Pierwsza zdrada Zachodu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Wstęp

CZĘŚĆ I. SEN O NIEPODLEGŁEJ I „POJĘCIA ŚWIATA”

1. Kłopot z polską niepodległością

2. Granice władzy (i wyobraźni) zwycięzców: spojrzenie z Wersalu

3. Czy Piłsudski był narzędziem Paryża? Francja i polska polityka wschodnia (styczeń–kwiecień 1920 roku)

4. Bezsilność: Waszyngton wobec imperium sowieckiego i zagrożenia polskiej niepodległości

CZĘŚĆ II. POLSKI KRYZYS – KRÓTKI KURS

1. Między pokojem Lloyda George’a a pokojem Piłsudskiego (styczeń–kwiecień 1920)

2. Gra o Ukrainę (maj 1920)

3. W stronę linii Curzona (czerwiec–lipiec 1920)

4. Odpowiedź z Politbiura (lipiec 1920)

5. Pokój za wszelką (polską) cenę

CZĘŚĆ III. JAK PRACUJE MÓZG IMPERIUM?

1. Balfour, czyli odsuwanie chaosu

2. Lewis Namier – albo zemsta na (polskiej) mapie

3. Dwaj sekretarze: Kerr i Hankey

4. Właściwy człowiek na niewłaściwym miejscu: Horace Rumbold w Warszawie

5. Lloyd George i jego bezsilni ministrowie (Curzon i Churchill)

6. „Głos ludu” i jego reprezentanci

7. Burza mózgu i jej „zaspokajanie” (czerwiec–sierpień 1920)

8. Koda

CZĘŚĆ IV. POLSKIE ANEKSY I PYTANIA

1. Lewa wolna – albo o appeasemencie Piłsudskiego

2. Pytania o pokój ryski

Bibliografia

Źródła ilustracji

Przypisy

Opieka redakcyjna: JOLANTA KORKUĆ

Redakcja: MARTA DVOŘÁK

Wybór zdjęć: MARCIN STASIAK

Korekta: WOJCIECH ADAMSKI, EWA KOCHANOWICZ, PAULINA ORŁOWSKA

Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Na okładce wykorzystano zdjęcie uczestników konferencji w Spa fot. Robert Sennecke/ullstein bild via Getty Images

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2015

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05771-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Biada człowiekowi, którego los zawisł od drugiego, ale dwakroć biada narodowi, co zawisł od interesu innego narodu! Narody sumienia nie mają.

Aleksander hrabia Fredro, Trzy po trzy

You have the right to go to hell in your own way

(Macie prawo iść do piekła swoją własną drogą).

David Lloyd George o Polakach

walczących z najazdem bolszewickim, 22 VII 1920[1]

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Jest to książka o słabości i sile w ludzkiej naturze i w polityce. O słabości demokratycznych elit politycznych oraz kierowanych ich wyobraźnią i wolą wielkich mocarstw, które ustępują wobec agresji niedemokratycznych imperiów. To jest książka o szczytnych hasłach porządku i pokoju oraz o chęci ich uzyskania jak najmniejszym (a najlepiej jedynie cudzym) kosztem. To jest książka o ludzkiej zdolności do samookłamywania.

Nie jest to jednak żaden traktat moralny, ale próba analizy historycznej zjawiska, które zostało nazwane angielskim terminem appeasement. Swoje tragiczne apogeum osiągnęło ono w postawie mocarstw zachodnich wobec imperialnej „rekonkwisty” dokonywanej w latach 1938–1945 w Europie Środkowo-Wschodniej – najpierw wspólnie przez hitlerowskie Niemcy i sowiecką Rosję, a potem już (na blisko pół wieku) przez samego Stalina. Niestety, nie jest to zjawisko, które należy tylko do historii. Dziś, na przedwiośniu 2015 roku, kiedy kończę tę książkę, mam wrażenie, że obserwujemy ten sam rodzaj polityki, albo nawet w niej uczestniczymy – Ukraina jest ofiarą imperialnej polityki Moskwy. Z niepokojem wyobrażamy sobie następne ofiary agresji i appeasementu...

