Gra pozorówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Red Garnier
Gra pozorów

Tłumaczenie:

Anna Sawisz

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Molly Devaney na gwałt potrzebowała supermena. Sama nie dawała sobie rady.

Przez ostatnie dwa tygodnie całymi nocami przewracała się w łóżku z boku na bok, obsesyjnie myśląc o tym, co się stało. Modliła się, wzdychała. Musi coś z tym zrobić. I to jak najszybciej.

Piętnaście nocy piekielnych mąk. A wszystko po to, by dojść do wniosku, że ktoś musi jej pomóc.

Wiedziała kto. Bohater jej marzeń z czasów, gdy ona miała trzy, a on sześć lat. Gdy osierocona Molly i jej siostra Kate zamieszkały w okazałej posiadłości jego rodziców w San Antonio. Julian John Gage.

Okej, facet nie jest święty. Kobieciarz do szpiku kości. Może mieć każdą, kiedy tylko zechce. I korzysta z tego pełnymi – jeśli tak można powiedzieć – garściami.

A ją to czasem boli.

W kwestii podrywów jest niereformowalny. Jako szef PR w „San Antonio Daily”, trudny dla współpracowników. Czupurny brat, krnąbrny syn. Ale dla Molly Julian John Gage był kimś nadzwyczajnym. Najlepszym przyjacielem, niedoścignionym wzorem mężczyzny. Jedyną osobą na świecie, z którą można szczerze porozmawiać i która potrafi jej wytłumaczyć, co powinna zrobić, by zdobyć jego irytująco rzeczowego i przyziemnego starszego brata.

Problem w tym, że moment był chyba nie najlepszy. Wtargnięcie w niedzielny poranek do czyjegoś mieszkania to kiepski pomysł. Czuła jednak, że straciła już za dużo czasu. Chciała się natychmiast przekonać, że Garrett, starszy brat Juliana, ją kocha. Inaczej umrze z rozpaczy.

Niech tylko Julian przestanie się na nią gapić jak na jakieś dziwadło. Robi to od kilku minut. Ściślej od momentu, gdy zwierzyła mu się z problemu i wyjawiła plan. Facet stał skamieniały, jak starożytny posąg w nowoczesnym mieszkaniu.

– Czy ja dobrze rozumiem? – odezwał się w końcu zachrypniętym głosem. – Prosisz mnie o pomoc w uwiedzeniu mojego własnego brata?

– Ja chyba nie użyłam takiego słowa – zwróciła mu uwagę Molly, przerywając na moment nerwowy marsz wokół stolika. – Mówiłam coś o uwiedzeniu?

– A nie mówiłaś? – Julian starał się przypomnieć sobie jej słowa wypowiedziane pięć minut temu.

Westchnęła. Też miała trudności z pamięcią. Gdy ujrzała w otwartych drzwiach żywe uosobienie klasycznego piękna, z nagim torsem, na chwilę zapomniała języka w gębie. Jego spodnie od piżamy były na tyle cienkie, że nie dało się nie zauważyć ciemnego trójkąta biegnącego od pępka w dół i… Czyżby nigdy dotąd nie widziała półnagiego mężczyzny?

Z tym, że Julian nie jest ot takim sobie mężczyzną. Wyglądał jak młodsza kopia Davida Beckhama.

Młodsza i bardziej smakowita. Na szczęście ich wzajemna przyjaźń teoretycznie uodporniła ją na jego wdzięki.

– Może i powiedziałam, nie pamiętam – przyznała pojednawczo i ponowiła wędrówkę po pokoju. – Po prostu zdałam sobie sprawę, że jak nie zrobię czegoś spektakularnego, jakaś dziumdzia gotowa sprzątnąć mi go sprzed nosa. Julian, ja go muszę mieć, a ty jesteś specem od podrywu. Powiedz, co mam robić?

Jego zielone oczy rozbłysły.

– Posłuchaj, Molls. Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć – zaczął mówić, dołączając do niej w nerwowym przemierzaniu pokoju. – Dorastaliśmy razem. Ja i moi bracia pamiętamy, jak chodziłaś z pieluchą w majtkach. Garrett już nigdy nie spojrzy na ciebie inaczej. Dla niego zawsze będziesz maleńką młodszą siostrzyczką.

