Chłopak, który o mnie walczył

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kirsty Moseley
Chłopak, który o mnie walczył

Tłumaczenie:

Danuta Fryzowska

Dla Terrie Arasin,

Gdyby nie Ty, ta książka nigdy by nie powstała

Prolog

„Lepiej jest kochać i stracić niż nigdy nie zaznać miłości”. Tak stwierdził kiedyś poeta lord Alfred Tennyson w jednym ze swoich wierszy. Według mnie lord Tennyson bredził.

Być może nigdy nie doświadczył prawdziwej miłości. A może nigdy na nikim nie zależało mu bardziej niż na nim samym, bo gdyby zależało, gdyby kochał kogoś tak mocno, że byłby gotów oddać życie za tę osobę, nie wypisywałby takich głupot. Rzecz jasna, to tylko moje domysły. Nie jestem uczonym i nie wiem nic o tym gościu; znam tylko ten jeden cytat. Oto dlaczego absolutnie się z nim nie zgadzam.

Ponieważ byłem raz zakochany.

Tylko raz.

I ją straciłem.

A teraz oddałbym wszystko, co mam na tym pieprzonym świecie, żeby móc cofnąć czas i nigdy nie zaznać jej miłości. O nie, z całą pewnością nie jest lepiej kochać i stracić.

Chrzanić miłość. I chrzanić lorda Tennysona.

Rozdział 1
JAMIE

Jego pięść zderzyła się mocno z moją szczęką. Natychmiast przeszył mnie ból, rozlewając się na całą twarz i szyję. Głowa odskoczyła mi w bok, a gałki oczne zaszły mgłą od siły ciosu. Facet najwyraźniej chciał mieć to szybko za sobą.

Zrobiłem krok w tył i uniosłem dłoń do brody, masując miejsce po uderzeniu. Moje usta rozciągnęły się w leniwym uśmiechu, a z gardła wydobył się niski, zdławiony chichot. Wytarłem twarz, ignorując rozmazaną na dłoni krew.

– No! Dawaj jeszcze – zachęcałem go prowokacyjnie. Nie podniosłem nawet rąk do gardy. Mijałoby się to z celem, dla którego tu przyszedłem.

Koleś rozejrzał się po stojących kołem widzach, ewidentnie zaniepokojony moją pozorną brawurą i odpornością na ból. Tłum, zgromadzony w wielkim, opuszczonym magazynie, który dziś zamienił się w arenę nielegalnych walk, dopingował nas i wrzeszczał – jedni krzyczeli, żebym się pozbierał i rozniósł tego gościa, inni podjudzali mojego rywala, żeby zgniótł mnie na miazgę. Domagali się szybkiego zakończenia pojedynku, ale ja chciałem przeciągnąć go jak najdłużej. Ból tak przyjemnie odwracał uwagę od kotłujących się we mnie emocji. Byłem szczęśliwy, myśląc o czymś innym, o czymkolwiek, byle nie o niej.

– No, stary, chyba stać cię na więcej – drażniłem się z nim, spluwając cierpką w smaku krwią na podłogę. Ręce trzymałem szeroko rozstawione, wystawiając się na czysty strzał. – Pokaż, co potrafisz.

Mężczyzna zmrużył oczy, wykrzywił usta w drwiącym uśmiechu i podszedł bliżej, wymierzając mi szybki cios w brzuch. Całe powietrze uszło mi z płuc. Zgiąłem się wpół, próbując złapać oddech, a wtedy wbił mi kolano w twarz. Przewróciłem się do tyłu, uderzając o zimny beton z wielkim hukiem, który odbił się echem w moich kościach.

Z tłumu podniósł się ogłuszający krzyk. Zamknąłem oczy i odchyliłem głowę, podśmiechując się cicho pod nosem. Hektolitry alkoholu, które spożyłem przed dzisiejszymi walkami, wciąż przelewały się w moim ciele, zaburzając orientację i zobojętniając mnie na wszystko, nawet na ból, który z pewnością poczuję rano, gdy wytrzeźwieję.

– Młody, co ty, do cholery, wyprawiasz? Wiedziałem, że nie powinienem był się na to godzić! Przerywam tę farsę!

