewczynki płaczą – Varya po cichu, Klara głośnym szlochem wtóruje matce – a otumaniony Daniel trzyma fason wyłącznie z poczucia obowiązku.

Simon jednak nie jest w stanie płakać, nawet kiedy trumna zostaje spuszczona w głąb ziemi. Ma tylko poczucie, że coś stracił – nie ojca, którym Saul był, tylko człowieka, którym możliwe, że był. Przy obiedzie ojciec i najmłodszy syn siedzieli na przeciwnych krańcach stołu, każdy pogrążony we własnych myślach. Dopiero kiedy jeden z nich podnosił oczy i napotykał wzrok drugiego, przeskakiwała między nimi iskra – działo się to przypadkiem, ale jednak ich oddzielne światy łączyły się na chwilę niczym na zawiasie, dopóki któryś nie odwracał spojrzenia.

Teraz zawias zniknął. Owszem, Saul zawsze był nieobecny, ale pozwolił każdemu z rodziny Goldów objąć własną rolę: on sam był karmicielem rodziny, Gertie – generałową, Varya posłuszną najstarszą córką, a Simon tym najmłodszym, nieobciążonym żadnymi oczekiwaniami. Jeśli ciało ich ojca – ze zdrowym sercem i cholesterolem niższym niż u Gertie – tak po prostu się zatrzymało, to co jeszcze może pójść nie tak? Jakie jeszcze prawa wszechświata mogą ulec zakrzywieniu? Varya chowa się na swoim łóżku pod sufitem. Daniel ma dwadzieścia lat, ledwo zdążył stać się mężczyzną, ale teraz wita gości i przynosi jedzenie na stół, prowadzi modlitwy po hebrajsku. Klara, której kąt w sypialni jest zawsze w największym nieładzie, szoruje kuchnię aż do bólu ramion. A Simon zajmuje się Gertie.

To sprzeczne z ich zwykłym podziałem obowiązków, bo Gertie zawsze skakała wokół Simona bardziej niż przy pozostałych dzieciach. Kiedyś chciała być intelektualistką; leżała w Washington Square Park przy fontannie, zaczytując się Kafką, Nietzschem, Proustem. Ale kiedy skończyła dziewiętnaście lat, poznała Saula, który po ukończeniu liceum zaczął pracować w firmie ojca, i już rok później była w ciąży. Wkrótce zrezygnowała ze studiów na Uniwersytecie Nowojorskim, choć miała stypendium, i wprowadziła się do mieszkania zaledwie kilka przecznic od Zakładu Modniarskiego Golda, który Saul miał odziedziczyć po ojcu, kiedy jego rodzice przejdą na emeryturę i zamieszkają na Kew Gardens Hills.

Niedługo później urodziła się Varya – wcześniej, niż Saul uważał za właściwe – a w dodatku, ku jego upokorzeniu, Gertie została recepcjonistką w kancelarii prawniczej. Wieczorami nadal była ich niezłomną głównodowodzącą. Ale rano wkładała sukienkę i malowała policzki różem z małego okrągłego pudełeczka, po czym zostawiała dzieci u pani Almendinger i wychodziła z kamienicy krokiem tak lekkim, jak to tylko było możliwe w jej sytuacji.

Ale po narodzinach Simona Gertie została w domu dziewięć miesięcy zamiast pięciu jak przy starszych dzieciach, a potem dziewięć zmieniło się w osiemnaście. Wszędzie go nosiła. Kiedy płakał, nie reagowała wzbierającą lawinowo frustracją, tylko tuliła go i śpiewała, jakby ogarniała ją nostalgia wobec tego zadania, którego dotąd nie znosiła – bo tym razem wiedziała, że już więcej się nie powtórzy. Wkrótce po przyjściu na świat Simona, kiedy Saul był w pracy, Gertie wybrała się do lekarza. Wróciła z małą szklaną fiolką wypełnioną pigułkami – na etykiecie było napisane Enovid – i ukryła ją w głębi szuflady z bielizną.

– Si-mon! – zawodzi teraz z łóżka, głęboko i przeciągle, jak syrena przeciwmgielna. – Podaj mi to – prosi na przykład i wskazuje na poduszkę leżącą tuż przed jej nogami. Albo oznajmia niskim, złowrogim tonem: – Mam odleżyny. Za dużo czasu już spędziłam w tym łóżku.

