Książka o Niczym

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anaksagoras, podobnie jak Empedokles, żył w połowie V wieku przed naszą erą. Pracował najpierw w Jonii, później w Atenach. Jak Empedokles, zaprzeczał istnieniu pustej przestrzeni i był stanowczym zwolennikiem teorii o zachowaniu „esencji” świata. Ta zasada zachowania głosi, że nic nie może wyłonić się z Niczego lub w nim zaniknąć. Jest to idea pokrewna naszej współczesnej zasadzie zachowania energii. Anaksagoras widział „stworzenie” jako wprowadzenie porządku w pierwotnym chaosie, a nie jako zdarzenie polegające na powstaniu świata z Niczego. Za pomocą tej samej zasady zachowania tłumaczył też, w jaki sposób jedne substancje zamieniają się w drugie – na przykład, w jaki sposób owoce lub jakiekolwiek inne pożywienie zamienia się w naszych ciałach w mięśnie i kości. Uważał, że w trakcie każdej z takich przemian coś jest przekazywane – ukryte w każdej formie materii „nasiona”, które można tylko przekazywać, lecz nie można ich stworzyć lub zniszczyć: „Bowiem we wszystkim kryje się pewna ilość wszystkiego”. Można próbować ujrzeć w tych nasionach cząsteczki opisywane przez współczesną chemię. U Anaksagorasa były one jednak nieograniczenie podzielne, tak więc przestrzeń mogła być na sposób ciągły wypełniona materią. Nie są potrzebne pory Empedoklesa, ale wciąż nie ma tu miejsca na pustą przestrzeń.

Anaksagoras dzielił z Empedoklesem jego fascynację działaniem naczynia do wody i powtarzał jego eksperymenty, dokonując dodatkowych prób ze ściśniętym skórzanym bukłakiem na wino, przy rozciąganiu którego powietrze wydawało się stawiać opór. Na tej bazie wnioskował, że powietrze to nie pusta przestrzeń i nie ma w ogóle żadnego eksperymentalnego świadectwa istnienia pustej przestrzeni. Był wysokiej klasy myślicielem i jako pierwszy filozof zauważył, że obserwacja świata jest uwarunkowana kruchością naszych zmysłów. Ludzka zdolność do ocenienia, czy dana rzecz różni się tak naprawdę od drugiej (jego ulubionym przykładem było odróżnianie dwóch podobnych odcieni), jest wyłącznie funkcją naszych zmysłów, tak więc „[z powodu] słabości postrzeżeń zmysłowych nie możemy orzekać o prawdzie”. Nasze zmysły dostarczają tylko częściowej informacji o ukrytej rzeczywistości, której nie potrafimy pojąć w pełni. Jego poglądy były później wykorzystane przez atomistów greckich jako fundament ich obrazu świata.

Atomiści utrzymywali, że wszelka materia składa się z atomów, mikroskopijnych niepodzielnych cząsteczek (greckie słowo atomos oznacza „niepodzielny”), które były przy tym wieczne i niezmienne. Atomy te poruszały się w pustej przestrzeni, a ich skupianie się w różnych miejscach w różnym stopniu sprawiało, że materia występowała w rozmaitej formie i gęstości. Prostota tej wizji świata i łatwość jej zastosowania w praktyce przyniosła jej znaczną popularność. Jako pierwszy opisał ją w połowie V wieku przed naszą erą Leucyp z Miletu, a rozwinął ją później jego uczeń Demokryt. Jako rozwinięty system filozoficzny zaistniała za sprawą Epikura z Samos. Dopiero to przyniosło jej wielką sławę. Nawet dziś jej najbardziej pamiętnym wyrazem pozostaje niezwykły poemat prozą De Rerum Natura (O Naturze Rzeczy) rzymskiego poety Lukrecjusza napisany około 60 roku na cześć epikurejskiego atomizmu.

Leucypa spotkał podwójny zaszczyt – jako pierwszy opisał wyczerpująco model materii składającej się z identycznych elementarnych jednostek oraz wziął pod uwagę pogląd, że istnieje pusta przestrzeń, w której owe atomy się poruszają. W jego pracach idea prawdziwej próżni została po raz pierwszy rygorystycznie zastosowana w aksjomatycznie sformułowanej filozoficznej wizji przyrody. Ponieważ świat składa się z atomów i pustej przestrzeni, w której się one poruszają, istnienie próżni jest warunkiem możliwości występowania jakiegokolwiek ruchu lub zmiany, a Leucyp przypomina, że:

jeśli nie ma próżni posiadającej swój odrębny byt, wtedy „to, co jest” nie może się ruszać – nie może też być go „wiele”, ponieważ nie ma nic, co rozdzielałoby rzeczy[17].