Z ogromnym trudem podniosłem powieki i, przekręciwszy ołowianą głowę, ujrzałem Jensena stojącego z boku prowizorycznego ringu. Na twarzy malowało mu się przerażenie, wymieszane z troską i niedowierzaniem. Jako właściciel i założyciel nielegalnego klubu mógł stracić mnóstwo pieniędzy, gdybym dziś przegrał. Najwyraźniej Jensenowi nie podobało się, jak sobie z nim pogrywam, ryzykując jego niezbyt ciężko zarobioną forsę.

– Ani się waż. Poradzę sobie. Ochłoń i poszukaj swoich jaj, bo chyba gdzieś je zgubiłeś – rzuciłem żartobliwie. Nawet ja słyszałem, że bełkoczę. Przetoczyłem się niezdarnie na bok, podparłem się rękami i wstałem, chwiejąc się na nogach.

Kątem oka dostrzegłem, jak Jensen wyciąga komórkę i mówi szybko do telefonu, nie spuszczając mnie z oczu.

– Jesteś już? To się wymyka spod kontroli. Okej, pospiesz się, do cholery!

Ściągnąłem brwi.

– Proszę, naskarż na mnie, sprowadź tu moją niańkę – prychnąłem i, zanosząc się drwiącym śmiechem, dodałem: – Pieprzony kapuś.

Ponieważ nie uważałem albo po prostu mój przeciwnik był tchórzem, który lubił atakować od tyłu, buchnął mnie w plecy, ścinając z nóg, i obaj polecieliśmy do przodu. Tłum się rozstąpił, chcąc uniknąć obryzgania krwią, więc gruchnęliśmy w bok ciężarówki, zaparkowanej na skraju ringu. Mój rywal dyszał szybko, zadając mi cios za ciosem w krzyż i żebra.

Czułem ból w każdej części mojego ciała i przekonałem się, że dobrze zrobiłem, przychodząc tutaj. Właśnie tego potrzebowałem.

Mężczyzna chwycił mnie za bark i szarpnął do tyłu. Znów leżałem na ziemi, ciężko oddychając.

– Młody! – Jensen oczywiście zadzwonił do Raya, swojego kuzyna i jednego z moich najlepszych przyjaciół.

Ray przebił się przez tłum widzów i przypadł do podłogi. Odwróciłem się do niego i zobaczyłem troskę w jego brązowych oczach.

– Sie masz, stary! – wybełkotałem, siląc się na uśmiech, ale byłem pewny, że wyszedł z tego tylko dziwny grymas.

– Co cię napadło, do jasnej cholery? Jensen mówi, że piłeś! Co z tobą? – syknął, kręcąc głową z niedowierzaniem. Zauważyłem z ulgą, że nie przerwał kręgu i nie próbował mnie dotknąć; to byłoby wbrew zasadom i skutkowałoby walkowerem.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, mój przeciwnik złapał mnie oburącz za koszulkę i podciągnął do pionu. Wzdrygnąłem się, czekając na kolejny cios jak na powitanie ze starym przyjacielem. Gdy wbił mi pięść w kość policzkową, usłyszałem wściekły głos Raya:

– Jensen, przerwij tę cholerną walkę albo ja to zrobię!

– Okej, okej – szybko zripostował Jensen.

Zagotowałem się ze złości. Jeśli teraz przerwą pojedynek, przegram.

– Nie! – warknąłem wściekle. Młody Cole zawsze wygrywał.

Wiedziałem, co powinienem zrobić. Przegrana nie wchodziła w rachubę. Zabawiłem się trochę i osiągnąłem swój cel – chwilę zapomnienia – ale najwyższy czas przejąć kontrolę i to zakończyć.

Złapałem rywala za rękę, którą mnie przytrzymywał. Jego źrenice nieznacznie się rozszerzyły, a ciało gwałtownie spięło – najwyraźniej sądził, że się poddałem i to będzie ostatni cios, którym zapewni sobie wygraną i tytuł zwycięzcy wieczoru. Jakże się mylił.

– Chyba pora, żebym przestał się opierniczać. – Uderzyłem go głową w twarz z taką siłą, że trzask pękającego nosa słychać było nawet wśród ryku tłumu. I to by było na tyle. Wystarczająco długo się z nim przekomarzałem, dając mu się okładać dla własnej przyjemności. W jednej chwili jego nieprzytomne ciało osunęło się bezwładnie na ziemię.