– Okej, rozumiem, już nigdy nie wyzwolę się z pampersów. Ale mam pewne podstawy, aby sądzić, że Garrett zmienił nastawienie do mnie. Czy naprawdę mówił ci, że wciąż widzi we mnie tylko tamtego bobasa? Julian, ja skończyłam dwadzieścia trzy lata! Miał czas zauważyć, że wyrosłam na bywałą w świecie, seksowną młodą damę.

Z niezłym biustem, który całkiem przyjemnie pieściło się na balu przebierańców, dodała w myślach nie bez dumy.

Julian patrzył na nią z miną, którą z pewnością trudno byłoby określić jako rozemocjonowaną.

– Twoja siostra Kate jest, owszem, młodą damą. Ale ty? – mówił, bezlitośnie taksując wzrokiem hipisowską spódnicę w bohomazy i spraną koszulkę na ramiączkach. Zanurzył palce w jej włosach, których pasemka w słońcu wypłowiały. – Na Boga, Molly, czy ty nie masz lustra? Wyglądasz, jakby cię ktoś przepuścił przez maszynkę.

– Julian! – wykrzyknęła urażona, z trudem łapiąc oddech. – Przyjmij do wiadomości, że za cztery tygodnie otwieram w Nowym Jorku indywidualną wystawę moich prac. Nie mam czasu dbać o wygląd! A poza tym nie masz prawa wytykać mi, jak jestem ubrana, kiedy sam stoisz obok prawie goły i…

Urwała, gdy z głębi mieszkania dobiegł odgłos zamykanych drzwi. Zobaczyła, że ktoś się do nich zbliża i odebrało jej głos. Tym kimś była oczywiście kobieta.

Z sypialni Juliana wyszła najbardziej długonoga i najjaśniejsza chyba na świecie blondynka w szkarłatnych szpilkach, odziana w koszulę Juliana, pod którą nie dało się nie zauważyć imponujących piersi. Dzierżyła pod pachą miniaturową złotą kopertówkę.

No tak, tej to nikt nie przepuścił przez maszynkę…

– Będę już szła – oświadczyła Julianowi zduszonym szeptem. – Zostawiłam ci na poduszce numer telefonu. Miło było cię poznać. Mam nadzieję, że pożyczysz mi tę koszulę. Moja sukienka straciła nieco fason… – Zaśmiała się cichutko.

Julian stał jak zamurowany, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Ona zaś opuściła mieszkanie. Gdy zatrzasnęły się drzwi windy, Molly spojrzała na Juliana.

– Julian! Czy ty naprawdę nie potrafisz odpuścić żadnej babie? Musisz się przespać z każdą?

Wściekła, pchnęła go lekko. On jednak pozostał nieporuszony. Prawdziwy beton.

– Nie rozmawiamy o moim życiu uczuciowym, ale o twoim – zauważył po chwili, chwytając jej dłoń i śmiejąc się. – A mojego brata nie wzrusza twój wizerunek głodującej artystki.

Odepchnęła go i ruszyła korytarzem.

– Daj mi tylko koszulę, a mój pożałowania godny, pozbawiony polotu i seksu wizerunek z pewnością natychmiast cudownie się odmieni! – krzyczała.

– Do licha, Molly, daj spokój! Molls, kochanie. Wracaj. Postaram się lepiej cię zrozumieć, dobrze? Daj mi szansę! Oboje wiemy, że jesteś piękna i możesz mieć gdzieś swój wygląd!

Dogonił ją i zaciągnął z powrotem do salonu. Molly patrzyła na niego i jej gniew stopniowo mijał. Biedak, sam nie wie, co ma z nią zrobić. Na Juliana Johna doprawdy nie sposób się długo złościć.

Wiedziała, że zrobiłby dla niej wszystko, dlatego do niego przyszła. Wiedziała, że nie potraktuje jej jak wrzód na swoim kształtnym tyłku. Tylko przy nim czuła się pewnie i bezpiecznie. No, może jeszcze przy starszej siostrze, która od śmierci rodziców prawie zastępowała jej matkę. Rozpieszczała ją, pomagała w nauce, wychowywała, kochała jak mama i tata razem wzięci.

Fakt, że Julian odegrał w jej życiu podobną jak Kate rolę, wiele mówi o człowieku, który chce na zewnątrz uchodzić tylko za playboya. Którym zresztą – nie da się ukryć – był. Ale dla niej to przede wszystkim przyjaciel.