Wprawdzie Simona aż odrzuca w środku, ale posłusznie ogląda twardą krawędź matczynej pięty.

– Mama, to nie odleżyny, tylko odcisk.

Ale ona już nie słucha i prosi, żeby przyniósł jej Kadysz, albo rybę i czekoladę z półmiska z jedzeniem, który rabin Chaim przysłał im na sziwę.

Simon mógłby pomyśleć, że Gertie takie komenderowanie sprawia przyjemność, gdyby nie nocny szloch matki – tłumiony poduszką, żeby nie dotarł do pokoju dzieci, choć Simon i tak wszystko słyszy – albo gdyby nie widział jej skulonej w kłębek na łóżku, które przez dwie dekady dzieliła z Saulem. Gertie przypomina wtedy nastolatkę, którą była, kiedy go poznała. Sziwy przestrzega z pieczołowitością, jakiej Simon nigdy by się po niej nie spodziewał – Gertie zawsze bardziej wierzyła w przesądy niż w jakiegokolwiek Boga. Spluwa trzy razy, kiedy widzi przechodzący pogrzeb, rzuca przez ramię solą z upuszczonej solniczki i pod żadnym pozorem nie minęłaby w czasie ciąży cmentarza, więc między 1956 a 1962 rokiem cała rodzina musiała wszędzie chodzić okrężną drogą. Zazwyczaj w każdy piątek Gertie przestrzega szabatu z umęczoną cierpliwością, jakby znosiła obecność gościa, którego bardzo chce się już pozbyć. Ale teraz przez cały tydzień sziwy Gertie się nie maluje. Rezygnuje z noszenia biżuterii i skórzanych butów. Nie zdejmuje obcisłej czarnej sukienki w dzień ani w nocy, ignorując skorupkę z tłuszczu wołowego na udzie, jakby chciała w ten sposób odpokutować nieudaną krię. Ponieważ Goldowie nie mają w domu drewnianych stołków, do recytacji Kadiszu siada na podłodze. Próbuje nawet czytać księgę Hioba, mrużąc oczy z nosem w Tanachu. Kiedy odkłada księgę, w jej szeroko otwartych oczach maluje się zagubienie, jak u dziecka rozglądającego się za rodzicami. A potem znów wzbiera w niej wołanie:

– Si-mon!

Gertie potrzebuje czegoś dotykalnego: świeżych owoców, babki maślanej; albo żeby otworzyć jej okno lub zamknąć je przed przeciągiem; koca, szmatki do mycia, świeczki.

Kiedy zbiera się dość gości na minjan, Simon pomaga matce przebrać się w świeżą sukienkę i w kapcie. Następnie Gertie wynurza się z sypialni, by wziąć udział w modlitwach. Dołączają do nich wieloletni pracownicy Saula: księgowi, szwaczki, projektanci, sprzedawcy i wreszcie młodszy partner Saula, Arthur Milavetz, trzydziestodwuletni mężczyzna o piskliwym głosie i z nosem przypominającym ptasi dziób.

W dzieciństwie Simon uwielbiał odwiedzać sklep ojca. Księgowi dawali mu spinacze do papieru albo skrawki tkanin do zabawy, a Simon był dumny, że jest synem Saula. Szacunek, z jakim odnosili się do Saula pracownicy i przestronny gabinet z jasnymi oknami mówiły chłopcu, że ojciec jest kimś ważnym. Saul podrzucał Simona na kolanie i pokazywał, jak wykrajać kawałki materiału i zszywać próbki. Później Simon towarzyszył ojcu w wyprawach do magazynów tkanin, gdzie Saul wybierał tweedy i jedwabie, które miały być modne w przyszłym sezonie, i na Saks Fifth Avenue, gdzie kupował ubrania w najmodniejszych fasonach, by później kopiować ich kroje we własnym zakładzie. Po pracy ojciec pozwalał Simonowi zostać w sklepie, a mężczyźni grali w kierki albo przesiadywali w gabinecie Saula z pudełkiem cygar i debatowali nad strajkami nauczycieli i śmieciarzy albo nad Kanałem Sueskim i wojną Jom Kippur.