Zatoczyłem się, mrugając powiekami, żeby odzyskać ostrość widzenia, i ignorując łomotanie w głowie. Zaschło mi w ustach, język wydawał się szorstki. Rozpaczliwie pragnąłem się napić, ponieważ alkohol powoli przestawał działać.

Ray i Jensen rzucili się w moim kierunku. Jensen dopadł do mnie pierwszy, chwycił moją rękę i uniósł triumfalnie w górę.

– Zwycięzcą dzisiejszego wieczoru został… Młody Cole!

Tylko połowa czeredy wiwatowała; pozostała część gniotła kupony zakładów, ciskając je z wściekłością na ziemię lub klęła pod nosem. Albo byli tu nowi i nie wiedzieli, że lepiej nie obstawiać przeciwko mnie, albo zmyliło ich to, że wyżłopałem taką ilość alkoholu, jaka powaliłaby konia. Cóż, pozory mylą.

Uśmiechnąłem się krzywo, wspierając się na Rayu, który objął mnie w pasie i poprowadził w kierunku wolnego krzesła. Opadłem na nie ciężko i o mały włos nie runąłem na podłogę, nie panując nad odrętwiałym ciałem.

Ray ukląkł przede mną i podał mi butelkę wody, którą wyczarował nie wiadomo skąd.

– Pij, Młody. Kiepsko wyglądasz – stwierdził, krzywiąc się na mój widok.

Odepchnąłem butelkę i z szerokim uśmiechem wskazałem skórzaną kurtkę wiszącą na oparciu krzesła.

– Podasz mi kurtkę?

Posłusznie spełnił moją prośbę, patrząc na mnie z niepokojem.

Bez słowa sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni i zacisnąłem dłoń na gładkiej szklanej buteleczce. Na widok w połowie opróżnionej flaszki whiskey Ray jęknął z niezadowoleniem.

– Młody, chyba żartujesz!

Mrugnąłem do niego, odkręcając nakrętkę posiniaczonymi i oblepionymi krwią palcami. Pociągnąwszy spory łyk, poczułem przyjemne pieczenie w gardle.

– Chcesz? – wybełkotałem niezrozumiale.

Nie odpowiedział, tylko wyrwał mi butelkę i postawił na ziemi.

– Młody, co z tobą? Jensen powiedział mi przez telefon, że przyszedłeś zalany w trupa i nalegałeś, żeby dopuścił cię do walk. Wyglądasz koszmarnie. Ten typ prawie cię rozniósł!

– Nie dałby rady – zakpiłem. Panowałem nad sytuacją.

– Na moje oko spuścił ci niezły łomot! Jeszcze jeden cios i byłoby po tobie.

Zaprzeczyłem zdecydowanym ruchem głowy.

– Robił tylko to, na co mu pozwalałem i czego sam chciałem.

– Chciałeś, żeby cię zatłukł na śmierć? Naprawdę chciałeś tego? – Wskazał wymownie ręką na moją zmasakrowaną twarz.

Wzruszyłem ramionami, odwracając wzrok od jego dociekliwych oczu. Ray czytał we mnie jak w otwartej książce i zwykle wiedział, co myślę. Nie znosiłem tego.

– Młody, o co chodzi? – spytał z westchnieniem, kładąc mi rękę na ramieniu i lekko je ściskając. – Gdy widzieliśmy się wcześniej, zachowywałeś się normalnie, a potem się narąbałeś i przylazłeś tu szukać guza. Nie rozumiem cię. – Jego łagodny głos zdradzał troskę.

– Po prostu musiałem zagłuszyć myśli. Nie chciałem tu przychodzić, sądziłem, że dwa drinki dobrze mi zrobią, ale z dwóch zrobiły się trzy, potem cztery i… – Spojrzałem na niedopitą butelkę whiskey, nie przyznając się, że była już drugą tego wieczoru. Przełknąłem ślinę i pokręciłem ze smutkiem głową. – Alkohol nie pomógł i walka wydała mi się dobrym pomysłem. Pomyślałem, że może ktoś wybije mi to z głowy siłą. Ale nic z tego. Wciąż tam siedzi. – Uderzyłem się kilkakrotnie otwartą dłonią w czoło, próbując pozbyć się natarczywych myśli.

 

– Młody, bredzisz bez ładu i składu.

W piersi czułem silny ból i nie miało to nic wspólnego z walką. Pojawił się już przed trzema godzinami, kiedy natknąłem się na coś w wiadomościach. Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem artykuł, który wydrukowałem ze strony internetowej CNN, zanim oddałem się destrukcyjnemu pijackiemu szaleństwu.

