Nigdy, trochę, do szaleństwaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

PROLOG: LISTA

CZĘŚĆ I

PRAWIE CZTERY LATA PÓŹNIEJ

PIĄTEK U BRACI KAPOOR

PUSTE KOLOROWANKI

LEKCJA WYCHOWAWCZA & HAPPY HOUR

BAŁAGAN

KONKRETNE ODCIENIE

VIRAL

STYCZNA I SIECZNA

DOMEK NA DRZEWIE

RANDKA

NUTELLA & MUFFINKI

CHEMIA

JEDNAK NALEŻY

POD PRĄD

CZĘŚĆ 2

NIC NIE WIEDZĄC

PRZEPROSINY

JAK W FILMIE

WŁAŚNIE TAK

PROMPOZYCJA

TRIPPOZYCJA1

TO NASTOLETNIE UCZUCIE

CZĘŚĆ 3

BO JESTEM GŁUPI

IDEALNIE

WSCHÓD SŁOŃCA

ABSURDALNIE

LENIWA

ENERGIA

NIE TAK

BEZ NIEGO

BAŁAGAN

MNIEJ LUB BARDZIEJ

SUFITY

PŁYNĄĆ

BAL

PODZIĘKOWANIA

O AUTORZE

Tytuł oryginału: Never Always Sometimes

Przekład: Monika Nowak

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Marta Stęplewska

Korekta: Alicja Laskowska, Natalia Jóźwiak

Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska / Katakanasta

Zdjęcie na okładce: © ruslan1117 / Adobe Stock

Copyright © 2015 by Alloy Entertainment and Adi Alsaid.

Produced by Alloy Entertainment, LLC.

Published by arrangement with Rights People, London.

Copyright for the Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-866-9

Wydanie I, Łódź 2019

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Sylasa i Lucy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG: LISTA

Dave rzucił plecak na ziemię i usiadł na ławce, z której miał widok na port w Morro Bay. Niesamowicie lubił tę panoramę: ocean, rozciągający się przed nim niczym przyszłość, zasłaniany jedynie przez czubki masztów zacumowanych żaglówek i pordzewiałe balustrady, o które opierali się ludzie podziwiający zachód słońca. Podobało mu się to, że choć od San Louis Obispo dzieliło go zaledwie piętnaście minut jazdy, można było odnieść wrażenie, że miasto znajduje się o wiele, wiele dalej. Ale najfajniej czuł się wtedy, kiedy kątem oka dostrzegał Julię. Próbował się nie uśmiechać, kiedy podchodziła, a następnie zajmowała obok niego miejsce tak, jakby było zarezerwowane właśnie dla niej.

– Hej, matole. Sorki za spóźnienie.

Dave podniósł wzrok. Dziewczyna właśnie siadała obok niego na ławce. Ubrana była tak, jak zawsze: szorty, niebieska koszula w kratkę narzucona na bokserkę, do tego japonki, które uwielbiała tak bardzo, że więcej w nich było taśmy izolacyjnej niż gumy. Jasnobrązowe włosy związała w luźny kucyk, zostawiając przy uszach dwa równe puszczone luźno pasma. Dave był przekonany, że gdyby w obecności Julii zgasło kiedyś światło, blask bijący z jej oczu okazałby się bardziej przydatny niż latarka.

– Spoko. Jak tam weekend z mamą?

– Ekstra. Żebyś mnie źle nie zrozumiał, ojcowie są świetni. Ale nikt nie jest fajniejszy od mojej mamy.

– Paskudna przesada – stwierdził Dave.

Julia skrzyżowała nogi w kostkach i rozejrzała się po porcie.

– Ominęło mnie coś ciekawego?

– Jakaś para zerwała ze sobą pod lodziarnią. Nie słyszałem, co mówią, ale dziewczyna strasznie płakała. Miałem ochotę iść tam i ją przytulić, ale mogłaby uznać, że to ciut dziwne.

Julia uśmiechnęła się i skradła łyk jego bubble tea.

– Opowiedz mi więcej o swojej mamie. Co sprawia, że jest taka fajna?

– Wszystko – odparła. – Nigdy nie sądziłam, że takie życie, jakie wiedzie, jest w ogóle możliwe. Kiedyś przejechała na rowerze z Kanady do Chile. Na rowerze. Trwało to kilka miesięcy. Inni dorośli pracują od dziewiątej do piątej, a potem wracają do domu i oglądają telewizję. Ona przejeżdża rowerem cały kontynent.

