Sztuka udawaniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Red Garnier
Sztuka udawania

Tłumaczenie:

Julita Mirska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Virginia Hollis objęła się w pasie i wyjrzała przez szybę czarnego lincolna, który sunął ulicami Chicago. Ludzie przemykali pośpiesznie, większość przyciskała brodę do piersi dla ochrony przed zacinającym wiatrem. Wszystko wyglądało normalnie. Ot, typowy wieczór.

Ale nie dla Virginii. Jej świat się zawalił. Mężczyźni, którzy rano zastukali do jej drzwi, nie żartowali. Wzdychając, zerknęła na swoją prostą czarną sukienkę i czarne szpilki. Ubrała się elegancko. Miała zamiar prosić swojego szefa o pomoc, była gotowa błagać go na kolanach. Do nikogo innego nie mogła się zwrócić.

Bawiąc się nerwowo sznurem starych pereł, ponownie usiłowała skupić się na przechodniach. Perły były jedyną pamiątką, jaką zdołała ocalić po matce. Wszystko inne – samochody, antyki, dom – ojciec stracił.

Nie zostało mu nic. Nic oprócz córki. A ona nie umiała się od niego odciąć ani zapomnieć o zbirach, którzy rano ją odwiedzili. W końcu to był jej ojciec, jej jedyna rodzina. Dawniej był biznesmenem, szanowanym i podziwianym. A dziś…

Nie miała pojęcia, ile wynosi jego dług. Wiedziała tylko, że ma miesiąc, aby zdobyć sto tysięcy. W tym czasie zbiry zostawią ojca w spokoju. Oczywiście taka suma była kompletnie poza jej zasięgiem, ale dla Marcosa Allende to nie jest wielka kwota.

Ciarki przeszły jej po plecach. Niektórzy powiadali, że przystojny małomówny Marcos był niczym Midas: wszystko zamieniał w złoto. Virginia – jego asystentka od roku, a raczej jedna z jego trzech asystentek – była skłonna w to uwierzyć. Kupując upadające firmy, które następnie stawiał na nogi, Marcos Allende zbudował imperium. Przyjaciele go podziwiali, wrogowie przed nim drżeli. Sądząc po liczbie telefonów, jakie odbierał od mieszkanek Chicago, kobiety za nim przepadały. W Virginii wzbudzał emocje, do których wolała się nie przyznawać.

Codziennie, gdy przychodziła do biura, mierzył ją uważnie wzrokiem. Starała się zachowywać profesjonalnie; czasem, speszona, odwracała głowę. Miała wrażenie, że Marcos rozbiera ją oczami. Niemal bała się zostać z nim sam na sam. Lecz dziś z własnej nieprzymuszonej woli jechała do niego do domu.

Poczuła ukłucie w piersi, kiedy samochód stanął przed jednym z najbardziej luksusowych budynków przy ruchliwej Michigan Avenue. Podziękowawszy kierowcy, wysiadła i po paru krokach weszła do przestronnego holu. Unikając kontaktu wzrokowego z kręcącymi się tam ludźmi, skierowała się w stronę windy.

– Pan Allende na panią czeka – oznajmił windziarz. Wsunął kartę w górny otwór, po czym cofnął się.

Drzwi się zasunęły. Virginia wpatrywała się w swoje zamazane odbicie. Boże, spraw, by mi pomógł, modliła się w duchu. Zrobię wszystko, czego zechce…

Winda stanęła, a drzwi rozsunęły się, ukazując ogromny elegancko urządzony pokój o czarnej kamiennej podłodze. Wejścia strzegła para mosiężnych posągów, a na przeciwległej ścianie wisiał wielki obraz olejny. Zanim Virginia zdołała ogarnąć resztę pomieszczenia, jej wzrok padł na bar, przy którym stał Marcos, zwrócony twarzą do okna. Z bijącym sercem postąpiła krok naprzód.

– Dojechałaś bez problemu?

Niski ochrypły głos brzmiał łagodnie, jakby człowiek przy oknie dla nikogo nie stanowił zagrożenia. Powietrze było naelektryzowane.

– Tak. Dziękuję, że przysłałeś samochód.

Stąpając po miękkim perskim dywanie, podeszła bliżej. Marcos nie odwrócił się. Może tak było lepiej, bo ilekroć w biurze ich spojrzenia się spotykały, przenikał ją dreszcz. Marcos nawet nie musiał się odzywać, mówiły jego oczy. A ona wyobrażała sobie, co wyrażają.

Teraz była w mieszkaniu mężczyzny, o którym ciągle fantazjowała, i przyszła błagać go o pomoc.

