Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  ROZDZIAŁ PIERWSZY

2  ROZDZIAŁ DRUGI

3  ROZDZIAŁ TRZECI

4  ROZDZIAŁ CZWARTY

5  ROZDZIAŁ PIĄTY

6  ROZDZIAŁ SZÓSTY

7  ROZDZIAŁ SIÓDMY

8  ROZDZIAŁ ÓSMY

9  ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

10  ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

11  ROZDZIAŁ JEDENASTY

12  ROZDZIAŁ DWUNASTY

13  ROZDZIAŁ TRZYNASTY

14  EPILOG

15  PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału: Kiss Me in New York

Przekład: Anna Dobrzańska

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Karolina Pawlik

Korekta: Anna Strożek

Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska / KATAKANASTA

Text © 2017 Working Partners Ltd.

Copyright for the Polish edition and translation

© JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw

ISBN 978-83-66380-34-9

Wydanie I, Łódź 2020

JK Wydawnictwo sp. z o.o. s.k. ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Julii – za wszystkie historie o Nowym Jorku

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ PIERWSZY

CHARLOTTE

WIGILIA BOŻEGO NARODZENIA, 14.00

Złamane serce wiele zmienia. Na przykład zwykle nie marszczę brwi, gdy podczas odprawy uśmiechnięta pani na lotnisku JFK życzy mi „Wesołych świąt!”.

Ale teraz nie mogę się powstrzymać. Jest Wigilia Bożego Narodzenia, a ja chcę wyjechać z Nowego Jorku najszybciej, jak się da. I nie oglądać się za siebie. Chcę zapomnieć, że w ogóle tu przyjechałam i że miałam nadzieję, że znajdę w tym mieście Nową Siebie.

Na początku Nowy Jork był pełen jasnych świateł i radosnego podniecenia. Wszystko zmieniło się dwa tygodnie temu. Zaczęłam wtedy dostrzegać to, na co państwo Lawrence, u których mieszkałam, narzekali za każdym razem, gdy wspominałam o „mieście” i o tym, jak bardzo mi się podoba. Niemiłych ludzi – a było ich tak wielu – na których człowiek wpada na każdym kroku. I szczury. Oraz fakt, że całe miasto często cuchnie tak, jakby chowało się pod gigantycznym parasolem zrobionym ze zjełczałej pizzy.

Uśmiech kobiety przechodzi w grymas. Uświadamiam sobie, że muszę wyglądać dziwacznie, kiedy tak stoję i, marszcząc brwi, gapię się przed siebie. Próbuję zatrzeć niekorzystne pierwsze wrażenie i mówię:

– Ach tak… nawzajem! – I informuję ją, że czekam na lot o 18:45 na londyńskie Heathrow.

Kobieta zerka na monitor i ściąga brwi.

– Och, jest pani o pięć godzin za wcześnie! Wy, Brytyjczycy, cenicie sobie punktualność, co?

Gdyby takie zachowanie mieściło się w normie i gdybym nie zabrzmiała przez to jak wariatka, powiedziałabym jej: „To nie ma nic wspólnego z punktualnością, Rondo”. (Takie imię ma na plakietce). „Jeszcze dwa tygodnie temu wcale nie chciałam wracać do domu. Przeżywałam najlepszy semestr życia w liceum Sacred Heart i cieszyłam się jak głupia na myśl, że we wrześniu wrócę tu do college’u. Zostałam przyjęta na dziennikarstwo na Uniwersytet Columbia i nie posiadałam się ze szczęścia, bo miałam zamieszkać w miejscu, gdzie żyje się opowieściami. W Nowym Jorku dzieje się tyle rzeczy, o których warto pisać. No i mogłam stać się Nową Charlotte. Kim jest Nowa Charlotte? Och, Nowa Charlotte to w zasadzie ja – to znaczy wyglądamy identycznie, bo w tej kwestii nie mogę nic zmienić – ale impulsywna i towarzyska, podczas gdy Stara Charlotte była w znacznej mierze domatorką. Nowa Charlotte ryzykuje, czego Stara Charlotte nigdy by nie zrobiła. Kiedy tu przyjechałam, odkryłam, że Nowa Charlotte jest cholernie zajebista! Ludzie ją lubili… zwłaszcza jeden chłopak, z którym chodziłam na zajęcia z literatury angielskiej. Colin.

Ale później Colin złamał mi serce. Gdy to się stało, przestałam być taka impulsywna i wolna, dzięki czemu miałam czas skupić się na tym wszystkim, co w Nowym Jorku jest niefajne – na przykład na tym, że w wagonach waszego metra podróżuje się równie wygodnie jak w wózkach sklepowych. Albo że pozwalacie na naprawdę głupie rzeczy – jak samochody wjeżdżające w tłumy przechodniów! I że w grudniu jest tu naprawdę zimno. Na bank jest to pogwałcenie jakichś praw człowieka”.