Atomy mogą różnić się gęstością, kształtem i położeniem, ale nie mogą pojawiać się z Niczego i znikać w nim. Niezmienność atomów wyklucza ewentualność, jakoby mogły zawierać w sobie obszary próżni. Muszą być lite i skończonej wielkości. Pewne znaczenie może mieć fakt, że Leucyp był przez pewien czas uczniem w szkole filozoficznej w Elei, w której nauczał Zenon, i gdzie intensywnie badano opisane przez niego paradoksy. Zenon opisał niektóre przedziwne paradoksy, które pojawiają się przy rozważaniu nieskończonego dzielenia się przedmiotów na pół. Jeden z jego paradoksów ruchu każe nam zastanowić się, jak jest możliwe przejście, przykładowo, do znajdujących się metr od nas drzwi. Najpierw musimy pokonać pół metra, później połowę połowy metra, później połowę połowy połowy metra i tak dalej, w nieskończoność. Wydaje się, że nigdy nie osiągniemy celu, ponieważ oznaczałoby to pokonanie nieskończonej liczby odcinków. Być może tego typu niezręczne problemy pojawiające się przy rozważaniu dowolnie małych wielkości przekonały Leucypa o tym, że przyjęcie istnienia najmniejszej możliwej jednostki materii pozwala na uniknięcie paradoksów. Istniały również motywacje fizyczne. Epikur twierdził, że przy nieskończonym dzieleniu materii na mniejsze kawałki nastąpiłoby nieodwracalne zatracenie ich tożsamości, prowadzące ostatecznie do ich nieistnienia lub powstawania zgrupowań materii tak kruchych, że zupełnie nietrwałych. Było to istotne spostrzeżenie, ponieważ wprowadziło ono ostre rozróżnienie na rzeczywistość matematyczną i fizyczną – w tej pierwszej nieograniczony podział jest możliwy, w tej drugiej – nie. Otwarty pozostawał więc wybór odpowiedniej struktury matematycznej dla rzeczywistości fizycznej.

Epikur twierdził ponadto[18], że musi istnieć maksymalny rozmiar atomów, co tłumaczy, dlaczego nie są one widoczne gołym okiem. Demokryt nie wypowiadał się w tej kwestii[19], jednak podzielał pogląd pozostałych atomistów, że rozmiar i wiek Wszechświata, a także liczba obecnych w nim atomów, są nieskończone. Wyłania się z tego obraz Wszechświata jako nieskończonej próżni wypełnionej poruszającymi się, litymi, niepodzielnymi cząsteczkami różnych kształtów i rozmiarów[20]. Lukrecjusz opisał poetycko, w jaki sposób przypadkowe ruchy owych niedostrzegalnych atomów mogą sprawiać, że powstają na pozór stabilne i niezmienne obiekty znane nam z życia codziennego:

Czemu całość wszechświata, gdy wszystko się porusza,

Wyda się nieruchoma [...].

Przecie zarodków [atomów] natura zmysłom się twym nie obnaża.

Skoro zaś ich nie widzisz, choć orle masz źrenice,

Ruch drobinek chcąc ujrzeć, także odejdziesz z niczem.

Wtedy wszak nawet pobłądzisz, gdy rzeczy dosyć duże,

Ale z bardzo daleka w ich ruchu chciałbyś ujrzeć.

Bo często, gdy na wzgórzach gromadkę owiec zoczysz,

Która po aksamitnej, zielonej trawie kroczy.

Ubranej w perły rosy, a w łące ponad wodą

Młode, syte jagnięta w żartach się wzajem bodą.

Wszystko to z odległości zmieszane ci się wyda.

I ledwie jedną białą, zastygłą plamę widać[21] [tł. E. Szymański].