– Posłuchaj – powiedziała, uwalniając dłoń z uścisku i rumieniąc się na wspomnienie pocałunku, jaki skradł jej Garrett. – Wiem, że trudno ci to zrozumieć, ale bardzo kocham twojego brata i…

– Od kiedy to, do cholery? Oboje wiemy, Molls, że to wkurzający sztywniak.

– Może przedtem taki był, ale teraz jest inny – rzuciła w obronie ukochanego.

– Przedtem? Przed czym?

– Przed tym… zanim… zdałam sobie sprawę…

Że mnie chce. Jak mnie pocałował, dokończyła w myślach. Poczuła ucisk w żołądku. Odsunęła włosy opadające jej na twarz i spróbowała ponownie:

– Nie umiem tego wyjaśnić, ale zaszła w nim przemiana. Czuję, że on mnie też kocha. Julian, nie śmiej się, ja to czuję.

Jakoś nie potrafiła spojrzeć mu w oczy, więc opadła na pobliską skórzaną kanapę. Panującą przez chwilę ciszę przerwał jego śmiech:

– Nigdy w to nie uwierzę!

Molly wstrzymała oddech, gdy zauważyła, że na jego twarzy obok rozbawienia maluje się także szorstkość. Nigdy nie widziała, by Julian się złościł, ale tym razem był naprawdę zły. Okej, mniejsza z tym. Ona musi zdobyć Garretta. I to już.

– Posłuchaj, Julian, jeśli mamy poważnie rozmawiać, prosiłabym cię, żebyś narzucił jakiś T-shirt. Chyba nie rozdałeś wszystkich? Widok męskiego ciała powoduje… no po prostu wzmaga moją chętkę na Garretta – powiedziała.

– Dobrze wiesz, że bratu daleko do mnie – odparł, prężąc muskuły.

– Nie tak znowu.

– Rozłożyłbym go na cztery łopatki w pięć sekund.

– Proooszę cię… Jedyna rzecz, w jakiej jesteś od niego lepszy, to techniki podrywu i obrażania ludzi. Nie zapomnę ci tego, co powiedziałeś o moim wyglądzie.

– A więc nie dotarło do ciebie, że jesteś piękna? To też powiedziałem.

Julian opadł na fotel i przez chwilę oboje milczeli, patrząc w dal.

– Masz rację – odezwał się po chwili, odzyskując energię. – Jestem lepszy w te klocki, niż obaj moi bracia razem wzięci. Z tym, że Landon jest żonaty, więc nie ogląda się za kobietami.

Założył ręce za głowę i wyciągnął się wygodnie.

– Okej, więc zabawmy się trochę kosztem starego Garretta. On zawsze był tak śmiesznie opiekuńczy wobec ciebie i Kate. Miotałby się wściekle jak postać z kreskówek, gdyby się dowiedział, że się z kimś spotykasz. Zwłaszcza z kimś o marnej reputacji. To nie musi być na serio. Wystarczy, jak pozwolisz Garrettowi uwierzyć, że jakiś łajdus świata poza tobą nie widzi. Podrażnij się z nim trochę.

Molly była zachwycona, że Julian podchwycił jej pomysł. Podskoczyła i klasnęła w ręce.

 

– Świetnie! Tylko… czy ja znam kogoś takiego?

– Właśnie na niego patrzysz. – Julian uśmiechnął się, mrużąc groźnie oczy.

Po tych słowach Molly wyglądała na wstrząśniętą, a Julian zaczął się zastanawiać, czy w ogóle powinien był je wypowiedzieć. Co z jego nowym planem?

– Przepraszam, chyba się przesłyszałam. – Drgnęła, ściskając z całych sił skórzaną poduszkę. – Proponujesz, że zostaniesz moim chłopakiem czy jak?

– Coś w tym rodzaju – przyznał z uśmiechem.

Był opanowany i spokojny, ale w mózgu kłębiły mu się myśli, których pewnie kiedyś pożałuje. Na razie sprawiały mu przyjemność.

– Co przez to rozumiesz? – zapytała.

Nie mógł nie zauważyć, jak wspaniale wyglądała. Była zszokowana i zaskoczona, jakby właśnie zdobyła główną wygraną w Lotto.