Nieważne, że wiodła uczciwe życie, że w porę płaciła rachunki, że unikała kłopotów. To się nie liczyło. Liczył się ojciec. Musi zrobić wszystko, by go uratować. Mogłaby przysiąc, że Marcos czytał w jej myślach, bo spytał szeptem:

– Masz problem, Virginio?

Wciąż spoglądał przez okno.

– Chyba tak – powiedziała do jego pleców.

– I przyszłaś prosić mnie o pomoc?

– Tak, bardzo jej potrzebuję – przyznała.

Odwrócił się.

– Ile?

Serce zabiło jej szybciej. Przez chwilę milczała, zafascynowana, a zarazem przerażona jego niesamowitym seksapilem. Z zaciekawieniem wodził po niej wzrokiem. Uniosła dumnie głowę. Zdradzały ją ręce, które drżały.

– Nie oczekuję czegoś za nic. Chciałam cię prosić o zaliczkę, a raczej pożyczkę. Może mogłabym ją jakoś odpracować, zostawać po godzinach…

– Ślicznie wyglądasz – rzekł, wpatrując się w jej usta.

Przeszył ją dreszcz. Nie podniecaj się, skarciła się w duchu. Pewnie na każdą kobietę tak patrzy.

– Usiłuję zebrać… – urwała, po czym zdobywając się na odwagę, dokończyła: – sto tysięcy. – Czuła się upokorzona, prosząc mężczyznę o pieniądze.

– Tylko tyle? – spytał cicho. Jakby to było nic. Ot, drobna suma. I dla niego, który miał miliardy, faktycznie to było nic. – Można wiedzieć, na co ich potrzebujesz?

Potrząsnęła głową. Usta mu zadrżały, w kącikach oczu pojawiły się zmarszczki.

– Nie zdradzisz mi?

– Wolałabym nie – szepnęła. – Ja… chętnie się zrewanżuję… Mogę pracować po nocy. Mogę…

Roześmiał się. Chyba nigdy wcześniej nie widziała, by się śmiał. Odstawiwszy szklankę na bar, skinął w stronę skórzanych kanap.

– Siadaj.

Usiadła. Sztywno wyprostowana obserwowała jego kocie ruchy. Jak to możliwe, aby tak wysoki mężczyzna poruszał się z taką gracją?

– Kieliszek wina?

– Nie, dziękuję.

Nalał dwa, jeden dla siebie, drugi dla niej.

– Wypij.

Ściskając kieliszek, wpatrywała się w mosiężną rzeźbę przy wejściu i starała się nie oddychać. Marcos pachniał bosko, wodą o korzennym, lekko piżmowym zapachu. Po chwili usiadł na drugiej kanapie. Pod rozpiętą koszulą widać było kawałek śniadego torsu oraz lśniący złoty krzyżyk. Virginię kusiło, by wyciągnąć rękę, sprawdzić, czy jest zimny, czy nagrzany…

Czując na sobie spojrzenie Marcosa, uniosła głowę.

– Nie pijesz – rzekł, wskazując na kieliszek.

Posłusznie wypiła łyk.

– Mm, dobre… Dojrzałe…

– Czy kiedykolwiek cię ugryzłem?

Niemal się zakrztusiła. Dopiero po chwili zobaczyła uśmiech, ironiczny, lekko zaczepny.

– Widzę, że to dla ciebie trudne.

– Nie. Tak. – Boże, gdyby tylko wiedział!

Postawił kieliszek na stole, skrzyżował ręce na piersi i oparł się wygodnie, jakby zamierzał obejrzeć film.

– Nie ufasz mi?

Serce jej zabiło szybciej. Hm, szanowała go, podziwiała, czasem się go bała. I… tak, ufała mu. Z jej obserwacji wynikało, że Marcos zawsze staje w obronie swoich ludzi. Był niczym lew broniący lwiątek. Kiedy Lindsay, asystentka numer dwa, wpadła w depresję po narodzinach bliźniąt, Marcos wynajął dla niej armię niań, a ją i jej męża wysłał na Hawaje w drugą podróż. Lindsay do dziś opowiadała o pobycie na Maui.

A kiedy umarł mąż pani Fuller, kobieta wylała więcej łez, opowiadając o tym, ile Marcos zrobił dla jej rodziny, niż na pogrzebie.

– Ufam – odparła, patrząc mu prosto w oczy. – Bardziej niż komukolwiek.

Podrapał się z namysłem po brodzie.

– Mimo to nie chcesz mi powiedzieć, na co potrzebujesz pieniędzy?

Nie tyle nie chciała, co wstydziła się.