Na Davie zrobiło to wrażenie.

– Nieźle. Jak to możliwe, że wcześniej się tu nie zjawiła?

– Zbyt jest zajęta byciem cool – wyjaśniła Julia. Rozglądała się przez chwilę, a gdy Dave podążył za jej spojrzeniem, zobaczył małego chłopca, który jechał przez port na trójkołowym rowerku. Za nim szli jego rodzice, promieniejąc z dumy. – No więc jutro pierwszy dzień liceum. Ważny dzień.

– Aha. – Wzruszył ramionami i wziął od niej swój napój.

Wyobrażał sobie, co inni uczniowie mogą robić w oczekiwaniu na rozpoczęcie nauki w szkole średniej. Wybierają stroje, siedzą u fryzjera, kłócą się z rodzicami i rodzeństwem, wysyłają sobie nawzajem wiadomości, w których więcej jest emotikonek niż znaków interpunkcyjnych.

– Jakieś pomysły? Obawy? Plany?

– Oj tam, no wiesz. Nic związanego konkretnie z liceum. Przejęcie władzy nad światem.

Julia skrzywiła się, po czym spojrzała mu w oczy. W takich przypadkach Dave albo uznawał się za szczęściarza, albo miał wrażenie, że zaraz się rozpłynie i zostanie z niego kałuża. Szczęśliwa kałuża, oto jak się czuł od czasu, kiedy poznał Julię.

– Nadal będziemy sobą?

– Co masz na myśli?

– No bo… w sumie to jesteśmy inni niż większość ludzi, nie? Nie robimy tego, co wszyscy. Prędzej przejechalibyśmy na rowerze kontynent, niż całe popołudnie oglądali telewizję.

– Pewnie tak.

Julia po raz kolejny napiła się bubble tea, celując grubą słomką w przycupnięte na dnie kubka czarne kółeczka tapioki. Wciągnęła kilka i żuła je z namysłem ze wzrokiem wbitym w ziemię.

– Dopóki nie zamienimy się w typowych licealistów i nie staniemy się podobni do innych, to będzie dobrze.

Zerknęła na niego, po czym przeniosła wzrok na port i zatokę, gdzie wodę zaczynało barwić zachodzące słońce.

– Więc nie wolno mi zostać rozgrywającym ze szkolnej drużyny, który umawia się z najpopularniejszą cheerleaderką?

– Zaraz rzygnę ci tą herbatą w twarz.

Szturchnął ją lekko ramieniem, jak zawsze ciesząc się jej bliskością i ciepłem skóry pod kraciastą koszulą.

 

– Nie sądzę, abyś miała się czym przejmować. Nie dałabyś rady być banalna, choćbyś nie wiem jak próbowała.

Julia uśmiechnęła się i założyła pasmo włosów za ucho. Zacisnęła dłonie na krawędzi ławki, nachyliła się, a kosmyk ponownie opadł jej na twarz. Kopnęła leżący obok plecak.

– Masz coś do pisania? Wpadłam na pewien pomysł.

NIGDY, czyli poradnik Dave’a i Julii, jak zachować oryginalność w liceum

1 Nigdy nie jedz lunchu w tym samym miejscu. Zmieniaj lokalizację.

2 Nigdy nie startuj w wyborach na króla/królową szkolnego balu, przewodniczącego rady uczniów ani na inne stanowisko, którym mógłbyś sobie zapewnić miejsce w kronice szkolnej.

3 Nigdy nie bierz udziału w imprezie w domu braci Kapoor. (Ani żadnej imprezie, na którą jedynym zaproszeniem jest słowo „PIWO”).

4 Nigdy, ale to nigdy nie urządzaj u siebie „PIWNEJ” imprezy w czasie, kiedy rodzica/rodziców nie ma w mieście.

5 Nigdy nie farbuj włosów na żaden kolor, jaki można znaleźć w tęczy.

6 Nigdy nie kąp się / nie biegaj w miejscu publicznym na golasa ani nie rób niczego, czego skutkiem mógłby być viral z nagą fotką.

