Jedna noc to za małoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Red Garnier
Jedna noc to za mało

Tłumaczenie:

Julita Mirska

PROLOG

Był najbardziej seksownym drużbą, jakiego widziała, w dodatku cały czas wodził za nią wzrokiem.

Kate patrzyła w lśniące, czarne jak węgiel oczy Garretta i zastanawiała się, jak mu powiedzieć, że wspaniała noc, którą razem spędzili, a która nigdy nie powinna była się zdarzyć, zaowocowała niespodzianką. Za osiem miesięcy przyleci bocian. Przeniknął ją dreszcz. Ściskając bukiet storczyków, z trudem skupiła się na Molly, która w śnieżnobiałej sukni ślubnej wpatrywała się w ukochanego.

Ciepłe promienie popołudniowego słońca oświetlały młodą parę. Ślub odbywał się w ogrodzie przystrojonym mnóstwem białych lilii, storczyków, tulipanów oraz róż. Głos Molly drżał z przejęcia, kiedy pod ukwieconą pergolą składała przysięgę małżeńską.

– Ja, Molly, biorę ciebie, Juliana Johna, za męża…

Kate słuchała jej wzruszona, jednak co rusz zerkała w bok, gdzie po prawej ręce pana młodego stał jego brat i drużba. Garrett Gage.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, ciarki przebiegły jej po krzyżu. Miała wrażenie, że w oczach Garretta płonie ogień. Szkoda, że nie zaprosił swojej narzeczonej; może wtedy nie gapiłby się na nią.

Nie mogła się od niego uwolnić. Myślała o nim dniami i nocami, pragnęła go do bólu, a zarazem próbowała wymazać go z pamięci. Od miesiąca się męczyła, usiłowała zapomnieć słowa, które szeptał jej do ucha, pieszczoty, którymi ją obdarzał, to, jak ją trzymał w ramionach…

Przez trzydzieści nocy, leżąc w łóżku, powtarzała sobie, że na pewno by im się nie udało. A potem usłyszała o planach małżeńskich Garretta i, chcąc nie chcąc, musiała pogodzić się z faktami.

Okej. Przecież wcale nie zamierzała za niego wychodzić. Chciała kochać i być kochana, tak jak Molly i Julian. Małżeństwo bez miłości jej nie interesuje. Z dwojga złego woli być sama. Dlatego postanowiła wyjechać. Miała na jutro bilet na Florydę, do Miami. W jedną stronę. Tam rozpocznie nowe życie.

Zanim jednak wyjedzie, musi powiedzieć Garrettowi prawdę, coś, o czym przez miesiąc nikomu nie mówiła, by nie psuć ślubu Molly.

Otóż była w ciąży… Boże, niech on przestanie patrzeć na nią tak, jakby miał ochotę ją pożreć!

– A teraz możesz pocałować żonę.

Co, już? Kate z przerażeniem uświadomiła sobie, że ceremonia dobiegła końca. Zobaczyła, że przystojny blondyn unosi Molly i przywiera ustami do jej warg. Molly objęła męża za szyję i zapiszczała głośno, kiedy ten, nie przerywając pocałunku, zaczął obracać się w kółko. Nagle przystanął.

– O psiakość! – zawołał zaskoczony, kiedy tren owinął się dokoła jego stóp.

Oboje spojrzeli w dół i wybuchnęli śmiechem. Postawiwszy Molly na ziemi, Julian ujął w dłonie jej twarz i znów zaczął ją całować.

– Zaraz was wyplączę – rzekła Kate, odpinając tren.

Chwyciwszy żonę w ramiona, Julian – przy dźwiękach marsza weselnego i głośnych wiwatach – ruszył w stronę zgromadzonych gości. Wszyscy razem skierowali się ku pięknie udekorowanym stołom. Na miejscu pozostała Kate z piekącymi oczami i seksownym drużbą.

Kiedy pracowicie składała setki metrów białej koronki, Garrett wręczył jej drugi koniec trenu. Nie była w stanie podnieść wzroku.

– Dzięki – szepnęła.

Policzki miała rozpalone. Dlaczego? Przecież razem dorastali, razem się wychowywali. Właśnie przy Garretcie powinna czuć się swobodnie, a była spięta i zdenerwowana, bo cały czas zastanawiała się, jak mu wyznać prawdę. Chociaż bolało ją, że Garrett zamierza ożenić się z inną kobietą, nie chciała niszczyć mu życia. Bądź co bądź zawsze się o nią troszczył, zawsze ją chronił. Wiele mu zawdzięczała, a wiadomość o ciąży spadnie na niego jak grom z jasnego nieba.

Nagle zacisnął ręce na jej dłoniach. Wstrzymała oddech. Po chwili podniosła głowę i utkwiła spojrzenie w czarnych oczach.

