Chłopak, który chciał zacząć od nowa

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Więc może zrobimy próbę? – Rozejrzałem się i wskazałem samochód, który według mnie wymagał najmniej pracy. – Jeśli mi się to uda, w przyszłym tygodniu wystawisz go na aukcji i zobaczymy, co będzie – podsunąłem z nadzieją.

Ściągnął brwi, patrząc na wóz.

– No, nie wiem, nie jestem pewien, co powie na to mój ojciec.

Wzruszyłem ramionami.

– A co masz do stracenia? Jeśli samochód się nie sprzeda, to trudno.

Przygryzł wargę, najwyraźniej zastanawiając się nad moją propozycją, w końcu jednak kiwnął głową i wyciągnął do mnie rękę.

– Dobra, umowa stoi.

Uśmiechnąłem się i uścisnąłem mu dłoń.

– Więc uzgodnione.

Miałem nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Mógłbym zająć się mechaniką samochodową i jeszcze na tym zarobić.

– Chcesz wieczorem wyskoczyć na drinka? – zaoferował Connor, popijając kawę.

– Jasne, bardzo chętnie. – Miło z kimś pogadać, a kumpel do butelki też mi się przyda.

Kiedy mieliśmy się już konkretnie umówić, zadzwonił mój telefon. Oprócz Connora tylko dwóch ludzi znało ten numer: Brett i Ray. Szybko wyjąłem komórkę z kieszeni, mając nadzieję, że to Ray. Niestety, nie.

– Cześć, Brett – powiedziałem z wymuszoną uprzejmością.

– Cześć, Młody. Wysyłam ci listę na piątkową robotę. Bądź w magazynie o dziewiątej. Zrobiłem zwiad, więc nie powinno być problemów.

– Jasne. No to do zobaczenia – odparłem, kończąc rozmowę i klnąc pod nosem.

– Jakieś kłopoty? – zagadnął Connor.

Pokręciłem głową.

– Nic, z czym nie dałbym sobie rady.

Desperacko starałem się nie czekać na piątkowy wieczór, ale daremnie. Myśl o robocie z każdą godziną podniecała mnie coraz bardziej. Podniecenie towarzyszące kradzieży samochodów było jedną z niewielu przyjemności, jakie miałem w życiu, i brakowało mi go.

Telefon zasygnalizował przyjście nowej wiadomości; chciałem zobaczyć listę wozów, które miałem zwinąć. Ze zdumieniem popatrzyłem na ekran. Ekscytacja jeszcze wzrosła, kiedy zobaczyłem ostatnią pozycję na liście.

1 Audi R8 spyder

2 Alfa romeo 8C competizione

3 BMW Z4

4 Porsche carrera GT

5 Bugatti veyron

Zaśmiałem się z niedowierzaniem. Naprawdę nieźle wdepnąłem. Bugatti veyron to była niesamowita bryka i już na samą myśl o jej cenie uginały się pode mną kolana. Kosztowała z milion siedemset tysięcy. Alfa romeo to też rzadki wóz. Zapowiadała się niewiarygodna robota. Kiedy wyobraziłem sobie, że siedzę za kierownicą tych cacek, wzięło mnie na dobre.

Wieczorem wybrałem się z Connorem do knajpy i wypiłem z nim parę drinków. Dobrze było trochę się wyluzować. Gdy jednak zobaczył grupkę znajomych i próbował spiknąć mnie z jedną ze swoich koleżanek, wymówiłem się i wróciłem do pustego pokoju. Nie chodzi o to, że nie interesowałem się dziewczynami, tylko po prostu nie chciałem się w nic angażować. Miałem dość.

Zanim wylądowałem w poprawczaku, przeżyłem pewną przygodę, całkiem poważną. Chociaż miałem zaledwie czternaście lat, wpadłem w oko Gwieździe – tak ją nazywali. Była ode mnie starsza, lubiła kręcić się w pobliżu magazynu i flirtować z ludźmi Bretta. Niektóre dziewczyny po prostu ciągnęło do złych chłopaków, przynajmniej tak twierdziła. Wzięła mnie za rękę i pokazała mi dozwolone i niedozwolone zabawy – z przewagą tych niedozwolonych. Gdy byłem nastolatkiem z buzującymi hormonami, który ekscytował się kradzieżami samochodów, spotykałem się z nią dość często. Trwało to jakiś czas, aż któregoś dnia podsłuchałem, jak obgadywała mnie przed grupą koleżanek; potem wspólnie się zastanawiały, skąd mam te wszystkie ślady na ciele. Dziewczyny potrafią być czasami strasznie okrutne. Przez Gwiazdę i jej wredne kumpelki moja i tak niska samoocena jeszcze bardziej spadła, więc postanowiłem, że nie narażę się ponownie na takie poniżenie.