7 Nigdy nie kręć z nauczycielem/nauczycielką. (Ci na zastępstwie mogą być).

8 Nigdy, przez całe liceum, nie wzdychaj do nikogo w tajemnicy.

9 Nigdy nie wybieraj się w „zmieniającą życie” podróż samochodem.

10 Nigdy nie umawiaj się z najlepszym przyjacielem/przyjaciółką.

CZĘŚĆ I

DAVE

PRAWIE CZTERY LATA PÓŹNIEJ

Mijający Dave’a uczniowie zdawali się istnieć w jakimś innym wymiarze. Zbyt szybko się poruszali, byli zbyt ożywieni, zbyt głośno mówili. Zbyt mocno zaciskali dłonie na paskach plecaków, zbyt często przeglądali się w małych, wiszących w ich szafkach lusterkach, zachowywali się tak, jakby wszystko miało zbyt duże znaczenie. Dave znał prawdę: nic się nie liczyło. Nic oprócz faktu, że popołudnie po szkole on i Julia spędzą w Morro Bay.

Przed laty nikt mu nie powiedział, że marzec w ostatniej klasie będzie przypominał galaretę. Po tym, jak otrzymał z UCLA1 pismo informujące o przyjęciu go na uczelnię, liceum stało się praktycznie przezroczyste. Kiedy dwa dni później do Julii przyszły gratulacje z UCSB2, jedynie godzinę jazdy od LA, cały świat nabrał żywszych barw. Chichotali jak szaleni.

Obok niego pojawiła się Julia, opierając się o sąsiednią szafkę. Widywał tę dziewczynę codziennie, a i tak za każdym razem zaskakiwało go, jakie uczucia wyzwala w nim jej bliskość. Lekko stuknęła głową w drzwiczki szafki i założyła włosy za uszy.

– Mam wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Przysięgam, że zajęcia z Marroneyem trwały całą dekadę. Nie mogę uwierzyć, że to dopiero przerwa na lunch.

– Nic mnie już tutaj nie obchodzi – oświadczył Dave. Z nieużywanego od tygodni podręcznika od historii wyciągnął jakąś kartkę. – Wygląda na to, że w zeszłym roku dostałem tróję z plastyki. – Pokazał Julii rysunek: palmę wyrastającą z maleńkiego półksiężyca wyspy pośrodku turkusowego oceanu.

– Nie pokazuj tego w UCLA. Jeszcze ci cofną stypendium.

Dave zgniótł papier w kulkę, którą cisnął do pobliskiego kosza. Odbiła się od krawędzi i wylądowała u jego stóp. Podniósł ją i schował z powrotem do szafki.

– Marroney zrobił dziś albo powiedział coś godnego uwagi?

– Nawet nie pamiętam – odparła Julia i przesunęła się, robiąc miejsce szafkowemu sąsiadowi Dave’a. – Przez cały dzień mam uczucie, jakby otaczała mnie gęsta mgła. – Położyła głowę na ramieniu przyjaciela i westchnęła. – Chyba zjadł kredę.

Jej dotyk był dla niego słodką torturą. Dave grzebał w przepastnych czeluściach szafki. Między różnymi kartkami, które przeglądał z umiarkowaną ciekawością, natrafił na spleśniałego, niedojedzonego bajgla. Starał się jak najmniej ruszać, żeby Julia się przypadkiem nie odsunęła. Ułożył papierzyska w dwie kupki: jedną do wyrzucenia, a drugą, znacznie mniejszą, do zatrzymania. Jak na razie na tej mniejszej leżały dwa liściki od Julii i krótkie opowiadanie przeczytane na dodatkowych zajęciach z angielskiego.

– Nadal chętna na wycieczkę do portu?

– To jedyne, co trzyma mnie przy zdrowych zmysłach – oświadczyła Julia i się odsunęła. – Ej, czemu tu jeszcze stoimy? Umieram z głodu! Marroney nie podzielił się kredą.

– Nic mnie tutaj już nie obchodzi – powtórzył Dave. Podszedł do kosza na śmieci i przyciągnął go do szafki, po czym zgarnął do niego wszystko oprócz podręczników. W papierku po cukierku leżał ubrudzony czekoladą pendrive – jego także wyrzucił. Na dnie szafki zostało kilka kartek, coś też wystawało spod ciężkiego podręcznika do historii.

Ale jedna rzecz zwróciła na siebie jego uwagę. Papier złożony tak starannie, że przez krótką chwilę sądził, iż może to jeden z listów od mamy. Umarła, kiedy miał dziewięć lat, i choć nauczył się z tym żyć, rzeczy pozostawione przez nią traktował jak relikwie. Kiedy jednak rozłożył kartkę i dotarło do niego, co trzyma w ręce, na jego twarzy pojawił się uśmiech. Jego spojrzenie zatrzymało się na punkcie ósmym: Nigdy, przez całe liceum, nie wzdychaj do nikogo w tajemnicy.