Podałem mu go i zamknąłem oczy.

Ray rozłożył kartki i zaczął czytać na głos. Z każdym słowem serce zaciskało mi się coraz bardziej.

– „Dzisiaj po południu na międzystanowej I-95 doszło do wypadku samochodowego, w którym zginęła jedna osoba, a druga walczy o życie. Z doniesień policji wynika, że kierowca Michael Pearce, lat 45, poniósł śmierć na miejscu, gdy pędzący z dużą prędkością ciemnoniebieski ford pikap zjechał na jego pas, spychając samochód na barierki. Prowadzący pikapa nie zatrzymał się i uciekł z miejsca wypadku.

Pasażerka, żona zmarłego kierowcy, Ruth Pearce, lat 44, trafiła do szpitala w stanie krytycznym.

Policja prosi o kontakt świadków zdarzenia oraz osoby posiadające jakiekolwiek informacje na temat pikapa lub jego kierowcy”.

Ray ponownie skupił uwagę na mnie.

– Kim są Michael i Ruth Pearce?

Westchnąłem ciężko.

– To rodzice Ellie.

Ray wzdrygnął się i natychmiast zrozumiał.

– O cholera. – Zapadła cisza i dopiero po minucie ponownie przemówił. – To chyba znaczy, że… ona wróci, co?

Spuściłem wzrok na podłogę i opadłem na krzesło. Wiedziałem, że Ellie będzie zdruzgotana, kiedy się dowie. Była ukochaną córeczką tatusia, strata ojca zapewne mocno ją dotknie, tym bardziej że mogła stracić również matkę. Pragnąłem ją przytulić, ale nie widzieliśmy się i nie rozmawialiśmy od przeszło trzech lat, od tamtej rozmowy telefonicznej, która obojgu nam złamała serce.

– Na to wygląda.

Rozdział 2
ELLIE

Nuda. Byłam tak znudzona, że przez ostatnie pięć minut maltretowałam paznokcie z obrzydliwymi odrostami, bezlitośnie zeskubując z nich żelowy lakier. Laura, moja manikiurzystka, zapewne nie ucieszy się na widok zdartej emalii i odprysków, gdy pojawię się u niej za tydzień, ale nie mogłam się powstrzymać. Nie potrafiłam stać bezczynnie i obijać się. Do wyboru miałam skubanie lakieru albo przekąsek, które leżały w kartonowych pudłach za moimi plecami. Coś musiało odwrócić moją uwagę od piekącego bólu stóp po długim dniu na nogach. Na szczęście wieczór miał się już ku końcowi, jeszcze tylko dwie godziny.

Westchnęłam i rozejrzałam się za czymś, czym mogłabym się zająć. Ostatecznie zdecydowałam się ponownie przetrzeć wypucowany potężny mahoniowy kontuar.

Jak na piątkowy wieczór w barze wiało pustką. O tej porze King's Arms zazwyczaj pękał w szwach. W tym staromodnym, typowo angielskim pubie, wykończonym w ciemnym drewnie, z kwiecistą tapetą i czerwoną wzorzystą wykładziną, po pracowitym tygodniu zwykle roiło się od miejscowych. A teraz można było zliczyć raptem dziewiętnastu klientów. I każdy z nich miał pełny kufel – dlatego tak się nudziłam. Ze wszystkim uporałam się przed czasem: zmywarka do naczyń opróżniona, szkło wypolerowane i odstawione na półki pod barem, toalety sprawdzone i umyte. Po wyjściu ostatnich klientów wystarczyło już tylko po nich sprzątnąć i zamknąć lokal. Właściwie nie było nic więcej do roboty.

Podeszłam do Toby'ego, mojego menadżera, i odchrząknęłam.

– Przepraszam, że przeszkadzam – wtrąciłam się, uśmiechając się przepraszająco do dwóch stałych klientów, z którymi rozmawiał.

Starszy z nich, Chuck, wyszczerzył zęby w uśmiechu, ukazując zmarszczki w kącikach oczu.