Przez cały ten czas coś wisiało w powietrzu, powoli pęczniało, zbliżało się, aż w końcu Simon był zmuszony spojrzeć na problem w całej potwornej okazałości: na swoją przyszłość. Daniel od zawsze planował karierę lekarza, więc Saulowi został tylko jeden syn – Simon, niecierpliwy i ledwie wytrzymujący we własnej skórze, a co dopiero w dwurzędowym garniturze. Zanim wszedł w wiek nastoletni, zdążył się już znudzić modą kobiecą, a od wełny wszystko go swędziało. Miał żal do Saula o wątłe nitki jego zainteresowania, które, jak podejrzewał Simon, nie przetrwałyby rozstania z pracą, o ile coś takiego w ogóle było możliwe. Chłopiec jeżył się w obecności wiecznie trwającego u boku Saula Arthura, który traktował Simona jak pomocnego małego pieska. Ale jedno odkrycie okazało się dla Simona zupełnie niepojęte: to sklep był prawdziwym domem Saula, a pracownicy znali pana Golda o wiele lepiej niż jego własne dzieci.

Dziś Arthur przynosi trzy półmiski z delikatesów i tackę wędzonej ryby. Wygina długą, łabędziowatą szyję i całuje Gertie w policzek.

– Co my teraz zrobimy, Arthurze? – pyta kobieta, wtulając twarz w poły jego płaszcza.

– Tak, to straszne – zgadza się on. – Koszmarne.

Maleńkie kropelki wiosennego deszczu przycupnęły Arthurowi na ramionach i na soczewkach okularów w rogowej oprawie, ale jego wzrok nadal jest ostry i przenikliwy.

– Dzięki Bogu, że mam ciebie. I Simona – wzdycha Gertie.

* * *

W ostatnią noc sziwy, kiedy Gertie już śpi, rodzeństwo zbiera się na strychu. Wszyscy są znużeni, wybiedzeni, mają zapuchnięte, podkrążone oczy i poskręcane żołądki. Szok nie zdążył jeszcze osłabnąć; Simon nie wyobraża sobie, że kiedykolwiek ich opuści. Daniel i Varya siedzą na pomarańczowej welwetowej kanapie; wyściółka wyłazi z podłokietników. Klara zajmuje patchworkowy puf, który kiedyś należał do świętej pamięci pani Blumenstein. Nalewa bourbona do czterech wyszczerbionych filiżanek. Zgarbiony Simon siada po turecku na podłodze i miesza bursztynowy płyn palcem.

– No, to co planujecie? – pyta, zerkając na Daniela i Varyę. – Wyjeżdżacie jutro?

Daniel kiwa głową. On i Varya muszą złapać poranny pociąg na uniwersytet. Już pożegnali się z Gertie i obiecali, że wrócą za miesiąc, po egzaminach.

– Nie mogę zostać dłużej, bo zawalę semestr – mówi Daniel. – Niektórzy z nas nie muszą się martwić o takie rzeczy – dodaje, trącając Klarę stopą.

Klarze zostały jeszcze dwa tygodnie liceum, ale już powiedziała rodzinie, że nie zamierza brać udziału w ceremonii zakończenia roku szkolnego. („Dreptać do rytmu z tą bandą pingwinów? Niech sami sobie odstawiają te swoje szopki”). Varya studiuje biologię, Daniel ma nadzieję zostać lekarzem wojskowym, ale Klara nie ma ochoty iść na studia. Chce zajmować się magią.

Ostatnie dziewięć lat spędziła na pobieraniu nauk u Ilyi Hlavacka, podstarzałego artysty rewiowego i iluzjonisty, który jest też jej szefem w sklepie ezoterycznym Artykuły Magiczne Hlavacek i Wspólnicy. Klara odkryła to miejsce w wieku dziewięciu lat, kiedy kupiła od Ilyi Księgę wróżb; teraz sprzedawca jest dla niej ojcem w równym stopniu co Saul. Ilya, siedemdziesięciodziewięcioletni czeski imigrant, który dorastał między jedną wojną a drugą, artretyczny i przygarbiony, z kępką siwych włosów jak u trolla – opowiada jej wspaniałe historie z dawnych czasów, kiedy występował na scenie. O tym, jak zjeździł całe środkowe Stany w tournée po najbardziej obskurnych muzeach osobliwości, a jego stolik z kartami nierzadko znajdował się zaledwie metr czy dwa od słojów z zamarynowanymi ludzkimi głowami; o namiocie cyrkowym w Pensylwanii, gdzie wykonał sztuczkę ze zniknięciem burego sycylijskiego osła o imieniu Antonio, a tysiącosobowa publiczność nagrodziła go eksplozją oklasków.