Skończyłem z tym, żadnych bab. Kropka.

Od tamtej pory odrzucałem wszelkie awanse ze strony płci przeciwnej i przysiągłem sobie, że to się nie zmieni, bo miałem na ciele wypisaną przeszłość i nie chciałem, żeby ktokolwiek o nią pytał. Nikt nie znał prawdy i wolałem, żeby tak zostało.

Rozdział 3

Kiedy następnego dnia zajechałem przed magazyn, z podniecenia aż ściskało mnie w żołądku. Wszedłem do środka i zobaczyłem Shauna; siedział z drugim facetem, którego znałem z czasów, gdy pracowałem dla Bretta.

– Cześć, Enzo – przywitałem się z nim ciepło. Enzo w przeszłości często towarzyszył mi podczas roboty.

– Cześć, Młody – odparł. Wstał i klepnął mnie po plecach. Bardzo łatwo było dogadać się z tymi gośćmi, bo nie interesowało ich, gdzie się podziewałem ani co robiłem; akceptowali mnie bez zastrzeżeń.

– Jedziesz dziś ze mną? – zapytałem, rozglądając się za innymi.

– Uhm. Ja prowadzę, a Shaun, José, Aaron i Steve idą z tobą – odpowiedział i z podnieceniem zatarł ręce.

Shaun idzie ze mną? Super, więc będzie zabawa… – pomyślałem.

Spojrzałem na Shauna. Po moim ciosie pozostało mu rozcięcie na grzbiecie nosa i sińce pod oczami.

– Świetnie. Co ci się stało w twarz, Shaun? Kiepsko wygląda – powiedziałem zaczepnie i uśmiechnąłem się do niego.

Wstał, patrząc na mnie ostrzegawczo.

– To już drugi raz, Młody. Lepiej dla ciebie, żeby nie doszło do trzeciego.

– Dla kogo lepiej, dla tego lepiej – warknąłem. Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się.

Gdyby Shaun chciał mnie zaatakować, nie zrobiłby tego od tyłu, takie mieliśmy zasady.

Jeżeli zamierzałeś komuś dołożyć, musiałeś być mężczyzną i stanąć z nim twarzą w twarz.

– Hej, gdzie moja dokumentacja?! – zawołałem do Raya. Wskazał na swoje biurko, więc podszedłem i wziąłem z blatu beżową kopertę, rozdarłem ją i usiadłem, żeby przeczytać zawartość.

W środku znajdowały się wszystkie szczegóły akcji: lokalizacja każdego samochodu, zwyczaje właściciela i wszelkie zabezpieczenia, jakie można było dostrzec, przechodząc obok, alarmy, immobilizery i tak dalej. Były także zdjęcia wozów. Zatrzymałem się przy bugatti. Było niesamowite i na sam jego widok zaczęły mi się pocić ręce. Piękna bryka, czarna z czerwonymi drzwiami, nie żadna tam z wystawy, ale wyprodukowana na zamówienie. Nawet porsche było eleganckie, pełne klasy i pewnie w cenie ponad czterysta tysięcy dolarów.

– Widziałeś listę? – zapytałem Raya.

Uśmiechnął się szeroko.

– No, widziałem. Nie mogę się już, cholera, doczekać. Tylko nie draśnij tego bugatti, Młody; chcę je zobaczyć w pełnej krasie. Nigdy nie widziałem takiego w realu – rozpływał się w zachwytach.

– Za kogo mnie masz? Za jakiegoś głupiego amatora jak Shaun? – zaśmiałem się, co rozśmieszyło też Raya. Kątem oka zobaczyłem, że Shaun patrzy na mnie, jakby chciał mi urwać łeb.

O dziewiątej wieczorem zszedł Brett i objął mnie ramieniem.

