Szklane skrzydłaTekst

Autor:Gina Holmes
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

A je­śli na­pad­nie ich je­den,

to dwóch prze­ciw­ko nie­mu sta­nie;

a po­wróz po­trój­ny nie­ła­two się ze­rwie.

Księ­ga Ko­he­le­ta 4,12

To, co lar­wa uwa­ża za ko­niec świa­ta,

mistrz na­zywa mo­tylem.

Ri­chard Bach

Dla Mamy i Chris­sy


pro­log

Za­wsze mó­wił, że je­śli odej­dę, za­bi­je mnie, ale są gor­sze rze­czy od śmier­ci. Nie wie­dzia­łam o tym, do­pó­ki nie spo­tka­łam Tren­ta Tay­lo­ra i nie wy­szłam za nie­go za mąż. Rany i si­nia­ki nie prze­szka­dza­ły mi tak bar­dzo, jak znie­wa­gi i oskar­że­nia. Kto­kol­wiek po­wie­dział: „Kije i ka­mie­nie mogą po­ła­mać mi ko­ści, ale sło­wa mnie nie zra­nią”, pew­nie nig­dy nie do­świad­czył ję­zyka, któ­ry do­brze wie, jak ciąć.

Mam na­dzie­ję, że nig­dy nie po­znasz tego ro­dza­ju cier­pie­nia, synu. Ale przede wszyst­kim mam na­dzie­ję, że nig­dy nie bę­dziesz jego przy­czyną. Jak mógł­byś? Masz ta­kie do­bre ser­ce! Mój słod­ki Em­ma­nue­lu!

Z pew­no­ścią do tej pory już ci wspo­mnia­łam, co ozna­cza two­je imię – „Bóg z nami”. Po­nie­waż był z nami, Man­ny. Po­nie­waż jest. Na­wet je­śli jesz­cze nie zda­jesz so­bie spra­wy, ja­kie to szczę­ście mieć ta­kie wspa­nia­łe imię. Ja swo­je­go nie­na­wi­dzi­łam – Pen­ny, bo do­kład­nie tyle czułam się war­ta przez więk­szość mo­je­go życia1. Ale Bóg po­służył się tobą, aby to wszyst­ko zmie­nić.

Za­nim za­cznę tę hi­sto­rię, waż­ne jest, abyś wie­dział, że nie chcę, że­byś znie­na­wi­dził swo­je­go ojca. Jest tyl­ko czło­wie­kiem – upa­dłym, jak my wszyscy. Ale wiem, że po­ja­wią się pyta­nia o nie­go, dla­te­go po­sta­no­wi­łam, że kie­dy bę­dziesz już wy­star­cza­ją­co duży, po­dzie­lę się z tobą wszyst­kim, co wiem. Ten dzień jesz­cze nie nad­szedł – bo do­pie­ro za­czynasz mó­wić! – ale le­piej za­brać się za pi­sa­nie, kie­dy wszyst­ko jest jesz­cze świe­że w pa­mię­ci. Cho­ciaż wiem, że nie­któ­rych rze­czy nig­dy nie da się za­po­mnieć.

Lek­tura tego nie bę­dzie ła­twa, ale, pro­szę, nie zmu­szaj się, je­śli po­czujesz, że to dla cie­bie zbyt wie­le. Nie na­le­żę do tych lu­dzi, któ­rzy są prze­ko­na­ni, że wszel­kie praw­dy mu­szą zo­stać wy­po­wie­dzia­ne. Je­śli jed­nak bę­dziesz chciał czy mu­siał wie­dzieć, wo­la­ła­bym, że­byś usłyszał całą hi­sto­rię ode mnie, niż zbie­rał ka­wał­ki ukła­dan­ki od in­nych, nie bę­dąc w sta­nie po­łą­czyć ich w praw­dzi­wą ca­łość.

Poza tym two­ja bab­cia daw­no temu po­wie­dzia­ła mi, że naj­lep­szym spo­so­bem na to, aby nie po­wta­rzać hi­sto­rii, jest ją po­znać. Z tym akurat bym się zgo­dzi­ła.

1 Pen­ny to za­rów­no imię, jak i an­giel­ska mo­ne­ta o naj­niż­szej war­to­ści, jed­no­pen­sów­ka, gro­sik.

je­den

Trent Tay­lor wkro­czył w moje życie w za­kurzo­nych bu­tach ro­bo­czych, wy­bla­kłych błę­kit­nych dżin­sach i w au­rze, któ­ra nie po­zwa­la­ła ode­rwać od nie­go oczu.

La­tem 1999 roku mie­li­śmy re­kor­do­we zbio­ry, więc tata mógł so­bie po­zwo­lić na wy­na­ję­cie ko­goś do po­mo­cy. Wszyscy cie­szyli­śmy się, że w kie­sze­niach zo­sta­ło tro­chę pie­nię­dzy i mamy do­dat­ko­wą parę rąk do pra­cy, więc nie za­glą­da­li­śmy da­ro­wa­ne­mu ko­nio­wi w zęby. Była to hi­sto­ria po­dob­na do tej z woj­ny tro­jań­skiej. Wszyscy po­zwo­li­li­śmy mu wejść w na­sze życie, bez wcze­śniej­sze­go spraw­dze­nia, co ma w środ­ku.

Wy­da­je się sur­re­ali­stycz­ne myśleć, że je­śli nie spa­dło­by do­sta­tecz­nie dużo desz­czu i ceny ty­to­niu nie wzro­sły ze wzglę­du na za­ra­zę, któ­ra praw­do­po­dob­nie za­ata­ko­wa­ła wszyst­kie far­my poza na­szą, nie mo­gli­byśmy so­bie po­zwo­lić na wy­na­ję­cie Tren­ta. Jak wie­le oszczę­dzo­no by mi bólu… ale wte­dy nie mia­ła­bym cie­bie, Man­ny. Prze­szła­bym przez to wszyst­ko ty­siąc razy, żeby tyl­ko cię mieć.

