Nigdy, trochę, do szaleństwaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Cóż – powiedział i usiadł na stojącej za nimi skórzanej kanapie. Gretchen zrobiła to samo. – Główny bohater nazywa się… – Nic mu nie przychodziło do głowy, więc wyjął książkę z ręki Gretchen i otworzył na pierwszej lepszej stronie. – Nazywa się Kalifornijskie Prawo Deliktowe.

– Całkiem ładnie.

– Nawet bardzo.

– Występuje tu jakaś dziewczyna?

Dave uśmiechnął się do niej, do tego, że usadowiła się twarzą do niego, do sposobu, w jaki się uśmiechała, do wszystkich nieoczekiwanych obrotów, jakie przybrał ten wieczór, dla pozostałych imprezowiczów być może najzupełniej normalnych. Tylko przez chwilę zastanawiał się, jak się potoczył wieczór Julii od czasu, kiedy się rozdzielili, czy dowiedziała się tego co on.

– No cóż, nie chciałbym zdradzać fabuły. Sama będziesz musiała przeczytać.

– Nie! Nie bądź taki. Dziś wieczorem chcę poznać całą historię.

– Raczej mało już zostało z dzisiejszego wieczoru – stwierdził Dave. Z salonu nie dobiegał już taki hałas. Impreza powoli dobiegała końca. Julia na pewno poszła do domu i on też powinien się niedługo zbierać.

– No już. Opowiedz mi o dziewczynie. Jak miała na imię?

– Na imię miała… – Dave ponownie zerknął na trzymaną na kolanach otworzoną książkę. – Na imię miała Paragraf 16529 Kodeksu Rodzinnego.

– Interesujące imię.

– Szwedzkie – wyjaśnił.

Gretchen obdarzyła go promiennym uśmiechem i kiwnęła głową, dając mu tym samym do zrozumienia, aby kontynuował. A Dave z wdzięcznością pomyślał o znalezionej w szafce liście „Nigdy”, po czym spełnił prośbę nowej znajomej.


Kiedy wyszedł z domu Kapoorów, minęła już trzecia nad ranem. Zmęczenie zaczynało przesłaniać nocną ekscytację, a wypite piwo przypominało o sobie tępym bólem głowy. Dave tak bardzo chciał pójść spać, że mało nie przegapił Julii. Siedziała na krawężniku przed domem, z głową na kolanach. Nachylił się i usłyszał, jak cicho oddycha. Spała.

– Julio – odezwał się i ją objął. Kiedy się poruszyła i popatrzyła na niego z konsternacją, zapytał, od jak dawna czeka.

– Bo ja wiem. Może z godzinę. Gdzie się, u licha, ukryłeś?

– Nigdzie. Byłem w piwnicy.

– Nie odbierałeś telefonu. – Uniosła ręce i przeciągnęła się. – No więc?

– Bateria mi padła, sorki.

– Kurwa, Dave, nie mogłeś przyjść i mi tego powiedzieć?

– Próbowałem. – Wsunął ręce do kieszeni, nie wiedząc, co innego miałby z nimi zrobić. – Nie mogłem cię nigdzie znaleźć, więc uznałem, że wyszłaś.

– Bez ciebie? Błagam. – Ziewnęła. – Paskudny z ciebie człowiek, że pozwoliłeś, aby padła ci bateria w telefonie. Daj spokój, Davidzie Montgomery Burnsie, mamy dwudziesty pierwszy wiek. Przez ciebie przyjaciółka się martwiła.

– Czemu nie poszłaś do domu?

– Powiem to raz jeszcze. Bez ciebie? – Jęknęła i wyciągnęła rękę. – Pomóż mi wstać, ty rzekomy przyjacielu.

– Przepraszam. – Dave pociągnął ją lekko. – Czuję się jak szmata.

– I dobrze. Pław się przez chwilę w tym uczuciu.