– Doceniam, Młody, że zgodziłeś się wziąć tę robotę. Od czasu, kiedy cię przymknęli, nie mieliśmy takiego zamówienia. To duża akcja, jak widzisz. – Uścisnął mnie mocno.

– Rzeczywiście, Brett. Ale na tym koniec, co? – zaryzykowałem. Jednak zanim zdążył odpowiedzieć, zadzwoniła jego komórka, więc odszedł na bok. Mówił szybko. Ściągnąłem brwi, licząc, że dotrzyma słowa i po tej akcji da mi spokój.

Chwilę później się odwrócił.

– No to w drogę, chłopaki. Kolejność zależy od was, to wasza sprawa, jeśli tylko wszystkie samochody znajdą się tu do rana. Na szóstą zamówiłem platformy do wywózki – rzucił. Poklepał mnie po ramieniu, a potem ruszył po schodach na górę.

– Masz mój stary sprzęt? – spytałem Raya.

Skinął głową i podszedł do biurka. Wyjął z niego szary worek, w którym trzymałem swój „niezbędnik do kradzieży samochodów”, jak można by go nazwać. Przejrzałem narzędzia, sprawdzając, czy żadnego nie brakuje, po czym kiwnąłem na Enza, który zaprowadził nas do wozu. Wskoczyłem na przednie siedzenie, a Shaun, José, Aaron i Steve wcisnęli się na tył.

– Więc od którego zaczynamy? – zapytał Enzo, uruchamiając silnik.

Wzruszyłem ramionami.

– Jedźmy najpierw po najbliższy. Bugatti ma być na końcu, reszta mi lata. – Miałem sobie za złe, że tak podnieca mnie perspektywa powrotu do akcji.

Enzo wyjechał na ulicę i skierował się do najbliższego wozu, bmw Z4. Kiedy zaparkował kilka miejsc dalej, odwróciłem się do kumpli z tyłu.

– Odjadę kilka przecznic. Shaun, ty odprowadzisz beemkę do Bretta – poleciłem.

Zmarszczył czoło, wyraźnie niezadowolony, że mu rozkazuję.

– Chcę alfę romeo – odparł gniewnie.

Uniosłem brwi.

– Gówno mnie obchodzi, co chcesz. I nie zbliżaj się do mnie, bo czuję, jak twoja głupota z każdą sekundą obniża mój iloraz inteligencji. Jeśli zaraz się nie oddalisz, za chwilę nie będę umiał zawiązać sobie sznurowadeł. – Skrzywiłem się, patrząc na niego, a Enzo i Aaron zarechotali.

– Zadziorny gówniarz – warknął Shaun.

Nie zważając na niego, wysiadłem z samochodu i rozejrzałem się uważnie po słabo oświetlonej pustej ulicy. Jak najciszej ruszyłem w stronę bmw, wyjmując z worka wytrych do otwierania okna. Zatrzymałem się przy samochodzie, wsunąłem wytrych przez okno i odblokowałem zamykający je mechanizm, a następnie sprawnie wyciągnąłem narzędzie. Serce waliło mi w piersi, ale nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Szybko wsiadłem do wozu i sprawnie unieszkodliwiłem immobilizer. Była jeszcze blokada kierownicy, więc wyjąłem wbijak, ustawiłem go pod odpowiednim kątem i uderzyłem w niego dłonią, żeby odblokować sworzeń. Odskoczył, a ja wyjąłem go i rzuciłem na sąsiedni fotel, potem wyszarpnąłem kolumnę kierownicy. Za pomocą szczypców szybko rozprawiłem się z plastikową osłoną przewodów i kiedy je zwarłem, samochód ożył, seksownie mrucząc. Uśmiechnąłem się.

 

Gdy tylko silnik zaczął pracować, moje podniecenie wzrosło. Tak mi tego brakowało – haju, poczucia, że jestem w czymś dobry i nie zostanę złapany. Ten samochód był piękny, ale w porównaniu z tymi, które miałem jeszcze rąbnąć tej nocy, plasował się mniej więcej na piątej pozycji, dlatego przydzieliłem go Shaunowi. Wiedziałem, że będzie chciał jeden z lepszych, i zamierzałem pograć mu na nerwach.

Ruszyłem ulicą przed siebie. Odjechawszy na bezpieczną odległość, włączyłem światła, a po kilku minutach się zatrzymałem. Wrzuciłem bieg na luz i wysiadłem, patrząc, jak Shaun wyskakuje z wozu Enza.