Był póź­ny sier­pień, par­ny i wil­got­ny. De­li­kat­ny po­wiew wia­tru przy­wiał do mnie za­pach pie­cze­ni, któ­rą mama ro­bi­ła co czwar­tek, bo tata tak chciał. Nasz kot, Sey­mo­ur, go­nił po po­dwór­ku kur­cza­ki. Uwiel­biał ter­ro­ryzo­wać te bied­ne pta­ki. Ja jak zwykle krzycza­łam na nie­go, ale nie zwra­cał na mnie uwa­gi – na ni­ko­go poza tatą.

Aż do tego po­po­łu­dnia nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam, żeby kur­cza­ki ro­bi­ły coś in­ne­go niż ucie­ka­nie przed zło­śli­wym, sta­rym Sey­mo­urem. Ale tego dnia naj­mniej­szy z nich od­wró­cił się i dziob­nął go pro­sto mię­dzy oczy. Nadal nie je­stem w sta­nie po­wstrzymać się od śmie­chu, kie­dy przy­po­mnę so­bie, jak ko­cur gło­śno wrza­snął zdzi­wio­ny i prze­frunął w po­wie­trzu trzy me­try w tył, naj­pierw uno­sząc ogon, jak­by sam Bóg za nie­go zła­pał i za­raz pu­ścił.

Kie­dy Sey­mo­ur wy­lą­do­wał na zie­mi, a kur­cza­ki wró­ci­ły do dzio­ba­nia w pia­chu, wró­ci­łam do pra­cy. Po­chyli­łam się nad ko­szem z pra­niem, trzyma­jąc kla­mer­ki w ustach i nucąc so­bie coś pod no­sem.

Mimo że mie­li­śmy su­szar­kę do ubrań, twój dzia­dek rzad­ko po­zwa­lał ma­mie lub mnie jej używać. Nie wi­dział sen­su w mar­no­wa­niu pie­nię­dzy na prąd, kie­dy słoń­ce i wiatr mogą wy­ko­nać tę pra­cę za dar­mo. Sama za­pła­ci­ła­bym za to te parę gro­szy, ale w go­spo­dar­stwie mo­je­go ojca ko­bie­ty mia­ło być wi­dać, jak pra­cu­ją, a nie słychać, jak na­rze­ka­ją.

Schyli­łam się, aby przy­piąć bok­ser­ki taty, sta­ra­jąc się nie tknąć ni­cze­go, poza naj­wyżej skraw­kiem gór­ne­go pa­ska, kie­dy po­czułam z tyłu, przy uchu cie­pły od­dech i szorst­ką dłoń na mo­jej dło­ni. Sta­łam jak spa­ra­li­żo­wa­na i tyl­ko ga­pi­łam się na wprost, przed sie­bie, na piasz­czystą dro­gę pro­wa­dzą­cą do na­sze­go domu. Wstrzyma­łam od­dech, czując pul­sują­cą w skro­niach krew.

Trent mu­siał wziąć mój brak pro­te­stu za za­chę­tę, po­nie­waż jego druga ręka ob­ję­ła mnie cia­sno w ta­lii i szarp­nę­ła do tyłu, przy­cią­ga­jąc do nie­go. Wy­szep­tał mi do ucha gło­sem szorst­kim jak pa­pier ścier­ny i mięk­kim jak słod­ki krem: – Ostat­ni raz wi­dzę, jak moja ko­bie­ta do­tyka bie­li­zny in­ne­go męż­czyzny.

Le­d­wo mo­głam od­dychać. W wie­ku sie­dem­na­stu lat nig­dy nie byłam do­tyka­na przez męż­czyznę z wy­jąt­kiem cią­gnię­cia za war­kocz, kie­dy byłam nie­po­słusz­na. Nig­dy na­wet nie trzyma­łam chło­pa­ka za rękę, a to był męż­czyzna, do­ro­sły męż­czyzna, któ­ry otwar­cie ro­ścił so­bie do mnie pra­wo. W tej sa­mej chwi­li otwar­ły się ze skrzypie­niem siat­ko­we drzwi na gan­ku i roz­le­gły cięż­kie kro­ki two­je­go dziad­ka.

Wte­dy Trent się cof­nął, ale w koń­cu ze­brał się na od­wa­gę, od­wró­cił się i spoj­rzał mu w oczy. Był wte­dy u nas już od paru ty­god­ni i wi­dzia­łam go wie­le razy, ale do­pie­ro te­raz za­uwa­żyłam jego kurze łap­ki, któ­re spra­wia­ły, że wy­glą­dał, jak­by cią­gle mrużył oczy przed słoń­cem, czy małą szra­mę prze­ci­na­ją­cą peł­ną dol­ną war­gę. Jego dłuż­sze wło­sy mia­ły ciem­niej­szy od­cień niż mój myszo­wa­ty blond, i było coś w kształ­cie jego nosa, co przy­wo­dzi­ło na myśl sy­me­trycz­ne skrzydła sa­mo­lo­tu. Pew­nie lu­dzie mo­gli wte­dy po­wie­dzieć wie­le rze­czy o two­im ojcu, ale nikt nie mógł za­prze­czyć, że był przy­stoj­nym męż­czyzną.

– Co tam ro­bisz? – Tata stał na gan­ku, opie­ra­jąc się o ko­lum­nę, trzyma­jąc w dło­ni szklan­kę wody, któ­ra po­ci­ła się tak samo jak on.

Pod­nio­słam ko­szyk z pra­niem, opróż­nio­ny je­dynie do po­ło­wy, za­mie­rza­jąc ruszyć do środ­ka, ale nie zro­bi­łam na­wet kro­ku, bo znów po­czułam szorst­ką dłoń Tren­ta za­ci­ska­ją­cą się moc­no wo­kół ta­lii.