Spojrzał na Julię, wspominając dzień, w którym sporządzili tę listę, i nagle zalała go fala ciepła na myśl, że przez te cztery lata do niczego między nimi nie doszło. Dziewczyna trzymała teraz paski swojego plecaka i zaczynała się niecierpliwić. Według niego w Julii było piękne wszystko, ale najbardziej podobał mu się jej profil. Smukła szyja, zdecydowany zarys podbródka, niebieskie oczy. Jej uszy, które były najśliczniejszymi uszami na tej planecie.

– Davidzie Nathanielu O’Flannery, co my tu jeszcze robimy?

– Jak to możliwe, że tak długo się przyjaźnimy, a ty nadal nie wiesz, jak się nazywam?

– Znam większość twoich inicjałów. Możemy już iść?

– Zobacz, co znalazłem.

– Jakieś wypociny z drugiej klasy?

– Nasza lista „Nigdy”.

Julia odwróciła się w jego stronę. Między nimi przeszło dwóch chłopaków z drużyny futbolowej, rozmawiających o piątkowej imprezie. W milczeniu unosząc brew, bacznie przyglądała się przyjacielowi.

– Nie okłamałbyś mnie, prawda, O’Flannery? Nigdy bym ci nie wybaczyła.

– Gutierrez. Mam na nazwisko Gutierrez.

– Nie zmieniaj tematu. Naprawdę ją znalazłeś? – Gestem wskazała, aby podał jej kartkę, co od razu uczynił, dopilnowując, aby ich palce się musnęły. Wyłożony linoleum korytarz zdążył się wyludnić, wszyscy poszli na lunch. – Wiesz, nie tak dawno o tym myślałam. Napisałam nawet mamie o tej liście – powiedziała Julia, przebiegając wzrokiem tekst na kartce. Uśmiechnęła się. Miała raczej wąskie usta, aczkolwiek Dave nie wyobrażał sobie, aby mogły wyglądać inaczej. – W sumie to nawet nam się udało ze wszystkim.

– Z wyjątkiem tego razu, kiedy próbowałaś się umówić z Marroneyem. – Dave stanął obok Julii i czytał listę razem z nią.

– Chciałabym. Prawdziwy z niego słodziak.

Chłopak zamknął szafkę i ruszyli korytarzem, zaglądając do mijanych klas. Obserwowali, jak nauczyciele robią to, co zawsze w trakcie przerwy na lunch: sprawdzają prace, przegryzając coś, co stało przed nimi w plastikowych pojemnikach. Bez słowa zatrzymali się przed drzwiami do klasy pana Marroneya i patrzyli, jak nauczyciel balansuje ołówkiem na blacie biurka.

– To jedyne, czego żałujesz z czasów liceum?

– Jest w nim coś żartobliwie uroczego – odparła głośno Julia, mimo że drzwi były otwarte. – Dziwię się, że tego nie widzisz.

Przez chwilę przyglądali się nauczycielowi, po czym ruszyli w stronę stołówki. Kolejka była długa i kręta, sięgająca niemal drzwi, a wszystkie stoliki dawno pozajmowano.

– W sumie to fajnie, że nie dorobiliśmy się stałego miejsca – stwierdził Dave, wskazując na trzymaną w ręce kartkę. – Nawet nie pamiętałem, że umieściliśmy to na liście. A ty?

– Nie – odparła Julia. – Podświadomość to przedziwny twór. – Z plecaka wyjęła jabłko odmiany Granny Smith i bez entuzjazmu wytarła je w skraj koszuli. – Co powiesz na salę do kosza?

Wzruszył ramionami i udali się w stronę budynku mieszczącego się za boiskiem do piłki nożnej. Mieli parę miejsc, gdzie czasem chodzili, najczęściej rozumiejąc się bez słów, jakby ciągnęła ich tam jakaś niewidzialna siła. Weszli do starego budynku, w którym do czasu zamontowania nowej podłogi czuć było pleśnią, a teraz czuć było pleśnią i świeżym drewnem. Ściany pomalowano na rdzawoczerwono i złoto – barwy szkoły. Obok powieszonych pod sufitem transparentów widać było przytwierdzoną do belek piłkę nożną, z której zdążyło już ujść powietrze.