W tej książce zapraszam jednak w przeszłość, do dziejowego momentu, w którym doszło do pierwszej próby wprowadzenia w życie polityki „zaspokajania” totalitarnego (także po raz pierwszy w historii) agresora. To próba dziś całkowicie niemal zapomniana. A warta jest przypomnienia choćby dlatego, że była pierwsza. A także dlatego, że na jej przykładzie możemy zanalizować polityczne, intelektualne, emocjonalne, ideologiczne i cywilizacyjne uwarunkowania, które doprowadziły do umocnienia się takiej postawy. Utrzymała się ona w XX wieku i utrzymuje się nadal w XXI wieku, dwadzieścia pięć lat po rzekomym „końcu Historii”.

Tu sięgamy do roku 1920. Latem rząd Wielkiej Brytanii, największego wówczas globalnego imperium, zaprosił do rozmów rząd bolszewicki, przejmujący skutecznie kontrolę nad drugim co do wielkości imperium świata: rosyjskim. Liberalny premier brytyjski David Lloyd George zdecydował się wspólnie z wysłannikami Władimira Lenina ustalić nowy porządek w Europie Wschodniej. Zdecydował się na to w momencie, kiedy Armia Czerwona maszerowała na Warszawę, by „przez trupa białej Polski” iść dalej na podbój Europy. Wstępem do polityki appeasementu adresowanej w stronę „czerwonej” Moskwy przez lidera zwycięskiej w pierwszej wojnie światowej koalicji zachodnich mocarstw była nota z 11 lipca 1920 roku podpisana przez formalnego kierownika brytyjskiej polityki zagranicznej lorda George’a Curzona. By zaspokoić żądania bolszewików, jej sygnatariusze zaoferowali Leninowi i Trockiemu część Europy Wschodniej, która nigdy do Rosji nie należała: Galicję Wschodnią. Mocarstwo zachodnie zaproponowało państwu sowieckiemu, które prowadziło właśnie operację militarnego podboju Europy Wschodniej, wzięcie strategicznie ważnej części tego obszaru – już bez dalszej wojny. I zrobiono to bez pytania o zgodę tych, do których ta ziemia należała, czyli w tamtym czasie Polski (ani też spierającego się z Polską o prawo do tej ziemi i pozostającego na emigracji rządu Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej). Ta nota przejdzie do historii pod nazwą linii Curzona – choć, jak zobaczymy dalej, lord, od którego nazwiska ją utworzono, nie miał z jej przygotowaniem nic wspólnego. Potem miała nastąpić konferencja w Londynie, na którą David Lloyd George osobiście zaprosił bawiącego już na wstępnych rozmowach nad Tamizą Lwa Kamieniewa, zastępcę Lenina w Radzie Komisarzy Ludowych (czyli rządzie sowieckim) i osobę numer dwa w Politbiurze Rosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików).

Kulminacją tej polityki była przedstawiona w parlamencie brytyjskim 10 sierpnia 1920 roku decyzja Lloyda George’a, by stanowczo zalecić rządowi polskiemu przyjęcie żądań strony sowieckiej, której wojsko – Armia Czerwona – zbliżało się właśnie do przedmieść Warszawy. Chodziło o żądania oznaczające faktycznie sowietyzację Polski. Tu chodziło już nie tylko o kawałek terytorium, ale o całe państwo, cały naród, a w istocie cały, obejmujący wiele państw i narodów region: Europę, nazywaną niekiedy Środkowo-Wschodnią, czyli obszar, na którym po 1918 roku na gruzach starych imperiów Romanowów, Hohenzollernów i Habsburgów zaczynały wyłaniać się nowe albo odradzać dawniej istniejące państwa. Wkrótce po upadku Warszawy (ewentualnie „pokojowej” sowietyzacji Polski) wysłannicy Lenina mieli się spotkać na konferencji w Londynie z premierem brytyjskim w roli gospodarza i tymi jej uczestnikami, których z zachodu czy wschodu Europy zechcą jeszcze zaprosić w roli petentów. Lloyd George, do spółki z przedstawicielem rządu komunistycznej Rosji, pragnął „dopełnić” na tej konferencji (a raczej zasadniczo zrewidować) system wersalski od wschodu. „Dopełnić” przez zaspokojenie ambicji terytorialnych sowieckiego mocarstwa.