Występuje tu interesujące powinowactwo pomiędzy atomistyczną wizją atomów unoszących się w próżni oraz pitagorejską wizją liczb. Pitagoras i jego następcy uważali, że wszystko da się wyrazić za pomocą liczb i że liczby te posiadają właściwe im znaczenia, a nie są ledwie sposobem na wyrażenie zależności pomiędzy innymi przedmiotami. Jeśli dwie różne rzeczy noszą w sobie element troistości lub „pięcioistości”, wiąże je ze sobą głęboka, fundamentalna harmonia. Pitagorejczycy, podobnie jak atomiści, potrzebowali istnienia próżni, by zachowana została tożsamość rzeczy. Dla atomistów pusta przestrzeń rozdzielała atomy i pozwalała się im poruszać. Dla pitagorejczyków wszystko było liczbą, a próżnia istniała pomiędzy liczbami. Arystoteles pisał, że zdaniem pitagorejczyków:

Próżnia istnieje [...]. Jest to pustka utrzymująca rzeczy w osobności, jest swego rodzaju oddzieleniem lub odsunięciem rzeczy. Jest to zwłaszcza prawdziwe w odniesieniu do liczb; to próżnia sprawia, że są oddzielne[22].

Atomiści nie byli jedynymi filozofami starożytności, którzy posiadali ugruntowane poglądy na temat próżni. W III wieku przed naszą erą narodził się zupełnie nowy pogląd na naturę rzeczy. Przeszedł do historii jako stoicyzm, ponieważ jego pierwsi zwolennicy zwykli spotykać się pod zadaszoną kolumnadą (stoa) na północnej „ścianie” ateńskiego rynku. Założycielami tej szkoły byli Zenon z Kition (nie mylić z Zenonem od paradoksów), Chryzyp z miasta Soli w Cylicji oraz Posejdonios z Apamei w Syrii.

W całkowitej opozycji wobec poglądów atomistów, stoicy uważali, że wszystkie rzeczy tworzą jedno rozciągłe kontinuum i związane są ze sobą przenikającą wszystko pneumą – sprężystą mieszaniną ognia i powietrza. Wewnątrz lub pomiędzy znajdującymi się w świecie przedmiotami nie może istnieć pusta przestrzeń – nie oznacza to jednak, że pustka jako taka jest zupełnie wykluczona. Wręcz przeciwnie – Wszechświat stoików był skończonych rozmiarów wyspą zawieszonej w pneumie materii, znajdującą się jednak w nieskończonej pustej przestrzeni[23]. Próżnia ta istniała poza wszystkimi rzeczami, a rolą pneumy było związanie ze sobą składników świata, aby nie rozproszyły się po owej bezkształtnej pustce.

Koncepcja stoików jest interesująca z naszej perspektywy, ponieważ pneuma jest poprzedniczką eteru – płynu wypełniającego przestrzeń w każdym jej punkcie, który podlega oddziaływaniom i sam może oddziaływać na inne obiekty. Stoicy wyobrażali sobie swój eter jako ośrodek, za pośrednictwem którego realizowałoby się oddziaływanie dźwięku lub innych sił – tak jak wtedy, gdy po poruszeniu wody po jej powierzchni rozchodzi się fala, oddziałując w odległych miejscach, powodując choćby rytmiczny ruch w górę i w dół unoszącego się na wodzie liścia.

 

Co ciekawe, ani poglądy atomistów, ani stoików nie wywarły wielkiego wpływu na myślicieli następnych piętnastu stuleci. Dominujący obraz budowy świata przyrody, który pozostawiła po sobie cywilizacja grecka, i który później scalił się ze światopoglądem judeochrześcijańskim, pochodził od Arystotelesa. Arystoteles analizował zjawiska naturalne poprzez poszukiwanie celu ruchu i zmiany. Choć perspektywa teleologiczna mogła pomóc w zrozumieniu świata przyrody lub badaniach ludzkiej psychologii, znacząco utrudniła badanie problemów fizycznych i astronomicznych. Arystotelesowski obraz świata miał wielu zwolenników, dlatego to właśnie poglądy tego filozofa na temat próżni zdeterminowały powszechnie wyznawany światopogląd, który dominował aż do renesansu[24]. Stagiryta uważał, że próżnia nie może istnieć, zarówno w świecie, co głosili atomiści, jak i poza jego granicami – zgodnie z poglądami stoików. Arystotelesowski Wszechświat był skończony – zawierał w sobie wszystkie istniejące rzeczy; był kontinuum wypełnionym materią; przestrzeń była w nim definiowana przez znajdujące się w niej ciała. Eter Arystotelesa, w przeciwieństwie do dynamicznego eteru stoików, był jednak nieruchomy, bierny i pozostawał w wiecznym spoczynku.

Sztuka islamska

Skromność, mocą ciszy, zbiera duszę w jeden punkt. Prawdziwie skromny człowiek nie ma chęci być sławnym lub podziwianym przez innych, ale chciałby tylko stać się sobą samym, aby ostatecznie być nikim, jak gdyby się nigdy był nie narodził. Gdy już całkowicie schowa się w sobie przed sobą, wtedy w pełni jest z Bogiem[25].