– Powiedz, Kate, czy mi się śniło, czy mój brat naprawdę poślubił twoją siostrę? – spytał ochrypłym głosem.

Nie patrz na jego usta. Nie patrz!

– Uroczystość trwała godzinę. Chyba nie mogłeś jej przespać?

– Najwyraźniej tak.

– Stałeś obok Juliana. Gdzie byłeś myślami? Na Marsie? – Wyprostowała się, przyciskając do piersi złożony tren.

– W sypialni, Kate. Z tobą w ramionach.

Zastygła. Miała wrażenie, jakby po jej ciele przeszedł prąd. Słowa Garretta przeniosły ją w przeszłość, do jego sypialni, w jego objęcia, do tamtego wieczoru.

Nie, to za trudne! Potrząsając głową, ruszyła ścieżką prowadzącą do rezydencji Gage’ów. Wiedziała, że Garrett idzie za nią.

– Kate, musimy porozmawiać.

Jego niski głos nieodmiennie ją podniecał, a reakcja jej ciała – rumieńce, gęsia skórka – zawsze denerwowała.

– Jeśli chcesz mi powiedzieć o swoich zaręczynach, to już wiem. Gratulacje – rzekła, siląc się na obojętność.

– Widzę, że jesteś lepiej poinformowana ode mnie. Kate, porozmawiajmy, proszę.

Chwycił ją za łokieć. Nie zwalniając kroku, wyszarpnęła rękę.

– Dobrze, oczywiście, ale nie tu. I nie dziś.

– Właśnie, że tu i że dziś. Posłuchaj mnie. – Przytrzymał ją i obrócił twarzą do siebie. Oczy mu płonęły. – Tamtego dnia, po tym, co mi powiedziałaś… po prostu mnie zamurowało. Nie byłem w stanie jasno myśleć, nie byłem w stanie wydobyć z siebie głosu, nie…

Zakryła dłońmi uszy.

– Nie tu, błagam!

Zacisnął ręce na jej nadgarstkach i odciągnął od uszu.

– Wiem, że cię zraniłem. Wiem, że nie zależy ci na moich przeprosinach, ale muszę to zrobić, Kate. Przepraszam za wszystko. Za ból, jaki ci sprawiłem. Gdybym tylko mógł, chętnie cofnąłbym czas. Choćby po to, żebyś nie patrzyła na mnie z taką pretensją w oczach.

To była kropla, która przepełniła czarę goryczy.

– Cofnąłbyś czas, tak? Wolałbyś, żeby nie doszło między nami do zbliżenia? Niesamowite! – Mówiła coraz głośniej, coraz bardziej histerycznie. – Jaka byłam głupia, że pozwoliłam ci się dotknąć!

– Chryste, Kate. Nie chciałem, ale nie dajesz mi wyboru! – Zgarnął ją w ramiona i energicznym krokiem ruszył przez ogród do domu.

– Co… – Zaczęła wierzgać nogami, walić pięścią w jego tors. Tren wysunął jej się z ręki, powiewał za nimi jak chorągiew. – Garrett, puść mnie! Słyszysz? Puść mnie! Co robisz?

Pchnął biodrem drzwi i skierował się na górę.

– Coś, co powinienem był zrobić dawno temu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dwa miesiące wcześniej…

To był koszmar. W udekorowanej kwiatami rezydencji Gage’ów paliły się światła i rozbrzmiewała muzyka. Większość gości stanowili ważni i znani mieszkańcy San Antonio. Wszyscy doskonale się bawili. Popijając wino, prowadzili rozmowy, co rusz rozlegały się wybuchy śmiechu. Jedna Kate marzyła o tym, by teraz być gdzie indziej. Miała wrażenie, jakby wpadła w piekielną otchłań, z której nie potrafi się wydostać.

Z bólem w piersi obserwowała piękną parę na drugim końcu sali.

– Garrett – zamruczała drobna zmysłowa blondynka, uśmiechając się do wysokiego bruneta. – Jesteś jak wino. Z wiekiem stajesz się coraz przystojniejszy.

Garrett Gage, najbardziej seksowny mężczyzna na całej kuli ziemskiej, diabeł zamieszkujący ową piekielną otchłań, pochylił głowę i z figlarnym błyskiem w oku szepnął coś blondynce do ucha.

Ileż to nocy ona, Kate, leżała w łóżku, modląc się, by to na nią tak patrzył! Żeby zobaczył w niej kobietę, a nie małą dziewczynkę.

W czarnym garniturze i czerwonym krawacie, z zaczesanymi do tyłu włosami, wysoki, wyprostowany, stanowił uosobienie magnata prasowego, z którego zdaniem wszyscy się liczyli. Na widok Garretta Gage’a kobietom serce biło szybciej, a dreszcz przenikał ciało. Każda pragnęła być tą jedną jedyną u jego boku.