Dla tych cholernie niebieskich, rozszerzonych zdumieniem oczu mógłby zrobić wszystko. Zdobyć każdy szczyt w najwyższych górach. W życiu nie widział tak pełnego wyrazu, a jednocześnie niewinnego, spojrzenia. Czuł się jak supermen. Nikt, nawet matka, nie obdarzyła go nigdy tak pełnym podziwu i uczucia wejrzeniem, jak teraz Molly.

– Chciałem przez to powiedzieć, że ja z nikim nie „chodzę”, Molly. Ja po prostu miewam kochanki. Z przyjemnością więc poudaję trochę twojego chłopaka.

– Zgrywasz się, Jules – powiedziała i spochmurniała. Siedząc nieruchomo na kanapie, patrzyła na niego badawczo.

Faktycznie, mógłby się z tego śmiać, ale w głębi duszy był śmiertelnie poważny.

– Rzeczywiście, lubię sobie czasem pożartować, ale ciebie traktuję wyjątkowo serio – zapewnił.

– Czyli jesteś gotów udawać zakochanego?

Skinął głową. Z trudem powstrzymywał się, by nie pogłaskać jej po twarzy.

– Źle się stało, Moo, że spotkałaś u mnie tę dziewczynę. To dla mnie bez znaczenia…

Poderwała się na równe nogi, chaotycznie potrząsnęła burzą włosów i turkusowymi koralami. Była jak w transie. Oczy jej błyszczały. Jego propozycja chyba dopiero teraz do niej dotarła w całej rozciągłości.

– A więc Garrett zobaczy nas razem i będzie piekielnie zazdrosny! O tak, Julian, to genialny pomysł! Jak myślisz, po jakim czasie zrozumie, że mnie kocha? Po dwóch dniach? Po tygodniu?

Julian patrzył na nią w milczeniu. Wyglądała na śmiertelnie zakochaną. Czy naprawdę tak jest?

Gdy o tym myślał, czuł się coraz bardziej zakłopotany. Bardzo by chciał, by ktoś mądry powiedział mu, co tu jest grane. Czy to jakiś głupi dowcip? Molly marzy o jego starszym bracie? Naprawdę?

On jest od niej dziesięć lat starszy! A poza tym bracia Gage’owie zostali wychowani w poczuciu, że siostry Devaney są poza ich zasięgiem. Garrett zawsze trzymał się wyznaczonych reguł. Czyżby tym razem je złamał, dając Molly do zrozumienia, że mu się podoba?

Kompletnie zbity z tropu Julian zaczął sobie powoli wszystko porządkować.

A więc Garrett był zawsze nadopiekuńczy w stosunku do sióstr Devaney. Dziewczynki zostały sierotami, gdy ich ojciec, zatrudniany przez Gage’ów ochroniarz, zginął na posterunku. Bronił ojca Juliana przed atakiem uzbrojonych bandytów wynajętych przez meksykańską mafię. Ojciec Juliana ujawnił w wydawanej przez siebie gazecie nazwiska i ciemne sprawki jej przywódców. Jedynym, który wyszedł żywy z tej krwawej łaźni, był towarzyszący ojcu Garrett. Mordercy dostali dożywocie, a on od dwudziestu lat żył w piekle wspomnień, żalu i poczucia winy.

Gdy owdowiała matka przygarnęła osierocone dziewczynki, Garrett czuł się w obowiązku chronić je – szczególnie Molly – nawet przed żartami i docinkami Juliana. Oboje, Molly i Julian, mieli mu to za złe. Uznali Garretta za nieuleczalnego sztywniaka.

Teraz więc trudno było uwierzyć, że Molly mogła nagle zbzikować na jego punkcie.

O co tu chodzi, do cholery?

Julian i Molly byli przyjaciółmi na śmierć i życie. Numery jego telefonów – do pracy, na komórkę i do domu – widniały na pierwszych miejscach w jej notesie. Molly często powtarzała, że od romantycznych uniesień woli przyjaźń, która jest trwalsza niż niejedno współczesne małżeństwo.

Usłyszawszy dziś jej kilkakrotne zapewnienie, że kocha Garretta, Julian uznał, że musi ratować Molly, bo sytuacja wygląda na poważną. Musi dopomóc jej w zrozumieniu, że w istocie wcale nie jest zakochana w Garretcie. Koniec. Kropka.