– Postaraj się go nie zadrapać – zażartowałem i wróciłem do kumpli.

José wyszczerzył się do mnie, kiedy zająłem miejsce obok kierowcy.

– Młody, już zapomniałem, jaki z ciebie fachowiec. To było niesamowite. Immobilizer i blokada kierownicy w niecałą minutę – zachwycał się, patrząc na mnie z podziwem.

Wzruszyłem ramionami, nie zwracając uwagi na adrenalinę, która krążyła w moich żyłach.

– Jedźmy po następny.

Z drugim i trzecim samochodem poszło równie łatwo jak z pierwszym. Żadnych niespodzianek. Łatwizna. Steve i José odprowadzili je do magazynu. Czwarty to już w ogóle była bułka z masłem, bo chłopcy zdobyli jego numer VIN i po prostu kupili nowe kluczyki od któregoś ze swoich ludzi u dilera Porsche w mieście. Niemal szkoda było mojego czasu, bo mógł go ukraść jeden z chłopaków.

Czekałem na piąty wózek. Samochód moich marzeń.

Enzo zajechał przed garaż, gdzie stało bugatti, i wyłączając silnik, zwrócił się w moją stronę.

– Na razie. Powodzenia.

Włożyłem lateksowe rękawiczki i naciągnąłem na głowę kap tur od kurtki. Musiałem najpierw unieszkodliwić kamery przemysłowe. Kradzież tego auta wymagała znacznie więcej wysiłku niż w przypadku pozostałych, ale nie było to nic, czego nie robiłbym wcześniej wiele razy.

– Po co mi powodzenie? – odparłem butnie. – Poczekaj, dopóki nie skończę. Spotkamy się na tyłach hurtowni.

Zarzuciłem torbę na ramię, szybko wysiadłem z samochodu i podbiegłem do skrzynki przyłączeniowej po drugiej stronie ulicy. Zbliżywszy się do niej, wyjąłem obcęgi, chwyciłem nimi zamek i pociągnąłem. Wyskoczył i upadł z brzękiem na ziemię. Potem podważyłem i zdjąłem metalową pokrywę. W skrzynce znajdowała się plątanina kabli wetkniętych do małych gniazdek. Ta jedna skrzynka zasilała w energię elektryczną cztery najbliższe przecznice.

Rzuciłem torbę pod nogi i wyjąłem z niej schemat skrzynki. Brett miał wszędzie swoich ludzi, więc nietrudno mu było zdobyć schematy sieci energetycznej. Przyjrzałem się uważnie, szybko znalazłem kable doprowadzające prąd do hurtowni po drugiej stronie ulicy i starannie je przeciąłem. Podniosłem głowę i zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak na parkingu gasną światła, a kamery nieruchomieją. Miałem dwie i pół minuty, zanim włączy się generator. Nałożyłem z powrotem pokrywę skrzynki, a potem wetknąłem z boku śrubokręt, żeby trzymała się na miejscu i nie odpadła.

Podbiegłem do ogrodzenia i spojrzałem w górę na kamerę przemysłową, modląc się w duchu, żeby była wyłączona. Nie poruszała się, żeby objąć obiektywem parking, nie migała czerwona dioda, więc byłem bezpieczny. Uśmiechnąłem się triumfalnie. Coś za łatwo idzie – pomyślałem. Skierowałem się do bocznych drzwi wielkiego garażu, chwyciłem obcęgami zamek, wyjąłem go i rzuciłem na betonowe podłoże. Tu nie tyle chodziło o ostrożność, ile o szybkość. Znalazłszy się w środku, oświetliłem latarką zamontowaną na ścianie skrzynkę systemu alarmowego, a potem przeciąłem u dołu przewody i podłączyłem do nich łamacz kodów. Stukając butem o beton, odliczałem sekundy, podczas gdy to niepozorne urządzenie analizowało tysiące kombinacji, żeby znaleźć właściwy sześciocyfrowy szyfr. Potrzebowałem go do otwarcia drzwi wyjazdowych, bo gdybym je wyłamał, rozpętałoby się piekło – alarm obudziłby całą przeklętą okolicę.