Tymczasem jednak mówię:

– Po prostu chcę jak najszybciej wrócić do domu.

Nie jest to kłamstwo. Tylko bardziej bezpośredni sposób, żeby oddać to, co chcę powiedzieć. Może dlatego mój związek z Colinem nie wypalił. Może gdybym zapytała wprost, czy jest nieszczęśliwy… Może gdybym była bardziej bezpośrednia, nadal bylibyśmy razem?

Daj spokój, Charlotte. Nawet gdybyś była bardziej bezpośrednia, Colin i tak pozostałby kutafonem.

Nie mogę nic zarzucić temu rozumowaniu, tak jak nie wiem, co odpowiedzieć na szyderstwa, które podsuwa mi mózg. Tak się kończy bycie impulsywnym.

Kiedy trącam torbą figurkę Statuy Wolności, która zahacza o taksówkę zabawkę, a ta z kolei spada na stojący niżej miniaturowy Empire State Building, uświadamiam sobie dwie rzeczy: po pierwsze, moja mama ma rację, kiedy powtarza, że nie potrzebuję tak wielkiej torby; po drugie, musiałam przejść przez odprawę, nadać bagaż, odejść od stanowiska i wejść do sklepu z pamiątkami, a wszystko to zrobiłam nieświadomie.

Ale tak, mam kartę pokładową, wetkniętą w paszport, i z jakiegoś powodu stoję w sklepie z pamiątkami. Co ja tu, u diabła, robię? Nie chcę niczego, co przypominałoby mi o semestrze za granicą – chcę zostawić wszystko za sobą. Nowy Jork może zatrzymać sobie wszystko, czego dotknął, co zepsuł i co całkowicie zniszczył.

Nie okłamałam Rondy. W tej chwili chcę tylko wrócić do domu. Wrócić do domu i na powrót stać się Dawną Sobą… Nie, nie dawną. Zwykłą Sobą. Prawdziwą Sobą. Nazwijmy ją Angielską Charlotte.

Czuję pod powiekami palące łzy i wiem, że najwyższy czas się stąd wynosić – nawet angielska Charlotte nie płacze w miejscach publicznych – dlatego, lawirując między figurkami i plastikowymi drapaczami chmur, wychodzę ze sklepu. Pochylam głowę, żeby nie patrzeć na wielkie plakaty z nowojorską linią dachów – w podłym nastroju nie dostrzegam dziś jasnych świateł miasta, które nigdy nie śpi. Widzę ohydne budynki ze stali i szkła, które strzelają w niebo, jakby rzucały mu wyzwanie.

Daj spokój, Nowy Jorku, co takiego zrobiło ci niebo?

Boże, przyjazd na lotnisko o tak wczesnej porze był błędem – teraz przez cztery godziny będę siedziała i rozczulała się nad sobą. Patrzę na komórkę i co kilka minut sprawdzam Instagram: najpierw oś czasu, potem komentarze i nowych obserwujących, a następnie aktywność znajomych, żeby zobaczyć, kto polubił czyje zdjęcia (odśwież-odśwież-odśwież). Niedługo padnie mi bateria i nie będę nawet mogła posłuchać muzyki. Ale może to dobrze – na mojej playliście zostały praktycznie same smętne kawałki.

Ostatnio naprawdę polubiłam The Smiths, co w moim obecnym stanie nie jest chyba wskazane!

Dziewczyna, z którą jestem, musi mnie bardzo pociągać. Muszę czuć… nie wiem, namiętność to chyba najlepsze słowo. A ja tego… nie czuję.

Oto jak ze mną zerwał.

Dochodzę do wniosku, że muszę zająć czymś umysł, wchodzę więc do księgarni Hudson i staję jak wryta, kiedy dociera do mnie, że nie wiem, czego właściwie szukam. Na półce z bestsellerami stoją same książki dla kobiet, które zazwyczaj lubię, ale teraz na widok tych wszystkich serduszek robi mi się niedobrze. Patrzę na trzy szmirowate krwawe thrillery. Właśnie tego mi trzeba – książki, która oferuje wartką akcję, mnóstwo przemocy i żadnych uczuć. Przez kolejne pięć minut próbuję się zdecydować i odgadnąć, jak zajmująca będzie każda z nich. Trudno powiedzieć, bo okładki wszystkich wyglądają niemal tak samo i prezentują uchwycone w ruchu sylwetki mężczyzn, pod którymi widnieje jednowyrazowy tytuł. Zastanawiam się, jaka jest różnica między Zemstą, Odwetem i Wendetą.