– Powiedziałabym, gdyby od tego zależało, czy mi je pożyczysz.

Marcos wstał i wyjął jej z ręki kieliszek.

– Chodź ze mną.

Dźwignąwszy się z kanapy, ruszyła za nim. Obserwując kątem oka jego wysoką sylwetkę, zastanawiała się, czy słusznie robi, okazując mu zaufanie. Przygryzła nerwowo wargę. Dokąd ją prowadził? Przed oczami przesuwały się jej obrazy szerokiego łóżka i pogrążonej w półmroku sypialni. Zaczerwieniła się.

Na końcu korytarza Marcos otworzył drzwi.

– To twój gabinet?

– Tak. – Zapalił światło.

Trzy z czterech ścian zajmowały regały, na podłodze leżał turecki dywan. Pośrodku biurka stał najnowszej generacji komputer, obok za fotelem pięć drewnianych segregatorów. W oczy rzucał się brak ozdób, zdjęć, obrazów, by nic nie odciągało uwagi od pracy.

– Podoba mi się – stwierdziła Virginia.

– Wiem o twoim ojcu.

– Wiesz? – Odwróciła się.

– Tak. – Marcos wszedł do gabinetu, który nagle jakby się skurczył. – W świecie, w którym żyję, nie mogę sobie pozwolić na przypadkowe znajomości. Muszę wiedzieć, z kim mam do czynienia. Posiadam informacje na temat każdej osoby, która ze mną współpracuje. Więc tak, wiem o twoim ojcu.

Ciekawa była, o czym jeszcze miał informacje.

– Dlaczego wcześniej do mnie nie przyszłaś? – Odsunął fotel od biurka i opierając ręce o blat, przyjrzał się jej spod zmrużonych powiek. – Od dawna jest uzależniony?

– Próbował… zerwać z hazardem, ale… – Uciekając wzrokiem w bok, zaczęła poprawiać książki na półce. – Stracił nad sobą kontrolę – przyznała. – Gra o coraz wyższe stawki. Niczego już nie ma. A mnie nie stać na spłacanie jego długów.

– Tylko dlatego tu przyszłaś?

Odwróciła się, zaskoczona pytaniem. Przez moment nie była w stanie oddychać. Marcos wpatrywał się w nią intensywnie, niczym wygłodniałe zwierzę. Poczuła narastające podniecenie. Jeszcze żaden mężczyzna tak na nią nie patrzył.

– Czy to jedyny powód, Virginio?

Podeszła bliżej na drżących nogach. Była jak w transie.

 

– T…tak.

– Niczego więcej nie chcesz? Tylko pieniędzy?

Z trudem oddychała. Z trudem myślała.

– Nie, niczego więcej – odparła. W głowie miała mętlik. Bliskość Marcosa oraz jego spojrzenie wytrąciły ją z równowagi. – Pomożesz mi? – zapytała szeptem, speszona, jakby prosiła go o pocałunek.

– Tak, pomogę.

Zalała ją fala ulgi. Był niczym rycerz na białym koniu.

– Odwdzięczę się.

Miała wrażenie, jakby coś pchało ją do niego, jakaś nadprzyrodzona siła. Nie była pewna, dokąd by doszła, gdyby nie dzieliła ich szerokość biurka.

Marcos przeczesał włosy.

– Dam ci te pieniądze, ale też mam prośbę.

– Zrobię wszystko…

W jego oczach pojawiła się złość. Zacisnął dłonie w pięści.

– Jest coś, czego pragnę. Coś, co należy do mnie. Coś, co muszę zdobyć, bo inaczej zwariuję.

Nie mówił o niej, mimo to zadrżała, jakby to ona była obiektem jego pożądania.

– Rozumiem.

– Naprawdę? – Uśmiechając się, sięgnął po stojący na biurku globus i wprawił go w ruch. – O, tu. – Przytknął do kuli palec. – To, czego pragnę, znajduje się tutaj.

Virginia zbliżyła się i czubkiem paznokcia obrysowała granice kraju, na który wskazywał.

– W Meksyku?

Przysunął palec do jej palca. Nic nie mówił. Ona też. Żadne z nich się nie poruszyło. Marcos obrócił głowę. Ich twarze dzieliły centymetry.

– Chcę Allende – oznajmił cicho, jakby zdradzał swój największy sekret.

Natychmiast skojarzyła, o co mu chodzi.

– Firmę twojego ojca?

– Firmę, którą stracił.

Odstawił globus na miejsce i palcem pogładził Virginię po policzku. Marcos Allende… Zakręciło się jej w głowie. Chryste, ależ on fantastycznie pachnie.