Zaczęli iść środkiem ulicy. Latarnie rzucały mgliste cienie. Gdy szli na imprezę, droga wydawała im się dziwaczna. Teraz zaczynała opadać mgła i drzewa wyglądały pięknie. Julia miała ręce skrzyżowane na piersi, usta zaciśnięte. Dave próbował wyczytać coś z jej milczenia, wybadać, jak bardzo jest na niego zła. Przeszkadzał mu w tym jednak skonsumowany alkohol, każąc wracać myślami do bajkowego światła latarni o trzeciej nad ranem. Pełen wyrzutów sumienia wbił wzrok w czubki swoich butów.

– Ej, daruj sobie tę ponurą minę – odezwała się Julia, a kiedy podniósł na nią wzrok, przewróciła oczami. – Chodź, napijemy się kawy w bistro.

– Serio?

– Aha. Jeśli kupisz mi kawałek ciasta, wszystko ci wybaczę. No i musimy się przecież wymienić historiami z imprezy.

Dave pomyślał o Gretchen i dziwnym uroku jej krzywych zębów. Dziwnie czuł się jednak z myślą, że miałby poruszyć jej temat; z Julią nigdy nie rozmawiał o dziewczynach. Ona wspomniała mu parę razy o chłopakach, z którymi krótko się umawiała, a raz czy dwa próbowała z niego wyciągnąć, czy w kimś się podkochuje. Ale z oczywistych powodów zawsze twierdził, że żadna go nie interesuje. Teraz jednak jakoś nie miał ochoty poruszać tego tematu. Poza tym „dziewczyna, z którą przez jakiś czas rozmawiałem”, to słaba historia, więc postanowił się skupić na grze w czerwone kubki. Zachichotał, aczkolwiek lekkie poczucie wstydu sprawiło, że na rękach pojawiła mu się gęsia skórka.

– Zrobienie czegoś żenującego jest okej, no nie? Poszliśmy tam, żeby się jak najlepiej dopasować do reszty?

– O Boże, co zrobiłeś?

– Powiedzmy, że udzielił mi się duch imprezy Kapoorów.

– Eee, Dave, kupiłeś koszulkę polo? Będę musiała cię wyciąć ze swojego życia, co?

Schował ręce do kieszeni i skręcił w ulicę, przy której znajdowało się całodobowe bistro.

– Chyba nie jestem na to gotowy – stwierdził ze śmiechem.

LEKCJA WYCHOWAWCZA & HAPPY HOUR

Nic nie łączy ludzi bardziej niż uniwersalna nienawiść do poniedziałkowych poranków. Wszyscy mieli ją wypisaną na twarzy: uczniowie z włosami sterczącymi w każdą stronę, jakby próbowały dać drapaka. Nauczyciele siedzący przy biurkach i z krzywymi minami wpatrujący się w swoje grafiki. Dyrektor wyglądał tak, jakby cierpiał na załamanie nerwowe. Korytarze były w zasadzie torami przeszkód, bo ludzie siedzieli pod ścianami z wyciągniętymi nogami, opierając się o plecaki, jakby to były poduszki.

Dave przespał większość soboty, z kolei w niedzielę siedział do późna, ponoć odrabiając pracę domową, tyle że tak naprawdę zżymał się na to, że w marcu zadawano ją jeszcze uczniom ostatniej klasy. Dostał się na studia – nie mogli po prostu zaakceptować faktu, że odniósł sukces, i dać mu święty spokój?

Spał niecałe cztery godziny, a kiedy pani Romero sprawdzała obecność, wypowiedzenie słowa „jestem” sprawiło mu fizyczny ból. Julia spóźniła się kilka minut. Weszła do klasy ze słuchawkami w uszach, z żółtym formularzem spóźnienia z sekretariatu. Nie zawracała sobie głowy zmianą spodni od piżamy, a na widok jej pospiesznie przeczesanych włosów Dave odpłynął myślami ku temu, jakby to było budzić się przy jej boku. Bez słowa wręczyła pani Romero formularz, po czym klapnęła obok Dave’a. Wyciągnęła jedną słuchawkę i zgodnie z tradycją podała mu ją.

