Złe wieściTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

W serii ukażą się m.in.:

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Anjan Sundaram

Złe wieści

Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Przełożyła Iga Noszczyk


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Bad News: Last Journalists in a Dictatorship

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Sven Torfinn / Panos / Czarny Kot

Copyright © by Anjan Sundaram, 2016

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Iga Noszczyk, 2016

Redakcja Małgorzata Pasicka-Siekanka / m&m manufaktura

Konsultacja merytoryczna Ryszard Kusy

Korekta Anna Gancarczyk / d2d.pl, Agata Czerwińska / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-285-1

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Eksplozje

Światła

Władza

Sprzeciw

Atak

Dodatek 1

Dodatek 2

O autorze

Kolofon

Dla działających lokalnie, ale obecnych na całym świecie dziennikarzy. Choć imion większości z nich nigdy nie poznamy, to właśnie oni co dzień dostarczają nam informacje

Dla moich studentów

Quos [deus] perdere vult, dementat [prius].

Kogo bóg chce zgubić, temu wpierw rozum odbiera.

Eksplozje

Czułem, jak ta szeroka droga mnie połyka. Samotne auta gnały w górę zbocza, a skąpani w pomarańczowym świetle lamp sodowych ludzie stali na chodniku, poszeptując. Od czasu wybuchu bomby wciąż słyszę w głowie tykanie. Gdybym nie był tak bardzo pochłonięty tymi emocjami, mógłbym się rozkoszować urokiem otoczenia: przypominającymi bagietki łagodnymi wzgórzami na horyzoncie, sylwetkami wiszących nisko chmur i spokojem miasta, w którym było tak wiele przestrzeni, a które dzisiejszego wieczora sprawiało jednak, że czułem się przytłoczony i zdezorientowany.

Szukałem kawałków zwęglonego metalu, zapachu spalonej gumy albo jakichkolwiek innych śladów przemocy. Przy rondzie stał wysoki sztywny policjant w niebieskim mundurze. Podnios­łem ku niemu rękę i powiedziałem cicho, prawie szeptem:

– Mwiriwe! Dobry wieczór! Czy to było tutaj, ta eksplozja?

– Ta co?

– Eksplozja. Wybuch. Słyszałem go z dołu.

– Nie, nie, coś pan sobie wyobraził – odpowiedział powoli, kręcąc przy tym głową.

– W takim razie co zamiata ten mężczyzna?

– Zawsze utrzymujemy drogi w czystości.

Ale ja dostrzegłem jakieś połyskujące drobiny, więc sięgnąłem po aparat.

Podniósł rękę i zatrzymał ją tuż przed moją twarzą.

– Żadnych zdjęć! Żadnych zdjęć!

– Skoro nie było eksplozji, to w czym problem?

– Proszę mnie uważnie posłuchać. Tutaj nic się nie wydarzyło.

Odruchowo się cofnąłem.

Wszyscy w okolicy to słyszeli. Powiedziano mi, że na miejscu zjawiły się karetki; nie włączyły syren. Jednak teraz droga była już praktycznie czysta. Ruch pojazdów był płynny i spokojny, jak zawsze w Kigali. A centrum tego miasta – stolicy najgęściej zaludnionego kraju w Afryce – było, też jak zawsze, niemal zupełnie puste.

Dwa dni później odbyliśmy na zajęciach dyskusję, która tylko wzmogła poczucie zagrożenia. W sali zjawiło się dziesięcioro dziennikarzy; jeden po drugim zajęli krzesła. Panował ponury nastrój. Na tyłach pomieszczenia szeleściły zasłony. Korpulent­ny młody mężczyzna stwierdził, że wybuchł granat, który ktoś rzucił po to, by wkurzyć władze.

Temu dziennikarzowi udało się nawet zrobić zdjęcia, ale jeden z policjantów rozpoznał go i przeszukał mu torbę. Gdy policja znalazła aparat, wyjęła ze środka film (wielu studentów z mojej grupy wciąż używało przestarzałego sprzętu), a sam dziennikarz dostał ostrzeżenie; kazano mu czekać na oficjalną wersję wydarzeń, nie propagować działań wroga.