Ale minęło już ponad sto lat, odkąd bracia Davenport wywoływali duchy zmarłych na salonach zamożnych pań i panów, a John Nevil Maskelyne sprawił, że kobieta lewitowała w londyńskim Egyptian Hall. Dziś amerykańscy magicy – ci, którym najbardziej się poszczęściło – zajmują się efektami specjalnymi w teatrach albo występują w skomplikowanych przedstawieniach w Las Vegas. Prawie wszyscy to mężczyźni. Kiedy Klara odwiedziła Marinka’s, najstarszy sklep magiczny w kraju, młody człowiek za ladą obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem, po czym zaprowadził do półki z tabliczką Czarownice. („Palant”, wymamrotała pod nosem Klara, choć i tak kupiła Demonologię: Przywołania krwią – tylko po to, żeby zetrzeć mu ten ważniacki uśmieszek z twarzy).

Poza tym Klarę niespecjalnie interesują magicy estradowi, z ich jaskrawymi reflektorami, wieczorowym strojem, lewitacją na rusztowaniach. Woli artystów dających pokazy w skromniejszych miejscach, gdzie magia przekazywana jest z ręki do ręki niczym wymięty banknot. W niedziele ogląda ulicznego magika Jeffa Sheridana, występującego w swoim stałym punkcie przy pomniku Sir Waltera Scotta w Central Parku. Ale czy naprawdę dałaby radę z tego wyżyć? Nowy Jork się zmienia. Hipisi już zniknęli z jej dzielnicy, a ich miejsce zajęli punkrockowcy, zamiast miękkich narkotyków teraz bierze się twarde. Portorykańskie gangi trzęsą Dwunastą Ulicą i Aleją A. Raz Klarę przytrzymało kilku mężczyzn. Mogłoby się źle skończyć, gdyby Daniel akurat nie przechodził obok.

Varya strząsa popiół z papierosa do pustej filiżanki.

– Nie mogę uwierzyć, że nadal zamierzasz wyjechać. I co, zostawisz mamę w takim stanie?

– Varya, taki był plan. Od zawsze. Wyjeżdżam.

– Czasami plany się zmieniają. Bywa, że nie ma innego wyjścia.

 

– Więc dlaczego ty nie zmienisz swoich? – pyta Klara, unosząc brew.

– Nie mogę. Mam egzaminy.

Dłonie Varyi są sztywne, plecy wyprostowane. Nigdy nie była skłonna do kompromisów: taka świętoszkowata, trzymająca się zasad, jakby całe życie chodziła po linie. W swoje czternaste urodziny zdmuchnęła wszystkie świeczki z wyjątkiem trzech, a Simon, wtedy zaledwie ośmioletni, wspiął się na palce, żeby pomóc jej z resztą. Varya nakrzyczała na niego i rozpłakała się tak histerycznie, że nawet Saul i Gertie byli zbici z tropu. Varyi brak urody Klary, nie interesują jej ubrania ani makijaż. Jej jedyną słabostką są włosy. Sięgają jej do pasa, nigdy nie były farbowane ani rozjaśniane – i to nie dlatego, że ich naturalny kolor, przypominający spierzchnięte letnie błoto, czymkolwiek się wyróżnia. Varya po prostu tak woli. Klara farbuje swoje na jaskrawą, chemiczną czerwień. Kiedy poprawia odrosty, umywalka jeszcze przez kilka dni wygląda jak scena zbrodni.

– Egzaminy. – Klara macha dłonią, jakby studia były hobby, z którego Varya powinna wreszcie wyrosnąć.

– A dokąd ty właściwie zamierzasz jechać? – wtrąca Daniel.

– Jeszcze nie zdecydowałam. – Klara mówi to ze spokojem, ale na jej twarzy widać napięcie.