Od lat Kate wydawało się, że wystarczy jej przyrządzanie smakowitych dań dla Garretta i obserwowanie, jak się nimi delektuje. Skoro seks nie wchodził w grę… Ale dziś coś w niej pękło. Zabolało ją, że Garrett nie widzi, że ona jest równie apetyczna jak uwielbiane przez niego czekoladowe rogaliki jej autorstwa.

Gdyby nie rozchorował się jeden z kelnerów, krążyłaby wśród gości, kręcąc zmysłowo biodrami. Może wtedy zwróciłaby na siebie uwagę Garretta? Lecz zamiast chodzić, kręcąc biodrami, stąpała ostrożnie, z tacą w ręku i oczywiście nikt nie zatrzymywał na niej wzroku. Była po prostu kelnerką.

– Skarbie, bądź tak miła i przynieś nam szaszłyki z krewetkami i ananasem – poprosiła jakaś kobieta, częstując się roladą krabowo-szpinakową.

– Szaszłyki z krewetkami? Już się robi!

Kate pomknęła do kuchni, by uzupełnić przystawki na tacy. Zwykle na widok swoich pracowników, z których jedni uwijali się przy trzypiętrowym torcie, a inni wyjmowali z piekarnika zakąski, odczuwała głęboką satysfakcję. Ale dziś nic nie było w stanie poprawić jej humoru. Jeszcze osiem tygodni, Kate. Dwa miesiące. A potem już nigdy nie będziesz musiała oglądać go z inną.

Gdy wróciła do głośnego salonu, uzmysłowiła sobie, że wyjeżdżając na Florydę, porzuci nie tylko Garretta, ale również dom, w którym wydarzyło się tak wiele dobrych rzeczy, oraz wszystkich Gage’ów, którzy traktowali ją jak członka rodziny. Była tu szczęśliwa. Nigdy nie sądziła, że kiedyś może chcieć wyjechać. Ale musi to zrobić z powodu uczuć do Garretta. Floryda jest jej ratunkiem.

– Mama powiedziała, że wyjeżdżasz…

Julian podszedł do niej, gdy usiłowała ominąć dużą grupę ludzi. Zamyślona nawet go nie zauważyła, dopiero na dźwięk głosu poderwała głowę. Popatrzyła w złocisto-zielone oczy najmłodszego z braci Gage’ów, przystojnego mężczyzny o pięknym uśmiechu, cichego, zamkniętego w sobie, który za dwa miesiące miał poślubić pełną temperamentu Molly i oficjalnie zostać jej szwagrem. Nagle przeraziła się. Kto jeszcze wie o jej wyjeździe?

 

– Boże, prosiłam Eleanor, żeby nikomu nie mówiła!

Julian sięgnął po zakąskę, która po chwili znikła w jego ustach. Jak wszyscy Gage’owie był doskonale zbudowany; miał szerokie ramiona, wąskie biodra, a twarz foremną, o regularnych rysach, zupełnie jakby została odlana z brązu.

– Znając mamę, pewnie myślała, że ma nie mówić prasie, oczywiście z wyłączeniem właścicieli koncernów prasowych.

Kate uśmiechnęła się. Energiczna siedemdziesięciolatka, dumna matka trzech magnatów prasowych, była kobietą, z którą należało się liczyć. Jej synowie, Landon, Garrett i Julian John, wiedzieli, że kiedy matka się uprze, nigdy z nią nie wygrają.

Dziś miała na sobie elegancką suknię w kolorze wiśniowym, a na nogach zwykłe czarne kapcie. Najważniejszy był dla niej komfort. Nie obchodziło jej, co inni myślą, a majątek, jaki zgromadziła, sprawiał, że wszyscy taktownie udawali, że nie widzą w jej stroju nic niestosownego.

Kate traktowała Eleanor jak matkę, której nigdy nie miała. W wieku siedmiu lat wprowadziła się z małą siostrzyczką i ojcem ochroniarzem do domu Gage’ów. Wkrótce później ojciec zginął. Dziewczynki pozostały z Gage’ami.

– Czy Molly i ja nie możemy jakoś na ciebie wpłynąć? – spytał Julian, szukając wzrokiem narzeczonej.

Widząc błysk satysfakcji i dumy w jego oczach, Kate poczuła ukłucie zazdrości. Chciała tego samego co Molly: założyć rodzinę i być szczęśliwą. Dlatego postanowiła wyjechać i zacząć wszystko od nowa, znaleźć pracę, przyjaciół oraz mężczyznę, który ją pokocha.

– Nie, Jules. Decyzja już zapadła. – Wysunęła tacę z zakąskami w stronę grupki gości. Szaszłyki z krewetkami zniknęły błyskawicznie.

Tak, decyzja zapadła. Musi wyjechać, zanim mężczyzna, którego kocha do szaleństwa, poślubi inną kobietę. Zanim dzieci, których matką sama pragnęła być, zaczną wołać do niej „ciociu Kate”.