Po sali przebiegł pomruk niezadowolenia. Wszystkie twarze tutaj były jakoś naznaczone – niektóre głodem i zmęczeniem, inne głębokimi ranami. Od strony drzwi dobiegł mnie stukot drewna – to kuśtykał Moses, przygarbiony, o lasce (podczas tortur zmiażdżono mu nogę).

Moses jako starszy dziennikarz odpowiadał za rekrutację studentów do naszego programu szkoleniowego. Był tak powszechnie szanowany, że jeszcze nie zdarzyło się, by ktoś nie przyjął jego zaproszenia.

Studentami byli dziennikarze i dziennikarki, właściciele i pracownicy wydawnictw prasowych. Większość z nich miała po trzydzieści parę lat, choć było kilkoro starszych nawet ode mnie. Zostali wybrani do naszego programu, ponieważ wyróżniali się niezależnością i talentem. Chodziło nam o to, aby zebrać ostatnich wolnych dziennikarzy Rwandy i wyszkolić ich, by tworzyli spójny i wysoko wykwalifikowany oddział.

 

Przyjechałem do Rwandy, aby uczyć dziennikarzy tego, jak wyłapywać ciekawe historie, jak je analizować i nadawać im formę informacji prasowych. Ostatnie dwa lata spędziłem w Ameryce, ale wcześniej pracowałem jako dziennikarz dla amerykańskiego centrum informacyjnego w sąsiedniej Demokratycznej Republice Konga. Znałem więc wrażliwe punkty tego regionu oraz historię miejscowych konfliktów; i chciałem tu wrócić. Pragnąłem pomóc studentom przemienić się w skutecznych i odnoszących sukcesy dziennikarzy.

Nasz program finansowały Zjednoczone Królestwo i Unia Europejska. Mieliśmy wspierać dziennikarzy w pisaniu przede wszystkim o inicjatywach rządowych, sprawach w rodzaju akcji zachęcania ludności do częstego mycia rąk czy regularnych wizyt u lekarza. Tak więc program zyskał akceptację władz Rwandy i działał już od dziesięciu lat. A teraz nasza sala wykładowa stała się miejscem, gdzie mogli razem popracować ostatni wolni dziennikarze tego kraju.

Wybuch granatu w mieście przypomniał nam o przemocy. Być może rzucili go uzbrojeni dysydenci. Ale równie dobrze mogli to zrobić sami przedstawiciele władz. Tak czy inaczej, reżim mógł wykorzystać wybuch jako usprawiedliwienie dla wprowadzenia kolejnych represji.

– Nie wiem, czy tym razem uda nam się przetrwać – stwierdził jeden ze studentów.

– Rząd dokonuje aresztowań. Zamyka ludzi w tajnych więzieniach.

– Wiele rozwiniętych krajów było kiedyś dyktaturami. Proszę nam powiedzieć, jak udało im się uzyskać wolność.

Korpulentny młody chłopak opowiedział o tym, że gdy go ostatnio bito, oślepiła go własna zalewająca całą twarz krew. Został pobity, ponieważ podczas konferencji prasowej w obecności samego prezydenta wspomniał o problemie prześladowania dziennikarzy. Chłopak nazywał się Jean-Bosco i był szefem popularnej gazety. Po pobiciu znajdował się w śpiączce przez cztery dni.

– Ale nie możemy przestać mówić otwarcie – stwierdziła jedna ze studentek. – To nasz jedyny środek obrony. Im więcej powiemy, tym bardziej rząd będzie się bał nas skrzywdzić; nas i innych aktywistów. I musimy się trzymać razem, choćby nie wiem co.

Mówiąca była niską młodą kobietą z czerwoną kokardą we włosach. Właśnie spędziła rok w więzieniu, gdzie zamknięto ją za krytykowanie rządu. Miała HIV. Stosowano wobec niej przemoc fizyczną i psychiczną. Przedstawiciele władz więziennych tak długo krzyczeli jej prosto w twarz, aż padała ze zmęczenia; nieustannie przenosili ją też z celi do celi, by nie mogła ani przez chwilę odpocząć. Miała na imię Agnès.

