ImmortaliściTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Immortaliści
Immortaliści
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Immortaliści
Immortaliści
Audiobook
Czyta Filip Kosior
34,99  25,54 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Kobieta z Hester Street

Będziesz tańczyć, synek

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Proteusz

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

Inkwizycja

20

21

22

23

24

25

26

27

Miejsce życia

28

29

30

31

32

33

34

35

36

Podziękowania

Tytuł oryginału: THE IMMORTALISTS

Redakcja językowa: Ewa Kaniowska

Projekt okładki © Yeti Lambregts

Zdjęcie autorki © Nathan Jandl

Zdjęcie na okładce © Shutterstock

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © 2018 by Chloe Benjamin All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-609-8


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojej babci, Lee Krug

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

Kobieta z Hester Street

1969

Varya

Varya ma trzynaście lat.

Dopiero się przyzwyczaja do ośmiu dodatkowych centymetrów wzrostu i kępki ciemnego futerka między nogami. Piersi ma wielkości dłoni, sutki jak dwa różowe pieniążki. Włosy sięgają jej do pasa i mają kolor średniego brązu – nie przypominają ani czarnej czupryny jej brata Daniela ani cytrynowych loków Simona, brak im też miedzianego połysku warkocza Klary. Rano zaplata je w dwa dobierańce. Lubi, jak smagają jej biodra niczym niespokojny koński ogon. Maleńkiego noska po nikim nie odziedziczyła, a przynajmniej tak jej się wydaje. Do dwudziestych urodzin nos rozwinie się jednak w całej orlej okazałości, zupełnie jak u jej matki. Ale na to jeszcze nie czas.

Pokonują kręte uliczki swojej dzielnicy całą czwórką. Varya jest najstarsza, Daniel ma jedenaście lat, Klara – dziewięć, a Simon dopiero siedem. Daniel prowadzi rodzeństwo przez Clinton do Delancey, potem skręcają w lewo na Forsyth Street. Przechodzą przez park Sary D. Roosevelt, kryjąc się w cieniu drzew. Nocami w parku roi się od chuligaństwa, ale jest wtorek rano, więc tylko tu i ówdzie widać garstki młodych ludzi, którzy z policzkami wciśniętymi w trawę odsypiają weekendowe protesty.

Na Hester Street dzieci cichną. Muszą minąć Zakład Modniarski Golda, należący do ich ojca. Wprawdzie mało prawdopodobne, że ojciec ich dostrzeże – Saul pracuje z absolutnym zaangażowaniem, jakby miał pod igłą nie nogawkę męskich spodni, lecz materię wszechświata. Mimo to nadal stanowi zagrożenie dla rozedrganej magii tego parnego lipcowego dnia i niepewnego, ulotnego celu ich wyprawy.

Simon jest najmłodszy, ale szybki. Ma na sobie dżinsowe szorty po Danielu, które pasowały na starszego brata w tym wieku, ale młodszemu zsuwają się z wąskich bioder. Chłopiec ściska w dłoni sakiewkę z chińskiego atłasu. W środku szeleszczą banknoty jednodolarowe, monety pobrzękują jak zepsuta pozytywka.

– Gdzie to jest? – chce wiedzieć Simon.

– Chyba tutaj – ocenia Daniel.

Podnoszą głowy i patrzą na stary budynek – na pnący się ku górze zygzak metalowych schodów ewakuacyjnych i ciemne prostokątne okna na czwartym piętrze, gdzie ponoć mieszka osoba, z którą przyszli się zobaczyć.

– Jak mamy wejść do środka? – pyta Varya.

Budynek przypomina ich własną kamienicę – z tą różnicą, że ściany są kremowobiałe, a nie brązowe, i ma cztery piętra zamiast sześciu.

– Chyba trzeba zadzwonić domofonem – stwierdza Daniel. – Na czwarte piętro.

– Tak – zgadza się Klara. – Ale pod który numer?

Daniel wyciąga z tylnej kieszeni spodni pognieciony świstek. Kiedy podnosi głowę, policzki mu różowieją.

– Nie jestem pewien.

– Daniel! – Varya opiera się o ścianę budynku i wachluje się dłonią. Jest ponad trzydzieści stopni – przy takim upale głowa swędzi ją od potu u nasady włosów, a spódniczka lepi się do ud.

– Czekaj – uspokaja ją Daniel. – Daj mi się chwilę zastanowić.