 

Slogan na okładce Wendety głosi: DONNY SIĘ DOIGRAŁ…

Nie wiem, kim jest Donny ani dlaczego się doigrał, ale to właśnie ten tytuł wybieram. W drodze do kasy omijam gościa, który, ryzykując wywichnięcie ramienia, próbuje dosięgnąć książkę stojącą na najwyższej półce. Jeden z ostatnich bestsellerów. Słyszę, jak wzdycha i przeklina, gdy z półki spada inna książka – zdążam jeszcze zauważyć miękką oprawę, zanim spada mi na głowę. Instynktownie wyciągam ramiona, łapię ją i tulę do piersi.

– Chryste, przepraszam.

Podnoszę wzrok i spoglądam w ciemnobrązowe oczy wysokiego chłopaka, który, jak sądzę, jest starszy ode mnie o kilka lat. Jego długie kudłate włosy są przyklepane przez wełnianą czapkę, którą nosi pewnie przez większość dnia. Spędziłam w Nowym Jorku wystarczająco dużo czasu, żeby nauczyć się rozpoznawać w takich jak on Palantów z Williamsburga. To ksywka (no dobra – obelga), którą sama wymyśliłam i którą dziewczyny z Sacred Heart uznały za najlepszy i najbardziej angielski odpowiednik „hipstera”.

Ten koleś może być Palantem z Williamsburga, ale mimo swojego niedbałego stylu wydaje się czysty. Hipsterzy z Brooklynu nie wyglądają tak… niechlujnie, jak ci, których widuję w domu. I chociaż jestem w podłym nastroju, nie mogę nie zauważyć, jaki jest przystojny.

Gdybym miała serce, którego inny hipster z uroczymi, wysokimi kośćmi policzkowymi nie użył w charakterze worka treningowego, pewnie teraz zabiłoby trochę mocniej.

Chłopak wyciąga wolną rękę. W drugiej trzyma książkę, którą zamierza kupić, i torebkę ze sklepu z pamiątkami, który opuściłam chwilę temu.

– Chcesz, żebym odłożył ją na miejsce?

Patrzę na dwie książki, które trzymam w dłoniach. Okładkę tej, którą ocaliłam od bolesnej śmierci, pokrywają rysunki kieliszków wina, instrumentów muzycznych i zabandażowanych serc, wśród których – o dziwo! – widzę szczeniaczka. Ozdobne czerwone litery krzyczą do mnie:

Zapomnij o swoim byłym w dziesięciu prostych krokach!

– Może spróbuj pogodzić się z faktem, że to dupek.

Podnoszę wzrok na hipsterskie ciacho, który uśmiecha się znacząco, patrząc to na mnie, to na poradnik. Chwilę później zauważa Wendetę.

– Chociaż wygląda na to, że szukasz bardziej radykalnych rozwiązań.

Kiwam głową.

– Marzę o tym, żeby mu się zrewanżować.

– Kupię ją dla ciebie. W końcu niewiele brakowało, a nabawiłabyś się przeze mnie wstrząśnienia mózgu.

Wręczam mu książkę.

– Dziękuję. Właśnie skreśliłam cię z listy osób, na których muszę się zemścić.

Hmm, co tu się dzieje? Czyżbym flirtowała z… nieznajomym? To nie do końca w moim stylu, ale skoro nigdy więcej nie spotkam tego przystojniaka, mały flirt nie zaszkodzi.

Nawet Angielska Charlotte robi czasem takie rzeczy. A fakt, że na powrót stałam się Angielską Charlotte, nie znaczy, że nie mogę jej zmienić i udoskonalić. Hipsterskie Ciacho nie ma pojęcia, że właśnie rzucił mnie chłopak, bo nie jestem superatrakcyjną laską, tak samo jak nie wie, że przepłakałam ostatnie dwa tygodnie i że moja jesienna misja, żeby stać się odważnym wolnym duchem, skończyła się na tym, że ów duch został aresztowany i wtrącony do emocjonalnego lochu.

Ale misja, z którą przyjechałam do Nowego Jorku, wciąż jest aktywna: jeszcze przez kilka godzin nie muszę być nieśmiałą, bojaźliwą Angielką.

Będę nią, kiedy wrócę do domu.

– Hej – rzuca chłopak, wkładając książki pod pachę. – Mogę cię o coś zapytać?