Izaak z Niniwy

W porównaniu ze starożytną sztuką grecką, a nawet późniejszą zachodnią sztuką figuratywną, finezyjne mozaiki i parkietaże islamskie wydają się być jakby starożytną formą sztuki matematycznej – sztuką komputerową sprzed epoki komputerów.

Można sobie wyobrazić, że ich przeniesieni w czasie starożytni twórcy manipulowaliby dziś fraktalami oraz współczesnymi kafelkami, aby przedłużyć tradycję sprzeciwu wobec przedstawiania istot żywych. Wzory te są sugestywnym świadectwem ich poglądów religijnych. Tylko Bóg jest nieskończony. Tylko Bóg jest doskonały. Skończone wycinki wzorów, które są same w sobie w oczywisty sposób nieskończone, to małe odłamki boskości uchwycone w skromny, a jednak inspirujący sposób. Niezupełność tych wzorów wzmacniała wrażenie kruchości i skończoności człowieka w zestawieniu z boską nieskończonością.

Sztuka islamska kierowała umysł widza ku nieskończoności poprzez regularne wzory mogące powtarzać się w nieograniczony sposób. Tego typu ornamenty znane są przede wszystkim za sprawą dzieł holenderskiego artysty Mauritsa Eschera i zainspirowanych przez niego projektantów matematycznych. Urodzony w holenderskim Leeuwarden w 1898 roku, Escher rozpoczął swoją karierę artystyczną jako malarz pejzażów, zwykle przedstawiających małe miasteczka i wsie śródziemnomorskie. Jego życie odmieniło się jednak latem 1936 roku, kiedy to po raz pierwszy ujrzał bajeczne wzory w Alhambrze w hiszpańskiej Granadzie (rys. 2.3).

(a) (b)

Rys. 2.3. Zdobienia islamskie z Badra w Azerbejdżanie (a) oraz z zamku Alhambra w hiszpańskiej Granadzie (b)

Na Escherze największe wrażenie zrobiła subtelność i niebywała precyzja form geometrycznych zastosowanych przez twórców tego czternastowiecznego pałacu hiszpańskich Maurów. Spędził on wiele dni, studiując szczegóły wzorów i rytmiczność ornamentów, podejmując się następnie dokonania na własną rękę syntezy symetrii i niemożliwości. W odróżnieniu od oryginalnych wzorów z Alhambry, Escher ożywiał swoje rysunki przedstawieniami istot żywych – ryb, ptaków, uskrzydlonych koni czy ludzi. Swoje niesłabnące zainteresowanie tego typu ornamentami wyjaśniał, twierdząc, że pociąga go abstrakcja wyrażająca się poprzez dające się rozpoznać figury.

Muzułmanie poprzez swoją sztukę wielbili nieskończoność – to, co dla Greków było raczej źródłem lęku. Islam uczynił z niej siłę napędową swojej działalności artystycznej. Choć nigdy nie zajmowała centralnego miejsca, nigdy nie była też zepchnięta na margines. Równie śmiało traktowano zero i Nicość. Zamiast zamieść Nic pod dywan jako coś filozoficznie wstydliwego, artyści islamscy potraktowali pustkę jako wyzwanie domagające się interwencji. Żadna pusta przestrzeń nie mogła się ostać. Każdy fryz i każda powierzchnia została pokryta wyrafinowanymi ornamentami[26]. Jest to zresztą przymus, który przejawia się w wielu kulturach ludzkich. Antropolodzy odnajdują wyrafinowane zdobienia, gdziekolwiek by nie spojrzeli. Po prostu nie lubimy pustych przestrzeni. Opisana wcześniej potrzeba Majów, aby w piktogramach Nic było reprezentowane przez obraz, ilustruje dążenie ludzkiego umysłu do uzupełniania wzorców i wypełniania pustych miejsc. Wielki historyk sztuki Ernst Gombrich określił ten pęd ku zdobieniom jako horror vacui. Przyniósł on bogactwo wielokrotnie ponawianych technik, czasem polegających na łączeniu rozdzielonych części, czasem na wypełnianiu przestrzeni, dzięki czemu wyłaniała się i wzrastała struktura o rosnącej subtelności.

Święty Augustyn

Cuda da się wyjaśniać –

to wyjaśnienia są cudowne.