Poszedł za Julią na trybuny z plastikowymi krzesełkami. Grupa uczniów grała w kosza. Jeden z nich spojrzał na Dave’a i zawołał:

– Hej, stary, potrzebny nam jeszcze jeden! Chcesz pograć?

– Nie, dzięki! – odkrzyknął Dave. – Miałem kiedyś paskudny sen z koszykówką w roli głównej i od tamtej pory nie jestem w stanie grać w kosza.

Chłopak ściągnął brwi, następnie obejrzał się na kolegów, którzy pokręcili głowami i wybuchnęli śmiechem. Kiedy wrócili do gry, Dave usiadł obok Julii.

– Chyba już raz wykorzystałeś tę wymówkę – powiedziała, wgryzając się w jabłko.

– W sumie to czuję się urażony w twoim imieniu, że nie zaprosili cię do gry.

– Raz to zrobili.

– Serio? – Wyjął z plecaka naszykowany rano plastikowy pojemnik z jedzeniem. – Czemu tego nie pamiętam?

– Byłam naprawdę dobra. Co i rusz wykonywałam wsad. Zdobyłam więcej punktów niż na teście kwalifikacyjnym na studia. Wszyscy chłopcy natychmiast puścili to w niepamięć, żeby tylko ich ego nie rozsypało się na kawałki.

Dave zaśmiał się i zabrał się za jedzenie kurczaka z ryżem przy pomocy plastikowego widelca. Przyrządzał go według przepisu znalezionego w starych książkach kucharskich mamy. Jego tata i starszy brat, Brett, nigdy tego nie komentowali, ale danie nigdy nie stało w lodówce dłużej niż dwa dni.

– Więc mówisz, że niedawno kontaktowałaś się z mamą? – zapytał.

Julię wychowali przybrani ojcowie, ale biologiczna mama zawsze gdzieś tam się czaiła na peryferiach, raz na jakiś czas odzywając się do córki. Dziewczyna ją ubóstwiała, a Dave, którego od lat zżerała tęsknota za własną mamą, wcale się temu nie dziwił.

– Aha – odparła Julia, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu. – Sama nawet zadzwoniła. Słyszałam, jak tatowie jej mówili, że zawsze jest mile widziana, więc kto wie, czy nas niedługo nie odwiedzi.

Dave chwycił głowę Julii i pokręcił nią z boku na bok. Wymyślił ten gest dawno temu, w pełnych skrępowania czasach gimnazjum, kiedy nie wiedział, jak inaczej może ją dotknąć i okazać jej uczucie.

– Julio! To super.

– Ty matole, zaraz się udławię jabłkiem. – Uchyliła się przed nim. – Nie chcę robić sobie nadziei.

– To ona powinna robić sobie nadzieję. Ma niesamowitą córkę.

– Mieszkała na ośmiu kontynentach i współpracowała ze znanymi malarzami i rzeźbiarzami. Bez urazy, przyjacielu, ale wydaje mi się, że jej standardy niesamowitości są ciut wyższe niż twoje.

Dave włożył do ust kolejny kęs potrawki i powoli przeżuwał, obserwując jednocześnie grę.

– Mam gdzieś to, jak wspaniałe jest jej życie. Jeśli cię nie odwiedzi, będzie to oznaczało, że jest kiepska w ocenie fajności i wspaniałości.

Zerknął kątem oka na Julię, która wyjęła właśnie z plecaka owiniętą w serwetkę kanapkę. Czekał na jej uśmiech, tym cenniejszy, że to on byłby jego sprawcą. Zamiast tego dostrzegł, że spojrzenie dziewczyny biegnie ku leżącej na jego kolanie liście „Nigdy”. Skupili się na grze, niespiesznie jedząc lunch.

Podczas dwóch ostatnich lekcji tego dnia Dave miał wrażenie, że mijające sekundy pełzną po jego skórze niczym robaki. Raz jeszcze przeczytał listę „Nigdy”, uśmiechając się do siebie na wspomnienie tego, jak on i Julia wyrywali sobie nawzajem długopis, żeby zapisywać kolejne punkty. Spoglądał przez okno na błękitne, kalifornijskie niebo, wysłał pod ławką esemesa do Julii, zgromił wzrokiem dwoje uczniów na końcu klasy, którym się wydawało, że to, co robią, można nazwać szeptaniem. Siedząca obok niego Anika Watson pilnie notowała, a on rozmyślał, skąd ta dziewczyna czerpie energię. Zastanawiał się, ile zaliczyła punktów z listy jego i Julii i nad tym, czy wybiera się w piątek na imprezę do Kapoorów. Rozglądając się po klasie, wyobrażał sobie liczbę unoszącą się nad głową każdego z uczniów, oznaczającą ilość zdobytych punktów.