– Nic nie szkodzi, taka urocza osóbka może nam przeszkadzać do woli. – Mrugnął, gładząc się po zmierzwionej, siwej brodzie, którą zapuścił na zimę i wkrótce miał ściąć z okazji nadchodzącej wiosny. Kiedyś wyjaśnił mi, że hodował ją każdej zimy, żeby było mu ciepło w twarz. Chuck był jednym z moich ulubionych klientów; zawsze uprzejmy i radosny – przypominał mi trochę dziadka ze strony ojca, gdy jeszcze żył.

Toby zarechotał.

– Przestań flirtować z moją obsługą. Już ci to mówiłem – skarcił Chucka, przewracając żartobliwie jasnozielonymi oczami. Toby był z krwi i kości londyńczykiem – typowy cockney, urodzony i wychowany we wschodniej części miasta. Z początku trochę trudno mi było zrozumieć jego akcent, zresztą jak wszystkich tutaj; to, jak miejscowi wymawiali niektóre słowa, było co najmniej dezorientujące. Ale po prawie dwóch latach spędzonych w Londynie zdążyłam do tego przywyknąć. W zasadzie ten dialekt nawet mi się podobał. Może z wyjątkiem slangowych grypsów i rymowanek, z których połowa nadal była dla mnie niezrozumiała.

Chuck uniósł pomarszczone ręce w geście kapitulacji.

– Nie moja wina, żeś najął najładniejszą amerykańską barmankę w mieście.

– Jestem jedyną amerykańską barmanką w mieście – zakpiłam, wywołując salwę śmiechu, po czym zwróciłam się do Toby'ego. – Ponieważ mały dziś ruch, może zrobiłabym remanent lub coś w tym rodzaju? Strasznie się nudzę. – Inwentaryzacja zajęłaby mi co najmniej godzinę.

Wzruszył ramionami i nadal się śmiejąc, odgarnął włosy z czoła.

– Uhm, dobry pomysł. Muszę jutro złożyć zamówienie w browarze, więc zaoszczędziłabyś mi rano sporo roboty. Dzięki.

– Nie ma sprawy – rzuciłam, odwracając się i zmierzając na zaplecze po arkusze spisowe.

Po drodze do piwnicy zauważyłam na tablicy ogłoszeń przypięty grafik na przyszły tydzień. Przystanęłam, żeby sprawdzić swoje dyżury i dni wolne, i spochmurniałam, widząc swoje imię przy sobocie. Wyraźnie powiedziałam Toby'emu, że nie mogę pracować tego dnia. I nagle, jak na zawołanie, Toby wyłonił się zza kotary. Sięgnął do pudła z chipsami i wyjął paczkę serowo-cebulowych.

– Toby, dlaczego jestem zapisana w grafiku na sobotę? Nie mogę wtedy pracować, mam pewne plany – oświadczyłam, wskazując swoje imię w rubryce.

Zmarszczył się i podszedł do mnie od tyłu, spoglądając przez moje ramię.

– Zmień je.

– Nie mogę. – Odwróciłam się twarzą do niego, opierając ręce o biodra. – Ty zmień swoje i weź zamiast mnie kogoś innego.

Toby uniósł brwi i wykrzywił usta w figlarnym uśmiechu, a w jego oczach pojawił się szelmowski błysk.

– Okej, znajdę kogoś na zastępstwo, pod warunkiem że będziesz się dziś ze mną kochać.

Zaczerpnęłam głęboko powietrza, jeszcze mocniej marszcząc czoło.

– To molestowanie seksualne!

– Donieś na mnie. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu, wzruszył ramionami i odwrócił się na pięcie.

– Może tak zrobię! – zawołałam, odprowadzając go uśmiechem, i przeniosłam wzrok na grafik. Wyciągnęłam długopis, wykreśliłam swoje imię i wpisałam w to miejsce Toby'ego, po czym ruszyłam do piwnicy, by spisać remanent.

Tuż przed jedenastą, kiedy zabrzmiał dzwonek na ostatnie zamówienia, dokończyłam naprędce spis, notując, ile zostało nam paczek solonych orzeszków, i wróciłam na górę.

Pub praktycznie opustoszał; zostało raptem sześć osób. Toby zebrał już większość szklanek i ustawił na kontuarze do mycia.

– Panie i panowie, dopijamy i zamykamy! Nie macie domów, czy co? – rzucił żartem, zakładając krzesła na stoły, tak aby rano można było odkurzyć podłogę.

Kilku stałych klientów jęknęło z niezadowoleniem, prosząc, by pozwolił im jeszcze zostać, ale wszyscy widzieli podkrążone oczy Toby'ego, więc nie naciskali.