W sali zapadła cisza.

Ktoś wymamrotał:

– Jak możemy walczyć z państwem przemocy? Czy jest dla nas jakieś wyjście?

– Ameryka daje im broń. A Izrael szkoli ich służby wywiadowcze.

Było to wtedy, gdy zbliżała się dwudziesta rocznica upadku muru berlińskiego, więc w prasie co rusz ukazywały się teksty upamiętniające tamten czas.

Przeczytałem studentom jeden z takich artykułów, na który ostatnio się natknąłem. Były to przemyślenia byłego czeskiego dysydenta, dotyczące jego walki o stworzenie politycznej opozycji. Opowiadał o tym, jak wszyscy wokoło uważali jego wysiłki za śmieszne, a cel za niemożliwy do osiągnięcia; aż do momentu, gdy dyktatura nagle runęła.

Agnès uparcie wpatrywała się w swoich kolegów dziennikarzy.

Czeski dysydent opowiadał o próbach stworzenia siatki podziemnej, która miała się zajmować kolportażem broszur informacyjnych. To była jego walka z dyktaturą; walka o ujawnienie informacji, które reżim starał się stłumić i zniszczyć.

Ważne było dla mnie to, że mówił właśnie o broszurach, bo uczestniczący w moich zajęciach dziennikarze byli dziennikarzami prasowymi. W świecie dyktatury słowo pisane daje możliwości, którymi nie dysponuje radio będące narzędziem propagandy reżimu. To właśnie pismo daje nadzieje na dokonanie przewrotu i wywalczenie wolności.

Tak działo się w przypadku każdej rewolucji – nawet podczas arabskiej wiosny, która wydarzyła się w dzisiejszym cyfrowym świecie. Często to właśnie pisarze zajmują miejsca w pierwszych szeregach rewolucji. I często to właśnie ich najbardziej dotykają represje.

Prowadzenie rozgłośni radiowej wymaga posiadania sprzętu: nadajnika, anteny. Spikera radiowego można rozpoznać i zabić. Sprzęt zniszczyć. Pozbawić rewolucję głosu.

Ale słowo pisane nie jest niczyją własnością. Nie ma źródła ani korzenia, który można by wyrwać i unicestwić. Przechodzi z rąk do rąk. Gdy się je zniszczy – powstaje nowe.

A teraz więcej ludzi zaczęło pisać; jest więcej źródeł. Dlatego dla narodu, który pragnie wolności, dla rewolucji, słowo pisane może się stać czymś świętym.

Zebrałem od studentów pracę domową z zeszłego tygodnia – raport na temat szpitala miejskiego – pożegnałem się z nimi, zaciągnąłem na okna sali wykładowej białe bawełniane zasłony i ruszyłem w stronę domu.

Obok mnie kuśtykał Moses. Był spokojny, rześki wieczór. Po całym dniu nauczania czułem się wyczerpany. Nie przeszkadzało mi, że Moses idzie wolno. Na drodze zauważył nas Claude – dobry, pełen współczucia taksówkarz – i zaproponował podwózkę. Mój przyjaciel z wdzięcznością zajął miejsce w zdezelowanym aucie.

W domu nalałem sobie filiżankę herbaty i zasiadłem na balkonie. Miałem stąd widok na duży ogród, a niżej na zieloną dolinę. Bez wątpienia było to najpiękniejsze miasto, w jakim kiedykolwiek mieszkałem.

Dom należał do organizacji, w ramach której działał nasz program szkoleniowy. Przestronny (cztery sypialnie), był kiedyś rezydencją pewnego dyplomaty. Nienawykły do tak dużej przestrzeni, zająłem tylko pomieszczenia użytkowe oraz jedną sypialnię, której drzwi – na co skwapliwie zwrócił mi uwagę gospodarz – były kuloodporne.