Simon siada na asfalcie; sakiewka osiada miękko na ziemi między jego nogami jak meduza. Klara wyciąga z kieszeni karmelka. Zanim zdąży odwinąć papierek, drzwi do budynku się otwierają, a ze środka wychodzi młody mężczyzna. Ma na sobie rozpiętą koszulę w turecki wzór, a na nosie okulary z fioletowymi szkłami.

Kiwa głową w stronę rodzeństwa Goldów.

– Wchodzicie?

– Tak – potwierdza Daniel. – Wchodzimy.

 

Prędko zrywa się na nogi, pociągając za sobą resztę, i wbiega do środka, dziękując mężczyźnie w fioletowych okularach, zanim drzwi znowu się zamkną. Daniel: ich nieustraszony, na wpół niewydarzony przywódca, pomysłodawca całej eskapady.

* * *

W zeszłym tygodniu Daniel podsłuchał rozmowę dwóch chłopców, kiedy stał w kolejce po koszerną chińszczyznę u Szmulka Bernsteina. Zamierzał kupić sobie ciepłą tarteletkę z kremem jajecznym – ulubiony przysmak, którym zajadał się nawet podczas letnich upałów. Kolejka była długa, a wiatraki pod sufitem wirowały na pełnej prędkości, więc Daniel musiał wychylić się do przodu, żeby usłyszeć, co chłopcy mówią o kobiecie, która wprowadziła się na jakiś czas na ostatnie piętro kamienicy przy Hester Street.

Kiedy Daniel wracał na Clinton Street, serce dygotało mu w piersi. Klara i Simon grali na podłodze w drabiny i węże, a Varya leżała na górze piętrowego łóżka i czytała książkę. Czarno-biała kotka Zoya wylegiwała się na kaloryferze w złotym kwadracie słonecznego światła.

Daniel wyłożył im cały plan.

– Nie rozumiem. – Varya wyciągnęła nogę i oparła brudną stopę o sufit. – Co dokładnie robi ta kobieta?

– Przecież już mówiłem. – Daniel był zaaferowany, niecierpliwy. – Ona ma moc.

– Jaką moc? – zapytała Klara, przesuwając pionek. Pierwszą połowę lata spędziła na nauce sztuczki Houdiniego z talią kart i gumką, z umiarkowanym sukcesem.

– Z tego, co słyszałem, potrafi przepowiadać przyszłość. Jakie będziesz mieć życie, dobre czy złe. I jeszcze coś. – Daniel rozłożył ręce, oparł dłonie o framugę i wychylił się do przodu. – Ona potrafi przewidzieć, kiedy umrzesz.

Klara podniosła głowę.

– Bzdura – oceniła Varya. – Nikt nie może tego wiedzieć.

– A co, jeśli ona jednak wie?

– To ja bym wolała nie pytać.

– Dlaczego?

– Bo tak. – Varya odłożyła książkę i usiadła, przerzucając nogi przez krawędź łóżka. – A jeśli usłyszysz coś okropnego? Na przykład okaże się, że umrzesz, zanim zdążysz dorosnąć?

– To lepiej wiedzieć – upierał się Daniel. – Żeby ze wszystkim zdążyć.

Na chwilę zapadła cisza. A potem Simon wybuchnął perlistym śmiechem, trzepocząc całym swoim ptasim ciałkiem. Twarz Daniela poczerwieniała.

– Mówię poważnie – oznajmił. – Ja idę. Nie wytrzymam kolejnego dnia w tym mieszkaniu. Odmawiam. Więc kto pójdzie ze mną, do cholery?

Możliwe, że nic by się nie wydarzyło, gdyby nie to, że lato było u szczytu, a rodzeństwo miało przed sobą jeszcze półtora miesiąca dusznej, wilgotnej nudy. W mieszkaniu nie ma klimatyzacji, a poza tym jest 1969 rok i dzieciom wydaje się, że każdy poza nimi robi coś ciekawego. Ludzie nawalają się na Woodstock, śpiewają Pinball Wizard i chodzą do kina na Nocnego kowboja, którego żadnemu z rodzeństwa Goldów nie wolno oglądać. Wszyscy chodzą na zamieszki przed Stonewall, wybijają drzwi parkometrami wyrwanymi z chodników, rozwalają okna i maszyny grające. Są mordowani na najpotworniejsze sposoby: giną od granatów chemicznych i nabojów z karabinów, które strzelają seriami po pięćset pięćdziesiąt pocisków, a ich twarze są wstrząsająco bezzwłocznie wyświetlane na ekranie telewizora w kuchni Goldów.