Gdy ostatnia para opuściła lokal, Toby zamknął ciężkie drzwi na klucz i odwrócił się do mnie.

– Remanent zrobiony?

– Uhm, wszystko gotowe – przytaknęłam.

Ziewnął, wyciągając ręce nad głowę, i wrócił za bar.

– Dzięki.

Otworzyłam zmywarkę do naczyń i wstawiłam do środka dwie szklanki. Gdy sięgałam po kolejne, poczułam na biodrach czyjeś ręce. Przestraszona podskoczyłam, a wówczas Toby przywarł swoim ciepłym ciałem do moich pleców.

– Jesteśmy dogadani w sprawie soboty, czy wolisz pracować? – wyszeptał, owiewając mój policzek i szyję gorącym oddechem. Ścisnął mnie mocniej za biodra, jeszcze bardziej na mnie napierając i ocierając się kroczem o skrawek mojej nagiej skóry wyzierający spod topu.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze w płuca, a moje ciało pokryło się gęsią skórką.

– Twoje zachowanie jest w najwyższym stopniu niestosowne – odparłam, czując, jak napinają mi się wszystkie mięśnie.

– Uhm – mruknął z ustami przy mojej szyi. – Daruj już sobie sprzątanie, zajmę się tym rano.

Zrezygnowana, odwróciłam się do niego. Jego jasnozielone oczy płonęły pożądaniem, gdy przesuwał wzrokiem po mojej twarzy.

– Chyba jednak potrzebuję tego wolnego dnia – wymamrotałam, wpatrując się w jego usta i język, którym przejechał wolno po dolnej wardze.

Cofnął się i z szerokim uśmiechem wyciągnął ku mnie rękę. Odstawiłam ostatnią szklankę na bar i podałam mu swoją dłoń, pozwalając, by pociągnął mnie przez kotarę i poprowadził korytarzem oraz schodami do części mieszkalnej znajdującej się na piętrze. Po drodze zsunęłam najpierw jeden, potem drugi but, zostawiając je tam, gdzie upadły, a potem Toby zrobił to samo.

Gdy weszliśmy na górę, przestał się kontrolować i dał się ponieść namiętności.

Przyciągnął mnie do siebie i wpił się we mnie ustami. Jego ręce były wszędzie. Nieporadnie, zataczając się do tyłu, dotarliśmy do sypialni, praktycznie przez cały czas złączeni pocałunkiem. Pozbyłam się szybko bluzki, a jego palce sprawnie rozprawiły się z guzikiem u moich spodni. Tyłem kolan uderzyłam o brzeg łóżka i runęliśmy na materac, zamieniając się w plątaninę kończyn i rozgrzanych oddechów. Zachichotałam, bo wylądował na mnie, niemal mnie miażdżąc, lecz szybko się poprawił i nakrył mnie swoim ciałem.

Odchylił się do tyłu, a ja ściągnęłam mu koszulkę przez głowę. Pożerając mnie głodnym wzrokiem, niespiesznie zsunął ze mnie dżinsy. Czułam, jak łaskocze mnie palcami po zewnętrznej stronie ud.

– A tak w ogóle, to co takiego porabiasz w sobotę? – zapytał szeptem i pochylił się, delikatnie całując zagłębienie u nasady mojej szyi. Jego jednodniowy zarost rozkosznie drażnił moją skórę.

Przesunęłam dłońmi po jego nagich plecach, wpijając się w jego barki, a moim ciałem wstrząsnął dreszcz przyjemności.

– Idę na targi ślubne z twoją matką – odparłam lekko chropawym głosem.

Zaśmiał się, wywołując uśmiech również na mojej twarzy.

– Poważnie? Dlaczego dajesz się jej zaciągać na takie imprezy? – zapytał, przewracając oczami.

Wzruszyłam ramionami, wiercąc się pod jego ciałem.

– Bardzo się ekscytuje ślubem. Powtarzam jej ciągle, że nie zamierzamy się spieszyć, ale… wiesz, jaka jest. Chyba po cichu liczy na to, że zobaczę jakąś wystrzałową suknię lub dekorację z balonów i zechcę w końcu wyznaczyć datę.

Na chwilę przybrał poważną minę.

– Wiesz, co wystarczy zrobić, żeby dała ci spokój?