– Mam prze­rwę. – Ode­zwał się do ojca, ale nie od­rywał oczu ode mnie. Prze­wier­cał mnie wzro­kiem na wy­lot, uśmie­cha­jąc się wy­zywa­ją­co. Po­znam to szcze­rze­nie zę­bów kota z Che­shi­re2 na­praw­dę do­brze przez lata, któ­re mia­ły na­dejść. Po­ja­wia­ło się, kie­dy wie­dział, że wy­gra albo jest bli­ski wy­gra­nej. Za­sta­na­wiam się, co ta­kie­go wte­dy do­strzegł, że mnie pu­ścił.

– Le­piej wróć już do pra­cy. – Głos taty był gło­śny jak grzmot pio­runa, aż za­drża­łam.

Uśmiech Tren­ta stał się tyl­ko szer­szy. – Nie bądź taki groź­ny dla swo­je­go przy­szłe­go zię­cia. – Te­raz mie­rzył mnie wzro­kiem jak­by pa­trzył na stek, któ­ry za­mie­rza po­kro­ić na ka­wał­ki.

Jego świ­drują­ce oczy przy­pra­wia­ły mnie o dreszcz, ja­kie­go wcze­śniej nie zna­łam.

Tata ci­snął szklan­ką o ba­lu­stra­dę gan­ku. – Czy ty mnie słyszysz, chłop­cze? Nie będę ci dwa razy po­wta­rzał.

Trent pod­niósł ręce, jak­by zo­stał aresz­to­wa­ny. – Spo­koj­nie, czło­wie­ku! Tyl­ko z nią roz­ma­wiam.

Głę­bo­ko w ser­cu po­czułam się jak mo­tyl zła­pa­ny w sło­ik. Nikt nig­dy nie roz­ma­wiał z moim oj­cem w ten spo­sób.

Jaką byłam idiot­ką, są­dząc, że zuchwa­łość Tren­ta wy­ni­ka­ła z tego, że był mną tak bar­dzo za­uro­czo­ny. W swo­ich myślach byłam księż­nicz­ką, tata smo­kiem, a Trent oczywi­ście ryce­rzem, któ­ry przy­szedł uwol­nić mnie z wie­ży.

Pod ob­strza­łem nadal w nas utkwio­ne­go wzro­ku taty Trent wy­szep­tał, że je­stem naj­pięk­niej­szą rze­czą, jaką wi­dzia­ły jego oczy. Wy­krzywi­łam usta, jak­by był sza­leń­cem, ale w środ­ku byłam już za­ła­twio­na. Nig­dy ża­den męż­czyzna na­wet mi nie po­wie­dział, że je­stem ład­na.

Zła­pa­łam przy­nę­tę. Pierw­sze za­rzuce­nie węd­ki i zo­sta­łam zło­wio­na, łyka­jąc z ra­do­ścią jego sło­wa, gdy tym­cza­sem ha­czyk co­raz moc­niej za­głę­biał się w moim cie­le.

 

Kie­dy twarz ojca przy­bra­ła od­cień pur­pury i za­czął iść scho­da­mi w dół, Trent udał, że uno­si ka­pe­lusz, któ­re­go nie miał i po­chylił się nade mną, aby wy­szep­tać, że bę­dzie cze­kał na mnie o pół­no­cy przy młynie i le­piej, żeby jego ko­bie­ta tam była. Ko­bie­ta, po­wta­rza­łam w myślach, roz­ko­szując się dźwię­kiem tego sło­wa. Omo­tał mnie tam­tej nocy, a pod ko­niec ty­god­nia zgo­dzi­łam się z nim uciec.

Za na­mo­wą Tren­ta zo­sta­wi­łam ro­dzi­com list, pro­sząc, żeby mnie nie szuka­li.

Po­mi­mo mo­ich obaw – prze­mie­sza­nych jed­nak z na­dzie­ją – ro­dzi­ce nig­dy nie za­puka­li do mo­ich drzwi, aby mnie od­zyskać. Nikt nie za­pukał.

2 Kot z Che­shi­re – jed­na z po­sta­ci w po­wie­ści Ali­cja w Kra­inie Cza­rów Le­wi­sa Ca­rol­la, zwie­rzę, któ­re cią­gle ta­jem­ni­czo się uśmie­cha.

dwa

Ni­cze­go nie chcia­łam tak bar­dzo, jak cie­bie, Man­ny. Oczywi­ście nie wie­dzia­łam, że to bę­dziesz ty. Dla mnie mo­głeś być małą dziew­czyn­ką, parą bliź­nia­ków czy el­fem z dwo­ma gło­wa­mi. Chcia­łam tyl­ko ko­goś, kto by mnie ko­chał bez wzglę­du na to, czy przy­pa­lę cia­sto, czy nie, czy po­ście­lę łóż­ko, czy nie. Po pro­stu chcia­łam być ko­cha­na taka, jaka je­stem.

Myśla­łam, że twój oj­ciec nie mógł mi dać bez­wa­run­ko­wej mi­ło­ści, któ­rej pra­gnę­łam, po­nie­waż w ja­kiś spo­sób byłam wa­dli­wa, ale te­raz wiem, że pro­ble­mem był on. Mi­łość to nie re­jestr krzywd, ale Trent był mi­strzem ewi­den­cji. Je­śli byłam spóź­nio­na z ko­la­cją, do­pil­no­wał, że­bym za to od­po­kuto­wa­ła. Byłam prze­ko­na­na, że mnie nie­na­wi­dzi, bo nie da­łam mu dziec­ka, i je­śli tyl­ko była­bym w sta­nie to zro­bić, na­sze życie było­by dużo lep­sze. Nie mu­sisz mi mó­wić, jak błęd­ne było moje ro­zu­mo­wa­nie.

Któ­re­goś dnia do­pa­dła mnie myśl, że pró­bo­wa­li­śmy zajść w cią­żę od po­nad dzie­się­ciu lat. Uświa­do­mie­nie tego było ta­kim cio­sem, że za­czę­łam pła­kać i pła­ka­łam tak dłu­go, aż po­czułam się zupeł­nie wy­czer­pa­na.