 

Brytyjski premier nie rozumiał, a dokładniej nie chciał przyjąć do wiadomości, że owe ambicje nie ograniczały się do terytorium Galicji Wschodniej, czy nawet całej Polski, ani do Europy Środkowo-Wschodniej. Obejmowały bowiem całą Europę. Lenin liczył, że zdobędzie wszystko, a przynajmniej dołączy do swej wymarzonej, skonstruowanej zgodnie z marksistowską ideologią „ojczyzny proletariatu” Niemcy, centrum potęgi przemysłowej kontynentalnej Europy i zarazem największy ośrodek ruchu robotniczego. Dlatego Lenin i Armia Czerwona nie ograniczyli się do szczodrej oferty lidera zachodniej ententy, ale podjęli walkę o wszystko – i przegrali. Przegrali, bo zatrzymała ich polska armia pod Warszawą. Pierwsza próba appeasementu, oznaczająca świadome oddanie przez mocarstwo zachodnie Europy Wschodniej pod panowanie agresywnego, totalitarnego systemu się nie powiodła. I poszła w zapomnienie.

Bitwę warszawską – zwaną także cudem nad Wisłą – pamiętamy i czcimy co roku 15 sierpnia jako wielkie polskie zwycięstwo. Nie pamiętamy natomiast w ogóle o tym, że przed konferencjami w Monachium i Jałcie – które symbolizują kupczenie ziemiami i narodami Europy Środkowej i Wschodniej przez liberalne mocarstwa zachodnie, gotowe oddać je totalitarnym agresorom, i zanim wymyślono tak zwany format normandzki decydowania o losie Ukrainy na spotkaniach przywódców Francji i Niemiec z Władimirem Putinem w Mińsku – była, a raczej miała być właśnie konferencja w Londynie. Zaplanowano ją na sierpień 1920 roku; miała się odbyć na trupie „białej Polski”. Nie pamiętamy, że Polskę i całą Europę Środkową i Wschodnią dzieliło naprawdę bardzo niewiele od tego, żeby ten scenariusz – wymarzony scenariusz liberalnego przywódcy zachodniego mocarstwa – się spełnił.

Nie będę tutaj szedł w kierunku tak modnej dziś historii alternatywnej, próbującej uchwycić to, co się nie stało, ale stać się hipotetycznie mogło. Nie będę się zastanawiał, co by było, gdyby Lenin w pełni zadowolił się propozycją brytyjskiego premiera: co by się stało z Polską, krajami nadbałtyckimi, Czechosłowacją, Węgrami, Rumunią, gdyby już w 1920 roku weszły do sowieckiej „strefy wpływów”, a co z Niemcami, z całą Europą... Chciałem tutaj przeanalizować coś innego: rzeczywistą drogę polityczną, a także sposób rozumowania elity zachodniego mocarstwa prowadzące do owej pierwszej odsłony w historii appeasementu. Wydaje mi się to interesujące przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że nikt tego dotąd nie zrobił, że nikt o tej pierwszej próbie nie pisał. Po drugie, dlatego że appeasement jest zjawiskiem bardzo ważnym w historii – nie tylko politycznej, lecz także intelektualnej, można by nawet powiedzieć duchowej – stosunków między wyobrażoną wspólnotą Zachodu a przeżywaną w rzeczywistości wspólnotą ofiar Monachium, Jałty oraz ich wcześniejszych i późniejszych wcieleń. I w tę historię chcę się tutaj zagłębić.

Przypomnę na wstępie, że samo słowo appeasement weszło do języka zrozumiałego w całej Europie we wrześniu 1938 roku, wraz ze wspomnianą już konferencją w Monachium. Przedstawiciele zachodnich mocarstw demokratycznych – Wielkiej Brytanii i Francji oraz faszystowskich Włoch i narodowo-socjalistycznych Niemiec – uzgodnili podczas niej „rozwiązanie” problemu roszczeń Adolfa Hitlera wobec Czechosłowacji. Jakie to rozwiązanie? Uspokojenie przez zaspokojenie (agresora). To właśnie najlepiej oddaje słowo appeasement. Premierzy Wielkiej Brytanii i Francji zgodzili się, że zamiast ryzykować wojnę, lepiej rzucić Hitlerowi na żer Czechosłowację – jak to ujął brytyjski premier Neville Chamberlain – „daleki kraj, o którym nic nie wiemy”.

Roszczenia Hitlera zaspokajano w ten sposób już wcześniej. Po tym jak przyłączył Austrię do swego państwa, złamał warunki traktatu pokojowego z Wersalu i wkroczył zbrojnie na teren Nadrenii, ogłaszając rozbudowę armii oraz lotnictwa – za każdym razem była mowa o „pogwałceniu zasad”, o nieuchronnych sankcjach. I za każdym razem następowało ostatecznie „zaspokojenie”. Apetytu Hitlera nie dało się jednak zaspokoić bez wojny, w końcu wojny o przetrwanie Zachodu. Może nie doszłoby do niej, gdyby wcześniej ktoś z możnych zachodniego świata powiedział: STOP! Gdyby ktoś dowiódł agresorowi, że agresja nie popłaca, gdyby Hitler został upokorzony wobec swoich wyborców/poddanych z III Rzeszy – nie w 1945, ale w 1935, 1936, najdalej w 1938 roku. Im później próbuje się zatrzymać agresora, tym większa jest tego cena. To jest cena appeasementu.