– Dobry Boże. – Varya odrzuca głowę. – Nie masz nawet pomysłu, co ze sobą zrobić?

– Czekam, aż mi się objawi.

Simon patrzy na siostrę. Wie, że Klara dobrze się z tym kryje, ale myśl o przyszłości ją przeraża.

– A kiedy już ci się objawi to miejsce, do którego się wybierasz, to jak tam dotrzesz? – Daniel nie odpuszcza. – Czekasz, aż to też ci się ukaże we śnie? Nie masz pieniędzy na samochód. Nie stać cię na bilet na samolot.

– Widzisz, Danny, jest taki nowy sposób, nazywa się autostop. Wszyscy to robią.

Klara jako jedyna zwraca się do Daniela zdrobnieniem z dzieciństwa, wiedząc, że to przypomina bratu o moczeniu łóżka, krzywych zębach, a przede wszystkim o rodzinnej wyprawie do Lavallette w New Jersey, podczas której Daniel nie wytrzymał i zrobił kupę w sztruksowe spodnie, psując pierwszy dzień wakacji i powietrze w wynajętym chevrolecie.

– Klaro, proszę cię. – Varya natychmiast podnosi głowę. – Obiecaj mi, że nie będziesz nigdzie jeździć autostopem. Tak po całym kraju? Jeszcze cię zabiją.

– Nikt mnie nie zabije. – Klara zaciąga się i wypuszcza dym na lewo, z daleka od Varyi. – Ale jeśli to tyle dla ciebie znaczy, pojadę autokarem.

– Wiesz, ile to będzie trwało? – wtrąca Daniel.

– Taniej niż samochodem. A poza tym naprawdę uważacie, że mama mnie potrzebuje? Jest szczęśliwsza, kiedy nie musi mnie oglądać.

Informacja, że Klara nie zamierza składać podania na studia, wywołała serię awantur między nią a Gertie, które ostatecznie ustąpiły miejsca gorzkiej ciszy.

– No i przecież nie będzie sama. Jest jeszcze Si. – Klara wyciąga rękę w stronę brata, ściska go za kolano.

– Nie przeszkadza ci to, Simon? – pyta Daniel.

Przeszkadza. Simon już widzi, jak to będzie wyglądało, kiedy wszyscy wyjadą. Zostanie sam na sam z matką, uwięzioną w swojej wiecznej sziwie – „Si-mon!” – i z ojcem, nieobecnym i wszechobecnym zarazem. Nocami będzie wymykał się z domu pobiegać, żeby choć na chwilę się wyrwać. No i jeszcze interes – oczywiście, interes po ojcu – który teraz należy się Simonowi. Myśl o stracie Klary jest równie okropna, ale ze względu na siostrę Simon tylko wzrusza ramionami.

– E tam. Klara powinna robić, co chce. Raz się żyje, nie?

– O ile nam wiadomo. – Klara zgniata niedopałek. – Myślicie o tym czasami?

– O życiu pozagrobowym? – Daniel unosi brwi.

– Nie. Jak długo będziecie żyć.

Teraz, kiedy Klara otworzyła pudełko ze wspomnieniami, na strychu zapada cisza.

– A ty znowu o tej starej klępie? – Daniel nie wytrzymuje.

Klara wzdryga się, jakby to ją obraził. Od lat nie rozmawiali o kobiecie z Hester Street. Ale teraz Klara jest pijana. Simon widzi to po jej zaszklonych oczach i tym, jak przeciąga „s”, kiedy mówi.

– Tchórze z was – odcina się Klara. – Nie potraficie się nawet przyznać.

– Do czego? – pyta Daniel.

– Co wam powiedziała. – Klara wskazuje na niego palcem. Paznokcie ma pomalowane na czerwono, tu i ówdzie lakier zdążył już odprysnąć i się złuszczyć. – Proszę bardzo, Daniel. Ty zaczynasz.

– Nie.

– Tchórz. – Klara uśmiecha się krzywo, zamykając oczy.

– Nawet gdybym chciał, to nie mógłbym ci powiedzieć. To było dawno, dziesięć lat temu. Naprawdę myślisz, że to pamiętam?

– Ja zapamiętałam – wtrąca Varya. – Dwudziesty pierwszy stycznia dwa tysiące czterdziestego czwartego roku. I proszę, po tajemnicy.