Tim Robinson

W myśli średniowiecznej i renesansowej paradoksalne aspekty tego czegoś zwanego Niczym splotły się z doktryną i tradycją teologii chrześcijańskiej. Doktryny te opierały się na żydowskiej tradycji odwracania się od Niczego, które stanowi antytezę Boga. Tym, co czyni Boga Bogiem, jest stworzenie świata z Niczego. Trudno o wyraźniejszą demonstrację tego, że Nic jest czymś niepożądanym – jest to stan bez Boga; stan, który on sam postanowił poddać przemianie. Nic było też stanem zapomnienia, na który byli skazywani przeciwnicy i wrogowie Boga. Wszelka próba wytworzenia stanu Nicości lub pustej przestrzeni oznaczała bądź to próbę uczynienia tego, na co tylko Bóg mógł się poważyć, bądź to wymazanie siebie z królestwa Boga. Boskie stworzenie wszystkiego z Niczego to podstawowy dogmat wiary. Poważne mówienie o próżni lub pustej przestrzeni zakrawało więc na ateizm. Oznaczało zgodę na istnienie we Wszechświecie miejsc, w których Bóg jest nieobecny.

Myślicielem, który najbardziej kreatywnie zmierzył się z problemem pogodzenia ze sobą greckiego lęku przez próżnią z chrześcijańską doktryną stworzenia z Niczego, był Augustyn z Hippony (zob. rys. 2.4). Zgłębiał on ideę stworzenia i miał na ten temat dość sprecyzowane poglądy. Według filozofa powinno ono być czymś więcej niż tylko przekształceniem prymitywnego, istniejącego już uprzednio materiału w uporządkowany Kosmos albo błyskawicznym ustawieniem w dalekiej przeszłości sceny dla kosmicznego dramatu. Musiało ono dostarczać według niego podstawy dla utrzymującego się w istnieniu świata i wyjaśniać istnienie czasu i przestrzeni. Dla Augustyna stworzenie oznaczało szeroko rozumiane powodowanie istnienia. Nicość była więc stanem bezpośrednio poprzedzającym ten wzbudzony przez Boga. W wyniku tego miała ona pewne przymioty negatywne, wykraczające poza bycie po prostu czymś innym niż to, czym Wszechświat jest obecnie – była byciem z dala od Boga.


Rys. 2.4. Święty Augustyn

Augustyn zrównywał Nic z Diabłem – reprezentowało ono całkowite odsunięcie od Boga, oddzielenie się od wszelkich jego aspektów, ostateczny stan grzeszności, zupełne przeciwieństwo stanu łaski i boskiej obecności. Nic przedstawiało sobą największe zło. Oto „czym” było dla niego nie-bycie. Takie rozumowanie zaprowadziło Augustyna w niebezpieczne rejony myśli, ponieważ wprowadzając Nic w horyzont bytu, przyznał jednocześnie, że Bogu przed stworzeniem świata czegoś brakowało. Trudność tę ominął, podobnie jak wiele innych problemów związanych z początkami czasu, twierdząc, że Bóg, stwarzając świat, stworzył też czas. Przed pierwszym punktem czasu nie było żadnego „wcześniej”, tak więc nie istniał żaden moment, kiedy Bóg musiałby zmieniać niesatysfakcjonujący go stan rzeczy.

Tego typu teologiczne prestidigitatorstwo nigdy nie było w pełni przekonujące i wieki później skłoniło Tomasza z Akwinu do wypracowania teologii negatywnej, w której o atrybutach Boga można wypowiadać się tylko przecząco – nie jest skończony, zawarty w czasie, zmienny i tak dalej. Akwinata popierał arystotelesowski lęk przed Niczym i traktował stworzenie świata jako unicestwienie Niczego dokonujące się w boskim akcie twórczej transformacji. Pomimo obowiązywania tego typu zastrzeżeń, Kościół nieustannie miał na oku Nic i jego matematyczne reprezentacje dokonujące się pomiędzy X a XIII wiekiem. Przedstawiciele Kościoła starali się utrzymać Nic w świecie symboli arytmetycznych, gdzie mogło pełnić niegroźną rolę oznaczenia pustej pozycji na tabliczkach do liczenia, z dala od implikacji filozoficznych, które Hindusi przyjęli z otwartymi ramionami – w przeciwieństwie do przedstawicieli syntetycznej myśli grecko-chrześcijańskiej.