– Tylko błagam, nie mów o tym Garrettowi. Nie chcę, żeby mi wiercił dziurę w brzuchu.

– Oj, tego to nikt by nie chciał. Nie pisnę ani słówka – obiecał Julian.

Uśmiechając się, Kate zerknęła na koniec sali. Garrett stał tam, gdzie minutę temu, równie przystojny jak minutę temu, obok wpatrzonej w niego blondynki. Łączyły ich relacje zawodowe, ale kobieta wyraźnie lubiła flirtować. Kate się wzdrygnęła.

Rozglądając się, Garrett nagle zatrzymał na niej spojrzenie. Powiódł wzrokiem po jej sylwetce w opiętej sukni – był pierwszym mężczyzną na przyjęciu, który to zrobił – następnie utkwił oczy w jej twarzy. Kate zrobiło się gorąco. Przez moment miała wrażenie, że patrzy na nią z…

Nie! Po chwili, przybrawszy neutralną minę, uniósł kieliszek, jakby wznosił toast. Do toastu dorzucił przyjazny uśmiech, od którego zakręciło jej się w głowie.

Niestety jeszcze piękniejszym uśmiechem obdarzył blondynkę. Kate sposępniała.

Dlaczego do niej tak się nie uśmiechał? Od najmłodszych lat był nieodłączną częścią jej życia. Silny, cierpliwy, dobry… Jej ojciec zginął, ratując go przed śmiercią, a chłopiec złożył umierającemu mężczyźnie obietnicę, której ani razu nie złamał.

Chronił Kate przed wszystkim: przed deszczem i gradem, mrozem i upałem, przed ostrymi pazurkami kotów i ujadaniem psów. Chronił ją też przed bankructwem, pilnując, aby rodzina zamawiała u niej catering. Ale Kate miała najlepszego pod słońcem ojca i Garrett nie mógł go zastąpić.

– Będzie zły, kiedy się w końcu dowie – ostrzegł ją Julian.

Skinęła w milczeniu głową, patrząc, jak Eleanor podchodzi do syna. Matka powiedziała coś, co mu się nie spodobało, bo się skrzywił.

O ileż byłoby prościej, gdybym nie kochała tego durnia, pomyślała Kate.

– Ostatnio bywa zły – odrzekła.

Kilka razy przyłapała go podczas rodzinnych uroczystości, jak wpatruje się w nią z ponurą miną, a przecież niczym mu się nie naraziła.

– Nie chcę, żeby próbował mnie zatrzymać – dodała.

Jej ojciec pracował jako ochroniarz Gage’ów i znakomicie się w tej roli sprawdzał. Po jego śmierci Gage’owie uznali, że teraz oni muszą chronić Kate.

Przez niemal dwie dekady troszczyli się o nią jak o własną siostrę i córkę. Tak wiele od nich dostała, a tak niewiele dała w zamian. W końcu postanowiła się usamodzielnić, udowodnić im, głównie Garrettowi, że już nie jest dzieckiem. Że jest dorosła i niezależna.

– Czyli wkrótce zamieszkasz na Florydzie?

Z Julianem zawsze najlepiej się dogadywała. Miał w sobie coś, co podobało się kobietom. Pewnie dlatego wszystkie, oprócz Kate, się w nim podkochiwały.

Ujął jej dłoń i podniósł do ust.

– To oznacza, że Molly i ja kupimy w pobliżu dom letniskowy.

Kate wybuchnęła radosnym śmiechem. Po chwili spoważniała.

– Julian, zaopiekujesz się Molly, prawda?

Na dźwięk imienia narzeczonej w jego oczach pojawił się wyraz rozmarzenia.

– Kate, dla tej dziewczyny skoczę w ogień.

Ścisnęła jego dłoń. Uwielbiała go za to, że tak bardzo kochał jej siostrę. Od lat obserwowała ich przyjaźń, która z czasem przerodziła się w miłość. Cieszyła się szczęściem siostry, ale niekiedy nie potrafiła powstrzymać uczucia zazdrości.

Psiakrew, dlaczego Garrett nie wodzi za nią tak zakochanym wzrokiem jak Jules za Molly?

Głupi Garrett! Ślepy Garrett!

Ślepy, bo nie widzi, że mała Kate już dorosła. Ślepy, bo nie zdaje sobie sprawy, czego ona pragnie, o czym marzy. Ślepy, bo zanim się spostrzeże, ona zniknie.

– O czym ty mówisz? Kate? Na Florydę? – Garrett patrzył z niedowierzaniem na matkę. O blondynce, z którą miał omówić sprawy zawodowe, całkiem zapomniał.