Bierze łyk bourbona, potem kolejny, i odstawia opróżnioną filiżankę na podłogę. Klara patrzy na siostrę z zaskoczeniem. Potem chwyta butelkę za szyjkę i znów napełnia filiżanki – najpierw Varyi, potem własną.

– Ile to lat? – zastanawia się Simon. – Osiemdziesiąt osiem?

Varya przytakuje.

– Gratulacje. Mnie powiedziała, że dożyję trzydziestu jeden – oznajmia Klara.

Daniel odkasłuje.

– No, to jakieś farmazony.

– Można mieć nadzieję. – Klara unosi filiżankę.

– Dobra. – Daniel wychyla swojego drinka. – Dwudziesty czwarty listopada dwa tysiące szóstego. Przebiłaś mnie, Vi.

– Czterdzieści osiem – liczy Klara. – Nie martwi cię to?

– Coś ty. Raszpla rzuciła pierwszą datę, jaka jej przyszła do głowy. Musiałbym zgłupieć, żeby się przejmować czymś takim – prycha, odstawiając filiżankę z brzękiem na deski. – A tobie co powiedziała, Si?

Simon pali już siódmego papierosa. Zaciąga się i wypuszcza dym, nie odrywając wzroku od ściany.

– Młodo.

– Jak młodo? – dopytuje Klara.

– Moja sprawa.

– Och, przestań – fuka Varya. – To idiotyczne. Ona ma nad nami władzę tylko, jeśli ją od nas dostanie. To oczywiste, że była oszustką. Osiemdziesiąt osiem? Błagam. Z taką przepowiednią pewnie wpadnę pod ciężarówkę przed czterdziestką.

– Więc jak to się stało, że reszta dostała takie złe? – pyta Simon.

– Nie wiem. Dla odmiany? Nie może wszystkim mówić tego samego. – Na twarz Varyi występuje rumieniec. – Żałuję, że w ogóle do niej poszliśmy. Tylko namieszała nam w głowach.

– To przez Daniela – przerywa jej Klara. – To on nas tam zabrał.

– Myślisz, że nie wiem? – syczy Daniel. – A ty pierwsza się zgodziłaś.

Wściekłość kipi Simonowi w piersi. Przez chwilę czuje nienawiść do nich wszystkich: do Varyi, racjonalnej i zdystansowanej, z dekadami życia przed sobą; Daniela, który lata temu zaklepał sobie karierę medyczną, zmuszając Simona do przejęcia interesu po ojcu; do Klary, która teraz go opuszcza. Ma żal, że oni mogą uciec.

– Cisza! – przerywa ostro. – Koniec! Zamknijcie się, dobra? Tata nie żyje. Więc moglibyście się, kurwa, przymknąć?

Sam jest zaskoczony swoim rozkazującym tonem. Nawet Daniel się skurczył.

– Simon mówi – mamrocze starszy z braci.

* * *

Varya i Daniel wracają na dół i kładą się do łóżek, ale Klara i Simon wychodzą na dach. Zabierają ze sobą poduszki i koce i zasypiają na betonowej posadzce pod zasnutym smogiem księżycem.

Budzą się przed świtem, ktoś nimi potrząsa. Z początku myślą, że to Gertie, ale po chwili dostrzegają przez sklejone snem powieki wąską, szarą twarz Varyi.

– Jedziemy – szepcze. – Taksówka czeka na dole.

Zza Varyi wyłania się Daniel, patrzy zza szkieł okularów nieobecnym wzrokiem. Skórę pod oczami ma srebrnoniebieską, o rybim połysku, a przeżycia ostatniego tygodnia wyryły mu głębokie bruzdy wokół ust – a może one zawsze tam były?

Klara zasłania twarz ramieniem.

– Nie.

Varya podnosi rękę siostry, gładzi Klarę po włosach.

– Pożegnaj się.

Głos Varyi jest łagodny, Klara siada. Zarzuca siostrze ramiona na szyję, ściska tak mocno, że mogłaby złapać się za łokcie.

– Do zobaczenia – szepcze.

Kiedy Varya i Daniel odjeżdżają, niebo żarzy się czerwienią, potem przechodzi w kolor bursztynu. Simon chowa twarz we włosach Klary. Pachną dymem.