W pismach teologicznych występowały dwa nurty – jeden z nich próbował wyjaśnić istotę Nicości, z której wyłoniło się Stworzenie; drugi podkreślał nicość i efemeryczność wszystkich rzeczy. Obydwa miały na celu obalić dualistyczną herezję, jakoby świat został stworzony z uprzednio istniejącej materii, a nie z Niczego. Naturalnym środowiskiem pierwszego z nich były poważne traktaty teologiczne, podczas gdy drugi kwitł za sprawą poetów metafizycznych, którzy usiłowali wykazać nicość życia postrzeganego w perspektywie kosmicznej[27].

Należy koniecznie podkreślić, że choć częścią doktryny chrześcijańskiej był pogląd o stworzeniu z niczego (creatio ex nihilo), nie był jej częścią pogląd, jakoby Nic stanowiło przyczynę stworzenia. Przyczyną[28] stworzenia jest Bóg, nie jakaś ukryta właściwość próżni. Bóg istnieje zawsze, a Wszechświatowi brakuje przyczyny materialnej, która dałaby początek jego strukturze. Tomasz z Akwinu twierdził, że jeśli nie istnieje absolutnie nic – ani Wszechświat, ani Bóg, ani żaden w ogóle byt – to nic nie może też powstać. Aby być swą własną przyczyną, dany byt musiałby już istnieć, aby spowodować swe istnienie, co jest absurdalne. Jeśli więc w przeszłości nie istniało absolutnie nic, nic nie istnieje i dziś[29].

Średniowieczny labirynt

Jeśli próżnia jest powyżej i poniżej; jeśli jest próżnia wewnętrzna i próżnia zewnętrzna, to ktoś, kto zechce uciec przed próżnią, będzie potrzebował bardzo elastycznej wyobraźni[30].

Robert M. Adams

Wygodnie byłoby pominąć średniowiecze, jak gdyby było ono okresem ciemnoty i zagubienia, zaledwie długim holem prowadzącym do właściwej historii odkryć naukowych, które przyszły wraz z Kopernikiem, Galileuszem i Newtonem. Aby jednak zrozumieć, dlaczego koncepcje naukowe dotyczące przestrzeni i próżni powstały wtedy, kiedy powstały, i w takiej, a nie innej postaci, należy zatrzymać się kilkukrotnie gdzieś pomiędzy – pomiędzy czasami, gdy niepodzielnie dominowały poglądy Arystotelesa, a dysputą Newtona z Leibnizem, mającą miejsce na początku XVIII wieku. I wtedy przyjrzeć się ewolucji naszych poglądów na temat Niczego. Uczeni wszelkiej maści przez ponad pięćset lat usiłowali uporządkować zagadnienie istoty przestrzeni, nieskończoności i próżni. Zadanie to było utrudnione przez konieczność ciągłego odnoszenia się do boskiej natury i mocy. Połączenie filozofii arystotelesowskiej i chrześcijańskiej doprowadziło do powstania złożonej struktury filozoficznej, której uzgodnienie z teologią było ważniejsze od jej relacji z eksperymentalnie potwierdzonymi faktami – i to nie dlatego, że fakty były uważane za nieistotne, uznawano raczej, że ich znaczenie bywa dwuznaczne, przez co mogły być włączane w model świata na wiele sposobów zgodnie z najpowszechniej wyznawanym podówczas światopoglądem.

Echem odrzucenia przez Arystotelesa poglądu o samodzielnym istnieniu próżni ze względu na jego logiczną niespójność[31] była powszechna we wczesnym średniowieczu zgoda, że Natura nie znosi tworzenia próżni lub podtrzymywania jej w istnieniu. Niemal wszyscy uczeni byli zgodni, że nie jest możliwe stworzenie próżni wewnątrz otaczającej nas i doświadczanej przez nas przestrzeni – tak zwanej próżni wewnątrzkosmicznej. Sytuacja skomplikowała się, gdy zwrócono uwagę na możliwe istnienie nieskończonej próżni pozakosmicznej, leżącej poza granicami skończonego, sferycznego Wszechświata Arystotelesa. Idea ta zaczęła być traktowana z powagą w XIV wieku i stopniowo w ciągu następnych trzystu lat zyskiwała coraz większą grupę orędowników.