– Tak, kochany. Nasza mała Kate chce zamieszkać na Florydzie. I nie możemy jej powstrzymać. Już próbowałam. Ojej, przepraszam… – Eleanor uśmiechnęła się do blondynki, która stała ze skwaszoną miną. – Zapomniałam, jak się pani nazywa…

– Cassandra Clarks. – Blondynka wyciągnęła na powitanie dłoń, na której połyskiwało niemal tyle samo klejnotów co na ręce starszej kobiety.

Zaczęły rozmawiać, przypuszczalnie o przejęciu Clarks Communications przez koncern Gage’ów. Garrett zaskoczony informacją, którą matka mu przekazała, nie zwracał na nie uwagi. Na drugim końcu sali spostrzegł Kate. Naprawdę chce wyjechać? Zrobiło mu się słabo.

W pewnym momencie ich spojrzenia się spotkały. Poczuł lekkie podniecenie. Chryste, Kate wygląda dziś przepięknie, tak zmysłowo. A jej oczy, duże, niebieskie… Ilekroć na nie patrzył, przeszywał go piekący ból, zupełnie jakby kula trafiła jego, a nie jej ojca. Żył tylko dzięki temu, że Dave Devaney ochronił go własnym ciałem.

Starał się wynagrodzić Kate krzywdę. Cała rodzina się starała. Zapewnili jej wykształcenie, dali dach nad głową, potem pomogli znaleźć mieszkanie i rozkręcić biznes cateringowy. Ostatnimi czasy jednak Kate sprawiała wrażenie smutnej, a on nie wiedział, jak jej pomóc. Też był smutny.

– Nie może wyjechać – oznajmił.

Eleanor Gage przerwała wypowiedź skierowaną do Cassandry i przeniosła wzrok na syna.

– Może. Twierdzi, że nie zmieni decyzji.

– Co tam będzie robić? Jej życie jest tutaj, z nami.

Matka uniosła idealnie uformowaną brew, jakby chciała spytać: to nie wiesz? Garrett zmarszczył czoło. Hm, może wreszcie będzie mógł się porządnie wyspać. Z drugiej strony… Nie. Do cholery, nie!

Lata temu obiecał jej ojcu, że się nią zaopiekuje. Kate i jej młodsza siostra Molly zostały przez niego sierotami. Tu jest ich miejsce, z nimi, Gage’ami. Tu jest ich dom. Garrett pilnował, aby nigdy im niczego nie brakowało.

Za dwa miesiące Molly wyjdzie za mąż za jego młodszego brata. A co z Kate? Zawsze miał do niej słabość. Szanował ją, chronił przed wszystkim, co mogłoby jej zagrażać. Czasem przed samym sobą.

Ignorował sposób, w jaki kosmyk włosów wpadał jej do oczu. To, jak wypowiadając jego imię, zniżała głos o oktawę. Ignorował ból, jaki go przeszywał, kiedy szła na randkę. I powstrzymywał się, by nie policzyć piegów zdobiących jej uroczy nosek.

Nie było to łatwe, bo strasznie go korciło. Ale zawziął się. Nie i już. Bo Kate była jak siostra, jak najlepszy kumpel. Tyle że nie była ani siostrą, ani kumplem.

Mniejsza o to. Tak czy owak nie zamierzał pozwolić jej na żaden wyjazd. Jeśli zamieszka gdzie indziej, to jak ją będzie chronił? Nie, po prostu Floryda nie wchodzi w grę. Zirytowany chwycił matkę za łokieć i przysunął do siebie, tak by nikt ich nie słyszał. Na szczęście Cassandra zorientowała się, że Garrett pragnie pomówić z matką, więc zostawiła ich samych i zaczęła krążyć po sali.

– Powiedziała ci, kiedy chce wyjechać?

– Nazajutrz po weselu.

– Czyli za osiem tygodni? – Nerwowo myślał nad tym, jak ją zatrzymać. – To dość czasu, żeby przemówić jej do rozsądku.

– Kochany, jeśli zdołasz… – matka poklepała go po ramieniu – będę najszczęśliwszą kobietą na świecie. Nie chcę, aby Kate mieszkała z dala od nas.

On też nie chciał. Od przechodzącego kelnera wziął kieliszek wina i opróżnił go jednym haustem. Ciekawe, jak ma przekonać tak upartą osobę jak Kate? Czeka go nie lada wyzwanie, którego się bał i na które czekał z przyjemnością.

Lubił się kłócić z Kate. Czasem tylko dzięki sprzeczce mógł wyładować frustrację. A frustracja w nim narastała, kiedy zbliżał się do Cassandry. Stała pogrążona w rozmowie z dwiema kobietami, które znał z widzenia, lecz których nazwisk nie pamiętał.

Owszem, zależało mu na nabyciu Clarks Communications, lecz dziś nie miał do tego głowy. W nadchodzących tygodniach też nie znajdzie czasu. Kate chce zniknąć z jego życia, a on zamierzał temu zapobiec. Jeśli trzeba będzie, pójdzie pieszo na Florydę i pieszo wróci, z Kate przerzuconą przez ramię.

