Miasto cierniTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaram Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy

humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Dariusz Rosiak Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Ben Rawlence

Miasto cierni

Największy obóz dla uchodźców

Przełożył Sergiusz Kowalski


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego City of Thorns: Nine Lives in the World’s Largest Refugee Camp

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Frederic Courbet / Panos / Forum

Copyright © by Ben Rawlence, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Sergiusz Kowalski, 2017

Mapy I i II © Leslie Robinson i Vera Brice

Mapy III, IV, V i VI dzięki uprzejmości UNHRC, zaadaptowane przez M. Rules

Redakcja Marta Höffner

Korekta Monika Ples / d2d.pl, Ewa Czernatowicz / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-575-3

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Osoby

Prolog

Część pierwsza. Ma’a Lul, czyli głód

1 Róg Afryki

2 Guled

3 Mariam

4 Ifo

5 Niszo

6 Isza

7 Chawa Dżube

8 Piątek w Nairobi

9 Dziewicza wyprawa

10 Milczący marsz

11 Muna i Poniedziałek

12 Na żywo z Dadaab

13 Billai

Część druga. Rob, czyli deszcz

14 Porwanie

15 Projekt Jubaland

16 Tauane

17 Dzień bohaterów

18 Chejro

19 Policja! Policja!

20 Nomadzi w mieście

21 Nie jesteśmy tu po to, żeby narzucać rozwiązania

22 Y = Asz­-Szabab

23 Buufis

24 Grufor

25 Sypiając z wrogiem

Część trzecia. Guri, czyli dom

26 Nalot!

27 Zapach cukru

28 Nowy przywódca

29 Za dużo piłki

30 Nocny stróż

31 Cukrowy tata

32 Włochy albo śmierć

33 Czekając na księżyc

34 Id al­-Fitr

35 Słoneczne mamy

36 Wiedza nigdy nie ginie

37 Witajcie w Westgate

38 Westgate II

39 Taniec erotyczny z ONZ

40 Lepsze miejsce

Epilog

Komentarze

Lektury uzupełniające

Podziękowania

Kolofon

 

Mieszkańcom Dadaab i Louise


Róg Afryki


Granica kenijsko-somalijska


Kompleks obozów Dadaab (marzec 2012 roku)


Obóz Ifo


Obóz Ifo 2 (czerwiec 2013 roku)


Obóz Hagadera (styczeń 2012 roku)

Osoby

Ahmed (Gab) – mąż Iszy, urodzony około roku 1970, przybył do Dadaab, gdy jego stada padły w czasie suszy w 2011 roku.

Apszira – żona Tauane’a, jego kuzynka, urodzona w Kenii w 1985 roku, dobrowolnie przybyła do Dadaab w 2003 roku, aby poślubić Tauane’a.

Billai – żona Niszo, urodzona w 1995 roku w południowej Somalii, przybyła do Dadaab z rodziną, uciekając przed klęską głodu w 2011 roku.

Christine – córka Muny i Poniedziałka, przyszła na świat w Dadaab w 2011 roku.

Ryba – kolega Tauane’a, działacz sportowy w obozie Hagadera, rocznik 1984. Pochodzi z okolic Kismayo, do Dadaab przybył z matką, uciekając przed wojną domową w 1992 roku.

Guled – mąż Mariam, urodzony w Mogadiszu w 1993 roku, w 2010 uciekł do obozu Dadaab przed Asz­-Szabab.

Idris – ojciec Tauane’a, urodzony około roku 1950, trafił do Dadaab, straciwszy dwóch synów w wojnie domowej w 1991 roku.

Isza – żona Ahmeda (Gaba), urodzona w Somalii około roku 1970, w 2011 roku wraz z pięciorgiem dzieci uciekła do Dadaab przed głodem.

Chejro – zdobyła w obozie wykształcenie i została nauczycielką, do Dadaab przybyła w 1992 roku jako dwulatka, razem z uciekającą przed wojną domową matką, Rukią.

Mahat – pracujący dorywczo na targu przyjaciel Niszo, jego ojciec zginął na wojnie, do Dadaab przybył z matką, gdy miał osiem lub dziewięć lat.

Mariam – żona Guleda, rocznik 1992, przyjechała za nim z Mogadiszu do Dadaab w 2011 roku.

Poniedziałek – mąż Muny, były „zagubiony chłopiec”, urodzony w 1981 roku w sudańskim Abyei, zanim w 2004 roku trafił do Dadaab, przeszedł przez kilka obozów dla uchodźców w Etiopii i Kenii.