Ci, którzy lansują i realizują taką politykę, nie przejmują się tym jednak zbytnio, bo uznają, że tę cenę płacą inni – właśnie jakieś „dalekie (i małe) narody, o których nic nie wiemy”. Jacyś Czesi. Albo jacyś Polacy. Albo jacyś Ukraińcy. Czy warto sobie nimi zawracać głowę? Powodują co najwyżej kłopoty, które „poważni gracze” muszą w pocie czoła rozwiązywać. Na kolejnej konferencji, która stała się wielkim symbolem appeasementu, w Jałcie, w marcu 1945 roku, prezydent Stanów Zjednoczonych (kraju istniejącego wówczas dopiero od stu siedemdziesięciu lat) Franklin Delano Roosevelt ujął to z tak charakterystycznym poczuciem wyższości: „Polska była źródłem kłopotów od przeszło pięciuset lat”. No i razem z Winstonem Churchillem pozwolił ten polski „kłopot” rozwiązać Stalinowi. Przy okazji rozwiązany został „problem” całej Europy Wschodniej, od Szczecina do Triestu, jak to zgrabnie podsumował rok później Churchill, uczestnik jałtańskiego handlu narodami.

Monachium, Jałta – o nich także pamiętamy. W każdym razie ci, którzy jeszcze w ogóle do historii się zwracają – pamiętają i spierają się o ocenę polityki, która przyniosła Monachium, i tej, która dała w efekcie „porządek jałtański”. Ale appeasement ma swoją prehistorię, sięga korzeniami głębiej niż do 1938 roku, a także niż do – uznawanej niekiedy za początek tego zjawiska i oznaczającej niewątpliwie przyzwolenie na bierność mocarstw zachodnich – agresji japońskiej na Chiny w 1931 roku (co niekiedy uznaje się także za początek tego zjawiska) czy włoskiej na Abisynię cztery lata później. Appeasement zaczął się zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej.

I o tych początkach historycy piszą znacznie rzadziej, wyłącznie zresztą w kontekście postawy części polityków anglosaskich, jaką zajęli wobec pokonanych Niemiec na konferencji wersalskiej (konferencji paryskiej). Wyrosła ona z poczucia winy wobec pokonanych agresorów i chęci ich zaspokojenia, a w każdym razie niedrażnienia ich po wygranej wojnie. Już na konferencji pokojowej w Paryżu, w pierwszych miesiącach 1919 roku, kształtowała się ta argumentacja, która miała posłużyć po latach usprawiedliwianiu żądań i agresji Niemiec Hitlera: przecież zostały pokrzywdzone, przecież można i nawet trzeba wynagrodzić straty terytorialne, a ściśle mówiąc, zaspokoić ich pretensje w rejonie, który jest najbardziej odsunięty od interesów i wrażliwości zachodnioeuropejskich mocarstw, zwłaszcza Wielkiej Brytanii. Można i trzeba ustępować Niemcom w Europie Wschodniej kosztem Polski, Czechosłowacji.