Hm, to go nawet bardziej kusiło niż jakieś sprzeczki.

– Coś ważnego mi wypadło – powiedział, kiedy Cassandra przeniosła na niego wzrok. – Musimy przełożyć rozmowę.

Uśmiechnął się, by złagodzić wypowiedź. Ucieszył się, że w oczach kobiety nie ma gniewu czy wrogości. Nie skrzywiła się, nie kazała mu się wypchać, zamiast tego zapytała:

– Kiedy możemy się ponownie spotkać?

– Niedługo – odparł, myśląc o Kate.

ROZDZIAŁ DRUGI

Zauważył ją na tarasie. Wysoka, szczupła, oparta łokciami o poręcz spoglądała na piękny ogród. Serce zabiło mu szybciej, a jednocześnie zalała go fala złości. Chce wyjechać, opuścić go…

Cały dzisiejszy wieczór go unikała. Teraz wiedział dlaczego. Zacisnął dłonie w pięści, wziął głęboki oddech, po czym rozsunął drzwi i wyszedł na zewnątrz.

Poczuł na twarzy ciepły wiaterek. Na niebie wisiał sierp księżyca, który omywał Kate srebrzystym blaskiem. To był wymarzony wieczór dla kochanków, taki, na który czekają, aby szeptem wyznać sobie miłość, obiecać jedno drugiemu, że zawsze będą razem.

– Dlaczego?

Na dźwięk głosu Kate odwróciła się gwałtownie. Rude włosy połyskiwały w promieniach księżyca, usta miała rozchylone, oczy lśniące.

– Och, nie! – Zawiedziona potrząsnęła głową. – Mama ci powiedziała, prawda?

– Dlaczego, Kate? Dlaczego ja zawsze o wszystkim dowiaduję się ostatni?

Przez chwilę milczała, jakby nie potrafiła udzielić mu odpowiedzi. Ona wyjeżdża. Opuszcza cię i nie chce ci wyjaśnić dlaczego. Nawet nie chce na ciebie spojrzeć.

Wpatrując się w bajecznie podświetlony ogród, uniosła rękę do ucha i zaczęła bawić się kolczykiem.

– Ja… chciałam ci powiedzieć.

– Tak? Kiedy? Jak już będziesz na Florydzie? – spytał z nutą… sam nie był pewien czego… gniewu, żalu, rozbawienia, bezradności?

– Niewykluczone – przyznała. – Od jakiegoś czasu masz taką naburmuszoną minę. Nie wiedziałam, jak cię podejść.

Stanął koło niej przy balustradzie i również oparł łokcie na poręczy. Uśmiechając się ironicznie, popatrzył na długie lśniące włosy Kate, zastanawiając się, jak pachną. Jak poziomki w słońcu? Jak brzoskwinia z bitą śmietaną? Dlaczego się nad tym zastanawia? I co miała na myśli, mówiąc o jego naburmuszonej minie?

– Podejść? Nie trzeba mnie „podchodzić”.

– Oj, Garrett, Garrett. – W jej niebieskich oczach pojawił się szelmowski błysk. – Nie byłeś ostatnio sympatyczny.

– No, przesadzasz! A kim byłem? Potworem?

Uśmiechnęła się szeroko. Przysunął się bliżej i trącił ją łokciem.

 

– Przyznaj się, Piega, czego się boisz? Że zwiążę cię i zaknebluję? Że zabiorę ci bilet na samolot?

– To, że taka myśl w ogóle zakiełkowała w twojej głowie, świadczy o tym, że brakuje ci piątej klepki.

– To, że wpadłaś na pomysł wyjazdu, świadczy o tym, że tobie też jej brakuje. Twoje miejsce jest tutaj. Z nami.

Raczej wyczuł, niż zobaczył uśmiech na jej wargach. Przeszkadzało mu, że Kate unika jego wzroku. Z takim zainteresowaniem wpatrywała się w podświetlony ogród, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu, a przecież w dzieciństwie ciągle po nim biegała. Nagle w jego sercu zrodziło się podejrzenie.

– To z powodu mężczyzny?

– Słucham?

– Nikt ot tak nie rzuca wszystkiego. Zawsze jest jakiś powód. Dlaczego uciekasz? Chodzi o mężczyznę?

– Czy to ważne? – spytała, unosząc lekko głowę. – Wyjeżdżam i już. Klamka zapadła.

Słysząc nutę buntu w jej głosie, nabrał pewności, że odgadł prawdę. Chodzi o jakiegoś drania, którego najchętniej udusiłby własnymi rękami.

Odepchnąwszy się od poręczy, wsunął ręce do kieszeni spodni i zaczął przemierzać taras.