Po wy­pła­ka­niu wszyst­kich łez zwi­nę­łam się w kłę­bek na pod­ło­dze i bła­ga­łam Boga, żeby wy­cią­gnął mnie z tego nie­szczę­ścia.

– Pen­ny, wstań z pod­ło­gi. Przez te two­je pła­cze są­sie­dzi po­myślą, że cię tu mor­du­ję.

Czułam zim­no płytek na po­licz­ku, a wzór jed­nej z nich od­ci­snął się na mo­jej skó­rze. Usia­dłam i pa­trzyłam na nie­go. Nie był dużo wyż­szy, kie­dy sta­li­śmy obok sie­bie, ale z każ­dym ro­kiem wy­da­wał się co­raz więk­szy. Wte­dy czułam się jak Ca­li­necz­ka.

Chrząk­nął. – Je­śli po­ło­wę cza­su, któ­ry mar­nujesz, za­mar­twia­jąc się, że nie masz ja­kie­goś be­czą­ce­go siu­śmajt­ka, prze­zna­czyła­byś na to, żeby być do­brą żoną, może nie wstydził­bym się za­pro­sić zna­jo­mych do tej dziu­ry.

Jego sło­wa cię­ły głę­bo­ko. Może dla­te­go, że były praw­dzi­we? W na­szym ma­łym, po­krytym papą domu za­pa­no­wał ostat­nio lek­ki ba­ła­gan. Wte­dy o tym nie wie­dzia­łam, ale te­raz wy­da­je się to ja­sne jak słoń­ce, że cier­pia­łam na po­waż­ną de­pre­sję. Opusz­czo­ne ro­le­ty nie wpusz­cza­ły świa­tła, a za­mknię­te okna po­wie­trza. Prze­sta­łam zrywać kwia­ty i usta­wiać je w domu. Prze­sta­łam ro­bić pra­wie wszyst­ko, poza nie­zbęd­nym mi­ni­mum, ja­kim było przy­go­to­wywa­nie ko­la­cji, pra­nie i mycie na­czyń.

– Prze­pra­szam, Trent – od­po­wie­dzia­łam zła­ma­nym gło­sem.

Wy­krzywił twarz. – Prze… prze­pra­szam, Trent. – Po­wta­rzał, prze­drzeź­nia­jąc mnie. – Ja tyl­ko tak bar­dzo pra­gnę dziec­ka. Wte­dy jesz­cze bar­dziej będę mo­gła cię za­nie­dbywać. – Strzep­nął na mnie po­piół z pa­pie­ro­sa, któ­re­go pa­lił. Po­ma­rań­czo­wy żar ukłuł moją skó­rę, aż pod­sko­czyłam.

Spoj­rza­łam na rękę. Mały czer­wo­ny pół­księ­życ po­ja­wił się tuż po­ni­żej żół­ta­we­go si­nia­ka. Po­li­za­łam środ­ko­wy pa­lec i przy­ło­żyłam do ran­ki, aby śli­na mo­gła ją schło­dzić. – Daw­niej mó­wi­łeś, że też chciał­byś mieć syna. – Oj­ciec Tren­ta za­nie­dbywał go w okrut­ny spo­sób i kie­dy byli­śmy jesz­cze młod­si i le­piej się mię­dzy nami ukła­da­ło, mój mąż wy­znał mi, że jego naj­więk­szym pra­gnie­niem jest na­pra­wić sto­sun­ki z oj­cem i po­ka­zać mu, co to zna­czy być praw­dzi­wym tatą.

– Je­śli życze­nia byłyby pen­sa­mi3, miał­bym wię­cej le­ni­wych ko­biet, niż był­bym w sta­nie wy­kar­mić.

Nie­na­wi­dzi­łam go, kie­dy drwił z mo­je­go imie­nia, ale z pew­no­ścią wła­śnie dla­te­go to ro­bił. – Je­śli je­stem taka strasz­na, dla­cze­go się ze mną oże­ni­łeś?

Za­czął cmo­kać i pra­wie byłam pew­na, że na­plu­je na mnie, ale za­miast tego wy­cią­gnął rękę i po­dał mi, że­bym wsta­ła. Nie mia­łam po­wo­du, żeby mu ufać, więc ba­lan­so­wa­łam swo­im cia­łem w taki spo­sób, że je­śli­by mnie pu­ścił, nie upa­dła­bym. Ale nie zro­bił tego. Cią­gnął mnie, aż sta­nę­łam na nogi, a po­tem przy­sunął do sie­bie.

– Pen­ny, nie chcę, że­byś się aż tak de­ner­wo­wa­ła tym, czy mamy dziec­ko, czy nie. Pew­nie, że faj­nie było­by mieć syna, ale je­dyną oso­bą, któ­rej po­trze­bu­ję w życiu, je­steś ty. – Po­gła­dził mnie po ple­cach.

I kie­dy wszyst­ko wy­glą­da­ło na to, że mu na­praw­dę na mnie za­le­ży, za­czął znów ob­rzu­cać mnie obe­lga­mi. Wtrą­ci­łam coś, ale on uznał to za brak sza­cun­ku i za­nim zdą­żyłam się zo­rien­to­wać, jego pięść trza­snę­ła o moją skroń.

Błyska­ją­ce świa­tła roz­błysły w po­ko­ju, a ja upa­dłam na ko­la­na. W uszach dźwię­cza­ło mi tak gło­śno, że nie słysza­łam, co do mnie mówi. Po­wo­li jego syl­wet­ka i sło­wa znów na­bie­ra­ły ostro­ści.

Jego gór­na war­ga od­sło­ni­ła zęby. – Na­stęp­nym ra­zem, kie­dy będę się sta­rał za­ofe­ro­wać ci nie­co kon­struk­tyw­nej krytyki, nie waż się pysko­wać. Masz mi po­dzię­ko­wać, ro­zu­miesz? Je­stem two­im mę­żem i mu­szę o cie­bie dbać. Je­śli ja ci nie po­wiem praw­dy, kto to zro­bi?