W trakcie czekania rozejrzałem się po garażu, omiatając jego wnętrze latarką. Wszędzie stały nowiutkie samochody, ale moją uwagę od razu przyciągnęło bugatti. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Czarno-czerwony lakier odbijał światło, a szyby wręcz lśniły. To było prawdziwe cacko. Coraz bardziej pociły mi się dłonie w lateksowych rękawiczkach; pragnąłem dotknąć tej maszyny, poczuć zapach nowości, usiąść na luksusowym skórzanym fotelu.

W końcu szyfr został znaleziony, więc wklepałem go i dioda zmieniła kolor na zielony. Podszedłem do drzwi garażu i otworzyłem je, żeby wyprowadzić wóz. Wstrzymując oddech, podbiegłem do bugatti; byłem tak podekscytowany i napięty, że skrę cały mi się wnętrzności. Nie mogłem się powstrzymać i zdjąłem rękawiczkę, żeby dotknąć samochodu. Z czułością przesunąłem dłonią po masce, czując pod palcami gładki lakier. Samochód był doskonały.

Zmusiłem się, żeby przestać go podziwiać; wsunąłem wytrych przez okno, odemknąłem je bez trudu i otworzyłem drzwi. Wyłączywszy alarm, zdjąłem osłonę deski rozdzielczej i szczypcami ostrożnie poprzecinałem odsłonięte przewody. Sięgnąłem do kieszeni, wyjąłem łamacz kodów i podłączyłem go do kabli. Bugatti uruchamiał przycisk, który aktywował się po otwarciu drzwi specjalną kartą z czipem – której, rzecz jasna, nie miałem. Bez działającego zapłonu stanowiło wartą milion siedemset tysięcy kupę złomu.

Czekając, aż łamacz kodów zrobi swoje, zacząłem szukać wyłącznika awaryjnego. Nerwowo zerknąłem na zegarek; według moich obliczeń zostało mi jeszcze trzydzieści sekund, zanim włączy się generator i ponownie zaczną działać kamery. Kiedy szyfr wreszcie zadziałał, wcisnąłem zapłon i usłyszałem cichy pomruk silnika.

Podekscytowany usiadłem na miejscu kierowcy i objąłem skórzaną kierownicę. Ostrożnie postawiłem stopę na pedale gazu. Samochód skoczył do przodu, aż zjeżyły mi się włosy na karku, a siła odrzutu wcisnęła mnie w miękki fotel. Wyjechawszy na zewnątrz, zatrzymałem się i podbiegłem z powrotem do drzwi garażu, żeby je zamknąć. Dzięki temu istniała szansa, że po włączeniu się kamer ochroniarze monitorujący przesyłany obraz nie zauważą aż do rana nic podejrzanego.

Wsiadłem ponownie do bugatti i szybko ruszyłem przed siebie ulicą, nie czekając na Enzo; uznałem, że zobaczę się z nim u Bretta.

– A niech mnie! – zawołałem z podnieceniem.

Wnętrze samochodu całe było w czerwonej skórze; jej zapach odurzał. Prowadząc, z miłością przesunąłem dłońmi po kierownicy. Czterdziestopięciominutowa przejażdżka okazała się o wiele za krótka i kiedy zajechałem na miejsce, byłem niepocieszony.

Ray zaczął podskakiwać w miejscu, oglądając wóz ze łzami w oczach. Przeciągnął dłońmi po masce.

– Och, maleńka, tatuś bardzo cię kocha – szepnął ku rozbawieniu chłopaków. Miał na punkcie samochodów prawie takiego samego fioła jak ja.

Brett walnął mnie w plecy z uśmiechem zadowolenia.

– Wciąż masz to coś, Młody.

– No, mam – przyznałem. Wiedziałem, że jestem w tym dobry; nie musiano mi tego mówić. Miałem talent do kradzieży samochodów. Ray kiedyś zażartował, że potrafię je czarować, nakłaniać, żeby ruszyły. Świadomość, że mam do czegoś zdolności, zdecydowanie napawała mnie dumą – dlatego byłem na takim haju, gdy się tym zajmowałem. Nic nie wychodziło mi tak dobrze i czułem, że właśnie do tego się urodziłem.

– Masz. – Brett podał mi grubą beżową kopertę, w której, jak wiedziałem, znajdowało się pięć tysięcy dolców, moja dawna dola.