– I uważasz, że ci się przydam? – Cofnęła się o krok, potem drugi, próbując się uwolnić.

– Obecna właścicielka nie radzi sobie. Zwróciła się do mnie o wsparcie. Zazwyczaj nie odmawiam, ale tym razem… – Potrząsnął gniewnie głową. – Nie zamierzam jej pomóc, rozumiesz?

– Tak. – Nie rozumiała, ale słyszała, że nie wolno przy Marcosie wymieniać nazwy Allende Transport.

Zaczął krążyć po gabinecie.

– Chcę odzyskać firmę. W razie czego dokonam wrogiego przejęcia.

– Aha.

– Przydałaby mi się osoba towarzysząca, ktoś, komu mogę ufać. Ktoś – zmierzył ją uważnie wzrokiem – kto, wcieli się w rolę mojej kochanki.

– Kochanki? – Virginia dyskretnie wytarła o suknię wilgotne ręce.

Marcos podszedł do regału.

– Byłabyś zainteresowana?

Nawiedziły ją dziesiątki zdrożnych myśli. Myśli o Marcosie, Meksyku, tequili, mariachis.

– Oczywiście – odparła, zastanawiając się, co kryje się pod słowami „wcielić się w rolę kochanki”. – Co miałabym robić?

– Spędzić ze mną tydzień w Monterrey. Potem będę cię jeszcze potrzebował kilka razy po powrocie, do czasu sfinalizowania umowy. A twoim problemem się zajmę.

– To wszystko?

Popatrzył na nią zdziwiony.

– A co, to mało?

Uśmiechnęła się. Nie spuszczała z niego oczu. Z górnej półki Marcos zdjął grube, oprawne w skórę tomiszcze.

– Może wybrałabyś się ze mną na kolację, którą Fintech urządza dla ważnych klientów?

Ponownie zaczęła się bawić naszyjnikiem z pereł.

– Proszę, to dla ciebie. – Położył książkę na kanapie. – Znajdziesz tu mnóstwo informacji o Monterrey.

– Mam wrażenie, że cię wykorzystuję.

– Wykorzystywać można niewinną ofiarę.

Przycisnęła książkę do piersi. Nie chciała, by widział, jaka jest podniecona. Nie liczyła jego uśmiechów, ale dziś chyba pobił rekord.

– Jesteś doskonałą pracownicą, Virginio – ciągnął. – Lojalną, sumienną, inteligentną. Dlatego jestem gotów dużo zapłacić za tydzień twojego czasu. Zdobyłaś moje zaufanie i podziw, a mało komu się to udaje.

Podejrzewała, że tym samym rzeczowym tonem przemawiał na zebraniach. Ciekawe, ilu członków zarządu miało gęsią skórkę, kiedy go słuchało.

Nie chcąc stać bezczynnie, odłożyła na bok książkę i zaczęła robić to co zawsze w chwilach niepewności: układać w równy stos papiery na biurku.

– Dziękuję za miłe słowa. Lubię pracę w Fintechu. Nie chciałabym jej stracić. – Porządkowała bałagan na biurku, świadoma, że Marcos stoi obok i się jej przygląda. Tak jak czasami w biurze. – Co powiemy w firmie?

Jak wszędzie, tam również ludzie plotkowali. Bała się, by Lindsay lub pani Fuller nie pomyślały, że postąpiła nieuczciwie, błagając szefa, aby to ją zabrał w podróż służbową do Meksyku.

Marcos milczał. Odwróciwszy się, napotkała jego rozbawione spojrzenie. Coś jej mówiło, że dopiero przed sekundą oderwał oczy od jej bioder.

– Powiemy, że kazałem ci jechać ze mną. W końcu jesteś moją asystentką.

Miał rację: była jego asystentką. Uświadomiła sobie, że nigdy nie będzie niczym więcej. Marcos Allende nie zadaje się ze zwykłymi śmiertelnikami. Jest niczym Zeus, wszechmocny władca. Oszukiwała się, myśląc, że może coś do niej poczuć. Oszukiwała, myśląc, że widzi błysk pożądania w jego oczach. Zresztą, nawet gdyby jej pożądał, pewnie nic by z tego nie wynikło.

Musi wziąć się w garść. Nie powinna zachowywać się jak nastolatka i snuć fantazji na jego temat. Marcos nie proponował jej wyjazdu z powodów romantycznych; prosił ją o pomoc przy zadaniu, które miał do wykonania.

Kiedy papiery na biurku leżały idealnie równo, Virginia wyprostowała się.

– Zgoda. Będę ci towarzyszyć w tej podróży.

Skinął głową.