– Ludzie zapierdalają na Księżyc – zachwyca się Daniel, który od niedawna używa takiego słownictwa, choć wyłącznie w bezpiecznej odległości od uszu matki.

James Earl Ray zostaje skazany za zabójstwo, podobnie jak Sirhan Sirhan, podczas gdy Goldowie grają w strulki i w rzutki, albo ratują Zoyę z otwartej rury za piekarnikiem, gdzie kotka regularnie włazi w świętym przekonaniu, że właśnie tam znajduje się jej prawowite mieszkanie.

Ale warunki potrzebne do zainicjowania ich dzisiejszej pielgrzymki stworzyło coś jeszcze: rodzeństwo Goldów już nigdy nie będzie ze sobą tak scalone jak tego lata. W przyszłym roku Varya wyjedzie z przyjaciółką Avivą na wakacje w góry Catskill. Daniela pochłoną sekretne rytuały chłopców z sąsiedztwa, a Klara i Simon zostaną tylko we dwójkę. Ale w sześćdziesiątym dziewiątym cała czwórka stanowi zwartą całość, jakby żadna inna konfiguracja w ogóle nie była możliwa.

– Ja pójdę – zdecydowała Klara.

– Ja też – dodał Simon.

– A jak mamy umówić się na wizytę? – zapytała Varya, która w wieku trzynastu lat już rozumiała, że w życiu nie ma nic za darmo. – Ile bierze od osoby?

Daniel zmarszczył czoło.

– Dowiem się – oznajmił.

* * *

Od tego wszystko się zaczęło: to był ich sekret, wyzwanie, wyjście ewakuacyjne, którym mogli wymknąć się przed złowrogim cieniem matki – żądającej, by wywiesili pranie albo wyciągnęli tego przeklętego kota z rury od pieca, kiedy tylko zauważała, że dzieci przesiadują bezczynnie w sypialni.

Rozpytywali po okolicy. Właściciel sklepu z magicznymi przedmiotami w Chinatown słyszał o kobiecie z Hester Street. Zdradził Klarze, że to nomadka, która podróżuje po całym kraju i zabiera swoją pracę z miejsca na miejsce. Zanim Klara wyszła ze sklepu, sprzedawca uniósł palec, zniknął między regałami na tyłach, a po chwili wrócił z wielkim kwadratowym tomiszczem zatytułowanym Księga wróżb. Na okładce było dwanaścioro otwartych oczu w otoczeniu różnych symboli. Klara zapłaciła sześćdziesiąt pięć centów i ruszyła do domu, całą drogę mocno przyciskając książkę do piersi.

Niektórzy mieszkańcy spod numeru 72 przy Clinton Street też słyszeli o kobiecie. Pani Blumenstein opowiedziała Simonowi, jak w latach pięćdziesiątych spotkała ją na bardzo eleganckim przyjęciu. Simon siedział na schodkach przed wejściem na klatkę. Pani Blumenstein na czas rozmowy wypuściła z mieszkania swojego sznaucerka, który natychmiast zrobił na schodkach kupę przypominającą mysie bobki, ale sąsiadka jej nie sprzątnęła.

– Wróżyła mi z dłoni. Przepowiedziała mi bardzo długie życie – zdradziła pani Blumenstein, nachylając się nad chłopcem dla podkreślenia wagi swoich słów.

Simon wstrzymał oddech; z ust starszej pani wionęło stęchlizną, jakby tchnęła tym samym dziewięćdziesięcioletnim powietrzem, które wciągnęła w płuca jako niemowlę.

– I widzisz, skarbeńku, miała rację.

Rodzina Hindusów z piątego piętra mówiła na kobietę rishika, czyli wieszczka. Varya zapakowała w folię kawałek kugla, który zrobiła na obiad Gertie, i zaniosła jedzenie do Ruby Singh – koleżanki z klasy z podstawówki numer 42 – w zamian za talerz curry z kurczaka w maśle. Jadły na dworze, siedząc na półpiętrze schodów pożarowych. Słońce opadało powoli za horyzont, a dziewczynki machały gołymi nogami zwisającymi za krawędź metalowej kraty.

Ruby wiedziała o kobiecie wszystko.