Po dzwonku obwieszczającym koniec lekcji Dave i Julia spotkali się na korytarzu, następnie bez słowa poszli na parking, gdzie należąca do dziewczyny rzekomo biała mazda miata powinna lśnić w kalifornijskim słońcu, tyle że uniemożliwiała jej to roczna warstwa kurzu.

 

Choć Julia nie zdążyła jeszcze nic powiedzieć, Dave znał ją na tyle dobrze, że wiedział, o czym myśli. Odkąd znalazł tę listę, w głowie miała tylko jedno. Uśmiechnął się, kiedy się w końcu odezwała.

– A może zrobimy to wszystko z listy?

Wzruszył ramionami i wrzucił plecak do bagażnika.

– Niby czemu?

– Bo dwa kolejne miesiące doprowadzą mnie do szaleństwa – odparła Julia. Rozpięła jasnoniebieską bluzę z kapturem i położyła ją na plecaku Dave’a, następnie zdjęła sandały i je także wrzuciła do bagażnika. – Niczego nie musimy już sobie udowadniać. Liceum nas nie zmieniło. Może pora spróbować tego, co robią inni. Tak dla zabawy. Zdecydowanie przydałoby nam się trochę rozrywki.

To był jeden z tych pięknych, ciepłych dni, pasujących bardziej do LA niż San Francisco, aczkolwiek San Luis Obispo leżało dokładnie w połowie drogi między tymi miastami. Wiał lekki wietrzyk. Teraz, kiedy Julia miała na sobie jedynie bokserkę, Dave’a niemal bolała myśl, jak bardzo jego przyjaciółka jest piękna. Już od dawna ukrywał swoją miłość do niej. Od dawna podczas wieczorów filmowych pozwalał jej kłaść głowę na swoim ramieniu albo niemal zawsze bose stopy na kolanach, a wtedy jego dłonie nonszalancko zaciskały się na jej kostkach. Przez całe cztery lata liceum zachowywał się iście banalnie, kochając się w najlepszej przyjaciółce i wzdychając do niej ukradkiem.

Otworzył drzwi od strony pasażera i spojrzał na Julię ponad dachem samochodu, który był bardziej brązowy niż biały.

– Słyszałem, że w piątek jest impreza u Kapoorów.

Julia obdarzyła go promiennym uśmiechem.

– Proszę, proszę. Ty wszystko wiesz.

– Jestem człowiekiem wpływowym, panno Stokes. Muszę trzymać rękę na pulsie.

Prychnęła i usiadła za kierownicą.

– Czyli nie będzie w piątek wieczoru filmowego? Idziemy na imprezę? Z piwem w czerwonych, plastikowych kubkach, dudniącą muzyką z Top 40 i ludźmi w naszym wieku? Obściskującymi się w pokojach na piętrze i haftującymi w krzakach, no i z przynajmniej jedną dziewczyną, która wybiegnie stamtąd we łzach?

– Przypuszczalnie – odparł Dave. – W sumie to nigdy nie byłem na imprezie, więc nie wiem, czy rzeczywiście tak się dzieje.

Julia opuściła dach, następnie wyjechała z parkingu i skręciła w prawo, kierując się w stronę drogi numer jeden i portu w Morro Bay.

– No więc robimy to? – zapytał Dave. – Dołączamy do całej reszty?

– Czemu nie? – zapytała Julia, a on nie mógł się nie uśmiechnąć na widok jej profilu. – Przyjadę wcześniej, żebyśmy mogli zdecydować, w co się ubierzemy.

– I uzgodnimy, jak bardzo się możemy upić – dodał.

– I z kim się będziemy obściskiwać.

– Aha.

Dave odwrócił głowę i rozsiadł się wygodnie na fotelu. Opuścił osłonę przeciwsłoneczną i oparł rękę na drzwiach auta, ciesząc się dotykiem słońca na skórze. Nie przestawał się uśmiechać, zbyt wprawiony w ukrywaniu swoich uczuć, aby pokazać, jak bardzo zabolały go jej słowa.

1 Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles. [wróć]

2 Uniwersytet Kalifornijski w Santa Barbara. [wróć]

Inne książki tego autora