Zacząłem przeglądać prace domowe. I nagle niespodzianka: już dosyć dobrze poznałem swych studentów, a tu niejaki Gibson – cichy trzydziestoparoletni mężczyzna, który zawsze siadał z tyłu sali – napisał naprawdę niezwykły tekst. Wszystkie pomysły logicznie uporządkował, nie popełniając przy tym niemal żadnego błędu. Nie bał się zadawać ważkich pytań. A opisany przezeń szpital – z lekarzami i pacjentami, z których większość stanowiły dzieci – ożywał w umyśle czytającego.

Tekst Gibsona podniósł mnie nieco na duchu. Poszedłem do sypialni. Na chwilę włączyłem radio. Nadal nic nie mówiono o eksplozji z zeszłej nocy. Nikt nawet nie przyznał, że w ogóle do niej doszło. Ani słowa o tym, że byli zabici czy ranni.

Wkrótce rząd zaczął naciskać na dziennikarzy. To, że coś się dzieje, po raz pierwszy zauważyłem podczas serii przemówień prezydenta Paula Kagamego. Oczekiwałem, że prezydent w jakiś sposób odniesie się do wybuchu, który był dla kraju czymś zupełnie niespodziewanym, niewiarygodnym. Przez ostatnie dziesięciolecie Rwanda słynęła z niezwykłego spokoju; spokoju, który był niemal tak absolutny, jak absolutna była przemoc ludobójstwa sprzed szesnastu lat.

Prezydent mówił wolno, przenikliwym głosem, który brzmiał niemal jak wrzask ptaka. Mówił o panującej w kraju demokracji, o wolności, jaką cieszą się jego obywatele, oraz o tym, jakim smutkiem napawają go zamachy stanu, które podejmuje się tam, gdzie demokracji nie ma. Mówił o tym wszystkim podczas różnych spotkań politycznych, konferencji prasowych, ceremonii na stadionach piłkarskich czy przy okazji otwarcia nowej fabryki. Był wysokim chudym mężczyzną w zbyt obszernym garniturze. Śmiał się z własnych żartów i wydawał się nieszkodliwy. Ale samymi tylko słowami był zdolny umacniać lub niszczyć ludzi, wioski i całe regiony; tak jakby jego słowo ucieleśniało się, stawało nowym światem. Był głosem narodu; w dyktaturze to możliwe, bo w tym ustroju same słowa wystarczają, by sprawować władzę nad wszystkim, co żywe i martwe. Gdy mówił, wokół panowała wielka cisza. Jego przemowy transmitowano na cały kraj z regularnością uderzeń w bęben; i w całym kraju – od wietrznych szczytów wzgórz po zacisza domów – ludzie nadstawiali uszu, by słuchać.

To z tych właśnie wzgórz, jeszcze jako dziecko, uciekł prezydent. Miał tylko trzy lata, gdy w 1960 roku powstanie przeciw rwandyjskim elitom zmusiło jego rodzinę do ucieczki i zamieszkania w obozie dla uchodźców w Ugandzie. Tak więc jego życie rozpoczęło się wśród ludzi wydziedziczonych. Będąc młodym mężczyzną, brał udział w ugandyjskiej rebelii i – jako szef wywiadu wojskowego tego kraju – przeszedł szkolenie w Ameryce. W 1990 roku dowodził rwandyjskimi siłami zbrojnymi, które oddzieliły się od ugandyjskiej armii i dokonały inwazji na Rwandę. Inwazja ta stała się początkiem długiego konfliktu, który prezydent nazywał wojną o „wyzwolenie”, a który w 1994 roku zakończył się rwandyjskim ludobójstwem. Gdy w lipcu tego roku walki się zakończyły, prezydent przejął władzę w Rwandzie; było tak, jakby urodził się na nowo.

Początkowo sprawowanej przez Kagamego władzy można się było jedynie domyślać. Piastował funkcje wiceprezydenta i ministra obrony. To inni wygłaszali przemowy i jeździli z wizytami do obcych krajów. Ale z czasem Kagame pozbył się tych ludzi. Poprzedniego prezydenta Rwandy zamknął na pięć lat w więzieniu, aż w końcu wybaczył mu i, bez słowa wyjaśnienia, wypuścił na wolność. Teraz powolne przemowy Kagamego nadawały stacje radiowe.