– Kto się będzie tobą opiekował? – spytał. – Kto cię będzie chronił?

Zmarszczyła nos i prychnęła pogardliwie.

– Może nie zauważyłeś, Garrett, ale jestem już dorosła. Nikt nie musi nade mną czuwać.

Nagle stanął mu przed oczami obraz z przeszłości: trzyma marynarkę rozpostartą nad głową Kate i oboje, roześmiani, przemoczeni do nitki, biegną do domu. Mieli wówczas po kilkanaście lat. Czy jeszcze kiedyś tak będzie? Będą się śmiali tak wesoło i beztrosko?

– Każdy, bez względu na wiek, potrzebuje kogoś bliskiego. Kogoś, kto go zawsze będzie wspierał i na kim zawsze będzie mógł polegać – mruknął.

Przez ułamek sekundy, kiedy Kate popatrzyła na pokrytą szarymi płytkami podłogę tarasu, widział ból w jej twarzy.

– Wiem, że mogę na tobie polegać – oznajmiła cicho. W jej głosie pobrzmiewał bezbrzeżny smutek.

Garrett zacisnął zęby. Miał ochotę coś uderzyć, kopnąć z całej siły, bo nagle świat mu się zawalił. Ogarnął go niepokój, złość na samego siebie. Wszystko, co robił, wydawało mu się pozbawione sensu.

Próbował wyobrazić sobie Kate w nowym miejscu, absolutnie samą. Kto jej pomoże rozpakować pudła? Kto wskaże drogę, jeśli się zgubi? Kto będzie przy niej, jeśli się rozchoruje? Albo kiedy nadciągnie burza? Tak strasznie bała się piorunów. Z przerażeniem myślał o facetach na Florydzie, którzy najpierw ją wykorzystają, a potem rzucą. Nie, musi przemówić jej do rozsądku!

– A co z Molly? Zawsze byłyście tak blisko.

– Nadal będziemy, to się nie zmieni. Ale teraz Molly ma Juliana. Zresztą obiecała, że będzie mnie odwiedzać. A ja będę przyjeżdżać z wizytą do niej.

– No a twój biznes?

– Co z nim?

– W ciągu ostatniego roku czy dwóch zyskałaś mnóstwo klientów. Chcesz to wszystko zaprzepaścić?

Wzruszyła ramionami, jakby codziennie rozkręcała nowy biznes. Jakby nie mogła się doczekać, kiedy wyjedzie.

– Od jakiegoś czasu Beth jest moją wspólniczką. Skoro Landon ją poślubił, to znaczy, że doskonale potrafi się wszystkim zająć. Zatrudnimy kilku nowych pracowników, a ja otworzę filię w Miami.

Wzdychając ciężko, zaczął szukać kolejnych argumentów przemawiających za tym, że pomysł wyjazdu jest pozbawiony sensu, ale podejrzewał, że Kate na wszystko ma odpowiedź. Co zrobić, by zmieniła zdanie?

Ponownie się uśmiechnęła, ale jakoś smutno.

– I co? To już wszystkie powody, dlaczego powinnam zostać?

Jej wargi wydawały się dziś czerwieńsze, bardziej nabrzmiałe. Korciło go, by ich dotknąć, zetrzeć szminkę. Wolał je w wersji codziennej, naturalne, bez niczego. Ją również wolał w wersji codziennej, bez makijażu. Lubił jej świeżą twarz, brzoskwiniową cerę, siedem piegów na nosie, miękkie koralowe usta, które…

Poczuł, jak przenika go żar. Kate jest idealna. Gdyby to od niego zależało, niczego by nie zmienił ani w jej wyglądzie, ani w charakterze, ani… Cholera, chybaby zwariował, gdyby wyjechała na Florydę.

Na szczęście nie wyjedzie. On jej nie puści.

– Co mogę zrobić, żebyś zmieniła zdanie? – spytał bardziej samego siebie niż ją.

– Nic.

Zauważył tacę z kieliszkami, która stała nieopodal. Pewnie Kate zmęczyła się roznoszeniem drinków i wyszła na taras, by odpocząć. Skorzystał z okazji. Wziął dwa kieliszki i podał jej jeden.

– Wypijmy za zmianę decyzji – zaproponował.

Prędzej czy później dowie się, przed czym Kate ucieka. Wyeliminuje to, a wtedy ona nie będzie miała powodu przenosić się gdziekolwiek.

Roześmiała się wesoło. Jej dźwięczny śmiech zawsze przyprawiał go o dreszcz.

– Nie mogę. Nie piję, kiedy jestem w pracy.

– A ja powinienem był przestać siedem kieliszków temu…

– Ty możesz, masz dziś urodziny.

– Ty też możesz, pozwalam ci zakończyć pracę. – Ucieszył się, kiedy uległa jego perswazji i przyjęła kieliszek. – Okej, więc piję za to, żebym zdołał cię przekonać do pozostania w Teksasie.