– Zerwać z tobą? – zasugerowałam, chichocząc, a Toby za karę wwiercił mi palec między żebra.

– Albo po prostu wyznaczyć datę…

Westchnęłam głęboko, powoli tracąc ochotę na figle.

– Możemy o tym teraz nie rozmawiać? Myślałam, że mieliśmy zgorszyć łóżko… – Żeby dać mu to wyraźnie do zrozumienia, przejechałam delikatnie paznokciami po jego plecach, po czym chwyciłam go mocno za pośladki i przyciągnęłam do siebie.

Mężczyźni są tacy prości w obsłudze. Wystarczy wspomnieć o seksie, zaproponować go, czy choćby poczynić drobną aluzję na ten temat, by jedli ci z ręki. Z moim narzeczonym było tak samo.

Niestety, zanim się dobrze rozkręciłam, było już po wszystkim. Nie, żeby Toby był marnym kochankiem – był naprawdę cudowny, kiedy poświęcał na to więcej czasu. Jednak tej nocy czuł się zmęczony, a to oznaczało, że musiałam się obejść bez gry wstępnej i bez czułych słówek. Przeszedł od razu do sedna i po chwili opadł na mnie bezwładnie, ciężko dysząc. Oczywiście zrobiłam to, co robi większość kobiet podczas seksu: trochę poudawałam, by nie urazić jego ego, ale tylko troszeczkę – lubiłam się z nim kochać, tylko że tym razem zabrakło w pełni „szczęśliwego zakończenia”.

Pocałował mnie w policzek i stoczył się ze mnie z uśmiechem wyrażającym zaspokojenie.

– O tak, zdecydowanie warto było dać ci dziś wolne – wymamrotał z przymkniętymi oczami i przyciągnął mnie do siebie, leniwie przewieszając zmęczoną rękę przez mój brzuch. – I nie przejmuj się moją matką. Jeszcze raz z nią porozmawiam.

Przylgnęłam do niego, wtulając głowę w zgięcie jego szyi.

– Okej, dzięki.

– Dla ciebie wszystko – odpowiedział. Jego oddech zaczął się wyrównywać i pogłębiać, jakby zapadał w sen.

 

– Nie zasypiaj, muszę się jeszcze umyć – powiedziałam i cmoknęłam go w czubek nosa.

Nie otworzył oczu.

– Pospiesz się, zanim zamoczysz całe łóżko. Nikt nie lubi spać na mokrej plamie.

– Toby! – wrzasnęłam, chichocząc. – Wolałabym usłyszeć coś bardziej romantycznego po seksie.

Wzruszył ramionami bez cienia skruchy.

– E tam, naczytałaś się za dużo romansideł. Nie tak to wygląda w prawdziwym życiu – zażartował.

– Najwyraźniej – odparłam sarkastycznie.

– Te książki tylko zwodzą kobiety, prezentując nierealistyczną wizję związków. My, mężczyźni, musimy się z nią mierzyć każdego dnia. Niestety, nie jesteśmy w stanie jej sprostać. – Pokręcił głową z udawanym smutkiem. – Prawdziwa intymność jest wtedy, gdy facet puszcza bąka pod kołdrą, a potem nakłada ją dziewczynie na głowę. O tym nigdzie nie przeczytasz!

Nabrałam powietrza i zamachnąwszy się poduszką, grzmotnęłam nią w jego twarz.

– Tylko spróbuj mi tak zrobić, a przysięgam…

Parsknęłam śmiechem. Toby posiadał wyjątkowy dar i zawsze potrafił mnie rozśmieszyć. To przede wszystkim ta cecha mnie w nim zauroczyła. Poznaliśmy się przed dwoma laty. Zaproponował mi wtedy dorywczą pracę, która pozwoliłaby mi na zwiedzanie Londynu. Był pierwszą osobą, przy której tak naprawdę mogłam się rozerwać i zapomnieć – choćby na chwilę – o trawiącym mnie od środka bólu. Z początku byliśmy tylko przyjaciółmi, lecz wkrótce nasza znajomość przerodziła się w coś głębszego. Żadne z nas tego nie planowało. Z czasem zapomniałam o cierpieniu, dzięki niemu znowu się otworzyłam i zaufałam mężczyźnie. Można powiedzieć, że zdobył moje serce śmiechem. Spotykaliśmy się już od półtora roku, a od sześciu miesięcy byliśmy zaręczeni.