Podczas spotkań niektórym ludziom wolno było zadawać pytania:

– Wasza Ekscelencjo, dlaczego tak wiele krajów interesuje się naszymi drogami, szpitalami i programami walki z biedą? Czy to dlatego, że nasz kraj tak szybko się rozwija po tragedii ludobójstwa?

– Nasz kraj wiele się nauczył ze swej historii – odpowiadał prezydent. Po czym dodawał, że wiedzą o tym, co się w Rwandzie sprawdziło, a co nie, chętnie podzieli się z każdym, kto tylko będzie chciał się czegoś odeń nauczyć.

Trzeszczące radio emanowało aurą sukcesu władz.

– Wasza Ekscelencjo, jakiś czas temu zadałem sobie pytanie, jak to możliwe, że nasz rząd jest tak sprawny i tak profesjonalny, jak nam się udaje tak ograniczyć korupcję. Mamy świetne notowania biznesowe. Otrzymujemy pochwały od Banku Światowego, od Narodów Zjednoczonych, od Amerykanów i Brytyjczyków. Ale skąd te pochwały? Wczoraj znalazłem odpowiedź. Zawdzięczamy to wszystko naszym przywódcom, Wasza Ekscelencjo. Oto nasz sekret.

Udało mi się rozpoznać ten ostatni głos. To był jeden z moich studentów, Cato. Poczułem ukłucie w żołądku. Cato zdecydował się od nas odwrócić; stało się jasne, że dołączył do armii pochlebców prezydenta – grupy, którą w Rwandzie oficjalnie nazywano Wybrańcami [Intore]. Wychwalając prezydenta, ludzie ci wzniecali w innych obywatelach strach i potrzebę bezwarunkowego oddania. To był najprostszy sposób na to, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Nasza grupa straciła jednego ze studentów, ale nie obwiniałem Cato. W obecnej sytuacji wszyscy dziennikarze czuli się bardzo niepewnie.

Gibsona zastałem w jego mieszkaniu. Był przestraszony. Od razu, gdy wszedłem, poprosił, bym zamknął drzwi.

– Usiądź.

Sofę udawała drewniana rama z miękkimi kwadratowymi poduszkami obleczonymi w kawałki rdzawoczerwonej bawełnianej szmatki, która kiedyś była kapą na łóżko. Poza nią jedynym meblem w salonie był mały stolik na środku pokoju. Mieszkanie miało pobielone ściany, oświetlała je przyćmiona lampa. Była tam jedna sypialnia. Gibson mieszkał w zbudowanej na zboczu błotnistego wzgórza dzielnicy nędzy.

– Kupiłem tę sofę parę dni temu – powiedział. – Podoba ci się?

Widziałem, że jest bardzo dumny z tego żałosnego nabytku. Powiedziałem, że zorganizuję mu jakąś nową kapę. Bardzo go to ucieszyło.

Przyszedłem, by opowiedzieć o swoim pomyśle na wspólną podróż. Wkraczaliśmy w sezon uroczystości upamiętniających ludobójstwo – w ciągu jakichś stu dni zginęło około ośmiuset tysięcy ludzi; to statystyka, której nie dorównywali nawet naziści. Ludzie umarli w ogromnych mękach, większość z nich zabito maczetami, nie z broni palnej. Odkąd zjawiłem się w Rwandzie, chciałem zrobić coś, by złożyć hołd tym, których zabito z tak wyjątkowym okrucieństwem. Ale Gibson odmówił, kręcąc zaciekle głową. Stwierdził, że byłoby to zbyt niebezpieczne.

Był mężczyzną o gabarytach czternastoletniego chłopca; gdy po coś sięgał, delikatnie drżały mu ręce. Może właśnie chcąc to ukryć, nosił koszule o zbyt długich rękawach, które zwisały mu poniżej nadgarstków. Koszule, zwykle białe, wisiały mu też na wąskich ramionach. Poza jednym dobrym przyjacielem – byłym współlokatorem z seminarium – nie miał nikogo. Był raczej samotnikiem, rzadko spotykał się z innymi dziennikarzami, którzy pokpiwali z jego zwyczaju jedzenia fufu (klusek z mąki maniokowej) palcami, czyli tak jak mieli w zwyczaju miejscowi ludzie z miasta; odnosiło to skutek wręcz przeciwny, bo zdradzało wiejskie pochodzenie chłopaka.