Znakomicie przeanalizował to zjawisko w niedawno wydanej monografii brytyjski badacz Antony Lentin. Określił on rozpowszechnioną wówczas wśród przedstawicieli Londynu na konferencji paryskiej postawę jako „meaculpism”: poczucie winy, że oto upokarzamy wielkiego i godnego przeciwnika, Niemcy, narzucając im nazbyt ciężkie warunki pokoju[1]. Dopełnieniem tego poczucia było przekonanie, że beneficjentami tych zagrażających w istocie pokojowi ustaleń są jakieś nieznane, chyba półdzikie ludy zamieszkujące na wschód od Niemiec. Najbardziej konsekwentny ze zwolenników „zaspokojenia” pokonanych Niemiec na konferencji, a zarazem jeden z najważniejszych członków brytyjskiej delegacji pokojowej, premier rządu Związku Południowej Afryki, Jan Christian Smuts, nie miał wątpliwości co do rasowej bezwartościowości owych ludów zamieszkujących na wschód od Niemiec, w szczególności Polaków: „Przecież to są kafirzy!” (Kaffirs, that’s what they are!)[2]. Wytłumaczmy, że w języku używanym przez białych kolonistów w Południowej Afryce oznacza to tyle, co w amerykańskim żargonie rasowym słowo „czarnuch” (nigger); inaczej można by to wyrazić określeniem: „urodzony niewolnik”. Moralne oburzenie z powodu niesprawiedliwej kary spotykającej pokonane Niemcy łączyło się w swoisty sposób z „mentalną geografią”, w której Europa, warta tej dumnej nazwy, kończyła się na Niemczech właśnie. To moralność gry fair z uznanym za równorzędnego przeciwnikiem (czyli z Niemcami), nieobejmująca jednak tych, którzy nie należeli do klubu równorzędnych („cywilizacyjnie” czy „rasowo”, jak się to wtedy chętnie mówiło) przeciwników/partnerów, bo mieszkają na wschód od Niemców, czyli tam, gdzie żyją „kafirzy”.

Podstawą rozpowszechnionych wśród Anglosasów już na konferencji w Paryżu postaw sprzyjających appeasementowi była jednak nie tylko tego rodzaju moralność, ale przede wszystkim pragmatyczne przekonanie, że bez zaspokojenia pretensji innych mocarstw, nawet jeśli zostały chwilowo pokonane, trwały porządek polityczny, trwały pokój nie jest możliwy. Pokój zaś jest najważniejszy – po tak gigantycznej tragedii, po takiej rzezi, jaką była Wielka Wojna, później nazwana pierwszą wojną światową. Jeśli Niemcy, największe przemysłowe mocarstwo kontynentalnej Europy, dobrowolnie nie pogodzą się z nowym porządkiem, to go po prostu zburzą. Wtedy zamiast usprawiedliwienia ofiary poniesionej w latach 1914–1918 hasłem prezydenta USA, Woodrowa Wilsona, iż była to wojna, która miała skończyć wszystkie wojny (the war to end all wars), pojawić się mogła przestroga, że nieuwzględniający interesów Niemiec „dyktat wersalski” wprowadzi pokój, który skończy wszelki pokój (the peace to end all peace). Zasadniczą i najskuteczniej dającą się bronić podbudową argumentacyjną appeasementu jest przecież pokój: trzeba go zachować, utrwalić, przedłużyć za wszelką cenę. Po Wielkiej Wojnie (podobnie po Drugiej Wielkiej Wojnie, a właściwie po każdej następnej...) ten argument trudno było podważać. Istotny jest jednak także inny element tego argumentu, już nieco bardziej dyskusyjny – ten właśnie, iż najlepszym sposobem na utrwalenie pokoju jest zaspokojenie najsilniejszych mocarstw. Nawet jeśli okazują się one de facto agresorami, nawet jeżeli owo „zaspokojenie” ma się dokonać po prostu kosztem słabszych, to słabsi, w imię pokoju, powinni ustąpić. Powinni ustąpić przed siłą i agresorów, i miłujących pokój mocarstw, które choć w agresji przecież nie uczestniczą, to uważają się za uprawnione do jej usankcjonowania.

Wspomniany przed chwilą profesor Lentin zaproponował podział brytyjskich „appeaserów”, czyli zwolenników „zaspokajania” (Niemiec) na konferencji pokojowej w Paryżu, na dwie kategorie: „appeaserów” moralnych, a więc najbardziej radykalnych, oraz taktycznych czy, powiedzmy, pragmatycznych, to jest takich, którzy niekoniecznie uważali, że pokonanym agresorom dzieje się krzywda, ale byli przekonani, że w imię stabilności nowego, powojennego porządku trzeba Niemcom ustąpić – oczywiście na wschodzie, najlepiej kosztem tamtejszych „kafirów”. Liderem grupy moralnie oburzonych „appeaserów” był Jan Smuts. Najważniejszym przedstawicielem szerszego nurtu „appeaserów” pragmatycznych okazał się natomiast sam premier brytyjski David Lloyd George. Wiemy, że w imię owego taktycznego zaspokajania Niemiec Lloyd George walczył jak lew z pragnącą osłabienia Niemiec Francją o to, żeby Polska nie dostała Gdańska i Górnego Śląska. Pragnął w ten sposób osłabić niechęć Niemców do powojennego porządku, który miał być ustanowiony na kongresie pokojowym w Paryżu. Nie wierzył bowiem w możliwość zmuszenia Niemiec do pogodzenia się z niekorzystnym dla nich werdyktem zwycięskich mocarstw.