Nawet nie czeka, aż odpowiem. Wyjmuje z torebki różowego misia w czarnej koszulce, na której ktoś dziecięcą rączką namalował zarys budynków Manhattanu. Widoczne pod nim duże różowe litery układają się w napis: I HEART NEW YORK.

Tradycyjne serduszko zastąpiono słowem „serce”.

– Kupiłem go dla swojej dziewczyny. Wraca do domu po semestrze w Kalifornii… W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo jest tandetny?

– Siedemnaście.

Śmieje się. Zbyt głośno. Zastanawiam się, czy jego śmiech byłby równie irytujący, gdyby nie poprzedzające go słowo na literę „D”.

Masz za swoje, Angielska Charlotte, karcę się w duchu, wlokąc się za nim do kasy. Operacja Nowa Charlotte była upokarzającą porażką.

Hipsterskie Ciacho płaci za moją książkę, ale nie słucham jego paplaniny. Jestem pewna, że jego „dziewczyna” jest śliczna i w ogóle, ale nie mam ochoty słuchać o tym, czy spodoba jej się ironiczny napis na tandetnej koszulce. Po odejściu od kasy chłopak wręcza mi reklamówkę z moją książką, wychodzimy i zatrzymujemy się przed sklepem. Wokół nas kłębią się podróżni spieszący do domu na święta.

– Dzięki za książkę – mówię i chowam ją do torby.

Zamierza odpowiedzieć, kiedy oboje zamieramy na dźwięk męskiego głosu – piskliwego okrzyku, który niesie się ponad panującym na lotnisku gwarem.

– Chcesz ze mną zerwać? Poważnie?

Hipsterskie Ciacho odwraca się – ja muszę się wychylić, żeby cokolwiek zobaczyć – i oboje się gapimy. Przed halą przylotów stoi naprzeciw siebie dwoje młodych ludzi. Dziewczyna to opalona blondynka z irytująco idealnymi kręconymi włosami, ubrana w uroczy biały płaszczyk. Wygląda na niewiele starszą ode mnie. Stojąca za nią jasnoniebieska walizka podpowiada mi, że to ona właśnie skądś przyleciała. Chłopak też jest mniej więcej w moim wieku. Ma na sobie jasnobrązową kurtkę, która nijak nie pasuje do widocznej pod spodem koszuli w kremowo-żółtą kratę. Na ramię ma zarzucony czerwony plecak, ale nie widzę żadnych przywieszek. To nie jest para, która wraca skądś razem; to para, która po rozłące spotkała się na lotnisku.

To znaczy najwyraźniej nie są już parą. A słowo „spotkanie” w tej sytuacji jest chyba lekką przesadą.

Dziewczyna splotła dłonie i przycisnęła je do piersi. W uniwersalnym języku znaczy to „Tak mi przykro”. Chłopak trzyma w opuszczonej ręce tuzin czerwonych róż i strzela oczami na boki, jakby ktoś zapytał go, ile wynosi pierwiastek kwadratowy z dwudziestu trzech tysięcy dwustu trzynastu.

Pewnie wyglądałam tak samo, gdy Colin ze mną zerwał.

Posyłam Hipsterskiemu Ciachu spojrzenie spod znaku „co za niezręczna sytuacja”, lecz on nie patrzy na mnie. Wzrok ma wbity w podłogę i kręcąc głową, mówi:

– Powiedziała mu, że spotka się z nim po świętach.

Do diabła, to jest dziewczyna, na którą czeka?

Patrzy na mnie. Ma taką samą minę, jak pan Lawrence, kiedy hydraulik powiedział mu, że zadzwoni „między dziesiątą a szesnastą”. Mówi ona: Dasz wiarę, z jakim gównem muszę się mierzyć?

– Wtedy miała się tym zająć. A on zjawia się tutaj, żeby ją „zaskoczyć” i postawić w niezręcznej sytuacji. Co za palant, nie?

Hipsterskie Ciacho nawet nie mówi mi „cześć”. Po prostu podchodzi do kłócącej się pary, wyciąga głupiego pluszaka i kładzie go na ramieniu dziewczyny. Ta wzdryga się zaskoczona, odwraca się i piszczy z radości. Chwilę później uśmiecha się, przyciąga go do siebie i całuje, podczas gdy biedny Chłopak Z Różami wygląda, jakby nadal nie uporał się z matematycznym problemem.

Odwracam się od tej dziwacznej sceny i idę w stronę bramek. W pamięci mam coś, co powiedział mi Hipsterskie Ciacho.

Bez problemu godzę się z faktem, że to on jest tutaj dupkiem.

*

14:55

– Proszę pana, rozumiem, że jest pan zdenerwowany, ale nie ja odpowiadam za pogodę. Jeśli ma pan do kogoś pretensje, proponuję pogadać z Bogiem.