 

Także tutaj, we własnym mieszkaniu, wstydził się swej biedy. Dostrzegałem to w sposobie, w jaki pospiesznie przemknął do pokoju. Choć wiedział, że go odwiedzę, nie bardzo miał mnie czym poczęstować. Wyciągnął skądś dużą butelkę w kształcie kanistra; w środku znajdował się rozwodniony i przesłodzony sok jabłkowy.

Nalał sobie szklankę napoju, ale go nie wypił.

Zapytałem, co jego zdaniem może się stać, jeśli zdecyduje się na podróż ze mną.

Wzruszył ramionami. Wydawało się, że szuka odpowiednich słów.

Pogratulowałem mu świetnego tekstu o szpitalu, którym wygrał organizowany na naszych zajęciach konkurs. Studenci, a zwłaszcza Jean-Bosco, byli skonsternowani. Traktowali go jak chłopaka ze wsi, bez kwalifikacji dysydenta. Sam Gibson był zaskoczony; stał zszokowany, przez całą ceremonię wręczenia nagrody wpatrując się w otrzymany dyplom.

Zasugerowałem mu, by spróbował opublikować ten tekst.

Uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Moja gazeta nigdy tego nie wydrukuje.

– Ten tekst nie ma nic wspólnego z polityką – stwierdziłem, upierając się przy tym, że wydawcy Gibsona nie odrzucą tak dobrze napisanej historii.

Chłopak już od kilku miesięcy pisał dla najważniejszej niezależnej gazety w Rwandzie, zatytułowanej „Umuseso”, czyli „Wczesny Ranek”. Był to najpopularniejszy tytuł w kraju, ludzie go szanowali. Parę godzin po tym, jak na rynek trafiał najnowszy numer „Umuseso”, sprzedawcy musieli robić jego kserokopie, bo nakład nie mógł sprostać zapotrzebowaniu. Nawet w najdalszych wioskach, w których czytać potrafiło bardzo niewielu ludzi, można było trafić na krążące między mieszkańcami stare egzemplarze gazety, odczytywane na głos przez posiadających tę umiejętność. W Rwandzie – kraju, w którym tylko nieliczni mieli dostęp do internetu – prasa drukowana była niezwykle pożądanym towarem.

Rząd zaczął wywierać coraz większą presję na reporterów „Umuseso”, wielu z nich było kiedyś bardzo blisko prezydenta; niektórzy towarzyszyli mu nawet w czasach emigracji. Część redaktorów w ogóle opuściła kraj, a inni się ukrywali. Wznowiono pewną sprawę sądową z przeszłości i kilku ważnych dziennikarzy uznano za winnych zniesławienia jednego z wpływowych współpracowników prezydenta. Bo prezydent nienawidził krytyki.

Jednak, jak wielogłowa hydra, „Umuseso” przetrwało ataki rządu. To nie była zwykła gazeta. Rzadko przytaczała źródła, rzadko też sprawdzała prawdziwość informacji. Jednak często miała rację. Z zadziwiającą wręcz dokładnością redaktorzy „Umuseso” byli w stanie przewidzieć, którzy z oficjeli zostaną zwolnieni, oskarżeni o korupcję lub skompromitowani ekscesami obyczajowymi. Bo gazeta miała informatorów w reżimowych kręgach. W strukturach rządu znajdowali się ludzie, którzy publicznie okazywali prezydentowi wsparcie, ale jednocześnie mieli poczucie, że pewne informacje powinny zostać ujawnione; w ten sposób stawali się źródłem przecieków.

Wszystko to uczyniło z „Umuseso” najważniejszą gazetę w kraju; uprawiany w niej rodzaj dziennikarstwa był jedynym, który miał jakiekolwiek znaczenie w rwandyjskiej dyktaturze. A ludzie już dawno nauczyli się, że wskazówek dotyczących swej przyszłości powinni szukać raczej pośród zrodzonych w rządowych gabinetach plotek niż na deskach teatru, jakim był parlament, czy w relacjach z ministerialnych posiedzeń.