Ale w Paryżu, przy ustalaniu zasad nowego porządku, nie chodziło tylko o Niemcy. Była jeszcze Rosja – nieobecna przy stole obrad, bo ogarnięta w tym momencie wojną domową „czerwonych” z „białymi”. Rosja nie była przez Anglosasów traktowana z aż takim moralnym współczuciem jak pokonane Niemcy, ale obchodzili się z nią (niemal) równie ostrożnie. Czy zatem perspektywa pragmatycznego appeasementu nie mogła dotyczyć także Rosji? Przecież, skoro mocarstwa są – rzecz oczywista – najważniejsze i ich zgoda na nowy porządek jest wyłącznym, czy chociaż wystarczającym fundamentem jego trwałości, to nie tylko interesy Niemiec, ale także mocarstwowe interesy Rosji muszą zostać wzięte pod uwagę przez zwycięskie mocarstwa zachodnie. Przynajmniej w tym zakresie, w jakim interesy Rosji i samych mocarstw zachodnich wzajemnie ze sobą nie kolidują. Takiej kolizji nie było na pewno na obszarze Europy Środkowo-Wschodniej, który politycznie nie istniał przed wybuchem pierwszej wojny – był tylko granicą między imperium Romanowów a II Rzeszą, granicą między Wielką Rosją a Wielkimi Niemcami. Tu, gdzie powstawała po ponad stu dwudziestu latach nieobecności na mapie Polska.

 

Rzecz ciekawa, że to właśnie Jan Smuts w liście do Lloyda George’a zwrócił uwagę na to, jak niewygodna jest z punktu widzenia trwałości nowego porządku ta nowa Polska: nie tylko trzeba by jej kosztem „zaspokoić” Niemcy, lecz także Rosję. Pisał: „Pod panowaniem tej nowej Polski znajdą się miliony Niemców (i Rosjan) oraz terytoria, które przez bardzo długi czas stanowiły część Niemiec (lub Rosji). Można być pewnym, że zarówno Niemcy, jak i Rosja powrócą do statusu wielkich mocarstw i że wciśnięta między te dwa mocarstwa Polska przetrwa [dosłownie: będzie sukcesem] tylko przy ich dobrej woli. Jak w takich warunkach możemy oczekiwać, że Polska będzie czymkolwiek innym niż całkowitą klapą, nawet gdyby miała tę zdolność rządzenia i administrowania, której – jak wykazała historia – nie posiada. [...] Uważam, że [tworząc Polskę] budujemy domek z piasku”[3]. W konkluzji tego listu premier Smuts stanowczo domagał się, by oddać Śląsk i Gdańsk Niemcom i jednym tchem dodawał, że z oczywistej wrogości Rosji do nowego państwa polskiego wynikała analogiczna konieczność: oddać Rosji tyle, ile zechce wziąć z terenów, które tworzą teraz ów nieszczęsny, polski „domek z piasku”. To stwierdzenie jest nie mniej charakterystyczne od uznanego przez współtwórcę polityki Imperium Brytyjskiego za bezdyskusyjne założenia, że wszyscy niepolscy etnicznie mieszkańcy dzisiejszej Białorusi czy Ukrainy to Rosjanie... I nie mniej ważne od założenia, że polscy „kafirzy” nie mają żadnych zdolności administracyjnych, a zatem ich państwo i tak nie może przetrwać. Trwać mogą we wschodniej Europie i zapewnić jej stabilność tylko tradycyjne, znane w Londynie (a nawet w Kapsztadzie) imperia: Rosja i Niemcy. One zdolnościami administracyjnymi i zdolnością rządzenia wykazywały się już dostatecznie długo.