– Doskonale. Wiedziałem, że dojdziemy do porozumienia.

Starała się nie okazywać emocji, jakie się w niej kłębiły. Strach mieszał się z ekscytacją, wdzięczność z pożądaniem. Spędzą tydzień w Meksyku jako kochankowie. Wiele razy fantazjowała o tym, że ląduje w łóżku Marcosa. Ale teraz to nie będzie fantazja; naprawdę razem wyjadą, a ona będzie udawała jego kochankę.

Czekało ją nie lada wyzwanie. Musi przekonująco odegrać swoją rolę. Czy Marcos jej nie wyśmieje? On, który spotykał się z aktorkami, z księżnymi, z modelkami? Przejęta swoim nowym zadaniem, podniosła „Monterrey: Tras el Tiempo” i skierowała się wolno ku drzwiom.

– Dziękuję, Marcos. Za wszystko. Dobranoc.

– Virginio… – Dogonił ją już w holu, chwycił za nadgarstek i obrócił do siebie. – Lot trwa pięć godzin. Chciałbym lecieć jutro po południu. Będziesz gotowa?

Uśmiechnęła się i skinęła głową, choć w duchu wiedziała, że nigdy nie będzie gotowa. Ujął ją za brodę. Dotyk sprawił, że przeszył ją dreszcz.

– Virginio, czy będziesz gotowa? – powtórzył.

Nogi miała jak z waty. Ledwo stała. Czuła na twarzy gorący oddech Marcosa. Z trudem powstrzymała jęk. Jak to będzie, kiedy ich ciała zetkną się w uścisku? Kiedy jego usta zacisną się na jej wargach, a ręce na piersiach?

Był silny, umięśniony. Czuła się przy nim bezpiecznie, a zarazem płonęła. Bała się własnych pragnień.

– Będę, na pewno – odparła, ignorując szybkie bicie serca, po czym cofnęła się. – Jeszcze raz dziękuję. Zdaję sobie sprawę, że mógłbyś poprosić o pomoc kogoś innego. Kogoś, komu nie musiałbyś nic płacić.

Oczy mu pociemniały. Nie potrafiła z nich nic wyczytać.

– Owszem, ale chcę ciebie.

Chcę ciebie? Nie, to tylko taki zwrot. Przecież nie ma w tym podtekstu erotycznego. Powtarzała sobie, że Marcosowi zależy na osobie spokojnej i spolegliwej. A że sam ma wielkie serce i odruch niesienia pomocy…

Wolałaby być dla niego kimś innym. Atrakcyjną kobietą, a nie kimś takim jak jego brat przyrodni, beztroski playboy, którego Marcos ciągle wyciągał z opresji; nie kimś takim jak bliżsi i dalsi znajomi, którzy codziennie do niego dzwonili, prosząc o radę, pomoc lub pożyczkę.

Każdy chciał coś od Marcosa, bo pod twardą zewnętrzną powłoką kryło się wielkie serce. Był pełen sprzeczności. Wierzył w ludzi, w ich wrodzoną dobroć, a zarazem był bezwzględny. Głównie jednak otaczał wszystkich troską. Czasem, kiedy zaglądała rano do jego gabinetu, siedział pochylony nad biurkiem. Rękawy miał podwinięte, oczy przekrwione z niewyspania, głos ochrypły, włosy w nieładzie. Silny wojownik. Marzyła o tym, by się nim zaopiekować. Tak wiele dajesz innym, Marcosie, pomyślała, a kto się troszczy o ciebie?

Dziś postanowiła, że da mu wszystko, o co poprosi.

– Nie pożałujesz tego, że zgodziłeś się mi pomóc.

Kąciki ust mu zadrgały. Uśmiech jednak nie dotarł do jego oczu. Patrzył na nią poważnie.

– Obyś ty nie pożałowała. – Palcem przesunął po jej policzku. – Tego, że zwróciłaś się do mnie.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Nowa kochanka?

Marcos obserwował przez okno, jak samochód z Virginią odjeżdża sprzed budynku. Z wysokości ostatniego piętra lincoln wyglądał jak mały czarny żuk. Przez głowę Marcosa przelatywały nieprzyzwoite myśli.

– Czy narzeczona?

Odwróciwszy się, ujrzał Jacka Williamsa, dawniej szpiega przemysłowego, obecnie milionera.

– Moja asystentka – odparł i wypił łyk whisky.