Związek z „Umuseso” oznaczał, że Gibson musiał na co dzień wieść zupełnie niezwykłe życie. Gdy miał ochotę na piwo, o przyniesienie go musiał prosić chłopaka sąsiadów; sam nie powinien był bowiem rzucać się w oczy. Mówił mi też, że gdy już wychodzi z domu, natychmiast pędzi do którejś z odległych dzielnic, gdzie ryzyko rozpoznania go jest dużo mniejsze.

Podziękowałem mu grzecznie, gdy zaproponował piwo, i zapytałem, jak często widuje się z rodziną.

– Czasami martwię się o nich. Ale lepiej, byśmy się nie widywali. Moja praca może stanowić zagrożenie dla ich życia. Lepiej jest tak, jak jest. – Brzmiało to tak, jakby przekonywał samego siebie.

Wspomniał o tym, że ma dziewczynę.

– Chciałbym się z nią ożenić. Ale która chciałaby za mnie wyjść? Nie mam pieniędzy i nieustannie myślę o tym, co robi rząd. Niewiele mogę zaoferować dziewczynie. Chciałbym mieć dziecko, założyć rodzinę. Czasem zastanawiam się, jak by to było żyć normalnym życiem. – Rozejrzał się po pokoju. – Czytałeś Hegla? – zapytał z błyskiem w oku.

Czytałem dosyć dawno.

– Wydaje mi się, że moje życie można objaśnić za pomocą heglowskiego pojęcia dialektyki. Istnieją dwie przeciwne sobie idee, które dają początek wyższej prawdzie. Czasem wydaje mi się, że to właśnie dlatego dążę do konfrontacji z władzami. – Po chwili dodał: – Ale chyba robię to też dlatego, że wiele lat temu uświadomiłem sobie, iż Bóg umarł.

Gibson często powoływał się na jednego ze swych mentorów z seminarium – biskupa, który pracował jako redaktor gazety. W swoich tekstach biskup sprzeciwiał się fatalnym warunkom panującym w więzieniach, opisywał też łamanie podstawowych praw robotników. Władze postrzegały go jako zagrożenie. Gdy zachorował, rząd postarał się, by nie mógł wyjechać na leczenie za granicę. Wkrótce potem umarł.

Przez chwilę wymienialiśmy się filozoficznymi refleksjami, choć nie byłem w stanie dotrzymać mu kroku.

– Nawet nie wiesz, ile znaczy dla mnie ta rozmowa – powiedział Gibson. – Wciąż przebywam tylko sam ze sobą i moje myślenie traci ostrość. Moi profesorowie, moi przyjaciele… zerwałem z nimi wszystkimi kontakt. Prócz biedaków nie znam nikogo, z kim mogę porozmawiać. Nie mam nic przeciwko biedakom, sam żyję skromnie; ale takiej wymiany myśli jak z tobą nie miałem od dawna. To jakoś przywróciło mnie do życia.

Przeczytał mi fragment jednego z nowszych numerów „Umuseso”, który udało mu się ocalić z rewizji przeprowadzonej przez rząd w jego poprzednim mieszkaniu, gdy władze szukały śladów przecieków. W tym numerze gazety opisano, jak to szefowa gabinetu prezydenta zdołała się pozbyć swego poprzednika, który uciekł do Belgii. Według oficjalnej wersji poleciał tam na szkolenie; jednak nigdy nie wrócił. Rząd milczał na temat uciekinierów, a ludzie bali się o nich pytać. Wydawało się, że ci zbiegowie nigdy nie istnieli poza łamami niezależnej prasy.

Ktoś zapukał do drzwi.

Gibson zamarł. Na szczęście to on czytał, to jego głos było słychać, ja zaś siedziałem cicho.

Pukanie się powtórzyło.