– Dwa lata temu, kiedy miałam jedenaście lat, moja babcia była chora. Pierwszy lekarz powiedział, że to serce i że babcia umrze za trzy miesiące. Ale drugi uważał, że babcia ma dość siły, żeby wrócić do zdrowia, i że pożyje jeszcze dwa lata.

Pod nimi przez Rivington przejechała z piskiem opon taksówka. Ruby odwróciła głowę, zmrużyła oczy i popatrzyła naEast River, zielono-brązową od błota i ścieków.

– Hindusi powinni umierać w domu – wyjaśniła Ruby. – W otoczeniu rodziny. Nawet krewni papy chcieli przyjechać z Indii, ale co mielibyśmy im powiedzieć? Zostańcie u nas dwa lata? Ale potem papa usłyszał, że tu niedaleko mieszka rishika. Poszedł się z nią spotkać, a ona podała mu datę – kiedy umrze nasza dadi. Więc położyliśmy łóżko dadi w salonie, tak żeby leżała głową na wschód. Zapaliliśmy lampę i czuwaliśmy: modliliśmy się, śpiewaliśmy pieśni. Bracia papy przylecieli z Czandigarh. Ja siedziałam na podłodze z kuzynami. Było nas dwadzieścia osób, może więcej. A kiedy dadi umarła, szesnastego maja, tak jak przepowiedziała rishika, to wszyscy aż się rozpłakaliśmy z ulgi.

– Nie byliście źli?

– A dlaczego mielibyśmy się złościć?

– Że ta kobieta nie pomogła twojej babci. Nie wyleczyła jej.

Rishika dała nam szansę, żeby się pożegnać. Nigdy jej się za to nie odwdzięczymy. – Ruby przełknęła ostatni kęs kugla i złożyła folię aluminiową na pół. – Poza tym rishika i tak nie mogłaby pomóc dadi. Ona wie różne rzeczy, ale nie może ich powstrzymać. Nie jest Bogiem.

– A gdzie teraz mieszka? – zapytała Varya. – Daniel słyszał, że gdzieś na Hester Street, ale nie wiadomo, pod którym numerem.

– Nie mam pojęcia. Za każdym razem zatrzymuje się gdzie indziej. Dla własnego bezpieczeństwa.

Z mieszkania Singhów dobiegł wysoki brzęk i czyjś krzyk w hindi.

Ruby wstała, strzepując ze spódniczki okruchy jedzenia.

– Jak to: dla własnego bezpieczeństwa? – drążyła Varya, też podnosząc się na nogi.

– Kimś takim jak ona ludzie zawsze się zainteresują – odparła Ruby. – Nie wiadomo, czego się można po niej spodziewać.

– Rubina! – rozległ się głos jej matki.

– Muszę lecieć. – Ruby przeskoczyła przez parapet i opuściła za sobą szybę. Varya musiała zejść z trzeciego piętra po schodach pożarowych. Zaskoczyło ją, że wieści o kobiecie rozniosły się tak daleko. Ale nie wszyscy o niej słyszeli: kiedy napomknęła o wróżce sprzedawcom u Katza – mężczyznom z cyframi wytatuowanymi na przedramionach – tylko popatrzyli na nią z przerażeniem.

– Dzieciaki – uciął jeden. – Po co wam się mieszać w takie rzeczy?

Powiedział to tak ostro, jakby uznał pytanie Varyi za osobistą obelgę.

Wyszła ze sklepu zaczerwieniona, ściskając w dłoniach kanapkę, i nie poruszała więcej tego tematu.

* * *

Ostatecznie Daniel zdobył adres kobiety od tych samych chłopców, których podsłuchał w kolejce. Zobaczył ich w weekend na moście Williamsburg. Stali oparci o barierkę i palili trawkę. Byli od niego starsi – mieli może czternaście lat – a w dodatku, żeby poprosić o szczegóły, Daniel musiał najpierw przyznać się do podsłuchiwania.

Chłopcy się nie obrazili. Chętnie podali mu numer, pod którym miała mieszkać kobieta, choć nie wiedzieli, jak można umówić się na wizytę. Plotki głosiły, że trzeba przynieść opłatę. Niektórzy twierdzili, że należność należy uiścić w gotówce; inni mówili, że wróżka ma dość pieniędzy, więc trzeba jej zaproponować coś bardziej oryginalnego. Jakiś chłopiec przyniósł jej ponoć zakrwawioną wiewiórkę znalezioną na poboczu – podniósł truchełko szczypcami i zapakował do foliowej torebki, którą następnie mocno zawiązał. Ale Varya oznajmiła stanowczo, że nikt nie chciałby dostać czegoś takiego, nawet wróżka, więc ostatecznie zrobili składkę z kieszonkowego. Mieli nadzieję, że to wystarczy.