Jack zjawił się punktualnie o dwudziestej trzeciej; wysoki Teksańczyk nigdy się nie spóźniał. Na widok Virginii żegnającej się z Marcosem zmarszczył z namysłem czoło. Z jednej strony Marcos miał ochotę zatrzymać Virginię, z drugiej ucieszył się z przybycia tego „skurwiela Williamsa”, jak ochrzciły Jacka media. Nie chciał jednak, by przyjaciel odniósł mylne wrażenie, więc dodał żartobliwym tonem:

– Parzy znakomitą kawę.

– I podaje do łóżka?

Marcos skierował się do gabinetu. Zmęczony i zirytowany usiadł w skórzanym fotelu.

– Nie mnie. Znasz powiedzenie: nie mieszaj pracy z przyjemnością?

W powietrzu wciąż unosił się słodki kwiatowy zapach perfum, jakby zadając kłam jego słowom.

Marcos szanował pracowników i był dumny, że uważają go za człowieka o wysokich standardach moralnych, jednak w obecności Virginii czuł się niemal jak jaskiniowiec.

– Ja znam, a ty? – spytał z rozbawieniem przyjaciel. – Wyglądałeś, jakbyś chciał ją schrupać.

Marcos prychnął pogardliwie. Schrupać? Bzdura! Po chwili przypomniał sobie, co czuł, kiedy wciągał w nozdrza zapach Virginii. Wzdychając głośno, potarł ręką rozpalone policzki.

– No dobra, może nie należy mieszać. I może niektóre zasady trzeba czasem łamać.

– Nie rób tego – rzekł z powagą Jack, wchodząc do gabinetu. – Wiem, co mówię. Przyjemności z tego nie będziesz miał żadnej. Ani ty, ani ona. Romanse biurowe zawsze się źle kończą.

Marcos wpatrywał się w milczeniu w duży regał na wprost biurka. Nie chciał skrzywdzić Virginii. A jeszcze bardziej nie chciał jej pragnąć. Pragnął jednak, odkąd ją przyjął do pracy.

– Nigdy dotąd nic mnie nie łączyło z żadną kobietą, która u mnie pracuje, ale… ona jest inna, Jack. I tak, wiem, jak to brzmi.

Odpiął guziki w mankietach i podwinął rękawy. Zastanawiał się… nie, właściwie już podjął decyzję. Nie ma sensu się bronić. Oboje są wolni, dorośli i chcą tego samego. Był mężczyzną z krwi i kości. Nie miał ochoty dłużej pościć. A Virginia, choć bardzo się starała, to jednak nie potrafiła ukryć emocji. Ta schludna asystentka w rzeczywistości była pełną temperamentu kobietą, uroczą, sympatyczną, która instynktownie wyczuwała, kiedy mężczyzna jej pożąda.

Poprosił, niemal zażądał, by spędziła z nim tydzień. A przecież całą uwagę i energię powinien skupić na tej jednej rzeczy, którą od dawna chciał zdobyć. Na Allende.

Wahał się. Nie był pewien, czy prosić ją o przysługę. Stanowiła zbyt wielką pokusę. Nie powinien się rozpraszać. Ale dziś wieczorem – osamotniona, z kłopotami finansowymi, bez wsparcia rodziny – zwróciła się do niego o pomoc. Patrząc w jej piękne lśniące oczy, nie potrafił się pohamować.

Zaproponował jej „pracę” – rolę kochanki – na tydzień, ale w głębi duszy liczył na więcej. Myślał o niej nieustannie. Odtwarzał w pamięci każde przypadkowe spotkanie, każde spojrzenie. Uwielbiał, kiedy jej śmiech rozbrzmiewał obok, w pokoju asystentek. W nocy zasypiał, widząc przed oczami jej twarz. I dlatego nie mógł się od niej odwrócić, kiedy wpadła w tarapaty.

Wcześniej ułożył w głowie listę powodów, dla których nie powinien się do niej zbliżać. Była niewinna, on był doświadczony. Była wrażliwa; mógł ją skrzywdzić. Była jego pracownicą, a on jej szefem. Powodów jest znacznie więcej. O wszystkich zapomniał, gdy dziś wbiła w niego wzrok.

– Mam coś, co cię rozweseli. – Jack opuścił gabinet i po chwili wrócił z aktówką, z której wyjął dużą brązową kopertę. – Trzymaj. Twoje życzenie jest rozkazem.

 

Marcos wyrwał mu kopertę. Skinął głową, widząc nazwisko: Marissa Galvez.

– Dzięki, stary. Zakładam, że wszystko tu jest?

– Wszystko. Cwana z niej sztuka. Działa bez wytchnienia. Będziesz miał pasjonującą lekturę. Trochę czasu mi to zajęło, ale obiecałem, że najpóźniej dziś wieczorem dostarczę ci materiał.