Wyczułem przerażenie chłopaka na myśl o tym, że ktoś mógł­by go zastać w moim towarzystwie, więc wymknąłem się do przyległego pokoju. W tej biednej okolicy rzadko bywali obcy, więc moja obecność i nasze rozmowy na osobności mogły się wydać podejrzane. Na podłodze w sypialni Gibsona leżały całe sterty zapisanych ręcznie papierów. Gdy podszedłem bliżej, przekonałem się, że były to notatki do artykułu.

Gibson stał w drzwiach i coś mówił. Pomiędzy nim a przybyłym mężczyzną toczyła się nerwowa wymiana zdań; chodziło chyba o jakiś spis ludności. Po pewnym czasie usłyszałem, że drzwi się zamykają. Odczekałem jeszcze trochę.

To był jeden z Wybrańców – grupy, do której dołączył Cato. Zbliżały się wybory prezydenckie, więc po wszystkich okolicznych domach chodziły całe bandy, zadając pytanie: „Czy jesteś pewien, na kogo głosować?”. To oni odpowiadali też za organizację fety na cześć prezydenta, dlatego zmuszali ludzi, by wzięli w niej udział.

Gibson aż się spocił z nerwów.

Zapytałem go, czy zamierza tam iść. Teraz rozmawialiśmy już ciszej, często milknąc; nasze uszy starały się wyłapać odgłos choćby najlżejszego ruchu na zewnątrz.

– Czasem mówię im, że jestem chory, i mam nadzieję, że to wystarczy, by sobie poszli. Ale nie da się unikać tych imprez przez cały czas. Uczestnictwo w nich to jeden z obowiązków „dobrego obywatela”. Ja też muszę tam chodzić i wygłaszać peany na cześć prezydenta. Jeśli chcesz jeść, musisz brać w tym udział.

Zbierałem się do wyjścia. Gibson wyglądał na zawiedzionego. Podniósł ze stołu moją pustą szklankę i powiedział, że w innych okolicznościach odprowadziłby mnie.

Zanim wyszedłem, zapytałem go jeszcze o wybuch. Są jakieś wieści? Całe to zdarzenie zawładnęło moją wyobraźnią. Gibson odpowiedział, że nadal nic się nie pojawiło.

Gdy szybko zamykał za mną drzwi, wydawał się zupełnie pogrążony w myślach. Czułem, jak podczas tego wieczora coraz bardziej narastała w nim rozpacz. Kiedy wyszedłem, na zewnątrz zapaliło się światło, które miało mi ułatwić kluczenie między bruzdami błota uformowanymi przez spływającą tamtędy wodę. Spojrzałem w górę. Księżyc otaczała jasna poświata. Dziś wieczorem spadnie deszcz. Światło zgasło natychmiast, gdy tylko znalazłem się poza zasięgiem lampy. Odwróciłem się, ale nie mogłem wypatrzyć miejsca, z którego Gibson mnie obserwuje.

Powoli schodziłem w dół czerwonego wzgórza. Potykałem się, bo głowę miałem zajętą czymś zupełnie innym.

Nad miastem przeleciał helikopter, oświetlając okolicę mocnym reflektorem; był to nocny patrol policji.

W kolejnych dniach wiele myślałem o Gibsonie. Podziwiałem tego człowieka. W jego spokojnych brązowych oczach prócz strachu dostrzegałem też ambicję i sprzeciw. Zdawał się pewnie trwać w oporze i cichej odwadze. Najbardziej poruszyło mnie chyba to, że nie pochodził z zamożnej rodziny, która bez problemu mogła sobie pozwolić na to, by powiedzieć „nie”. Czułem, że powinienem zrobić wszystko, by mu pomóc, nawet jeśli czasem wiązałoby się to z ryzykiem.

Gibson wciąż pisywał dla „Umuseso”, jednak tylko „nieszkodliwe” teksty. Stwierdził, że to nie czas na prowokacje. Imprezy związane z upamiętnieniem ludobójstwa sprawiały, że dziennikarze znów stawali się nerwowi. Podczas zajęć ponownie zapytałem Gibsona, dlaczego nie chce się tam wybrać. Myślałem, że mógłby napisać jakiś prosty tekst o tych, którzy ocaleli. Wzruszył ramionami. Ten jego brak konkretności zaczynał mnie frustrować.