Kiedy Klary nie było w domu, Varya wyciągnęła spod łóżka siostry Księgę wróżb i wdrapała się na swój materac. Położyła się na brzuchu i zaczęła odczytywać na głos różne słowa: haruspicja (wróżenie z wątroby zwierząt ofiarnych), ceromancja (z lanego wosku), rabdomancja (za pomocą drewnianych różdżek). W chłodniejsze dni przez okno wpadał wiatr. Szeleścił starymi zdjęciami i drzewami genealogicznymi, które Varya przykleiła na ścianie nad swoim posłaniem. Za pomocą tych dokumentów Varya śledzi tajemnicze ścieżki procesów dziedziczenia: układy genów migoczą tu i ówdzie, w różnych konfiguracjach. Daniel odziedziczył smukłe nogi dziadka Lwa, ale Saul nie miał tyle szczęścia.

Lew przyjechał do Nowego Jorku na parostatku razem z ojcem – handlarzem tkaninami – po tym jak jego matka została zamordowana w pogromach w 1905 roku. Na Ellis Island obaj zostali przebadani na obecność chorób zakaźnych i przesłuchani po angielsku. Wpatrywali się w pięść żelaznej kobiety, obserwującej ich niewzruszenie z brzegu morza, które właśnie przemierzyli. Ojciec zajął się naprawą maszyn do szycia. Lew znalazł pracę w fabryce odzieży, prowadzonej przez niemieckiego Żyda, który pozwalał chłopcu obchodzić szabat. Lew został z czasem zastępcą kierownika, a następnie kierownikiem. W trzydziestym roku otworzył własny interes: Zakład Modniarski Golda w suterenie przy Hester Street.

Varya otrzymała imię po matce Saula, która pracowała jako księgowa Lwa aż do emerytury. O dziadkach od strony matki wie mniej – tylko tyle, że babcia miała na imię Klara, tak jak młodsza z sióstr, i że przyjechała tu z Węgier w 1913. Ale babcia umarła, kiedy Gertie, matka Varyi, miała zaledwie sześć lat. Gertie rzadko ją wspomina. Pewnego razu Klara i Varya wślizgnęły się do sypialni Gertie i przeczesały cały pokój w poszukiwaniu pamiątek po dziadkach. Dziewczynki niczym myśliwskie psy wywęszyły obłok tajemnicy otaczający tę parę, wyczuły zwietrzałą woń intrygi i wstydu – i szukały tak długo, aż w końcu dotarły do komody, w której Gertie trzyma bieliznę. W górnej szufladzie znalazły małe drewniane puzderko z lakierowanym wieczkiem i złotymi zawiasami. W środku leżał stosik pożółkłych fotografii, przedstawiających drobną kobietę o filuternym uśmiechu, krótkich czarnych włosach i ciężkich powiekach. Na pierwszym zdjęciu stała w obcisłym kostiumie ze spódniczką, z wysuniętym na bok biodrem, a nad głową trzymała laseczkę do żonglerki. Na innym jechała na koniu, tak wygięta do tyłu, że aż było jej widać brzuch. Na fotografii, która Varyi i Klarze spodobała się najbardziej, kobieta zwisała z liny trzymanej w zębach.

 

Znalazły dwie wskazówki na dowód, że ta kobieta to ich babcia. Pierwsza: na pogniecionym starym zdjęciu, zatłuszczonym od odcisków palców, ta sama kobieta stała obok wysokiego mężczyzny i małego dziecka. Varya i Klara wiedziały, że dziewczynka na fotografii to ich matka, rozpoznały ją nawet w tej miniaturowej wersji. Ściskała dłonie rodziców w małych, pulchnych piąstkach, a buzię miała ściśniętą w wyrazie konsternacji, która nadal często gości na twarzy Gertie.

Klara oznajmiła, że to jej się należy szkatułka wraz z zawartością.

– To moje – powiedziała. – Mam po niej imię. Mama i tak nigdy ich nie ogląda.