– Ja myślę, że to nam zajmie jakiś… miesiąc – odpowiedział w końcu, patrząc Molly głęboko w oczy. Jakby starał się wysondować głębię jej rzekomej miłości. Znając jej romantyczny charakter…

Boże, w jej głowie rozbrzmiewa teraz dźwięk weselnych dzwonów. Wygląda na zakochaną po uszy. Kurczę, to mu się nie podoba.

– Myślisz, że on na to pójdzie? – zapytała Molly niepewnym głosem. – Tak trudno go czasem rozszyfrować…

– Molly, żaden normalny facet nie będzie spokojnie patrzył, jak brat ostrzy sobie apetyt na jego ukochaną.

– Naprawdę? Zrobisz to dla mnie? – Molly przywarła do niego i pocałowała w nieogolony policzek. – Jules, dziękuję ci, jesteś cudowny!

Julian zesztywniał zszokowany. Był nagi od pasa w górę i jej uściski spowodowały, że zaczął się dziwnie czuć tu i ówdzie. Ona jest taka ciepła, pachnąca, słodka… A na domiar złego nie przestaje trajkotać z ustami wtulonymi w jego szyję:

– Jestem szczęściarą, że pojawiłeś się w moim życiu, Jules. Nie wiem, jak ci dziękować za wszystko, co dla mnie robisz.

Czy ona mówi to poważnie? Bo jej słowa budziły w nim zgoła potępieńcze myśli. Usiłował sobie nagle przypomnieć imiona wszystkich dotychczasowych kochanek, w porządku alfabetycznym, ale to nie pomagało. Wziął głęboki oddech i, próbując uciec przed jej wzrokiem, mruknął:

– Jeszcze mi nie dziękuj, Molly. Zobaczymy, jak to się uda, dobrze?

– Musi się udać. Jestem pewna, że jeszcze w tym miesiącu będę nosić na palcu pierścionek zaręczynowy.

Przewrócił oczami, wciąż nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

– Jeszcze nie planuj wesela. Pamiętaj, w tym miesiącu chodzisz ze mną. Odwagi, dziewczyno, bo moja rodzina na pewno nie będzie tym zachwycona.

– A to niby dlaczego? – spytała, biorąc się pod boki. – Nie jestem ciebie warta?

– Nie, Molly. To ja nie jestem warty ciebie.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Robisz mnie w konia, paskudniku, wiem o tym.

Julian rozparł się w fotelu obrotowym i usiłował zachować powagę, patrząc, jak brat nerwowo krąży po imponującej sali konferencyjnej na ostatnim piętrze siedziby „San Antonio Daily”. Gage’owie byli wydawcami tego pisma od lat trzydziestych ubiegłego wieku.

– Braciszku, wiem, że jestem od ciebie młodszy. Ale nie zapominaj, że jestem też silniejszy i dam ci to odczuć, jeśli nadal będziesz mnie wkurzał.

– A więc poważnie mówisz, że sypiasz z naszą małą Molls?

– Tego nie powiedziałem. Po prostu się spotykamy, a ona wkrótce się do mnie wprowadzi.

Tego ostatniego nie uzgodnił z Molly, ale uznał za dobry pomysł. Brat poczerwieniał i Julian już wiedział. Trafiony. Garrett posiniał, a potem zbladł.

Julian i Molly ustalili pewne ogólne zasady – nie będą się w tym czasie spotykać z nikim innym, będą sobie publicznie okazywać uczucia i nikomu nie wyjawią, że to tylko gra. Julianowi bardzo to odpowiadało. Nawiasem mówiąc, odpowiadało mu wszystko, co drażni Garretta.

Nie miał nic przeciwko bratu, ale facet był przesadnie honorowy i jakiś taki… czcigodny. Teraz na przykład, gdy najstarszy brat Landon udał się w długą podróż poślubną, Garrett demonstracyjnie okazywał, że dźwiga na swoich barkach ciężar całego świata. No, przynajmniej ciężar prowadzenia rodzinnej firmy.

Bracia bardzo się w zasadzie kochali, ale Julian już od dawna szukał okazji, by trochę odegrać się na Garretcie.

Zemsta jest zawsze słodka. Julian napawał się tą myślą przez całą ostatnią noc. Z satysfakcją przyglądał się więc, jak starszy brat przerywa nagle marsz po pokoju i staje naprzeciw, pytając groźnie:

– A od kiedy to interesujecie się sobą?