Trzeba więc było martwić się o appeasement nie tylko Niemiec, lecz także Rosji. W 1919 roku nie było jednak reprezentantów Rosji, z którymi można by ustalić warunki zaspokojenia roszczeń. Przez cały ten rok trwała bowiem, przypomnijmy, wojna domowa, w której „czerwoni” zmagali się z „białymi”. Obradujące w Paryżu delegacje zwycięskich mocarstw zachodnich (Francji, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i najmniej ważnych w tym gronie Włoch) uzgodniły, że trzeba zaczekać na ostateczne wyjaśnienie, kto będzie trwałym gospodarzem Imperium Rosyjskiego, i tymczasem nie podejmować zobowiązań prawnych czy terytorialnych wobec nowych państw, jakie powstały na rubieżach owego imperium. Zobowiązania te bowiem mogłyby Rosji nie odpowiadać. Dlatego nie zostało uznane formalnie istnienie ani Litwy, Łotwy, Estonii, ani Gruzji i Azerbejdżanu, ani Armenii czy Ukrainy. Dla Polski, której niepodległość stała się jednym z oficjalnych celów Wielkiej Wojny (co najmniej od czasu ogłoszenia przez prezydenta USA jego słynnych „14 punktów”), przeznaczone zostało natomiast podwójne ograniczenie. Poświęcę mu tu, na wstępie, dwa akapity, ponieważ bez znajomości tych podstawowych ustaleń z 1919 roku trudno byłoby zrozumieć naturę i charakter zmian terytorialnych proponowanych przez brytyjskich zwolenników appeasementu wobec Lenina latem 1920 roku.

Przypomnę więc: podpisując traktat wersalski z 28 czerwca 1919 roku, Polska musiała nie tylko zaakceptować wyznaczone w nim granice z Niemcami, lecz także zgodzić się na zawartą w artykule 87 formułę: „Granice Polski, nieokreślone w niniejszym Traktacie, będą oznaczone później przez główne Mocarstwa Sprzymierzone i Stowarzyszone”[4] (czyli przez USA, Wielką Brytanię, Francję, Włochy i Japonię). Zajmująca się wyznaczeniem owej granicy na obszarze byłego Imperium Rosyjskiego, powołana na paryskiej konferencji pokojowej 12 lutego 1919 roku Komisja do Spraw Polskich, przygotowała 14 kwietnia projekt tymczasowego rozgraniczenia polsko-rosyjskiego (nieobejmujący Galicji Wschodniej, która nie należała do Rosji). Jej ustalenia zostały w większości potwierdzone 8 grudnia 1919 roku przez Radę Najwyższą Mocarstw Sprzymierzonych i Stowarzyszonych. Wydała ona tego dnia następującą deklarację: „nie przesądzając późniejszych stypulacji, mających ustalić ostateczne granice wschodnie Polski, [Mocarstwa] oświadczają, że uznają odtąd prawa Rządu Polskiego do przystąpienia w terminie wprzód przewidzianym przez Traktat z 28 czerwca 1919 r., zawarty z Polską, do urządzenia regularnej administracji terytoriów dawnego Cesarstwa Rosyjskiego, położonych na zachód od linii – poniżej określonej”. Szczegółowy opis tej linii można streścić najprościej tak: była to linia Bugu, zostawiająca poza obrębem polskiej administracji i Wilno, i Grodno, i Brześć, nie mówiąc o dalej na wschód położonych terytoriach, jakie Rosja zagarnęła w kolejnych trzech rozbiorach Rzeczypospolitej w latach 1772–1795. Za bezdyskusyjnie już polskie uznano tylko te terytoria, które sama Rosja wydzieliła na kongresie wiedeńskim w 1815 roku, tworząc na nim ograniczone właśnie Bugiem od wschodu maleńkie, kadłubowe Królestwo Polskie. Decyzja z 8 grudnia 1919 roku nie zamykała jednak ostatecznie sprawy ewentualnych polskich roszczeń do ziem położonych na wschód od tej linii. Deklaracja Rady Najwyższej z 8 grudnia kończyła się bowiem tymi słowami: „Prawa, z jakimi Polska mogłaby wystąpić do terytoriów położonych na wschód od wymienionej linii, są wyraźnie zarezerwowane”[5].