Prędko okazało się jednak, że to nieprawda. Już następnego ranka po tym, jak Klara zabrała lakierowane puzderko do swojego pokoju i wetknęła pod materac, z sypialni rodziców dobiegł głośny skrzek, po którym posypała się seria wściekłych pytań Gertie i stłumione protesty Saula. Chwilę później Gertie wpadła jak burza do pokoju dzieci.

– Które wzięło?! – wrzasnęła. – Które?

Nozdrza miała rozdęte, szerokimi biodrami zupełnie odcięła światło wpadające zwykle z korytarza. Klara zapłonęła z przerażenia, łzy napłynęły jej do oczu. Kiedy Saul wyszedł do pracy, a Gertie zniknęła w kuchni, Klara przemknęła się do sypialni rodziców i odłożyła pudełko dokładnie tam, gdzie je znalazła. Ale Varya wie, że kiedy w mieszkaniu nikogo nie ma, Klara wraca do fotografii i do drobnej kobiety w puzderku. Z fascynacją chłonie świeżość i szyk kobiety, przysięgając w duchu, że dorówna swojej imienniczce.

* * *

– Nie rozglądajcie się tak – syczy Daniel. – Zachowujcie się, jakbyście byli u siebie.

Rodzeństwo Goldów pędzi po schodach. Ze ścian łuszczą się płaty beżowej farby, na korytarzach panuje mrok. Kiedy docierają na czwarte piętro, Daniel się zatrzymuje.

– I co teraz? – szepcze Varya. Lubi, kiedy Daniel jest zbity z tropu.

– Teraz czekamy – mówi Daniel – aż ktoś wyjdzie.

Ale Varya nie chce czekać. Jest roztrzęsiona, niespodziewanie wypełnia ją przerażenie. Rusza wzdłuż korytarza.

Sądziła, że magia będzie jakoś wyczuwalna, ale wszystkie drzwi na piętrze wyglądają identycznie, mają takie same odrapane mosiężne klamki i tabliczki z oznaczeniem mieszkań. Czwórka pod numerem 54 obsunęła się na bok. Kiedy Varya podchodzi do drzwi, słyszy dobiegający ze środka dźwięk telewizora albo radia: mecz bejsbola. Odsuwa się, bo nie sądzi, żeby rishika interesowała się bejsbolem.

Jej rodzeństwo zdążyło w tym czasie rozpierzchnąć się po korytarzu. Daniel wkłada ręce do kieszeni, opiera się o poręcz schodów i obserwuje drzwi. Simon staje obok Varyi przed numerem 54, wyciąga się do góry najwyżej, jak może, i palcem wskazującym popycha czwórkę na drzwiach z powrotem do pionu. Klara przez chwilę wędrowała w przeciwną stronę, ale teraz wraca do reszty. Roznosi wokół siebie zapach Breck Gold Formula, kupionego za odkładane tygodniami kieszonkowe; reszta rodziny myje włosy szamponem Prell w plastikowej tubce, która przypomina opakowanie pasty do zębów. Kiedy ją nacisnąć, ze środka wydobywa się galaretowata substancja o barwie wodorostów. Wprawdzie Varya prycha pogardliwie na tę ekstrawagancję – ona nigdy nie wydałaby tyle pieniędzy na szampon – ale po cichu zazdrości pachnącej pomarańczami i rozmarynem Klarze, która teraz unosi dłoń, żeby zapukać do drzwi.

– Co ty wyprawiasz? – syczy Daniel. – Tam może być ktokolwiek. Może…

– Co? – Zza drzwi dobiega niski, burkliwy głos.

– Przyszliśmy spotkać się z tą kobietą – próbuje Klara.

Cisza. Varya wstrzymuje oddech. W drzwiach jest wizjer – węższy niż gumka na ołówku.

Po drugiej stronie ktoś odkasłuje.

– Pojedynczo – mówi.

Varya zerka na Daniela. Nie sądzili, że będą musieli się rozdzielić. Ale nie ma czasu na negocjacje, bo już rozlega się szczęk odsuwanej zasuwki, a Klara – czy ona oszalała? – wchodzi do środka.

* * *

Żadne z rodzeństwa nie potrafi ocenić, ile czasu minęło, odkąd Klara zniknęła w mieszkaniu. Varya ma wrażenie, że upłynęły godziny. Siedzi oparta o ścianę, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Przypominają jej się różne bajki o czarownicach, które porywają dzieci i je pożerają. Przerażenie rozgałęzia się jej w żołądku niczym drzewo, zapuszcza korzenie coraz głębiej, aż wreszcie drzwi znów się otwierają.