Kobieta przy bramce sprzedaje różne wersje tej samej śpiewki czterem różnym pasażerom, a ja wciąż mam nadzieję, że mózg postanowił spłatać mi figla i wymyślił sobie koszmar, w którym doniesienia o możliwej śnieżycy pogrążyły lotnisko JFK w totalnym chaosie.

Kiedy docieram na początek kolejki, kładę dłonie na blacie, jakbym potrzebowała oparcia, i podaję kobiecie numer lotu z nadzieją, że mój samolot ma specjalne koła z kosmicznymi oponami, które niezależnie od warstwy śniegu zapewnią mu przyczepność, i zabierze mnie daleko, daleko stąd.

Do domu.

Kobieta przy bramce zerka na monitor.

– Cóż, skarbie, dobra wiadomość jest taka, że twój samolot jest tutaj, na lotnisku. A zła, że nie wystartuje z powodu…

Próbuje mi coś wyjaśniać, ale nie słucham jej, bo czuję się tak, jakby ktoś wepchnął mi głowę pod wodę – w uszach dziwnie mi huczy, a wszystko inne wydaje się nagle bardzo odległe. Mam wrażenie, że czarna dwurzędowa kurtka, którą pani Lawrence kupiła mi, kiedy się ochłodziło, nagle ożyła i próbuje mnie udusić.

Mój lot do domu został odwołany.

Utknęłam tu.

– A następny lot? Mogę nim lecieć? To lot nocny, tak? Dla mnie to bez znaczenia, jeśli wyląduję o ósmej rano zamiast o szóstej; i tak nie zasnę. Nigdy nie śpię w samolotach. Jestem zbyt podekscytowana. – Wiem, że gadam jak najęta, i wiem, dlaczego to robię: tak długo, jak mówię, nie wybucham płaczem.

Nie mogę tu utknąć. Po prostu nie mogę! Muszę wrócić do domu. Czekają na mnie rodzice. Mój tata sprawdza pewnie właśnie status lotu i kiedy zobaczy, że jest opóźniony, nieźle się wkurzy.

– Proszę pani, bardzo mi przykro. – Kobieta przy bramce krzywi się, jakby przekazywanie obcej osobie smutnych wiadomości łamało jej serce. Widziałam już dwukrotnie, jak robiła tę minę. – Ale przy tych warunkach pogodowych wszystkie najbliższe loty do Londynu mają długą listę oczekujących… Z żalem muszę powiedzieć, że to bardzo mało prawdopodobne, by zostały jeszcze jakieś wolne miejsca na nocny lot. Bardzo mi przykro – powtarza.

Kieruje mnie do stanowiska, gdzie inna uśmiechnięta kobieta przez pięć długich minut gapi się w ekran komputera, a w końcu informuje mnie, że mogę wylecieć najwcześniej o… 9:30 rano.

W świąteczny poranek nie będzie mnie w domu z rodziną. Zamiast tego będę w Nowym Jorku – mieście, które – choć kocham – chcę opuścić.

*

Znowu doświadczam tej dziwnej niepamięci. Nie wiem, ile dokładnie trwa, ale kiedy na nowo zauważam otoczenie, wracam właśnie do głównego terminala. Nadałam już bagaż, a na lewe ramię zarzuciłam torbę z thrillerem, który kupił dla mnie Hipsterskie Ciacho, i voucherem od linii lotniczych do hotelu Ramada, gdzie zaszyję się i spędzę Wigilię Bożego Narodzenia… sama. Nigdy dotąd nie zatrzymywałam się sama w hotelu i nagle czuję się zagubiona. A jeśli nie wpuszczą mnie bez osoby dorosłej? Jeśli utknę na dobre między hotelem, w którym nie będą chcieli mnie przenocować, a lotniskiem, z którego nie będę mogła odlecieć do domu?

To najgorsza rzecz, jaka mi się przytrafiła.

– Dasz sobie radę, skarbie. Jak zawsze.

Rozmawiam przez telefon z mamą. Chcę, żeby była równie spanikowana jak ja, ale moja mama jest zawsze cudowna i spokojna. Wręcz słynie ze swojego opanowania. Wszyscy mówią na nią „Mellownie1” – zawsze myślałam, że to kiepski żart z imienia „Melanie”, ale teraz mam wrażenie, że to najzabawniejsza rzecz, jaką w życiu słyszałam.

Siadam na ławce i kryję twarz w wolnej dłoni. Humor wcale mi się od tego nie poprawia, ale przez chwilę lotnisko wydaje się bardziej odległe i nie napiera już na mnie z taką intensywnością.