Julia nie znosiła rano rozmawiać. Wiedział, że lepiej wtedy słuchać muzyki. W czasie, kiedy nauczycielka wyświetlała za pomocą projektora poranne ogłoszenia, dla nich pięknie śpiewała Neko Case. Tak właśnie walczyło się z potwornością poniedziałkowych poranków. Zepsuło się nagłośnienie, ale nikogo to nie obeszło. W klasie rozległo się kilka ziewnięć, a parę głów oparło się o ławki.

– Zaraz wracam – oznajmiła pani Romero i w tym momencie panująca w klasie cisza zaczęła pękać. Pojedyncze szepty przerodziły się w głośne rozmowy.

Głos Neko Case nagle zamilkł i Dave usłyszał, jak sandały Julii spadają na podłogę. Nie wyjął z ucha słuchawki, ciesząc się jak zawsze tym, że może być związany nią z dziewczyną.

– Jak było w Carmel? – zapytał. W sobotni poranek Julia pojechała razem z ojcami w odwiedziny do dziadków, wróciła natomiast w niedzielę, kiedy Dave pochłonięty był odrabianiem niesprawiedliwie zadanej pracy domowej.

– Ładnie. Tam zawsze jest ładnie. – Położyła ręce na biurku i spuściła głowę, patrząc na Dave’a zmęczonymi oczami. – Myślałam jeszcze o imprezie.

Chłopak uniósł brew. W bistro Julia opowiedziała mu o swoich marnych przygodach: paru facetów przystawiało się do niej i – co gorsza – próbowało nawiązać z nią interesującą rozmowę. Ostatecznie wylądowała w piwnicy, gdzie grała w gry wideo z grupą uczniów przedostatniej klasy – choć nie tego się spodziewała, i tak było to banalne. Pożartowali z zawstydzających umiejętności Dave’a w grze w czerwone kubki. Podczas weekendu jego myśli wracały do Gretchen i tego, że się tak jakby zadurzył w atmosferze imprezy. Sądził jednak, że Julia już o wszystkim zapomniała.

– Serio? A o czym konkretnie myślałaś? O tym, jak dobrze się bawiłaś?

Odpowiedź przyjaciółki go zaskoczyła.

– Boże, tak. To było takie okropne, że wbrew sobie dobrze się bawiłam.

Wyjęła słuchawkę ze swojego ucha, drugą wyszarpnęła z ucha Dave’a, po czym owinęła kabel wokół telefonu.

– Napotkaliśmy tam tyle banałów, że nie sądzę, abyśmy dali radę omówić wszystkie w bistro. Widziałeś dziewczynę rzygającą w krzakach? Przez chwilę sądziłam, że to ty i poczułam prawdziwą dumę, potem jednak dotarło do mnie, że ma ona metr pięćdziesiąt wzrostu, rude kręcone włosy i cycki o wiele większe od twoich.

– Chodzi ci o April Holmes? Była w miniówie.

– Ty też mogłeś taką założyć. Według mnie masz całkiem zgrabne nogi. – Julia wyprostowała się i schowała telefon do ręcznie szytego, kolorowego plecaka, który mama przysłała jej z Ekwadoru. – No ale do rzeczy! Uważam, że powinniśmy zrobić coś jeszcze. – Zdążyła się już zupełnie dobudzić. Pani Romero w końcu udało się nakłonić projektor do współpracy i pytała właśnie, czy ktoś ma jakieś pytania związane z biuletynem. Jej ton głosu sugerował, że w ogóle jej nie interesuje odpowiadanie na potencjalne wątpliwości.

– Więcej imprez?

– Nie. To znaczy tak. Ale miałam na myśli więcej punktów z listy „Nigdy”. Masz ją?