Varya podrywa się na nogi, ale Daniel jest szybszy. Nie da się zajrzeć do środka, choć Varyi wydaje się, że słyszy muzykę – orkiestra mariachi? – i brzęk garnka na palniku.

Przed wejściem Daniel patrzy na Varyę i Simona.

– Nie martwcie się – mówi.

Ale oni i tak się martwią.

– Gdzie jest Klara? – pyta Simon, kiedy Daniel znika w środku. – Dlaczego nie wyszła?

– Jest dalej w środku – zapewnia Varya, chociaż ona sama też się nad tym zastanawia. – Zobaczysz ich, kiedy wejdziemy, Klarę i Daniela. Pewnie po prostu… czekają na nas.

– To był zły pomysł – ocenia Simon. Jego blond loki są ciemne od potu.

Ponieważ Varya jest najstarsza, a Simon najmłodszy, dziewczynka uważa, że powinna umieć się nim zaopiekować po macierzyńsku, ale brat jest dla niej enigmą. Tylko Klara wydaje się go rozumieć. Simon mówi mniej od pozostałych. Przy obiedzie zwykle siedzi ze zmarszczonym czołem i szklistymi oczami. Ale jest też prędki i ruchliwy jak królik. Czasami, kiedy Varya idzie z Simonem do synagogi, nagle zauważa, że jest sama. Wie, że Simon tylko odbiegł kawałek do przodu albo został kilka kroków w tyle, ale za każdym razem ma wrażenie, że jej brat zniknął na dobre.

Kiedy drzwi się otwierają, znów zaledwie na centymetr, Varya kładzie dłoń na ramieniu Simona.

– Wszystko w porządku, Si. Ty idź, a ja tu zostanę i popilnuję korytarza. Dobrze?

Nie jest pewna, po co ani przed kim miałaby pilnować wejścia – w budynku jest tak samo pusto jak wtedy, kiedy tu przyszli. Tak naprawdę Varya trochę się obawia; wprawdzie jest najstarsza, ale woli puścić resztę przodem. Simon jednak wygląda, jakby jej słowa dodały mu otuchy. Odgarnia kosmyk włosów z oczu i zostawia siostrę na klatce schodowej.

* * *

Kiedy Varya zostaje na korytarzu sama, znów wzbiera w niej popłoch. Czuje się odcięta od rodzeństwa, jakby stała na brzegu i patrzyła, jak ich statki odpływają w dal. Trzeba było powstrzymać całą tę wyprawę. Kiedy drzwi znów się otwierają, pot już perli się na jej górnej wardze i oblepia skórę pod gumką spódniczki. Za późno, żeby odejść tą samą drogą, którą tu przyszła – a poza tym rodzeństwo na nią czeka. Varya otwiera drzwi.

Wchodzi do maleńkiej kawalerki, zawalonej tyloma przedmiotami, że w pierwszej chwili w ogóle nie widać kobiety. Książki piętrzą się na podłodze niczym modele wieżowców. Na kuchennych półkach zamiast jedzenia zalegają stosy gazet, a na blacie tłoczą się produkty z długą przydatnością do spożycia: krakersy, płatki, zupy w puszkach, z dziesięć rodzajów herbaty w jaskrawych opakowaniach. Varya dostrzega też talie kart do gry i do tarota, astrologiczne wykresy i kalendarze – rozpoznaje chiński, jeden z rzymskimi cyfra4mi i taki z fazami księżyca. Na ścianie wisi pożółkły plakat I Ching z heksagramami, które Varya widziała w Księdze wróżb Klary. Wazon wypełniony piaskiem; gongi i miedziane misy; wieniec laurowy; stosik gałązek z poziomymi nacięciami; misa z kamieniami – niektóre zostały obwiązane długimi kawałkami sznurka.

Tylko jeden kąt przy drzwiach nie jest zagracony. Stoi tam składany stół i dwa krzesełka, też składane. Obok Varya widzi mniejszy stolik, na którym leżą czerwone róże z materiału i otwarta Biblia. Wokół Pisma Świętego stoją dwa białe gipsowe słonie, gromnica, drewniany krzyż i trzy figurki: jedna przedstawia Buddę, druga Matkę Boską, a trzecia Nefretete – Varya wie to tylko dlatego, że u stóp posążku znajduje się malutka tabliczka z ręcznie wykaligrafowanym napisem NEFRETETE.