Marcos zerknął do środka. Ilość gęsto zapisanych stron świadczyła o tym, że Marissa nie próżnuje. Ogarnęła go wściekłość. I ta kobieta liczy na pojednanie?

Owszem, liczy. Czyta „Forbes”. Nie jest głupia; wie, że syn wart jest więcej od ojca, dla którego go porzuciła. Więcej nie o tysiące czy miliony, lecz miliardy. I że to on, nabywając udziały, stara się przejąć firmę, która po śmierci ojca powinna była przypaść jemu.

Musi działać z wyczuciem. Nie osiągnie celu, obrażając Marissę. Ale ona sama zrozumie, że jej marzenia o pojednaniu nie mają szansy się spełnić, kiedy zobaczy u jego boku piękną ponętną Virginię. Wtedy będą mogli przystąpić do interesów.

– Zdradzisz mi, jak zamierzasz przekonać tę diablicę, żeby sprzedała ci firmę? Nie ulegając wcześniej jej wdziękom? – zapytał Jack.

Marcos poderwał się na nogi, wymachując papierami.

– To proste. Mam dowody. Teraz to ja ustalam reguły. – Uśmiechnął się ponuro. – Allende Transport stoi na krawędzi bankructwa. Prędzej czy później Marissa pójdzie po rozum do głowy. I sprzeda firmę.

– Niekoniecznie tobie.

Marcos wzruszył ramionami.

– Wie, że grozi jej wrogie przejęcie. I że to ja jestem tym rekinem, który ją pożre. Nie dzwoniłaby, gdyby nie chciała mi się podlizać.

– Uda jej się?

– Co?

– Podlizać się.

– Nie żartuj, Jack.

Wzdrygnął się z obrzydzeniem na myśl o telefonie Marissy. Używając firmy jako przynęty, proponowała, by omówili wszystko w jej łóżku. Kiedy pierwszy raz go skusiła, był naiwnym szlachetnym siedemnastolatkiem. Myliła się, jednak, sądząc, że jako dorosły facet znów nabierze się na jej sztuczki.

– Zadzwoniła, bo chce cię odzyskać – stwierdził Jack.

– Na szczęście nie będę tam sam. – Marcos podszedł do okna, jakby spodziewał się, że dojrzy Virginię w lincolnie. – Kiedy zobaczy piękną kobietę u mojego boku, zrozumie, że łóżko odpada, i przystąpimy do rozmowy o interesach.

– Rozumiem. Czyli owa dama to przykrywka?

Przykrywka o zielonych i pełnych ekspresji oczach, które patrzyły na niego, Marcosa, z uwielbieniem. Które sprawiały, że czuł się dobry i szlachetny.

Gdy parę godzin temu zadzwoniła, pytając, czy nie poświęciłby jej kilku minut, puścił wodze fantazji. Wyobraził sobie, że Virginia pragnie mu ulec, że dłużej nie może bez niego wytrzymać. Wiedział jednak, że nigdy by się tak nie zachowała. Teraz on trzyma stery. Co zrobi? Zerknął spod oka na Jacka.

– Marissa się doigra.

Jack zamknął teczkę i uśmiechając się szeroko, zasalutował.

– Zostawiam cię, przyjacielu. Pakuj się.

– Dzięki, Jack. Prześlij rachunek pani Fuller.

Marcos dopił whisky i przypomniał sobie sznur pereł na szyi Virginii. Jego kochanka nie nosiłaby tak skromnej biżuterii. Nosiłaby brylanty. Wielkie czarne perły. Szmaragdy. Zamknąwszy oczy, przywołał jej sylwetkę. Znał ją na pamięć. Tyle razy wodził za nią wzrokiem, zamiast skupić się na pracy. Rozmiar szósty, uznał i z górnej szuflady biurka wyciągnął kalendarzyk z telefonami. Jeżeli Virginia Hollis ma przekonująco zagrać jego kochankę, musi mieć stosowną do swej roli garderobę.

Chodził tam i z powrotem i niecierpliwie spoglądał przez okno hali, czekając, aż Falcon 7X, elegancki, biały i jeden z najszybszych firmowych odrzutowców, będzie gotowy do lotu. Nie, wcale nie myślał o negocjacjach. Niecierpliwił się, ponieważ Virginia się spóźniała.

Otwierały się przed nimi nowe możliwości, okazja do rozmów, do bycia razem poza biurem. Sposobność, by na tydzień zrzucić stare maski i przywdziać świeże, by udawać parę kochanków.

Cieszył się, że zgodziła się mu pomóc i wystąpić w tej roli. Ciekaw był, jak długo będą udawać. Trzy dni, trzy godziny czy może trzy minuty?