– Dzięki. – Skinąłem głową i obróciłem kopertę w dłoniach, czując jej ciężar.

– Może jednak pieniądze skuszą cię do powrotu? – spytał z podstępnym uśmieszkiem.

W odpowiedzi pokręciłem głową i wzruszyłem ramionami.

– To tylko pieniądze, gówno dla mnie znaczą.

Ścisnął moje ramię, patrząc, jakbym postradał zmysły.

– Posłuchaj, Młody, wiesz, że nie znajdziesz pracy, prawda? To jest całe twoje życie i jesteś cholernie dobry w swoim fachu. Na pewno chcesz z tego wszystkiego zrezygnować?

Nie, to nie było już moje życie. Stałem wobec nowej szansy. Tylko musiałem wykazać siłę woli.

– Na pewno. – Cofnąłem się, licząc, że dotrzyma słowa i teraz, kiedy zrobiłem swoje, pozwoli mi odejść.

Westchnął głęboko.

– Cóż, jeśli zmienisz zdanie, wiesz, że zawsze mnie tu znajdziesz. Może chciałbyś dorywcze zlecenia?

Taki układ bardzo mi odpowiadał, ale wiedziałem, że jeśli się na niego zgodzę, nigdy tego nie przerwę. Już czułem, jak bardzo mnie to wciąga.

– Raczej nie. – Wyjąłem telefon komórkowy, żeby mu go oddać.

Pokręcił odmownie głową.

– Zatrzymaj. Mam ich mnóstwo. Będę mógł od czasu do czasu do ciebie zadzwonić i sprawdzić, jak się masz. Może wpadniesz jutro wieczorem do klubu na pożegnanie? Pierwsza kolejka na mój rachunek.

– Czemu nie, bardzo chętnie – zgodziłem się.

Pożegnawszy się, wróciłem do swojego pokoju. Było już po czwartej nad ranem. Łóżko wyglądało tak niewiarygodnie kusząco, że rzuciłem się na nie, ulegając zmęczeniu. Nie zadałem sobie nawet trudu, żeby się przebrać czy zdjąć buty. Wykonałem robotę, spłaciłem dług i z błogosławieństwem Bretta mogłem zacząć od nowa. Jednak w chwili, gdy zasypiałem, mimowolnie zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę kiedykolwiek będę wolny. Czy zawsze już będę czuł potrzebę adrenaliny, jaką wyzwalała we mnie kradzież samochodów? Czy można uniknąć przeznaczenia? Nie byłem pewny, ale zamierzałem, do cholery, spróbować.

Następnego wieczoru skorzystałem z zaproszenia Bretta i poszedłem do klubu Raya. Miałem już za sobą darmową pierwszą kolejkę i z zadowoleniem piłem piątego drinka, kiedy Ray dźgnął mnie w żebra.

– Jasny gwint, spójrz tylko! – syknął, patrząc nad moim ramieniem. Odwróciłem się i zobaczyłem ładną blondynkę o niezwykle długich nogach, w krótkiej spódniczce.

Parsknąłem śmiechem.

– Jest dla ciebie za młoda, żonkosiu.

Puścił do mnie oko.

– No, ale dla ciebie w sam raz – zarechotał.

– W ogóle nie jest w moim typie – odciąłem się. Naprawdę starałem się nie zwracać uwagi na dziewczyny; nie chciałem się zastanawiać, ile tracę.

– Młody, mówię poważnie, powinieneś poderwać tę laskę, bo jest naprawdę… o rany. – Wciąż się na nią gapił, dosłownie rozbierając ją wzrokiem.

– Wcale nie jest taka atrakcyjna. – Pociągnąłem kolejny łyk i zerknąłem na dziewczynę jeszcze raz.

Blondynka stała i śmiała się z koleżanką. Niemal się udławiłem, kiedy spojrzałem na tę drugą. Miała długie wijące się rude włosy, śmiesznie marszczyła nos i żartobliwie popychała kumpelkę. Była śliczna. Mała czarna, którą miała na sobie, opinała apetycznie jej zgrabne ciało, podkreślając krągłości. Aż mnie ręka paliła, by dotknąć jej uda.

Ta to dopiero była atrakcyjna!

Nie mogłem oderwać od niej wzroku; nigdy w życiu nie pragnąłem bardziej żadnej dziewczyny.