Praw­da. Zupeł­nie już nie wie­dzia­łam, co to sło­wo zna­czy.

Trzyma­łam się za gło­wę, czując, jak struż­ka krwi wije się, spływa­jąc po twa­rzy do ust. Przez dłuż­szą chwi­lę klę­cza­łam na pod­ło­dze, słucha­jąc, jak krzyczy, że­bym wsta­ła. Kop­nął mnie raz, bez prze­ko­na­nia, ale nie mo­głam na­wet drgnąć. Byłam w in­nym miej­scu i cza­sie. Byłam znów Księż­nicz­ką Pen­ny ze swo­je­go dzie­ciń­stwa, wo­ła­ją­cą, żeby ktoś mnie ura­to­wał.

Bóg usłyszał, Man­ny. Za­wsze słyszy.

***

Na­stęp­ne­go ran­ka wsta­łam wcze­śniej, jak to ro­bi­łam każ­de­go dnia, i przy­go­to­wa­łam two­je­mu ta­cie jaj­ka. Z jed­nym kę­sem były zbyt mięk­kie, przy na­stęp­nym zbyt twar­de. Prze­pra­sza­łam, że nie je­stem do­brą kuchar­ką, lep­szą go­spo­dynią, lep­szą… mo­żesz wy­mie­nić, co chcesz.

Wło­żył tył ko­szuli do swo­ich ro­bo­czych spodni i zgar­nął z bla­tu pudeł­ko z lun­chem, któ­ry dla nie­go przy­go­to­wa­łam. Po­da­łam mu ter­mos z kawą, za­sta­na­wia­jąc się, co by się sta­ło, gdybym pew­ne­go dnia za­po­mnia­ła go za­krę­cić. Czy moc­no by się po­pa­rzył? Wszel­ki umysł pod­daj w po­słuszeń­stwo, po­wta­rza­łam so­bie w du­chu, kie­dy szedł w moim kie­run­ku. Cof­nę­łam się, nie wie­dząc, czy za­mie­rza mnie po­ca­ło­wać, czy ude­rzyć. Tego ran­ka mia­łam szczę­ście.

Jego cięż­kie buty ro­bo­cze do­da­ły mu parę cen­tyme­trów, więc mu­sia­łam sta­nąć na pal­cach, aby go do­się­gnąć. Kie­dy do­tknę­łam już jego roz­chylo­nych ust, chrząk­nął, jak­bym po­wie­dzia­ła coś, z czymś się nie zga­dza.

Kie­dy wy­szedł, po­de­szłam do okna, czując się kom­plet­nie wy­czer­pa­na. Był to ro­dzaj zmę­cze­nia, któ­ry prze­ni­ka do szpi­ku ko­ści i spra­wia, że cia­ło sta­je się jak z oło­wiu. Je­dyne, co byłam w sta­nie zro­bić, to mieć otwar­te oczy i pa­trzeć, jak nasz za­rdze­wia­ły sa­mo­chód wy­jeż­dża sprzed domu i z pi­skiem opon wcho­dzi w za­kręt.

Kie­dy już od­je­chał, za­uwa­żyłam pla­my ke­czupu i kto wie cze­go jesz­cze, roz­le­wa­ją­ce się struga­mi po nie­gdyś bia­łej, a te­raz po­żół­kłej od pa­pie­ro­sów far­bie. Prze­sunę­łam opusz­ka­mi pal­ców po szorst­kiej ścia­nie w sa­lo­nie, przy­po­mi­na­jąc so­bie obiet­ni­ce Tren­ta, że po­ma­lu­je go na jaki tyl­ko ko­lor będę chcia­ła. Przez lata jego mar­twe obiet­ni­ce za­czyna­ły two­rzyć dłu­gi rząd, ni­czym sa­mo­cho­dy w ża­łob­nym or­sza­ku.

Dłu­go tak sta­łam z dło­nią przy­ło­żo­ną do od­pa­da­ją­cej far­by. Wie­dzia­łam, że po­win­nam wziąć gąb­kę i wy­czy­ścić przy­najm­niej ten naj­gor­szy brud. Po­win­nam wy­czy­ścić wie­le rze­czy. Ale na­wet je­śli dom był­by ide­al­nie wy­sprzą­ta­ny, i tak Trent zna­la­zł­by coś, na co mógł­by na­rze­kać, coś, cze­go nie była­by w sta­nie za­ła­twić na­wet bu­tel­ka Win­dek­su.

Już mia­łam wra­cać do sy­pial­ni, kie­dy ktoś za­pukał do tyl­nych drzwi. Nie mia­łam przy­ja­ciół, a moja ro­dzi­na była pięć­set ki­lo­me­trów stąd. Miesz­ka­li­śmy tro­chę na ubo­czu i na na­szej uli­cy mie­li­śmy za­le­d­wie dwóch są­sia­dów, któ­rzy obaj ra­czej trzyma­li się od Tren­ta z da­le­ka, więc nie mia­łam po­ję­cia, kto to może być.

Spoj­rza­łam przez otwar­te okno w kuch­ni z roz­dar­tą siat­ką i zo­ba­czyłam ko­bie­tę, któ­ra wy­da­ła mi się zna­jo­ma. Kil­ka se­kund za­ję­ło mi sko­ja­rze­nie jej z oso­bą, któ­ra przy­nio­sła dla mnie cia­sto, kie­dy pierw­szy i ostat­ni raz wy­bra­łam się do ko­ścio­ła Shec­kle Bap­tist, oko­ło sze­ściu mie­się­cy temu.