W końcu hali rozsunęły się szklane drzwi. Do środka wpadł hałas uliczny. Marcos odwrócił się i patrzył, jak Virginia w zielonym sweterku z dekoltem w szpic idzie sprężystym krokiem, ciągnąc za sobą niedużą czarną walizkę na kółkach.

Była schludna; tylko potargane przez wiatr włosy miała w nieładzie. Czarne loki okalały śliczną twarz o regularnych rysach i zielonych oczach. Na moment przystanęła, by w zewnętrznej kieszeni walizki schować paczkę orzeszków. Kiedy pochyliła się, ukazując skrawek piersi, Marcosowi zaschło w ustach.

Po chwili wyprostowała się, odgarnęła włosy za ucho i ruszyła dalej. W powietrzu unosił się zapach cytrusów.

– Dzień dobry, Virginio.

– Dzień dobry, Marcos.

Na widok jej twarzy oświetlonej blaskiem słońca zaparło mu dech. Bez makijażu, tylko z błyszczykiem na ustach, z rozpuszczonymi włosami, była najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widział.

Oblizała wargi, po czym przysunęła do siebie walizkę, tworząc jakby barierę między nim a sobą.

– Nie dałam rady przyjechać wcześniej. – W jej głosie słychać było zdenerwowanie. – Musiałam dokończyć kilka rzeczy w biurze – dodała.

Marcos wskazał głową na długi stół pod ścianą, na którym stała kawa i ciastka.

– Poczęstuj się. Za kilka minut wchodzimy na pokład.

– A ty? Napijesz się?

Potrząsnąwszy głową, odprowadził Virginię wzrokiem. Z przyjemnością obserwował, jak kołysze biodrami. Fascynowała go ta zmysłowa kobieta, jego kochanka na niby. Przeklinając pod nosem, chwycił jej walizkę i zaciągnął pod okno, tam, gdzie zostawił swój bagaż. Po chwili piloci umieścili wszystko w samolocie.

Czekał na ich znak. Niezawodny Jack Williams dostarczył mu wczoraj tyle amunicji, że bez trudu zmusi Marissę do kapitulacji. Jednak świadomość sukcesu nie czyniła zadania łatwiejszym. Można zgnieść robaka, lecz czy czerpie się z tego przyjemność? Podupadająca firma przewozowa Allende Transport powinna należeć do niego. To on powinien decydować o jej przyszłości: ratować ją czy ogłosić bankructwo.

Po chwili podeszła z kawą Virginia. Czuł jej obecność całym sobą, każdą komórką ciała. Skierował wzrok na jej dekolt. Zalała go fala wzruszenia. Virginia ubrała się jak do biura: w sweter, który opinał jej drobne kształtne piersi, w szarą spódnicę do kolan, proste pantofle na słupku. Szaro, buro, nijako.

– Nie mogę się na to zgodzić – mruknął.

Uśmiechnąwszy się, popatrzyła na niego zdziwiona. Sprawiała wrażenie ożywionej; w niczym nie przypominała wystraszonej bidulki, która wczoraj prosiła go o pomoc.

– Na co, Marcos?

Miała idealnie owalną twarz, gładką brzoskwiniową cerę, smukłą szyję oraz pełne usta, które zachęcały do pocałunku. Prościej było przestać oddychać niż ćwiczyć silną wolę.

– Na twój sweter. Na spódnicę. Na buty. To nieodpowiedni strój.

Odstawiła kawę na pobliski stół, po czym odgarnęła włosy za uszy.

– Spakowałam kilka sukienek.

– Tak? – Mrużąc oczy, popatrzył na sznur pereł. – Eleganckich? Od znanych projektantów?

– Skądże.

Ujął perły w palce.

– Jesteś przyzwyczajona do tego naszyjnika?

– Należał do mojej mamy.

– Jest bardzo ładny – stwierdził – ale… widzisz, moja kochanka raczej nosiłaby inną biżuterię. – Igrał z ogniem. – Czarne perły albo brylanty. Może szmaragdy.

– Czyli wyglądam za skromnie? – spytała z rozbawieniem.

Cofnął dłoń.

– Wyglądasz jak asystentka, a nie kochanka.

– Ach, tak? – szepnęła.

– Zrozum, Virginio – odezwał się – gdybym chciał jechać z asystentką, zabrałbym panią Fuller. – Usłyszał, jak Virginia wciąga z sykiem powietrze. Nie zważając na to, skinął w stronę odrzutowca. – Na pokładzie znajdziesz nową garderobę. Przebierzesz się.