– A, jakoś tak niedawno zaczęliśmy świntuszyć w esemesach. O, właśnie do mnie napisała – dodał, z nonszalancją spoglądając na wyświetlacz komórki. – Ta dziewczyna mnie kręci!

Udawał, że odpisuje na dwuznaczny komunikat, choć właśnie pisał po prostu: „Koleś już wie. Zaczyna świrować. Opowiem ci przy kolacji”.

Garrett spojrzał na niego z miną mordercy.

– Kate o tym wie?

– Raczej tak, to w końcu jej siostra. Chyba że jest zbyt zajęta organizacją kolejnej imprezy dla klienta.

Właśnie nadeszła odpowiedź Molly: „Kate i Garrett dobrze się z sobą dogadują”.

„Mam nadzieję, że nie nadepnąłem jej na odcisk?” – odpisał Julian.

„Niestety, kochanie. Uważaj, właśnie wymachuje kuchenną łyżką, może cię zabić”.

Kochana dowcipna Molly. Jasny promyczek w jego życiu.

– O co tu chodzi? – spytał Garrett podminowany.

– A o co ma chodzić?

– O to, że od dwudziestu lat matka, Landon i ja staraliśmy się ci wpoić, że w przypadku Molly Devaney masz trzymać łapy przy sobie. Nie dotarło? Jeśli ją skrzywdzisz, to cię wydziedziczymy.

Julian kiwał głową uspokajająco.

– Dotarło, dotarło. Słyszałem setki razy i teraz też słyszę. – Pochylił się nad stołem konferencyjnym i spojrzał na brata wilkiem. – Ale posłuchaj. Ja. Mam. To. Gdzieś. Dotarło?

Garrettowi dosłownie opadła szczęka. Wstrzymał oddech, można było mieć wrażenie, że za chwilę pęknie. Lub zacznie bębnić we własną pierś, jak Tarzan.

– Porozmawiam z Molly. Wytłumaczę jej, jakie głupstwo ma zamiar popełnić. A jeśli ją skrzywdzisz, Julian, jeśli jej spadnie choć jeden włos z głowy…

Julian jedynie nadludzkim wysiłkiem utrzymał na twarzy maskę spokoju. Wrócił pamięcią do swoich nastoletnich czasów, gdy on i Molly usiłowali się do siebie zbliżyć. I za każdym razem, kiedy ich przyjaźń zmierzała ku bardziej romantycznej formie, rodzina wpadała w panikę. Zaczynały się szantaże emocjonalne, prześladowania, próby oddalenia ich od siebie. Jego nawet kilkakrotnie wysyłano na parę miesięcy za granicę, bo podobno wpatrywał się w Molly w sposób, którego nikt – ani Kate, ani Landon, ani matka – nie aprobował.

Julian udawał, że go to nie obchodzi. A gdy dorósł, uwierzył, że jest playboyem. Wrobiono go w tę rolę, nie dano mu wyboru. Wmówiono, że może mieć każdą kobietę. Poza Kate i Molly.

I z roku na rok ta prosta reguła czyniła jego życie bardziej samotnym i nieszczęśliwym. Czuł się jak pochwycony w klatkę lew, jak spętany byk.

A teraz brat po raz enty każe mu trzymać się z dala od najbliższej kobiety na świecie. Narastał w nim od dawna tłumiony gniew. To jego życie, jego przyszłość. Nikt nie będzie mu dyktował, jak ona ma wyglądać. Niezależnie od tego, co myśli Molly, nikt nie ma prawa ingerować w jego los. Ani w los tej drobnej rudej dziewczyny. Co kogo obchodzi, że nosi się z cygańska, we włosach ma pasemka, a palce często uwalane farbą?

Postanowił wykorzystać okazję, jaką miało być udawanie jej partnera do zbadania swoich prawdziwych uczuć w stosunku do niej. Wstał, powoli podszedł do brata i położył mu rękę na ramieniu.

– Odwal się, Garrett. Nie chcę jej skrzywdzić, ale i ciebie wolałbym nie uszkodzić, więc trzymaj się z dala od nas.

Po czym złapał marynarkę i opuścił redakcję.

– Nie mogę w to uwierzyć, Molly. Wiem, że mnie wkręcasz.