Varyę gryzie sumienie. W szkółce żydowskiej ostrzegali ją przed fałszywymi bożkami. W skupieniu słuchała, jak rabin Chaim czyta traktat Awoda Zara. Rodzice nie byliby zadowoleni, że tu przyszła. Ale przecież to Bóg stworzył wróżkę, tak samo jak ich, prawda? W synagodze Varya próbuje się modlić, ale Bóg nigdy jej nie odpowiada. Z rishiką przynajmniej można porozmawiać.

Kobieta stoi przy zlewie i ostrożnie strząsa suche liście herbaty do delikatnej metalowej kulki. Ma na sobie luźną bawełnianą sukienkę, skórzane sandały, a na głowie granatowy szal. Dwa długie brązowe warkocze spływają jej na plecy. Wprawdzie kobieta jest potężna, ale porusza się z precyzyjną elegancją.

– Gdzie moi bracia i siostra? – pyta Varya ochryple. Wstydzi się desperacji, którą słyszy we własnym głosie.

Rolety są zaciągnięte. Kobieta zdejmuje z górnej półki kubek i wkłada do niego metalową kulkę.

– Chcę wiedzieć – powtarza Varya, tym razem głośniej – gdzie są moi bracia i siostra.

Na kuchence gwiżdże czajnik. Kobieta gasi palnik i unosi czajnik nad kubkiem. Wrzątek leje się szerokim, czystym strumieniem, a pomieszczenie wypełnia trawiasty zapach.

– Na zewnątrz – mówi.

– Nieprawda. Czekałam na korytarzu, ale oni nie wyszli.

Kobieta podchodzi do Varyi. Policzki ma pulchne, nos bulwiasty, wargi ściągnięte. Jej skóra jest złotobrązowa jak u Ruby Singh.

– Nic nie mogę zrobić, jeśli mi nie zaufasz. Zdejmij buty. Potem możesz usiąść.

Varya pokornie zsuwa półbuciki i stawia je przy drzwiach. Może kobieta ma rację. Jeśli Varya odmówi współpracy, cała wyprawa będzie na darmo, i na nic całe ryzyko: badawcze spojrzenie ojca, rozjątrzenie matki, kieszonkowe całej czwórki. Dziewczynka siada przy składanym stole. Kobieta stawia przed nią kubek z herbatą. Varya myśli o tynkturach i truciznach, o Ripie Van Winkle uśpionym przez duchy na dwadzieścia lat. A potem o Ruby. Ta kobieta wie różne rzeczy, powiedziała Ruby. Nigdy nie zdołamy jej się odwdzięczyć.

Varya unosi kubek do ust i bierze łyk naparu.

Rishika siada na krześle naprzeciwko. Przygląda się sztywnym ramionom Varyi, wilgotnym dłoniom i twarzy.

– Nie czujesz się zbyt dobrze, co, złotko?

Zaskoczona Varya przełyka ślinę. Potrząsa głową.

– Czekasz, aż zrobi ci się lepiej?

Varya siedzi nieruchomo, choć serce bije jej coraz szybciej.

– Zamartwiasz się. – Kobieta kiwa głową. – Masz problemy. Na zewnątrz się uśmiechasz, śmiejesz się, ale w sercu masz smutek. Jesteś sama. Mam rację?

Wargi dziewczynki drżą w niemym potwierdzeniu. Serce tak nabrzmiewa jej uczuciem, jakby zaraz miało pęknąć.

– Szkoda – mówi kobieta. – No, ale do rzeczy.

Pstryka palcami i wskazuje na lewą dłoń Varyi.

– Ręka.

Varya posłusznie zsuwa się na krawędź krzesła i wyciąga rękę w stronę wróżki. Dłonie kobiety są zręczne i chłodne. Varya oddycha płytko. Nie pamięta, kiedy ostatni raz dotknęła kogoś nieznajomego; woli kryć się pod powłoką dystansu, jakby przed ludźmi chronił ją płaszcz przeciwdeszczowy. Po powrocie ze szkoły, gdzie ławki są tłuste od dotyku dziesiątek rąk, a plac zabaw pełen zarazków naniesionych przez przedszkolaki, Varya szoruje dłonie do czerwoności.

– Naprawdę pani to potrafi? – pyta. – Wie pani, kiedy umrę?