Trent i jego kum­ple zje­dli póź­niej to cia­sto pod­czas jed­nej z al­ko­ho­lo­wych li­ba­cji. Ob­li­zując po­ma­rań­czo­wy lu­kier z pal­ców, po­wie­dział wte­dy, że lu­dzie cho­dzą­cy do ko­ścio­ła to ban­da za­kła­ma­nych smu­ta­sów, któ­rzy żyją w je­den spo­sób i ocze­kują, że resz­ta się do nich do­sto­suje. Nie wró­ci­łam do ko­ścio­ła, ale Bi­blia, któ­rą od niej do­sta­łam i któ­ra mia­ła za­stą­pić eg­zem­plarz za­gi­nio­ny pod­czas pi­jac­kich ty­rad two­je­go ojca, nadal le­ża­ła pod łóż­kiem.

– Daw­no się nie wi­dzia­łyśmy. – Ode­zwa­ła się ko­bie­ta z Ko­ścio­ła. W słoń­cu jej wło­sy lśni­ły jak je­dwa­bi­sty łan zbo­ża i tak samo ład­nie się ukła­da­ły. W ką­ci­kach oczu mia­ła cie­niut­kie zmarszcz­ki, ale resz­ta twa­rzy była gład­ka, co spra­wia­ło, że trud­no było od­gad­nąć jej wiek.

– No tak, daw­no. – Zgo­dzi­łam się. W żad­nym ra­zie nie mog­łam za­pro­sić jej do środ­ka, ma­jąc w miesz­ka­niu taki ba­ła­gan. Poza tym nie mia­łam na to ocho­ty.

Jak­by czyta­ła w mo­ich myślach, przy­ło­żyła wierzch dło­ni do czo­ła, jak­by była Scar­lett O’Harą. – Go­rą­co jak w garn­ku z me­la­są!

– Jak co? – za­pyta­łam, bo wy­da­wa­ło mi się, że źle usłysza­łam.

– Jak w garn­ku z me­la­są – po­wtó­rzyła, a po­tem za­czer­wie­ni­ła się, jak­by do­pie­ro te­raz zda­ła so­bie spra­wę, co po­wie­dzia­ła. – Tak mó­wi­ła moja mama. Nie za­wsze z sen­sem. Po­kój jej du­szy.

Nie chcia­łam jej okła­mywać, więc za­pyta­łam wprost. – Wie pani, je­stem tro­chę za­ję­ta. Więc w czym mogę pani po­móc?

Spoj­rza­ła na mnie, jak­by mi nie wie­rzyła. Nie mia­ło dla mnie zna­cze­nia, czy mi wie­rzy, czy nie. Waż­ne było, żeby jak naj­szyb­ciej stąd znik­nę­ła.

– Nie chcę za­bie­rać pani cza­su. Za­sta­na­wia­łam się tyl­ko, czy za­mie­rza pani po­ja­wić się zno­wu w na­szym ko­ście­le?

Dla­cze­go jej tak na tym za­le­ży? Prze­cież nie mu­sie­li sztucz­nie za­peł­niać ła­wek czy ko­szów z da­ra­mi. Poza tym na­wet je­śli li­czyli na da­ni­nę od Tren­ta, to prze­cież 10% od ni­cze­go nadal po­zo­sta­je ni­czym. Wte­dy nie ro­zu­mia­łam, że moż­na mar­twić się o czyjąś du­szę. Two­ja mama nie była w sta­nie myśleć o in­nych rze­czach niż o tym, jak prze­żyć, ko­cha­nie.

Moc­no za­ci­snę­łam pal­ce w skar­pet­kach. – Te­raz mo­dlę się w domu.

Zmrużyła oczy, wpa­trując się we mnie nie­po­ko­ją­co dłu­gą chwi­lę. – W Bi­blii jest na­pi­sa­ne, że po­win­no się na­le­żeć do Ko­ścio­ła.

Omio­tłam wzro­kiem ją i za­ro­śnię­ty traw­nik i spoj­rza­łam na opo­nę od cią­gni­ka, któ­ra sta­ła opar­ta o sta­ry, roz­be­be­szo­ny Yugo, któ­re­go Trent przy­pro­wa­dził dwa lata temu i od tego cza­su na­wet nie tknął pal­cem. – Nie­praw­da, nie na­pi­sa­no tak.

Ko­bie­ta za­śmia­ła się. – Wi­dzę, że do­brze zna pani Pi­smo Świę­te, praw­da?

– Mój tata się o to po­sta­rał. – Ale nie po­wie­dzia­łam jej, jak na siłę wdu­szał mi je do gar­dła za każ­dym ra­zem, kie­dy zro­bi­łam coś nie po jego myśli. Nie­na­wi­dzi­łam świą­to­bli­wo­ści, któ­rą oj­ciec pre­zen­to­wał, tego groź­ne­go pryn­cypa­ła w nie­bie, któ­ry mio­ta pio­runy i razi nimi ko­bie­ty, któ­re nie są po­słusz­ne mę­żom, czy dzie­ci, któ­re bun­tują się prze­ciw­ko oj­com. Wer­sja mamy była o wie­le ła­god­niej­sza. Dla niej Bóg był tym, któ­ry ocie­rał łzy i pod­no­sił cię, kie­dy upa­dasz. W ta­kie­go Stwór­cę wie­rzyłam, cho­ciaż wte­dy na­praw­dę nie­wie­le o nim wie­dzia­łam.

 

Ko­bie­ta od­gar­nę­ła pa­smo wło­sów z po­licz­ka. – W dzie­sią­tym roz­dzia­le Li­stu do He­braj­czyków na­pi­sa­no: „Nie opusz­czaj­my na­szych wspól­nych ze­brań, jak się to sta­ło zwycza­jem nie­któ­rych, ale za­chę­caj­my się na­wza­jem, i to tym bar­dziej, im wy­raź­niej wi­dzi­cie, że zbli­ża się dzień”.

Mu­siał uką­sić mnie ko­mar w pod­bró­dek, bo swę­dził jak osza­la­ły. Dra­pa­łam mały guzek i za­sta­na­wia­łam się nad tymi sło­wa­mi. Po kil­ku se­kun­dach ode­zwa­łam się. – Ale na­pi­sa­no rów­nież, że je­śli zbie­rze się dwo­je lub wię­cej lu­dzi w imię Je­zusa, On tam z nimi jest. – Byłam z sie­bie dum­na, że nie tyl­ko po­tra­fi­łam za­brać głos, ale dla od­mia­ny to, co po­wie­dzia­łam, za­brzmia­ło na­wet in­te­li­gent­nie.