– A ja za to, żeby mi się poszczęściło na Florydzie.

Stuknęli się kieliszkami. Dobrze, pomyślał Garrett, zobaczymy, kto wygra. Był przekonany, że on.

Przysunąwszy do ust kieliszek, Kate z błyskiem w oczach obserwowała Garretta. Miała taką minę, jakby też coś knuła, a przynajmniej jakby wiedziała, co on knuje.

Myśl, co chcesz, Piego. Ale nigdzie nie pojedziesz.

– Nie odpuszczę, Kate. Wiesz o tym, prawda? Będę cię dręczył i nękał, aż mi ustąpisz – ostrzegł.

Pokręciła z uśmiechem głową.

– I ty się dziwisz, że ci nie mówiłam? Masz odpowiedź, mój kochany. Nie chce mi się z tobą kłócić, muszę się pakować, planować swoją przyszłość, pomagać Molly w przygotowaniach do ślubu.

– Zostały nam dwa miesiące. Zobaczymy, kto wygra.

Opróżnił kieliszek, po czym odstawił go na tacę i chwycił następny. Zamyślony wpatrywał się w ciemne drzewa rosnące w ogrodzie. Był zdeterminowany. Nie pozwoli Kate wyjechać. Nie wyobrażał sobie życia bez niej. Odkąd sięgał pamięcią, była obecna na każdej uroczystości, na wszystkich przyjęciach, urodzinach, świętach. Codziennie rano przynosiła mu do gabinetu upieczone przez siebie bułeczki i rogaliki. Oczami wyobraźni widział ją wszędzie.

– Nocujesz dziś tutaj?

Błysk w jej oczach przygasł. Skinęła głową.

– Tak. Eleanor błagała, żebym nie wracała sama w środku nocy. Wiesz dlaczego…

Wiedział. Z powodu tego, co spotkało ich ojców. Zabrali Garretta na koncert rockowy. I obaj zginęli. Na samo wspomnienie zrobiło mu się niedobrze.

Chciał porozmawiać jeszcze o Florydzie, wymusić na Kate obietnicę, że nie wyjedzie, ale za bardzo kręciło mu się w głowie. Opróżnił drugi kieliszek. W sumie wypił stanowczo za dużo jak na jeden wieczór, mądrzej więc było odłożyć dalszą rozmowę na inny dzień.

– No dobrze. Śpij smacznie, Piego. Do zobaczenia rano.

– Garrett…

Odwrócił się. W jej oczach dostrzegł żal.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

– Wiesz, czego najbardziej pragnę – powiedział tak cicho, że pewnie go nawet nie usłyszała.

Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa. Dół jej sukni falował na wietrze, parę kosmyków wysunęło się z koka. Garretta kusiło, by odgarnąć jej włosy z twarzy, objąć w talii, przytulić…

– Czego? – zapytała. – Powiedz, czego?

Nie spuszczał z niej wzroku. Była lekko zdenerwowana, a zarazem jakby podniecona. Przez moment on też czuł zdenerwowanie i podniecenie.

– Ciebie – odparł. To jedno słowo mogłoby na zawsze odmienić ich życie. Widział, jak Kate drżą nozdrza, jak oblizuje wargi, jak krew napływa jej do policzków. Zmusił się jednak, aby dodać: – Chcę, żebyś została, żebyś była tu podczas moich kolejnych urodzin. Żebyś była w pobliżu codziennie, każdego dnia. Tylko tego pragnę, Kate.

„Ciebie… Tylko tego pragnę”. Ogarnięta dziwną melancholią leżała w swoim dawnym łóżku, w swoim dawnym pokoju, w którym nic się nie zmieniło od czasów dzieciństwa. Było jej smutno na myśl, że po raz ostatni śpi w domu Gage’ów, gdzie tylko ściana dzieli ją od sypialni Garretta. Że to ostatnie urodziny, jakie z nim spędza, bo resztę życia spędzi u boku jakiegoś faceta, surfera czy ratownika, którego pozna na Florydzie.

Miała siedem lat, kiedy zginął jej ojciec. Nie winiła Garretta, przynajmniej na początku. Zresztą wtedy, w tych pierwszych dniach, nie wiedziała, że był w to zamieszany. Poinformowano ją, że jej tata i ojciec Garretta zostali zabici, że policja złapała morderców, a ci do końca życia będą siedzieć za kratkami. Kara dożywotniego więzienia wydała jej się łagodna, zważywszy na to, że ona i Garrett stracili ojców. Garrett z braćmi opłakiwali śmierć ojca, a ona z Molly rozpaczały po stracie swojego. Jakiś czas później podsłuchała rozmowę Eleanor Gage z policjantem i wtedy odkryła, co się naprawdę stało. Poczuła się zdradzona, najbardziej przez Garretta.