Mama zaczyna coś mówić, ale zagłusza ją głos Emmy i wyobrażam sobie, jak moja pięcioletnia siostra walczy zaciekle o słuchawkę telefonu stacjonarnego.

– Mamo, mamo, chcę porozmawiać z Lot! Proooooszę!

Kiedy była młodsza, Emma nie potrafiła wymówić imienia „Charlotte” – stąd wzięła się Lot. Zwykle strasznie mnie to denerwuje. Ale nie dziś.

– Nie teraz, Em – mówi mama. I zaraz zwraca się do mnie: – Nie możesz wrócić do Lawrence’ów?

– Nie – odpowiadam. – Spędzają święta z krewnymi w Vermoncie. Pojechali tam prosto z lotniska.

– Dasz sobie radę, skarbie – powtarza mama. – Możesz iść do hotelu. Przynajmniej nie zmarzniesz i będziesz bezpieczna. Czego chcesz więcej?

Ocieram oczy i odwracam głowę, żeby nie słyszała, jak pociągam nosem. Wbrew słowom mamy ciepły pokój hotelowy ma całkiem sporą konkurencję – na przykład bardzo bym chciała wydostać się z tego przygnębiającego miasta. To by było fajne „więcej”. Chryste, życie ostatnio naprawdę mnie znokautowało. Nie mogło na tym poprzestać? Musiało jeszcze napluć mi w twarz i uciec, zanosząc się śmiechem?

Kiedy mama mówi, że możemy zrobić Wigilię w drugi dzień świąt i że cała rodzina bardzo mnie kocha, nie wiedzieć czemu, coś ściska mnie w gardle. Nie należymy do rodzin, które często okazują sobie uczucia, więc taka propozycja mamy nader wyraźnie daje mi do zrozumienia, że sytuacja rzeczywiście jest do dupy. Odpowiadam, że ja również ją kocham, chociaż słowa więzną mi w gardle. Zanim się rozłączam, słyszę, jak mówi:

 

– Char, dobrze mnie teraz posłuchaj. Słuchasz?

– Tak.

– Wiem, że czujesz się podle, i cię rozumiem, ale nie możesz siedzieć tam i się nad sobą rozczulać. Tak, sytuacja jest nieciekawa, ale mogło być znacznie gorzej, prawda? Pamiętaj, skarbie: zawsze na świecie ktoś ma gorzej niż ty.

Mówię jej, że rozumiem – i rozumiem, ale wiem też, że minie trochę czasu, zanim się z nią zgodzę. Kończymy rozmowę i chowam telefon do torby. Czuję na udzie ciężar książki od Hipsterskiego Ciacha, ale przede wszystkim jestem świadoma vouchera na hotel, w którym boję się zostać sama. Również tą kwestią mama nieszczególnie się przejęła. Stwierdziła wręcz, że skoro sama poleciałam do Stanów, bez problemu przetrwam jedną noc w hotelu.

Ma rację – temu zadaniu powinna sprostać nawet Angielska Charlotte.

Ale wiem, że sam pokój będzie nijaki, pełen zupełnie podstawowych sprzętów i prawdopodobnie beżowy. Na samą myśl o tym dopada mnie przygnębienie. Pewnie gdy już tam trafię, usiądę i zatopię się w rozważaniach o Colinie, o tej strasznej rzeczy, którą mi powiedział, i wyrazie jego twarzy w tamtym momencie – jakby konieczność wyjaśnienia mi, dlaczego ze mną zrywa, stanowiła dla niego wielką niedogodność. Będę myślała o tym, jak wielkim jest dupkiem, czując się jak totalny przegryw, bo nie potrafiłam obudzić w nim namiętności, czy czego tam oczekiwał od swojej dziewczyny. Nie jest wart łez, które przez niego wylałam, a jednak nagle pomysł, by do niego zadzwonić z pytaniem, czy nie moglibyśmy zawiesić tego rozstania choćby na pół dnia, żebym nie musiała siedzieć sama w hotelu i myśleć o nim, nie wydaje mi się taki głupi.

Czyli tak: po kiepskim semestrze w Nowym Jorku siedzę sama na lotniskuw Wigilię, bez możliwości powrotu do domu aż do jutra, z kiepskim thrillerem o gościu imieniem Donny, który z jakiegoś powodu „SIĘ DOIGRAŁ”. Sięgam po voucher do hotelu, jeszcze raz sprawdzam adres, a gdy wkładam go z powrotem do torby, zamiast okładki Wendetty widzę…

Zapomnij o swoim byłym w dziesięciu prostych krokach!