Muna – żona Poniedziałka, urodzona w Somalii w 1990 roku. Rodzice uciekli z nią, półroczną dziewczynką, do Dadaab, kiedy większość wielopokoleniowej rodziny została zabita.

Niszo – tragarz na targu w Ifo, mąż Billai, urodzony w 1991 roku w drodze do Dadaab, rodzice uciekli przed wojną domową z Bajdabu w środkowej Somalii.

Indha Dae (Profesor Białe Oko) – urodził się niewidomy, potem odzyskał wzrok, handlarz, potem reporter radiowy, do Dadaab przywiozła go w 1991 roku jako cztero-, pięciolatka babka uciekająca przed wojną.

Tauane – mąż Apsziry, przedsiębiorca, przywódca młodzieży, pojawił się z rodziną w Dadaab w 1991 roku jako siedmiolatek, jego bracia zginęli w wojnie domowej.

Prolog
Biały Dom, Waszyngton, 31 października 2014 roku

W szarym pokoju bez okien za szarym stołem zasiedli członkowie Rady Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Council, NSC). Na ścianach fotografie wysportowanego prezydenta Obamy w drodze na szczyt NATO w Walii. Departament Afryki reprezentują: biały mężczyzna w średnim wieku, lekko odchylony w krześle, jego zgarbiony nad notatkami młodszy kolega w nowym, opiętym garniturze, niska blondynka, która przez całą naradę siedzi sztywno z rękoma na kolanach – jej zastygła twarz zdaje się unosić nad powierzchnią stołu – oraz ich szefowa w eleganckiej tweedowej spódnicy i dobranych jasnobrązowych, drogich pantoflach – uśmiecha się, kiwa głową i jak pozostali, mówi niewiele.

Miałem zapoznać NSC z sytuacją w obozie dla uchodźców w Dadaab w północnej Kenii, przy granicy z Somalią. Od 2008 roku, kiedy związane z Al­-Kaidą zbrojne ugrupowanie Asz­-Szabab przejęło kontrolę nad większością terytorium Somalii, Róg Afryki stał się podstawą tego, co politycy lubią nazywać „łukiem destabilizacji” – strefy kryzysowej ciągnącej się przez Afrykę od Mali i obszaru działania Boko Haram w Nigerii na zachodzie, przez Czad, Darfur, Sudan, południową Etiopię i Somalię, aż po Jemen, Arabię Saudyjską, Pakistan i Afganistan na wschodzie. Mnożące się zamachy terrorystyczne sprawiły, że świat zainteresował się afrykańskim ekstremizmem. Rok wcześniej Asz­-Szabab zaatakowała centrum handlowe Westgate w stolicy Kenii, Nairobi. Pół roku po naszej naradzie organizacja ta znów trafiła na czołówki gazet, gdy zamordowała stu czterdziestu ośmiu studentów Garissa University College na wschodzie kraju. Po tych atakach kenijskie władze twierdziły, że zamachowcy przybyli z obozu Dadaab, i zapowiadały jego zamknięcie, nazywając go „wylęgarnią terroryzmu”. Zasadniczo NSC chciała zapoznać się z moimi doświadczeniami, ponieważ przeważająca część środków na utrzymanie obozu pochodzi właśnie ze Stanów Zjednoczonych.

Trzy poprzednie lata spędziłem, badając życie mieszkańców obozu, a pięć lat wcześniej przedstawiłem raport na temat przestrzegania tam praw człowieka. Jak opisać różne oblicza tego miejsca ludziom, którzy go nigdy nie widzieli? Nazwa „obóz dla uchodźców” jest myląca. Dadaab założono w 1992 roku, żeby pomieścić dziewięćdziesiąt tysięcy osób uciekających przed wojną domową w Somalii. Po ćwierćwieczu, na początku 2016 roku, było niezaznaczoną na żadnych oficjalnych mapach półmilionową aglomeracją wielkości Nowego Orleanu, Bristolu czy Zurychu. Próbowałem opowiedzieć urzędnikom z NSC o zdumiewającej rojnej, choć zdewastowanej metropolii, w której działają kina i kluby piłkarskie, hotele i szpitale. Podkreślałem, że wbrew temu, czego mogliby się spodziewać, większość uchodźców jest nastawiona zdecydowanie proamerykańsko. Opowiedziałem im o tym, jak poczynają sobie finansowane, uzbrojone i wyszkolone przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię kenijskie siły bezpieczeństwa – mówiłem o gwałtach i wymuszeniach, o obławach na uchodźców, których zachęca się, by wracali do ogarniętej wojną Somalii. Czułem jednak, że tak naprawdę wcale mnie nie słuchają. Oczekiwałem, że odrzucą stereotypy, do których przywykli, że zignorują wszystko, czego się dowiedzieli z mediów i podczas swoich odpraw.