Pa­sek to­reb­ki ze­śli­znął się jej z ra­mie­nia. Wsunę­ła go z po­wro­tem. Nie wiem, czy mia­ła je­dwab­ną czy sa­tyno­wą bluz­kę, ale błysz­czą­cy ma­te­riał wy­glą­dał pięk­nie i z pew­no­ścią chło­dził. Nie mo­głam prze­stać myśleć o tym, ile coś ta­kie­go może kosz­to­wać. Pew­nie wię­cej niż nasz czynsz.

– No do­brze. Pen­ny, tak?

– Zga­dza się. – O ile ład­niej brzmia­ło moje imię, kie­dy nie mio­ta się nim jak prze­kleń­stwem. Prze­mknę­ło mi przez gło­wę, że naj­wyż­szy czas skoń­czyć tę roz­mo­wę, kie­dy jesz­cze pa­nuję nad sy­tua­cją. Poza tym za­czyna­ły mnie już bo­leć ple­cy od wy­chyla­nia się przez okno. – Dzię­kuję pani za tro­skę. Do wi­dze­nia.

Od­wró­ci­ła się, aby odejść, ale za­raz za­trzyma­ła się i znów zwró­ci­ła w moim kie­run­ku. – Mam jesz­cze jed­no pyta­nie. Z kim się pani mo­dli?

Pyta­nie zupeł­nie mnie za­sko­czyło, więc ga­pi­łam się na nią, czując się jak kom­plet­na idiot­ka, któ­rą, w moim prze­ko­na­niu, osta­tecz­nie byłam. Po chwi­li w koń­cu od­zyska­łam głos. – Je­stem mę­żat­ką, pani… – Zbyt póź­no zda­łam so­bie spra­wę, że nie pa­mię­tam jej imie­nia.

Jed­nak w jej uśmie­chu było coś, co spra­wi­ło, że całe moje za­że­no­wa­nie znik­nę­ło. – Cal­lie Mae John­son. Mo­żesz mi mó­wić po imie­niu, Cal­lie. A twój mąż – czy jest chrze­ści­ja­ni­nem?

Moja twarz za­pło­nę­ła. Je­śli Trent wie­dział­by, że z nią roz­ma­wiam, wy­glą­dem przy­po­mi­na­ła­bym ra­czej pan­dę. – Na­praw­dę mu­szę już za­jąć się do­mem.

Jej uśmiech znik­nął. – Nie chcę cię za­trzymywać, ale z pew­no­ścią było­by nam miło znów cię u nas go­ścić. Tym ra­zem przyjdź z mę­żem.

Chrząk­nę­łam i wbi­łam wzrok w swo­je ob­skur­ne skar­pet­ki. – Cóż, on nie prze­pa­da za Ko­ścio­łem.

Wy­pu­ści­ła z sie­bie po­wie­trze z taką siłą, jak­by wstrzymywa­ła je przez całe życie. – Och, ro­zu­miem. W ta­kim ra­zie po­wiedz swo­je­mu mę­żo­wi, że on może gó­ro­wać nad tobą, ale nad nim gó­ruje Bóg. Po­wiedz mu to.

Nie ode­zwa­łam się sło­wem, ale po­myśla­łam, że może mu to po­wiem. Może zmu­si go to do za­sta­no­wie­nia się nad kil­ko­ma rze­cza­mi; ale oczywi­ście do­sko­na­le wie­dzia­łam, jak bę­dzie.

– Pen­ny, trzymaj się. Prze­pra­szam, że ci prze­szko­dzi­łam. Do wi­dze­nia. – Od­wró­ci­ła się i za­czę­ła scho­dzić po scho­dach.

– Nie ma za co. – Wy­mam­ro­ta­łam, ża­łując, że nie mia­łam po­sprzą­ta­ne w domu. Bab­ska po­ga­węd­ka mo­gła­by być na­wet przy­jem­na. Trent w koń­cu nie mu­siał o tym wie­dzieć.

Wsia­dła do błę­kit­ne­go se­da­na, któ­ry wy­glą­dał jak­by do­pie­ro co opu­ścił myj­nię, i od­je­cha­ła. Ro­zej­rza­łam się po kuch­ni, pró­bu­jąc zo­ba­czyć, jak mógł wy­glą­dać mój dom w jej oczach, gdybym ją wpu­ści­ła. Na sto­le i bla­cie le­ża­ły na­czynia po śnia­da­niu, ale to było zro­zu­mia­łe. W koń­cu do­pie­ro na­kar­mi­łam swo­je­go męża. Poza tym mu­sia­ła­by po­dejść na­praw­dę bli­sko, żeby zo­ba­czyć war­stwę kurzu przy li­stwie przy­po­dło­go­wej, któ­ra z da­le­ka nie była aż tak wi­docz­na. Je­śli zdo­ła­ła­bym za­trzymać ją w kuch­ni, wszyst­ko było­by do­brze, ale je­śli już mu­sia­ła­by sko­rzystać z ła­zien­ki, a go­ście za­zwyczaj mu­szą, zo­ba­czyła­by, w ja­kim chle­wie każę żyć swo­je­mu mę­żo­wi.

Wstyd pa­lił mi po­licz­ki. Trent miał ra­cję. Po­win­nam się otrzą­snąć i za­cząć w koń­cu być do­brą żoną. Nic dziw­ne­go, że już mnie nie ko­chał. Nic dziw­ne­go, że Bóg są­dził, że nie po­ra­dzę so­bie jako mat­ka. Nie oka­zywa­łam wdzięcz­no­ści za to, co od nie­go otrzymywa­łam.