Dave zaczął grzebać w czeluściach plecaka, aż w końcu znalazł złożoną kartkę. Wyjął także czekoladową muffinkę i zdjął z niej folię w czasie, kiedy Julia przeglądała listę. Jego mama uwielbiała czekoladowe muffinki i tata dbał o to, aby zawsze mieć w domu zapas – specjalnie po nie jeździł do Costco. Dave nawiązał kontakt wzrokowy z siedzącym na drugim końcu klasy Nickym Marquezem, z którym zamienił parę słów na imprezie. Dzięki temu wiedział, że jego rodzice byli imigrantami i że angielskiego nauczył się dopiero w wieku dziewięciu lat.

 

Julia czerwonym długopisem wykreśliła punkt numer trzy.

– Ależ się możemy zabawić – stwierdziła.

Przesunęła kartkę bliżej Dave’a, żeby mógł czytać razem z nią. Do szaleństwa doprowadzało go zawsze to, z jaką łatwością minimalizowała dzielącą ich odległość, jakby nie miała ona żadnego znaczenia. I nagle w jego głowie pojawiła się myśl o siedzeniu obok Gretchen i o tym, jak bardzo się nie mógł doczekać spotkania z nią na dzisiejszej lekcji chemii.

– Na pewno ufarbujemy włosy na jakieś szalone kolory.

– My?

– W tym tygodniu – oświadczyła i wsparła brodę na splecionych dłoniach. Kontynuowała czytanie listy, jakby ta kwestia nie podlegała w ogóle dyskusji. – Właściwie to zrealizujemy wszystkie punkty. – Szybko się wyprostowała i uśmiechnęła. – To doskonały sposób na zakończenie roku – dodała. – Jest tak nudno; to będzie fantastyczne świętowanie końca liceum. Myślę, że moja mama by coś takiego pochwaliła.

Dave zerknął na zegarek. Lekcja wychowawcza dobiegała końca. Jego zmęczony umysł próbował przetworzyć realizację wszystkich „Nigdy” i pierwsze, co mu przyszło do głowy, to możliwość częstszego wpadania na Gretchen. Odgryzł spory kęs muffinki i zaczął przeżuwać.

Przygryzając wargę, Julia wpatrywała się w listę. Wykonał jeden z tych gestów – wzruszenie ramion, uniesienie brwi – oznaczających „Jasne, czemu nie?” Czego pożałował od razu, gdy usłyszał następne słowa przyjaciółki.

– Mama pewnie będzie chciała przyjechać, aby zobaczyć, jak jej córka idzie na bal w towarzystwie króla balu. I to ty masz nim zostać.

Z ust wyleciały mu okruszki.

– Serio?

– Aha. – Poklepała w ramię siedzącą obok niej dziewczynę. – Kiedy się głosuje na króla balu?

Margot – filigranowa i nieśmiała kujonka – jeszcze nigdy nie wyglądała na tak skonsternowaną.

– Yyy, na balu, co nie?

– Będziemy musieli pogadać o tym z Brettem – rzuciła Julia do Dave’a. – Już widzę twoją kampanię. Gale dobroczynne. – Zaczęła wystukiwać stopą radosny rytm. Kiedy Julia się czymś ekscytowała, dosłownie promieniała. To było nieopisanie urocze.

Otworzyła szeroko oczy, a na jej twarzy pojawił się uśmiech składający się w dziewięćdziesięciu pięciu procentach z chęci na psoty.

– Marroney. Numer siedem. – Wskazała palcem odpowiedni punkt. Nigdy nie kręć z nauczycielem/nauczycielką.

– Chyba nie mówisz poważnie.

– Niby czemu nie?

– Julio, ten człowiek gromadzi jedzenie w wąsach. W kieszeni nosi etui na długopisy, których, jestem pewien, nie produkują już od lat osiemdziesiątych. No a co z jego fryzurą na czeskiego piłkarza? Opowiada kawały o liczbach niewymiernych. To nauczyciel matematyki w totalnie banalnym wydaniu. Mam niemal pewność, że to nie prawdziwy człowiek; jest potworem Frankensteina, tyle że sklejonym z banałów typowych dla nauczyciela matmy. Słyszałem plotki, że na tyłku ma wytatuowaną liczbę pi.