Moi przyjaciele uchodźcy z Dadaab byli podekscytowani, gdy usłyszeli, że jadę do Białego Domu! I oto jestem tu, w samym centrum amerykańskiej machiny politycznej, mam wykorzystać tę możliwość, ale idzie mi jak po grudzie. Uchodźcy, całe swoje życie karmieni skąpymi racjami z dostaw ONZ, szkoleni przez organizacje pozarządowe i kształceni na warsztatach o demokracji i w kampaniach na rzecz genderowej integracji i przeciwko obrzezaniu kobiet, żywili miłe złudzenia co do hojności społeczności międzynarodowej. Nie wolno im było opuszczać obozu ani pracować, ale wierzyli, że kiedy świat dowie się o ich losie, natychmiast ruszy im z pomocą, kładąc kres przedłużającej się sytuacji, w której zmuszeni są żyć od pokoleń w obozach, a ich dzieci i wnuki rodzą się w tym pustynnym więzieniu bez murów. Jednak urzędnicy z szarego pokoju patrzą na świat z tylko jednej perspektywy.

– Jeżeli to, co pan mówi, jest prawdą – powiedział młody człowiek w przyciasnym garniturze – to jak wytłumaczyć tak długie istnienie Dadaab? – Chciał wiedzieć, dlaczego wszyscy młodzi ludzie z obozu nie przyłączyli się do Asz­-Szabab. Sam zadałem sobie kiedyś to pytanie. Pomyślałem o Niszo, chłopaku pracującym na bazarze jako tragarz. Kiedy spytałem, dlaczego nie przyłączył się do bojowników – przecież płacą dobrze, a on jest biedny – przerwał wywiad i odszedł z twarzą ściągniętą gniewem. Pytanie było obraźliwe. Dla niego i wszystkich jego znajomych uchodźców Asz­-Szabab to szaleni mordercy i zbrodniarze. Przypomniał mi się Guled, który był dzieckiem­-żołnierzem i jak wielu takich jak on zbiegł do obozu. Wolał uwolnić się od ekstremistów, niż walczyć u ich boku.

Młody urzędnik upierał się jednak przy swoim:

– Obraz, który pan nam przedstawił: zaburzone poczucie tożsamości, brak pracy, wrogie polityczne otoczenie, pogarszające się warunki, wszystko to wygląda jak pożywka dla radykalizmu… – Mój rozmówca zakładał chyba, że są tylko dwa rodzaje młodych ludzi: terroryści i ci, którzy mogą nimi zostać.

– Nędza nie musi prowadzić do ekstremizmu – odparłem. Przypomniały mi się twarze dumnych imamów, którzy bronili tradycji przed zbrodniczym wypaczeniem; odważnego przywódcy młodych Tauane’a, który z narażeniem życia zaopatrywał uchodźców, kiedy organizacje pomocowe wycofały się w obawie przed porwaniami ich pracowników, i Chejro, która za nędzne grosze uczyła obozowe dzieci; wreszcie Profesora Białe Oko, który nadawał relacje w miejscowej rozgłośni radiowej.

Jak miałem opowiedzieć o imponującej godności, odwadze i duchowej niezależności tych ludzi, skoro w oczach urzędników byli jedynie potencjalnymi terrorystami?

– No dobrze – powiedziała szefowa rady.

Nie było pytań, więc zebranie skończyło się przed czasem. Wpadłem w pułapkę liberalnego lobbysty: jeżeli młodym nie zagraża radykalizm, to czy NSC nie powinna przestać martwić się o Dadaab, spokojnie zapomnieć o uchodźcach? Takie postawy politycznych decydentów rodzą fałszywy dylemat – zwolennicy i przeciwnicy wojny z terroryzmem muszą toczyć spór w kategoriach zagrażającej radykalizacji, jak gdyby młodzi, biedni muzułmanie nie mieli innego wyboru.

Na zewnątrz panował przejmujący chłód. Balustrady białych schodów po obu stronach tylnego wejścia do Białego Domu pokrywała czarna draperia, a nad łukiem trawnika unosiła się wielka nadmuchiwana dynia. Pierwsza dama szykowała się na przyjęcie z okazji Halloween. Nisko nad naszymi głowami przeleciał heli­kopter niosący jej męża. Kiedyś jako student siedziałem z nim przy jednym stole, dzieląc się bożonarodzeniowymi potrawami i opowieściami. Patrząc z Pennsylvania Avenue na śmigłowiec prezydenta, poczułem, że ten człowiek jest teraz ode mnie równie odległy jak piaski Dadaab. Uchodźcy szukający schronienia w kraju jego przodków odnajdywali siebie w jego historii, ale nawet najpotężniejszy człowiek świata nie mógł zrobić dla najbardziej potrzebujących więcej niż inni. Ani jego kraj, ani żaden inny nie przyjmie uciekinierów z Somalii, a już na pewno nie w znaczącej liczbie.