W przepastnej kuchni Devaneyów Kate dekorowała świeżo upieczone ciastka, Molly zaś piłowała paznokcie, nie mogąc opanować podniecenia na myśl, że dziś jest pierwszy wieczór jej „związku” z Julianem. Nie mogła się doczekać miny Garretta, gdy ujrzy ich razem.

– Nie żartuję, przysięgam. Możesz zadzwonić do Juliana i zapytać.

Kate podniosła w górę szpatułkę do nakładania kremu. Ciemnorude włosy miała związane w dość chaotyczny węzeł. W białym kuchennym fartuszku wyglądała tak pięknie i seksownie, że Molly nie potrafiła się na nią gniewać. Kochała siostrę do nieprzytomności.

Kate Devaney była osobą pełną życia. Przez cały dzień kręciła się jak fryga, robiąc rozmaite rzeczy. To tłumaczyło sukces jej cateringowej firmy. Była cudowną kucharką, jak większość osób kochających życie. Wysoka, kobieca, opalona, ufna i radosna. Jedyne, co Molly miała jej za złe, to całkowicie zbędne i nieudolne próby ukrycia bujnego biustu.

– Ty i Julian? Jako para? Nie wierzę. Wszystkie jego dziewczyny są takie…

– Nie kończ, bo cię znienawidzę – warknęła Molly.

– Dobrze, już nic nie mówię. Ale wiesz, co miałam na myśli – powiedziała Kate, pakując ciastka do pojedynczych torebek z celofanu.

 

Molly wstała i zerknęła w lustro na korytarzu. Przypomniała sobie, co wczoraj Julian powiedział o jej wyglądzie.

– Masz rację – przyznała. – One wyglądają inaczej. Są wysokie, zgrabne, seksowne i bywałe.

Ale ja mam to gdzieś, bo nie chodzi mi o Juliana, a o Garretta, dokończyła w myślach. Jej usta ciągle pamiętały ten gorący pocałunek. Zaczerwieniła się i potrząsnęła głową, aby odegnać tamto wspomnienie.

– O Jezu, ty naprawdę się zakochałaś! – zawołała Kate ze śmiechem. – Wiesz, lubię Juliana, ale uważam, że tylko kobieta niespełna rozumu może za niego wyjść. Nie chciałabym, żebyś to ty okazała się tą głupią, Moo.

Molly już omal nie zaczęła zapewniać siostry, że absolutnie nie zamierza zakochiwać się w Julianie Johnie. Nie znała faceta równie nastawionego na zaliczanie jak największej liczby kobiet. W porę przypomniała sobie, że przecież od dziś ma udawać jego dziewczynę. Czy raczej, zgodnie z jego słowami, kochankę. Podziękowała niebiosom za to, że nigdy nie będzie nacięciem numer 1 000 347 na słupku podtrzymującym baldachim łóżka Juliana Johna Gage’a.

– Ale co się właściwie stało? – spytała Kate, unosząc brwi. – Tak nagle, po prostu…?

– Uderzyło mnie, jakim idiotą byłem, nie zauważając, że mała Molly jest wprost stworzona dla mnie – przerwał jej głęboki baryton, na dźwięk którego ramiona Molly pokryły się gęsią skórką.

Julian zamknął za sobą drzwi, a ona zmartwiała na myśl, że znów widzi ją w roboczych ciuchach. Zresztą nieważne. To jest Julian John, nie zależy jej na nim. Niech sobie dalej uważa, że wypadła z miksera. Po co to zmieniać? Chociaż głupio wyglądają jej plamy z farby w zestawieniu z czystym eleganckim garniturem i nonszalancko przekrzywionym krawatem od Gucciego. On jest tak seksownie rozczochrany, chciałoby się go schrupać żywcem. Nie ona, niektóre inne kobiety. No, może nawet wszystkie.

Ona musi zachować zdrowy rozsądek.

– Cokolwiek mówi o mnie Kate, nie wierz jej, Mopey – zwrócił się do niej z łobuzerskim, dobrze jej znanym od dzieciństwa uśmiechem. – To wszystko dlatego, że kiedyś wpadłem jej w oko.

Objął ją w pasie i skłonił swoją jasną głowę. To stało się tak szybko, że mierząca półtora metra wzrostu Molly nawet się nie zorientowała, gdy Julian podniósł ją, okręcił, mocno przytulił do potężnej piersi i dosłownie zmiażdżył jej wargi w pocałunku. Namiętnym i wpawnym.