Przeklęty poradnik! Wygląda na to, że Hipsterskie Ciacho nie uważał przy kasie. Krew się we mnie gotuje na jego widok (zwłaszcza że tak niedawno w mojej głowie zakiełkowała myśl o tym, żeby zadzwonić do Colina i poprosić go, by przybył mi z odsieczą), więc chwytam książkę i odrzucam ją na bok.

Dopiero wtedy zauważam, że nie jestem jedyną osobą na ławce. Obok mnie siedzi ktoś dziwnie znajomy. Chłopak mniej więcej w moim wieku, dość wysoki, z krótko przyciętymi ciemnymi włosami, ubrany w brązową kurtkę i koszulę w kremowo-żółtą kratę, która może i nie jest modową katastrofą, ale kolory trochę się gryzą. Chłopak siedzi przygarbiony, z bukietem czerwonych róż na kolanach i czerwonym plecakiem między stopami. Zamyślony nie zauważa, gdy mój przypadkowy prezent gwiazdkowy – kupiony przez kolesia, z którym dosłownie uciekła jego dziewczyna – odbija się od jego znoszonego buta trekkingowego.

Mimo wszystko przepraszam i pochylam się, żeby podnieść poradnik. Powinnam wrzucić go do najbliższego kosza, ale z jakiegoś powodu przyciskam książkę do piersi.

Reakcja chłopaka jest spóźniona, jakby mój głos niósł się wolniej od prędkości dźwięku albo coś. Odwraca się, patrzy na mnie nieobecnym wzrokiem i nagle rozumiem, o czym mówiła mama. Ktoś ma gorzej niż ja i siedzi właśnie obok. I zgoda, może ma się gorzej w tym momencie, tylko dlatego że został rzucony chwilę temu, ale mimo wszystko… Ja bym poczuła, gdyby książka walnęła mnie w stopę.

Chyba.

Chłopak odwraca się ode mnie i znowu wbija wzrok przed siebie. Wspaniale mi wychodzi pomoc osobie, która znalazła się w gorszej sytuacji niż ja, prawda?

– Jestem Charlotte – mówię. Biorę go za rękę i ją ściskam. – A ty o włos uniknąłeś nieszczęścia.

Biedak patrzy na nasze ręce, jakby pierwszy raz się z kimś witał, a zaraz potem spogląda na mnie zdezorientowany. Nieźle, Charlotte – wcześniej pewnie nie zwrócił uwagi na wścibską Angielkę przypadkiem stojącą obok gościa, który chwilę potem ulotnił się z jego dziewczyną.

– Ja… – zaczynam się tłumaczyć. – Widziałam cię wcześniej z… twoją dziewczyną.

Spuszcza wzrok i patrzy na róże.

– Taa… Powinienem się domyślić, że nasze małe przedstawienie przyciągnie publiczność.

Przynajmniej się odezwał. Omal nie parskam śmiechem, kiedy uświadamiam sobie, że nie mam pojęcia, co właściwie zamierzam zrobić – koleś jest w gorszej sytuacji, ale przecież nie uleczę jego serca w jedno popołudnie, prawda? A moje własne przestało już krwawić tylko dlatego, że po tym, co zrobił Colin, nie zostało w nim ani trochę krwi.

– Jak masz na imię?

– Anthony – bąka w stronę róż.

– Cześć, Anthony. Wierz mi. Byłeś o włos od nieszczęścia. Ta dziewczyna to… same kłopoty.

– Nie znasz jej.

– Wystarczy mi, że wiem tyle: lepiej nie tracić czasu na dziewczynę, która rzuca cię w Wigilię dla pierwszego lepszego gościa.

Anthony na wpół się odwraca, żeby na mnie spojrzeć. Oczy ma szeroko otwarte i poważne.

– Nie rozumiesz, co się między nami wydarzyło, okej? Maya to nie płytka niunia, uganiająca się za byle kolesiem, który zawróci jej w głowie. – Mówi to z przekonaniem, ale przecież na własne oczy widziałam, że druga połowa tego zdania to bzdura. – Ona po prostu… po prostu… nie poradziła sobie ze związkiem na odległość. Nie było jej przez cały semestr, wiesz? Dopiero zaczęła college, wszystko jest dla niej nowe… to jasne, że ma mętlik w głowie.

Najwyraźniej wierzy we własne słowa. Ale ja spędziłam trochę czasu z gościem, dla którego go zostawiła – wyglądał jak prawdziwy palant z Williamsburga, co znaczy, że naprawdę pochodził z Williamsburga (albo okolic), czyli tę laskę od nich obu dzieliła równa odległość.