Uchodźców jest dziś więcej niż kiedykolwiek, jednak świat odwrócił się do nich plecami. Nasze mity i religie pełne są opowieści o wygnańcach, ale tym, którzy są ich żywą egzemplifikacją, odmawiamy pełni człowieczeństwa. Ludzi, którzy uciekają przed wojnami XXI wieku z Syrii, Iraku, Afganistanu, Somalii i innych krajów, traktujemy jak piątą kolumnę, potencjalne zagrożenie. Co rok nieliczni uzyskują od ONZ status uchodźcy i azyl w innym kraju. Tysiące obierają nielegalną drogę, płacąc przemytnikom za miejsce na łodzi lub przedzierając się przez dziury w ogrodzeniach. Nie dziwi mnie młody urzędnik NSC, który chciał zrozumieć doświadczenie uchodźców. To cud, że tylu z nich w pogoni za lepszym życiem woli narażać się na śmierć podczas morskiej przeprawy, niż ginąć jako męczennicy za wiarę. Jednak ci odważni stanowią tak naprawdę mniejszość. Ogromna większość, miliony, utknęła w obozach. Przeznaczając część naszych podatków na ONZ, płacimy miliardy dolarów po to, żeby tam zostali. Znaczy to, że w Dadaab opłacamy szkoły, szpitale i osiem ton żywności słanej co miesiąc w sam środek skwarnej pustyni, żeby ich wszystkich nakarmić.

Moja książka jest próbą spojrzenia na życie w tym dziwnym czyśćcu oczami tych, którzy dopuścili mnie do swego świata i opowiedzieli swoje historie. Nikt nie chce przyznać, że tymczasowy obóz Dadaab stał się trwałym elementem rzeczywistości – ani kenijski rząd, który musi go gościć, ani ONZ, która musi za niego płacić, ani sami uchodźcy, którzy muszą tam żyć. Oto paradoks destabilizujący sytuację. Uchodźcy, schwytani w pułapkę somalijskiej wojny i niechętnego im świata, żeby przetrwać w obozie, muszą wyobrażać sobie inne życie. To wytrącające z równowagi doświadczenie, albowiem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość przestają być na dłuższą metę bezpieczną przystanią. Życie w tym mieście cierni to zarówno duchowa, jak i fizyczna pułapka, bo myśl krąży tu nieustannie między nierealnymi marzeniami a koszmarną realnością. Krótko mówiąc, trafiają tu wyłącznie kompletni straceńcy.

 
Część pierwsza

1
Róg Afryki

Somalijska ziemia nie zaznała deszczu od ponad dwóch lat. W roku 2010 nie padało od wierzchołka Rogu Afryki, jakim jest mierzący w brzuch Jemenu przylądek Gees Gwardafuy, po wzgórza Etiopii na zachodzie i równiny Kenii na południu. Koczownicy i rolnicy widzieli chmury nadciągające ze wschodu, znad Oceanu Indyjskiego, nad czerwone równiny i płowe wzgórza, ale deszcz nie spadał. Widzieli, jak słabną zwierzęta, jak zboża uginają się pod ciężarem kurzu, i ogarniał ich smutek.

W tym rejonie świata są trzy pory roku: hagar, dżiilaal i gu. Hagar to pora wietrzna, trwająca od maja do września, kiedy monsun znad Oceanu Indyjskiego wieje zgodnie z ruchem wskazówek zegara, spychając chłodne wody z południowych mórz ku północy, wzdłuż wybrzeża Afryki Wschodniej i łuku biegnącego od Arabii, Iranu i Pakistanu po Bombaj, starożytnym szlakiem handlowym ludu Suahili. Od co najmniej tysiąca lat przed naszą erą statki dau żeglowały w marcu na wschód i wracały we wrześniu z prądem odwrotnym do ruchu wskazówek zegara, niosącym ogrzane już wody z powrotem na południe. Gdy płynie się z monsunem, żegluga od wybrzeży Somalii do Indii trwa tylko trzy tygodnie, zaś pod wiatr może zająć trzy miesiące i często kończy się katastrofą. W głębi Rogu Afryki, tysiące mil od portów Boosaaso, Mogadiszu i Kismaju, handel toczy się nadal zgodnie z tym naturalnym rytmem.