– Głupie plotki. I nie mogę się doczekać, kiedy go rozbiorę i położę im kres raz na zawsze.

Dave miał w zasadzie pewność, że ta uwaga to żart, niemniej poczuł ukłucie zazdrości. Rozległ się dźwięk dzwonka. Wszyscy zebrali swoje rzeczy i biegiem ruszyli ku drzwiom, jakby to była ostatnia lekcja.

Julia wstała, złożyła starannie listę „Nigdy” i podniosła z podłogi swój plecak. Założyła sandały, a wychodząc z klasy, pomachała pani Romero. Dave wyszedł za nią, nie przestając się zastanawiać, czy jego przyjaciółka rzeczywiście żartuje.


– Jeszcze nigdy nie byłem stalkerem – powiedział Dave. Czekali, aż hostessa w Chilli’s znajdzie im stolik w pobliżu tego, przy którym Marroney i paru innych nauczycieli zebrało się, aby uczcić piątkową happy hour.

– To nie jest stalking. To organizowanie przypadkowego spotkania.

– Nawet brzmi to stalkingowo.

Po przeanalizowaniu sposobów na uwiedzenie Marroneya (Dave wzdrygał się za każdym razem, kiedy o tym mówiła), Julia zdecydowała, że dniem „nigdy” będzie piątek. Po szkole mieli pójść do domu Julii i przefarbować włosy na intensywny kolor stanowiący pokaz ich indywidualności – indywidualności zakupionej w drogerii CVS. Wcześniej jednak Julia i Marroney musieli odbyć swoje „spotkanko”.

– Przygotuj się na mnóstwo kokieteryjnego chichotania i czarującą, błyskotliwą wymianę zdań – oświadczyła mu, kiedy czekali przed szkołą, aż Marroney wyjdzie z budynku, żeby móc go śledzić. – I to z jego strony.

Teraz Dave obserwował, jak nauczyciel nie bez problemu próbuje znaleźć słomkę w swojej margaricie, machając na oślep językiem. Miał na sobie koszulę z krótkim rękawem w kolorze musztardowym, której kołnierzyk zdobiła plama po kawie. Na krawacie widniały równania matematyczne. Przy stoliku siedziało jeszcze pięcioro innych nauczycieli, w tym pani Romero i nauczyciel chemii, pan Kahn. Przed każdym stała wielka mrożona margarita we fluorescencyjnym kolorze.

Dave i Julia usiedli w boksie ustawionym prostopadle do nauczycieli, żeby oboje mogli obserwować, jak grono pedagogiczne sięga do niemającej dna miski z chipsami i salsą. Przy pierwszym podejściu spora kropla czerwonego sosu spadła z chipsów Marroneya i wylądowała na środku jego krawata.

– Wiesz, początkowo tego nie załapałem – odezwał się Dave i spojrzał na Julię uśmiechającą się do Marroneya – ale masz rację. Ta sytuacja ma zadatki na wielkie uwiedzenie.

– Ton twojego głosu mówi, że próbujesz być sarkastyczny, ale nie rozumiem tego żartu.

– Julio, on jest okropny.

– Nieładnie tak mówić. – Wzięła do ręki menu i ustawiła je tak, aby móc spokojnie zerkać znad jego krawędzi. – No dobra, a więc tak wygląda plan. – Nachyliła się konspiracyjnie nad stołem i czekała, aż Dave zrobi to samo. To była ich klasyczna poza podczas planowania; robili to, kiedy się zastanawiali nad wyborem filmu albo planowali przyjęcie-niespodziankę dla ojców Julii. Tak samo było na tamtej ławce w Morro Bay, kiedy stworzyli listę „Nigdy”. Dave uwielbiał przyglądać się palcom Julii, kiedy kładła dłonie przed sobą, a jej pomarańczowy zapach w takich sytuacjach przybierał na intensywności. Zawsze używali tonu poważniejszego, niż to było konieczne, szepcząc i udając, że się nerwowo rozglądają, jakby ktoś miał ich podsłuchiwać. Świat zewnętrzny wydawał im się obcy, jakby ich przyjaźń była idylliczną zatoczką, do której dostęp mieli tylko oni.