 

Filozofowie średniowieczni odziedziczyli po Arystotelesie silny sprzeciw wobec idei próżni. Aby nie pozostawić żadnej luki w argumentach na rzecz jej nieistnienia, Arystoteles starannie zdefiniował próżnię. Określił ją jako miejsce, w którym ciała mogą być obecne potencjalnie, ale nie są aktualnie. Arystoteles starał się wykazać, że przyjęcie idei próżni prowadzi do paraliżu Wszechświata. Ruch nie byłby możliwy, ponieważ w próżni nie ma żadnego określonego powodu, aby ruszyć się w tym, a nie innym kierunku, ponieważ próżnia z definicji jest taka sama w każdym punkcie. W próżni nie ma „góry” i „dołu”, tak więc ciała nie mogą przyjąć swojego „naturalnego” kierunku ruchu. Nawet gdyby nastąpił ruch, musiałby trwać wiecznie, ponieważ nie byłoby żadnego ośrodka stawiającego temu ruchowi opór[32]. Wieczny ruch jest zaś absurdalny. Poruszające się w tej całkowicie jednorodnej pustce ciało nie miałoby również powodu, żeby się zatrzymać – czemu bowiem miałoby przystanąć w tym, a nie innym miejscu?

W XIII i XIV wieku uczeni poświęcili wiele energii na rozwinięcie poglądu, jakoby Natura, kierowana niechęcią do próżni, zawsze postępowała tak, aby ją zlikwidować lub uniemożliwić jej powstanie. Jak to zwykle bywa, istniało wiele subtelnie różniących się stanowisk. Niektórzy – konsekwentni arystotelicy – utrzymywali, że wytworzenie próżni doskonałej nie jest możliwe nawet na najkrótszą chwilę. Inni byli skłonni przyznać chwilowe istnienie próżni, jeśli tylko nieuniknionym następstwem procesów naturalnych byłoby jej szybkie wypełnienie przez powietrze lub inną substancję. W istnienie stabilnej próżni nie wierzył nikt.

Niektórych uczonych, jak Rogera Bacona, nie cieszyła perspektywa istnienia „negatywnego” prawa przyrody. Zasada typu „nie istnieje próżnia” nie mogła być pierwotna – musiała wynikać z jakiejś głębszej „pozytywnej” zasady opisującej funkcjonowanie Natury. Prawo negatywne to bardzo potężne weto ze strony świata, jednak zezwala ono na występowanie zbyt wielu ukrytych procesów. Przykładowo, szeroko dyskutowano działanie „łapacza do wody” Empedoklesa albo klepsydry. Bacon argumentował, że sam sprzeciw Natury wobec próżni nie jest wystarczającym wyjaśnieniem naszych obserwacji. Powstaniu próżni wewnątrz ścianek naczynia może równie dobrze zapobiec zapadnięcie się ich do środka. Dlaczego Natura decyduje się na podtrzymywanie wody, a nie implodowanie naczynia? Jaka zasada o tym decyduje?

Kolejną zagadką, z którą lubili się zmagać średniowieczni uczeni, był prosty eksperyment po raz pierwszy odnotowany przez Lukrecjusza[33]. Polegał on na rozdzieleniu dwóch gładkich powierzchni, na przykład płaskich arkuszy blachy lub szklanych płytek (rys. 2.5). Problem polegał na tym, że jeśli były one ściśle ze sobą zetknięte, to po ich nagłym odsunięciu musiała na chwilę wytworzyć się próżnia – musiało dopiero dojść do przejścia od stanu, kiedy pomiędzy płytkami nie ma nic, do stanu, gdy znajduje się między nimi powietrze. Oto, jak problem ten opisuje Lukrecjusz:

Dalej, gdy po pchnięciu dwa ciała, dość szerokie,

Zderzą się i na powrót cofną nagłym odskokiem,

Trzeba, by w środku powietrze zajęło próżnię całą.

Tak jednak nie jest od razu, choćby najsilniej wiało,

Gdyż w jednym czasie nie może ogarnąć całej przestrzeni

Tylko miejsce po miejscu w jednakiem natężeniu

Aż się jedno po drugiem wypełni w jedną całość[34]

[tł. E. Szymański].

Sposób, w jaki badano ten problem, dostarcza nam doskonałego wglądu w to, z jaką pomysłowością i powagą interesowano się w średniowieczu tego typu zagadnieniami[35]. Stawki w sporach teologicznych były zaskakująco wysokie.