Sprawa Galicji Wschodniej była najbardziej szczegółowo rozważana przez Komisję do Spraw Polskich w czerwcu 1919 roku. 17 czerwca zaproponowano dwa warianty podziału Galicji Wschodniej: wzdłuż linii B (pozostawiającej Lwów i zagłębie naftowe w Borysławiu po stronie polskiej) albo wzdłuż linii A (która Lwów i zagłębie odcinała od Polski). Już jednak następnego dnia Polska otrzymała tymczasowo prawo okupacji wojskowej całej Galicji Wschodniej ze względu na zagrożenie (wtedy uznawano to w Paryżu za zagrożenie) ofensywą bolszewicką. Zwycięskie mocarstwa swoje prawa do decydowania o terytorium Galicji opierały na postanowieniach traktatu pokojowego, jaki 10 września 1919 roku podpisała z nimi Austria, cedując na ententę prawa suwerenne do obszarów, które znalazły się poza okrojonym terytorium państwowym nowej, już nie imperialnej Austrii. Na tej podstawie mocarstwa nadały 21 listopada 1919 roku Polsce mandat do administrowania Galicją Wschodnią na okres dwudziestu pięciu lat, pod kontrolą Ligi Narodów, z zapewnieniem swobód ludności ukraińskiej. Miesiąc później, 22 grudnia, wobec tego, że rozwiały się nadzieje (Francji przede wszystkim) na zwycięstwo „białej” Rosji w wojnie domowej, Polsce udało się uzyskać zawieszenie decyzji o tymczasowym charakterze mandatu w Galicji Wschodniej[6]. W ten sposób została w istocie uznana przynależność tego obszaru do Polski.

Jak, wychodząc z tego punktu, polityka zachodniego mocarstwa doszła w ciągu sześciu i pół miesiąca do wytyczenia linii Curzona, a miesiąc później do propozycji oddania całej Polski na łaskę Lenina, Stalina i Trockiego – o tym właśnie piszę w kolejnych rozdziałach tej książki.

W jej pierwszej części odtwarzam horyzont politycznej wyobraźni i opowiadam o zamiarach przedstawicieli zwycięskich w pierwszej wojnie mocarstw zachodnich i miejscu Europy Wschodniej na owym horyzoncie w 1919 roku oraz na początku 1920. Oddzielnie analizuję polityczną postawę Francji oraz Stanów Zjednoczonych wobec wyzwania, jakim stało się przejęcie władzy nad Rosją przez partię komunistyczną, a także wobec odrodzonej Polski i jej roli w tej sytuacji.

W części drugiej przedstawiam kolejne etapy kierowanej przez Davida Lloyda George’a polityki brytyjskiej wobec Rosji sowieckiej i następnie wojny sowiecko-polskiej – od stycznia do połowy sierpnia 1920 roku. Od hasła „pokoju przez handel” – pokoju z Moskwą oczywiście – poprzez rozpoczęcie negocjacji z delegacją sowiecką w Londynie, zderzenie z samodzielną polską polityką wschodnią i projektem oderwania Ukrainy od Rosji oraz wykorzystanie klęski tego projektu do podniesienia rangi londyńskich negocjacji z wysłannikami „czerwonej” Moskwy – prowadzi ta droga ostatecznie do linii Curzona i kładącej krzyżyk na niepodległej Polsce decyzji Lloyda George’a z 10 sierpnia 1920 roku. Ważnym elementem tej części książki jest odtworzenie – na podstawie informacji z częściowo udostępnionych w latach dziewięćdziesiątych XX wieku moskiewskich zasobów archiwalnych – stosunku władz Rosji sowieckiej do politycznej propozycji Londynu, przedstawienie rozterek czteroosobowego Politbiura (Lenin, Kamieniew, Trocki i Stalin) w tej kwestii i ostatecznych rozstrzygnięć, jakie zapadły w Moskwie w drugiej połowie lipca 1920 roku, odsuwając szansę na wymarzony przez Lloyda George’a appeasement.

Część trzecia wydaje mi się najciekawsza. W niej bowiem sięgam po historyczną lupę. Staram się przyjrzeć raz jeszcze, ale dużo dokładniej – korzystając niemal wyłącznie z archiwalnych, niewprowadzonych dotąd do obiegu naukowego dokumentów – podstawom appeasementu. Próbuję odpowiedzieć na najbardziej intrygujące pytanie: jak do tego doszło? Skąd w politycznej elicie zachodniego mocarstwa wzięła się idea „zaspokajania” sowieckiego imperium – kosztem Polski i innych „małych krajów” Europy Wschodniej czy Środkowo-Wschodniej? Jak rodzą się szczegółowe pomysły appeasementu? Kto konkretnie je tworzył? Ale też kto był przeciw i z jakich powodów? Przechodzę w tej części na poziom analizy historycznej pamięci i politycznej wyobraźni pojedynczych osób oraz kontekstów kulturowych i emocjonalnych, jakie towarzyszą ich wyborom. Zarazem jednak szukam bardziej uniwersalnych „mechanizmów”, a może raczej cech ludzkiej natury, które ujawniają się przy podejmowaniu decyzji – w odpowiedzi na zagrożenie, na widmo wojny, na doświadczenie własnej słabości.