Ta­kie myśli po­win­ny mnie zmo­tywo­wać do dzia­ła­nia i po­sprzą­ta­nia, ale one jesz­cze bar­dziej po­zba­wi­ły mnie ener­gii. We­szłam do sy­pial­ni – w jej ko­ją­cy mrok – i po­ło­żyłam się do łóż­ka.

***

Śni­łam, że je­stem pta­kiem. Moje sze­ro­kie, pięk­ne skrzydła nio­sły mnie wy­so­ko w chmu­ry, da­le­ko od mo­ich pro­ble­mów, do przo­du, w kie­run­ku nie­ba. Lśnią­ca bra­ma była nie­mal­że w za­się­gu ręki, kie­dy roz­le­gło się ude­rze­nie pio­runa, któ­ry zmiótł mnie z po­wro­tem na zie­mię… Zwi­nę­łam się w kłę­bek i za­nurzyłam twarz głę­bo­ko w po­dusz­kę. Ha­łas był co­raz gło­śniej­szy. Usia­dłam, spę­dza­jąc rę­ka­mi reszt­ki snu z po­wiek.

Ktoś wa­lił we fron­to­we drzwi. Może to zno­wu była ta ko­bie­ta z Ko­ścio­ła. Ale siła, z jaką ude­rza­no, wska­zywa­ła, że jest to mało praw­do­po­dob­ne.

Trent.

Mu­siał już wró­cić z pra­cy i za­po­mniał klu­czy. Za­sta­na­wia­łam się, dla­cze­go nie wej­dzie tyl­nym wej­ściem. Pra­wie nig­dy nie za­myka­łam tam­tych drzwi.

Cu­dow­nie! Zupeł­nie nie wie­dzia­łam, co zro­bić. Na mi­łość bo­ską, na­wet nie umyłam jesz­cze na­czyń po śnia­da­niu! Za­bi­je mnie. Od­gar­nę­łam koł­drę i wy­bie­głam z po­ko­ju w kie­run­ku fron­to­wych drzwi. W gło­wie wy­myśla­łam ja­kieś uspra­wie­dli­wie­nia. Że za­cho­ro­wa­łam, że zde­ner­wo­wa­ła mnie ko­bie­ta z Ko­ścio­ła…

Kie­dy wal­czyłam z zam­kiem, puka­nie sta­ło się jesz­cze bar­dziej na­tar­czywe. Otwo­rzyłam drzwi i nie­mal­że ze­mdla­łam z po­wo­du ol­brzymiej ulgi, bo zo­ba­czyłam jed­ne­go z kum­pli Tren­ta od pi­cia, a nie jego sa­me­go. Nie zdzi­wi­ło mnie, że Bo­ston cuch­nął al­ko­ho­lem – zresz­tą nig­dy nie było in­a­czej – ale dla od­mia­ny nie za­ta­czał się. Przy­bycie Bo­sto­na i nadal moc­no grze­ją­ce słoń­ce wska­zywa­ły, że nie było jesz­cze tak póź­no, jak się oba­wia­łam. – Sie­ma, Pen­ny.

Nie­znacz­nie ski­nę­łam gło­wą na po­wi­ta­nie. Man­ny, nie zno­si­łam tego czło­wie­ka. Nie zno­si­łam żad­ne­go z tak zwa­nych przy­ja­ciół two­je­go ojca. Dla mnie to wła­śnie oni byli po­wo­dem mo­je­go ciąg­łego od­osob­nie­nia, na­szej bie­dy, a na­wet – jak po­kręt­ne było moje myśle­nie! – jego zdrad. Pew­nie zrzuca­nie winy na nich było bez­piecz­niej­sze niż zrzuca­nie winy na two­je­go ojca.

Po­dra­pał się w bro­dę tymi swo­imi brud­nymi pa­zura­mi. – Przy­kro mi, że wła­śnie ja mu­szę ci o tym po­wie­dzieć…

W tym mo­men­cie czas się chyba za­trzymał. On nie żyje, po­myśla­łam. Mój mąż nie żyje. I wte­dy po­czułam, że ogar­nia mnie dziw­ne uczucie, ta­kie, ja­kie­go nie czułam już od bar­dzo dłu­gie­go cza­su. Na­dzie­ja.

W mo­jej gło­wie za­czę­ło się kłę­bić mnó­stwo myśli. Co zro­bię naj­pierw? Za­dzwo­nię do mamy? Znaj­dę pra­cę? Mo­gła­bym za­cząć cho­dzić do ko­ścio­ła jak na­le­ży, co nie­dzie­la. Do­wie­dzieć się, czy moja przy­ja­ciół­ka z dzie­ciń­stwa, Lucy, po­szła na studia, tak jak za­mie­rza­ła?

A póź­niej bar­dziej po­nure myśli. Po­grzeb – jak za nie­go za­pła­cę? Może tego nie zro­bię. Może po pro­stu spa­kuję swo­je rze­czy i wy­ja­dę, za­nim kto­kol­wiek za­cznie mnie wy­pytywać, jak chcę go zor­ga­ni­zo­wać. Ale gdzie pój­dę?

– …był wy­pa­dek.

– Wy­pa­dek? – Wy­pa­dek nie zna­czyło, że nie żyje. Na­dzie­ja, któ­rą po­czułam, wy­myka­ła się z rąk jak ziarn­ka pia­sku, błyska­wicz­nie ustę­pując miej­sca po­czuciu winy, bo zda­łam so­bie spra­wę, że byłam roz­cza­ro­wa­na.

Pa­trząc z per­spek­tywy, Man­ny, nie po­win­nam czuć się za­wstydzo­na tym, że ma­rzyłam o jego śmier­ci. Po­win­nam uwa­żać się za wy­jąt­ko­wą ko­bie­tę, że nie pró­bo­wa­łam za­bić go sama. A oto drob­na rada w spra­wie po­życia mał­żeń­skie­go – je­śli za­czynasz myśleć, że je­dyną na­dzie­ją na two­je szczę­śli­we życie jest śmierć two­jej mał­żon­ki, to czas po­szukać po­mo­cy.