Och! Oooch!

Niewielka, jeszcze sprawna część jej mózgu nakazywała go odepchnąć. Nikt nie ma teraz prawa jej całować oprócz Garretta. Ale Julian całował tak samo wspaniale jak jego brat. Nawet lepiej, bo bez pośpiechu, nie ukradkiem. No i miał świeży oddech z powodu miętowej pasty do zębów. Nie zionął wińskiem.

Przycisnął wargi do jej ust tak delikatnie, że straciła kontrolę. Była jak zahipnotyzowana. Świat przewrócił się do góry nogami, a ona rozglądała się w poszukiwaniu serca, które ktoś jej właśnie skradł. Pionową postawę utrzymywała jedynie dzięki ufności w siłę Juliana, który w razie upadku na pewno by ją podtrzymał.

Po elektryzującej sekundzie, bo tyle pewnie trwał pocałunek, Julian coś powiedział. To chyba było „cześć”.

– Cześć – wyjąkała w odpowiedzi, kompletnie zamroczona. – Co tu robisz, J.J.?

Patrzyła na jego wargi. Co w nich jest, że czuje się tak wspaniale?

– Nic takiego, bułeczko z dyni – odrzekł, pakując sobie do ust ciasteczko. – Po prostu sprawdzam, co u mojej dziewczyny. Zapłacisz mi za to „J.J.”, Molls – szepnął jej do ucha, klepiąc ją w tyłeczek. Nie lubił tego swojego dziecięcego przezwiska.

– J.J.? – Kate odwróciła się do nich, dzierżąc szpatułkę niczym miecz. – Myślałam, że nie lubisz tej ksywki.

– To prawda, nie lubię. Ale mała Molly może mnie tak nazywać. Oczywiście tylko wtedy, kiedy ma ochotę na niewinnego klapsa.

Cała radość Molly ze słodkiej zemsty wyparowała.

Zaczerwieniła się. Było jej wstyd. Siostra będzie ją teraz uważać za miłośniczkę tandetnej perwersji.

– Kochanie, jest dopiero popołudnie. Nie dałeś mi szansy, żebym się wyszykowała na spotkanie z tobą. Nie każdej z nas przychodzi to ot, tak. – Posłała mu zza pleców Kate spojrzenie, które mogłoby zabić. – Teraz musisz trochę na mnie zaczekać. Dotrzymaj towarzystwa Kate i jej szpatułce.

– Mam lepszy pomysł, bułeczko. Pomogę ci się ubierać. Co ty na to, hm?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, poszedł za nią do sypialni, zostawiając oniemiałą Kate pośrodku kuchni.

– Przestań nazywać mnie bułeczką – syknęła Molly.

– To ty zaczęłaś. Po co ci było to J.J.? Wiesz, że tego nie znoszę.

– A ty nie całuj mnie bez ostrzeżenia, jak przed chwilą!

– Ostrzegam, jeśli jeszcze raz powiesz do mnie J.J., natychmiast cię pocałuję. Z języczkiem! A może tego właśnie chcesz?

Gapiła się na niego, błagając los, by te motyle w jej brzuchu nieco się uspokoiły. Nie potrafiła nie pomyśleć o tym, co Julian robi językiem tym wszystkim kobietom…

– Czy to jasne, Molls? – zapytał, dwoma palcami odwracając jej głowę tak, by musiała na niego spojrzeć.

Spojrzała, ale wyłącznie na jego wargi, i pokiwała głową na znak zgody. Z trudem powstrzymała się, by nie odpowiedzieć: Tak, J.J.

Jęknęła i odepchnęła go.

– Ale dlaczego powiedziałeś przy niej o tych klapsach? – poskarżyła się, pocierając skronie.

– Bo czasami odnoszę wrażenie, że ich pragniesz. – Trzepnął ją lekko w pośladek, po czym zmienił temat. – Powiedziałem twojemu ukochanemu, że się do mnie wprowadzasz. Co ty na to, mój mały Picasso?

– Był zazdrosny.

– Chciał walić głową w ścianę. – Julian uśmiechnął się złośliwie.

– No to świetnie – odparła Molly, otwierając szufladę z bielizną.