– Zaczekamy, aż wstanie, żeby skorzystać z toalety.

– Z każdą chwilą coraz bardziej mnie przerażasz – szepnął Dave.

– Posłuchaj – syknęła. – Kiedy obiekt moich romantycznych zainteresowań będzie sam…

– To znaczy ofiara.

– Davidzie Gostkowski, znowu mi przerywasz. Za karę ufarbuję ci włosy na intensywną zieleń.

– A czy przypadkiem i tak nie zamierzasz tego właśnie zrobić?

– Zaczekamy, aż wstanie, żeby skorzystać z toalety – powtórzyła Julia, rzucając Dave’owi ostrzegawcze spojrzenie. – A wtedy udamy się za nim. – Zerknęła ukradkiem ponad menu w stronę Marroneya. Nauczyciel wypił już połowę margarity, wąsy miał oprószone kryształkami soli. Przy stole zrobiło się głośniej. Obserwowanie, jak nauczyciele zachowują się podobnie do swoich uczniów, było interesujące. – Twoje zadanie – kontynuowała Julia – to wejście do męskiej toalety i upewnienie się, czy nie ma tam nikogo innego. Następnie dasz mi sygnał, a ja wkroczę do akcji.

– Co się stanie, kiedy przyprzesz go do muru w toalecie?

– Będę flirtować – odparła przeciągle Julia. Łatwo było zapomnieć, o czym ona mówi. Nikt nie potrafił go tak rozśmieszyć jak ona, nawet jeśli Dave musiał się z tym kryć tak jak teraz.

– Jak na razie to jeden z twoich najlepszych planów.

– Cenię sobie twoją opinię – oświadczyła, ignorując jego sarkazm. – Ale wyraźnie zapominasz o śnieżnym forcie, który zaprojektowałam w pierwszej klasie.

– Mieszkamy w Kalifornii, Jules.

– Fakt, że nie spadł śnieg, nie oznacza, że to nie był fantastyczny fort. Jego projekt okazał się perfekcyjny, problemem była jedynie realizacja. Żadnej w tym mojej winy. – Położyła obie dłonie na stole i zerknęła na nauczycieli. – Odbiegamy jednak od tematu. Muszę zrobić to, co wiele nastolatek przede mną, i uwieść seksownego starszego mężczyznę.

Dave zerknął najpierw na jej twarz, po czym dołączył do szpiegowania grona pedagogicznego. Zdążyli już zdziesiątkować chipsy i teraz unosili ręce, rozglądając się za kelnerką. Pan Kahn kończył właśnie pierwszą margaritę i krzywił się, bo zamarzł mu mózg.

– Dziwne, że żadne z nich nie korzystało jeszcze z toalety – odezwał się Dave.

– Prawda? To przecież spore drinki. Może Marroney jest znacznie młodszy, niż się wydaje. Boże, ależ on musi być jurny.

– Zaraz cię obrzygam. Powodzenia w uwodzeniu, kiedy będziesz cała w moich rzygach.

– Smród innego faceta uczyni go jedynie zazdrosnym.

Po złożeniu zamówienia u kelnerki przez dwadzieścia kolejnych minut obserwowali nauczycieli. Początkowo starali się nie rzucać w oczy, ale belfrowie zdawali się przebywać we własnym małym świecie, a kiedy pojawiła się druga runda drinków, nie obchodziło ich już nic, co się działo poza jego granicami. Julia dopracowała swoją strategię i choć na myśl o uwodzeniu przez nią kogokolwiek Dave czuł w klatce piersiowej tępy ból, pomógł jej. Kiedy Marroney wstał, plan Julii wydawał się doskonały. A przynajmniej tak oświadczyła, gdy wstała i pociągnęła Dave’a za ramię, pokazując, aby poszedł za Marroneyem.