Rys. 2.5. Dwie równoległe płytki przesuwające się wzdłuż płaszczyzny styku

Scholastycy usilnie starali się wykazać, że w trakcie wykonywania tego starożytnego eksperymentu, odkrytego ponownie przez Bacona i innych, nie dochodzi do powstania próżni choćby na krótką chwilę. Niektórzy uważali, że choć teoretycznie próżnia mogłaby się wytworzyć, gdyby płytki były przesuwane tak, że stale pozostawały względem siebie idealnie równoległe, nigdy nie dochodziło do tego w praktyce. W rzeczywistości zawsze występowało między nimi pewne niewielkie nachylenie, co pozwalało powietrzu na stopniowe wypełnianie szczeliny. Bacon postawił problem odmiennie, wysunąwszy hipotezę, że dwie zetknięte ze sobą gładkie, równoległe płytki nie dadzą się rozdzielić (co faktycznie mogli zaobserwować jego co bardziej dociekliwi czytelnicy), chyba że były jednak względem siebie nieznacznie nachylone. W ten sposób Natura miała wyrażać swój opór przed wytworzeniem próżni.

Jeden ze współczesnych Baconowi uczonych angielskich Walter Burley z wielką przenikliwością zauważył, że nachylenie płytek nie ma w zasadzie żadnego znaczenia. Krótkotrwała próżnia i tak musi powstać, a kąt między płytkami sprawia, co najwyżej, że istnieje ona przez krótszy czas po ich rozdzieleniu. Analizując ten problem jeszcze dokładniej, wskazał następnie, że nie istnieją doskonale płaskie powierzchnie – co więcej, biorąc pod uwagę, że rzeczywiste powierzchnie zawsze mają mikroskopijnych rozmiarów nierówności, tak iż dwie płytki stykają się tylko w niektórych punktach, sam argument jest słuszny nawet przy jednym punkcie styku. Gdy punkt ten zostanie zerwany, w tym samym momencie musi natychmiast wytworzyć się próżnia.

Znanym przeciwnikiem tego rozumowania był Błażej z Parmy, badacz ruchu i przepływu płynów. Uważał on, że jest możliwe rozdzielenie płytek poprzez równoległe ich przesuwanie, ale bez wytworzenia próżni. Wystarczyło, aby cząsteczki powietrza poruszały się z właściwymi prędkościami, tak aby w odpowiednim momencie wypełnić próżnię ściśle w tym momencie, gdy miała ona powstać[36]. Następował po tym interesujący argument, przypominający paradoksy Zenona, że próżnia nie może powstać, ponieważ nie można wskazać pierwszego takiego momentu po jej powstaniu, kiedy już ona istnieje – jeśli się nam wydało, że chwilę taką zidentyfikowaliśmy, wystarczy skrócić czas, który upłynął po jej powstaniu, o połowę... i tak dalej, do nieskończoności. Zaprzeczając logicznej możliwości istnienia pierwszej chwili tuż po rozdzieleniu płytek, Błażej chciał obalić scenariusz, zgodnie z którym powierzchnie oddzielają się od siebie natychmiast, co pozwoliłoby na, jakkolwiek króciutkie, wytworzenie się próżni.

Pomimo pomysłowości tego typu argumentów, najpowszechniej przyjmowane rozwiązanie nawiązywało do odpowiedzi Arystotelesa. Stagiryta twierdził, że pomiędzy stykającymi się płytkami zawsze znajduje się odrobina uwięzionego tam powietrza, podobnie jak dwa stykające się pod wodą obiekty zawsze pozostają wilgotne na płaszczyźnie styku. Większość autorów uznawało to rozwiązanie za eleganckie i niewymagające dalszych komentarzy – zmienił to Bacon, podnosząc prosty zarzut. Mamy dwie płytki. Jedyne, co robią, to pozwalają na uwięzienie odrobiny powietrza, które ostatecznie zapobiega powstawaniu próżni. Wyobraźmy sobie, pisał Bacon, tylko jedną płytkę stykającą się z wodą. Pomiędzy jej powierzchnią a wodą nic nie ma, tak więc po ich rozdzieleniu musi na chwilę powstać próżnia[37]!

Burley odpowiedział, że pomiędzy płytką a cieczą mimo wszystko znajduje się cieniutka warstewka powietrza. W trakcie odsuwania płytki powietrze szybko rozszerza się, wypełniając całą dostępną mu przestrzeń. Co jednak, jeśli powietrze byłoby tak rozrzedzone, że nie dałoby się go już bardziej rozrzedzić? Burley stwierdził, że w tej sytuacji powierzchnie nie dałyby się rozdzielić. Jedynym sposobem byłoby zgięcie jednej z nich tak, aby wystąpiła znana konfiguracja nachylona – istniała zaś zgoda między nim a Baconem, że rozdzielenie nachylonych powierzchni bez wytworzenia próżni jest możliwe.