Swego czasu, kiedy klimat był bardziej przewidywalny, pora hagar kończyła się z nadejściem października krótkim deszczem zwanym deir, po którym narastał upał i podnosił się wszechobecny kurz, zwiastujące porę suchą, dżiilaal. Jeśli Bóg dał, upał stopniowo wzmagał się, by w końcu wezbrać wilgocią. Przychodziła trwająca od marca do maja błogosławiona pora deszczowa, gu. Cierniowe zarośla błyskawicznie okrywały się jaskrawą zielenią, a piach porastał z dnia na dzień skąpą warstewką traw. Wielbłądy i kozy koczowników przybierały na wadze.

Czasem pora gu nie nadchodziła, a wtedy wzmagający się upał nie znajdywał ujścia. Wraz z ponownym nastaniem hagar wysch­ły piach unosił się małymi wirami, które żyły własnym życiem, wciskając się dosłownie wszędzie. Skóra zwierząt obkurczała się, a nomadzi obserwowali z niepokojem niebo, lękając się abaar, czyli suszy. Zdarzało się, że gu nie było w kolejnych latach, co zwykle zwiastowało kłopoty. W tej części świata, gdzie w walce człowieka z przyrodą o przetrwanie ich szanse są wyrównane, głód i wojna szły zawsze w parze. Teraz pora gu nie nadeszła przez dwa lata z rzędu, a krótkie deszcze spadły niebezpiecznie późno.

Pod wrogim niebem gęstniał niepokój. Ziemia nie oferowała niczego wieśniakom, więc i oni nie mieli nic, co mogliby oddać swym władcom w formie dziesięciny lub podatku. Niemal całą południową i centralną Somalią rządzili islamscy ekstremiści z Asz­-Szabab, którzy potrzebowali każdego grosza na sfinansowanie „wielkiej wojny”, mającej na celu wygnanie z Mogadiszu i utopienie w morzu wspieranego przez ONZ rządu „niewiernych”. Zbrojne milicje wyłapywały po wsiach ludzi, a potem wywoziły ich ciężarówkami i zmuszały do walki. Zabierały też ich skąpe plony jako zakat – wkład do świętej wojny – więc ludzie ­głodowali.

Co gorsza, Asz­-Szabab obłożyła zakazem wszelką pomoc żywnościową z napisem „USA”, wyganiając ze swojego terytorium Światowy Program Żywnościowy. Jednocześnie amerykański Urząd Kontroli Aktywów Zagranicznych objął sankcjami Asz­-Szabab – oznaczało to wyrok więzienia dla agencji pomocowych opłacających milicję za wpuszczenie pomocy humanitarnej, co jest normą w Somalii, gdzie od dwudziestu lat trwa wojna. Nieliczne statki, które wyruszyły z pomocą, ryzykowały spotkanie z osławionymi piratami. Tak więc w obliczu szczególnego splotu niepomyślnych okoliczności, jako że susza trwała już od dwóch lat, mieszkańcy Somalii musieli stawić czoło jednej z najgłośniejszych katastrof, jakie znał świat.

Podczas „bitwy o Mogadiszu”, jak nazywano ofensywę Asz­-Szabab, w mieście walczono o każdą ulicę – okopy, snajperzy, ostrzał na oślep. W swoje działania wojenne bojownicy angażowali wszystkie zasoby i siły ludzkie, nawet dzieci. Byli jak wiry wiecznej dżiilaal, które wzbijają w powietrze pył wypalonej równiny, pokrywając wszystko brązowym nalotem. Nadchodząca tragedia przybrała barwę sepii.

Wobec ogromu śmierci można tylko dziwić się, że ktokolwiek jeszcze pozostał w tym kraju. Nikt naprawdę nie wie, ilu ludzi mieszka w Somalii, ale w ciągu ostatnich dwudziestu lat swoje domy porzuciła jedna trzecia lub nawet połowa jej ­sześcio- lub ośmio­milionowej populacji. Ponad półtora miliona uchodźców trafiło za granicę, z czego wielu do obozu w Dadaab. W kraju zostali ci, którzy nie mogli uciec, bo nie mieli na bilet na autobus, którzy postanowili pilnować swojego majątku albo robić pieniądze, wreszcie ci, którzy po prostu postradali rozum. Wielu bało się ryzyka, jakie niesie ucieczka w nieznane, i wolało trzymać się maksymy „lepszy znany diabeł…”. Inni przywykli do wojennej ruletki, która stała się ich codziennością. Jednym z nich był Guled.