Nasz związek był harmonijny i nieskomplikowany, oparty na wzajemnym szacunku. Być może nie zawojował moim światem, nie zwalił mnie z nóg jednym namiętnym spojrzeniem ani rozbrajającym uśmiechem, ale kochał mnie, a ja kochałam jego. Był porządnym facetem; spolegliwym, godnym zaufania i niezawodnym – wszystkim, czego tak pragnęłam. Toby nigdy nie złamałby mi serca czy raczej tego, co z niego zostało – byłam tego pewna. Uwielbiałam go za to, że mnie uleczył i sprawił, że świat odzyskał jasne barwy. Naprawdę, wiele to dla mnie znaczyło.

Chwycił mnie za przeguby rąk i przyciągnął lekko do siebie, składając pocałunek na moich wciąż roześmianych ustach.

– Idź już się umyć, skoro musisz – rzekł, puszczając moje nadgarstki. – I przy okazji zwiąż włosy, okej? Nie chcę później przez cały dzień wypluwać twoich kłaków. – Mrugnął do mnie porozumiewawczo, gdy wstawałam z łóżka. Uśmiechnęłam się do niego przez ramię, podniosłam z podłogi jego T-shirt, narzuciłam go na siebie przez głowę i poczłapałam boso do łazienki.

Wzięłam prysznic, zmyłam makijaż i wyszczotkowałam zęby. Zanim wróciłam do naszej sypialni, zatrzymałam się przy sąsiednim pokoju i cicho uchyliłam drzwi, po czym zakradłam się na palcach do piętrowego łóżka. Zajrzawszy na górę, uśmiechnęłam się.

Pusto. Tak jak się spodziewałam.

Pochyliłam się, omiatając wzrokiem dolne łóżko. Dwaj synowie Toby'ego z poprzedniego małżeństwa spali spokojnie skuleni na jednym materacu, a obok leżała otwarta książka; latarka, przy której czytali, wciąż się świeciła, choć już słabo. Podniosłam ją i wyłączyłam, odnotowując w pamięci, żeby kupić nowe baterie, gdy przyjadą tu następnym razem. Christian i Sam – pierwszy miał siedem, a drugi pięć lat – byli jeszcze w tej „uroczej” fazie i czytanie książek ukradkiem przy blasku latarki traktowali jako przygodę.

Delikatnie pocałowałam każdego z nich w czoło i nakryłam kołdrą. Postanowiłam nie ruszać Christiana i nie próbować przenieść go na górę. Wymknęłam się bezszelestnie z pokoju i, zamknąwszy za sobą drzwi, ruszyłam w kierunku naszej sypialni.

– Chłopcy smacznie śpią, a Chris znów na dole. Chyba… – urwałam nagle, widząc, że Toby leży na plecach z jedną ręką pod głową i cicho chrapie.

Nici z przytulania…

Spięłam włosy w niski kucyk, a potem zgasiłam światło i krocząc z wyciągniętymi rękami przez pokój pogrążony w ciemnościach, próbowałam wymacać brzeg łóżka. Wczołgawszy się pod kołdrę, przysunęłam się do Toby'ego i wtuliłam w jego ciało, kładąc mu rękę na klatce piersiowej. Toby w śnie przewrócił się na bok i objął mnie ciężkim ramieniem. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem tuż przy jego piersi i niemal natychmiast zasnęłam.

Zaledwie po kilku minutach ze snu brutalnie wyrwał mnie dzwonek telefonu. Przetoczyłam się z jękiem, próbując otworzyć piekące oczy i odczytać cyferki na wyświetlaczu budzika.

Toby podniósł się.

– Niech to szlag! Czwarta nad ranem. Kto wydzwania o tej porze? – zrzędził, pochylając się, by podnieść słuchawkę telefonu stacjonarnego, który nadal zadawał tortury naszym uszom. – Co jest? – warknął, włączając nocną lampkę. Światło uderzyło mnie w oczy. – Nie, przepraszam. Tak, jest tu. Coś się stało? O cholera… Momencik, już ją daję. – Dotknął mojego ramienia, lekko mną potrząsając. Niepotrzebnie; słysząc nagłą zmianę w jego głosie, natychmiast się rozbudziłam. Czułam, że ktokolwiek dzwonił, nie miał dobrych wieści. – Ellie, to twoja babcia. Mówi, że zdarzył się wypadek.