Ale nie mówię nic. Nie muszę, bo Anthony kryje twarz w dłoniach i odchyla się na krześle. Zaciska pięści i opuszcza je na niechciane róże.

– Nie, masz rację – mówi w końcu. Przez chwilę zastanawiam się, czy się rozpłacze, ale on bierze głęboki wdech i kręci głową. – Zachowała się podle. A najgorsze jest to, że gdybym jej nie zaskoczył, nie miałbym pojęcia, co się dzieje.

Mam ochotę wyciągnąć rękę i ścisnąć go za ramię, ale mówię tylko:

– Powinieneś iść do domu. Obejrzeć z rodziną głupi film, zająć czymś myśli. Na pewno jakoś wyobrażałeś sobie te święta… Zrób wszystko, żeby tak właśnie wyglądały.

– Nie mogę wrócić do domu – zwraca się do róż. – Powiedziałem rodzicom, że spędzę święta z Mayą i jej rodziną. Pomyślałem, że jeśli zrobię jej niespodziankę… – Kręci głową. – Nieważne. Po prostu… nie chcę wracać do domu. – Zauważa, że marszczę brwi. – Co?

Uświadamiam sobie, że moja twarz musi wyglądać jak… jak twarz kogoś, kto myśli „biedaku”.

– Nic – zapewniam go pospiesznie. – Po prostu… poniekąd wiem, jak się czujesz. Jakiś czas temu zerwał ze mną chłopak. Pół miesiąca. Znaczy dwa…

– Wiem, ile trwa miesiąc – przerywa moje wyjaśnienia Anthony.

– Przepraszam. Olej problem z rodziną. Są święta i powinieneś być z nimi. Mogło być gorzej… mogłeś spędzać Wigilię w hotelu Ramada.

Patrzy na mnie ze współczuciem, a zaraz potem marszczy brwi i zerka na moje kolana. Przez chwilę myślę, że taksuje mnie wzrokiem, i korci mnie, żeby prychnąć pogardliwie – to, że rzucił mnie chłopak, nie znaczy, że może sobie pozwalać – ale uświadamiam sobie, że patrzy na książkę, którą trzymam w rękach.

– Na twoim miejscu wyrzuciłbym ją do kosza.

– Leżała na półce z bestsellerami – tłumaczę. – Więc komuś pewnie pomogła.

Dziesięć prostych kroków? Mógłbym w to uwierzyć, gdyby chodziło o jeden krok. Dziesięć to jakaś ściema.

Spoglądam na książkę i obracam ją w dłoniach. W prawym dolnym rogu zamieszczono niewielkie zdjęcie autorki – doktor Susanny Lynch. To kobieta w średnim wieku, ubrana w stylu łączącym hippisowski luz z rozsądnym szykiem, o miłej, szczerej twarzy, która zdaje się mówić, że jej właścicielka chce pomóc każdemu, kto kupi jej dzieło.

– Tak – przyznaję. – Dziesięć kroków pewnie zajęłoby trochę czasu…

Podnoszę wzrok i spoglądam na Anthony’ego. Oboje zostaliśmy porzuceni. On nie chce wracać do domu, a ja nie mogę wrócić do swojego, chociaż niczego bardziej nie pragnę. No i naprawdę nie chcę jechać do hotelu Ramada, bo wiem, że skończy się na tym, że skulona w kłębek będę zalewała się łzami i co dwie minuty sprawdzała instagramowy profil Colina, bo z jakiegoś powodu chcę wiedzieć, co robi. Co robi beze mnie. Dawniej czułam zażenowanie, gdy widziałam pretensjonalne zdjęcia robione na przystankach autobusowych i stacjach metra – Colin postanowił dokumentować swoją „podróż” – ale nagle zaczęło mnie ciekawić to, „dokąd podróżuje”.

Nienawidzę się z tego powodu.

Zanim zdążę zapytać siebie, czy to dobry pomysł, pytam Anthony’ego, jak dobrze zna Nowy Jork.

Kiedy to słyszy, patrzy na mnie, jakbym właśnie spytała go, czy kąpie się w zimnym budyniu.

– Mieszkam tu całe życie. Dlaczego pytasz?

– Mam siedemnaście godzin do wylotu. Nie chcę ich spędzić w ciasnym pokoju hotelowym, gapiąc się na ściany. Zapewne beżowe. Muszę zająć czymś myśli, a wigilijny spacer po mieście to chyba świetny pomysł, nie? Jeszcze nie wiesz, ale przyjechałam tu tworzyć historie, tyle że nic dobrego z tego nie wyszło. Ale ilu ludzi może napisać, że w Wigilię utknęli cztery tysiące osiemset kilometrów od domu?