Zgodnie z planem chłopak wyprzedził nauczyciela i pierwszy wszedł do toalety. Nikogo w niej nie było. Na wszelki wypadek zajrzał pod drzwi obu kabin, a potem podszedł do umywalki i kiedy wszedł Marroney, udawał, że myje ręce. Starał się ukrywać twarz, żeby nie zostać rozpoznanym.

– Pisuary nieczynne, trzeba skorzystać z kabiny – rzucił.

– Dziękuję – odparł Marroney. Wszedł do pierwszej kabiny, nie rzucając nawet okiem na działające pisuary. Kiedy zamknął za sobą drzwi, Dave wyszedł na korytarz, gdzie już czekała Julia. Podekscytowana przestępowała z nogi na nogę, zaciskając dłonie w pięści.

– Okej, faza pierwsza zakończona – powiedział. Położył sobie dłoń na karku; nerwowe przyzwyczajenie. – Zdajesz sobie sprawę, że to szalone, prawda?

– Chciałeś powiedzieć „genialne”.

Wzięła głęboki oddech, jak osoba, którą czeka próba przepłynięcia pod wodą całej długości basenu. A potem weszła do męskiej ubikacji.

Dave z niepokojem patrzył, jak zamykają się za nią drzwi. Obejrzał się, aby sprawdzić, czy nikt tego nie widział. Hostessa przeglądała coś w telefonie, kelnerka czekała przy okienku na zamówione danie, manager lokalu stał obok baru i czytał jakąś kartkę. Chilli’s to idealne miejsce na potajemne operacje; wszyscy mieli wszystko gdzieś.

Jakieś trzydzieści sekund później Julia wyszła z toalety z szerokim, niemądrym uśmiechem i zarumienionymi policzkami. Popchnęła Dave’a w stronę boksu.

– Odwrót! Odwrót!

– Co się stało?

– Kurde, chłopie, uciekaj! – zawołała. W jej głosie dało się wyczuć nutkę śmiechu.

Kiedy siedzieli już w swoim boksie, konspiracyjnie nachyleni nad stolikiem, Julia zaczęła chichotać, a Dave mógł tylko siedzieć i patrzeć.

– Rozumiem, że urocza randka nie przebiegła zgodnie z planem.

– Powinniśmy poprosić o rachunek, zanim zjawi się policja.

– Julio, co się tam, u licha, stało?

– Możliwe, że go połaskotałam – odparła ze śmiechem, nadal czerwona na twarzy. Obejrzała się przez ramię na drzwi do ubikacji. – Niechcący.

Dave przestał wypatrywać kelnerki. Przysunął się do Julii.

– Jak można niechcący kogoś połaskotać?

– Zamarłam, okej? Wyszedł z kabiny, a ja tam stałam i próbowałam wykombinować, w jaki sposób przełamać lody. Wpatrywaliśmy się w siebie, a potem go tak jakby… połaskotałam. – Ze szklanki z wodą pociągnęła duży łyk. – Tak na marginesie, to był koszmarny plan. Przyparcie go do muru w ubikacji i oczekiwanie, że w naturalny sposób dojdzie do flirtu? Nieudolny pomysł. Więcej się po tobie spodziewałam.

– To był twój plan!

– Nie dziel teraz włosa na czworo; za późno na przeprosiny. – Ponownie obejrzała się na drzwi i głośno wciągnęła powietrze, kiedy zobaczyła, że Marroney wychodzi z ubikacji. – Możliwe, że wykrzyknęłam też coś niestosownego.

 

Kiedy Marroney mijał ich stolik, Dave wstrzymał oddech.

– Powiedziałam mu, że mam ochotę polizać go po twarzy – szepnęła szybko Julia, tuż przed tym, jak musztardowa koszula nauczyciela minęła ich spuszczone głowy.

Inne książki tego autora