Na wschód od Arbatu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Hanna Krall

NA WSCHÓD OD ARBATU

Wstęp

Mariusz Szczygieł

Posłowie

Jerzy Szperkowicz


Spis treści

  JAK HANNA KRALL MYLIŁA POGOŃ Mariusz Szczygieł

  NA WSCHÓD OD ARBATU KAWAŁEK CHLEBA CZTERY MILIONY SZACHISTÓW WIECZÓR POEZJI „MORIAK”, CZYLI ODESSA WŁAŚNIE POWSTAŁ NOWY TEATR FIZYCY WSZYSTKIE MIEJSCA ZA STOŁEM KOBIETY W KOLORZE LILA MĘŻCZYZNA I KOBIETA

  POSŁOWIE Jerzy Szperkowicz

  PRZYPISY

JAK HANNA KRALL MYLIŁA POGOŃ

1.

Spełniło się moje marzenie: czterdzieści dwa lata po pierwszym wydaniu i trzydzieści jeden lat po wydaniu ostatnim ponownie ukazuje się Na wschód od Arbatu.

To książka, która przypomina, że Hanna Krall była przemytniczką. Do tego przemytniczką ze Związku Radzieckiego!

Nie ma bowiem lepszego określenia na jej metodę reporterską niż „przemyt”.

2.

Oto jesteśmy w czasach, kiedy największym przyjacielem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej jest Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Można pisać o nim albo dobrze, albo wcale. Wizerunek sojusznika w polskich mediach, literaturze i filmie jest kontrolowany, cenzurowany i limitowany. Czuwają nad tym dwie instytucje: Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, zwany urzędem cenzury. (Jak mawiała Teresa Torańska, bez zgody cenzury nie można było wydrukować nawet metki do majtek).

Wyobraźmy sobie, że po wydaniu w 1960 roku dwóch pierwszych tomów Słownika języka polskiego jego autor – jeden z najwybitniejszych polskich humanistów – profesor Witold Doroszewski wraz ze współpracownikami stanął przed Komisją Kultury KC PZPR. Władza zarzuciła dwóm tomom słownika klerykalizm i antyradzieckość. Klerykalizm przejawiał się na przykład w haśle „bronić”, bo zawierało przykład związku wyrazowego „broń Boże”, a hasło „dać” – „nie daj Boże”. Antyradzieckość ujawniła się za to w haśle „gość”. Autorzy przytoczyli bowiem przysłowie: „gość nie w porę gorszy Tatarzyna”. Usłyszeli, że może się za to obrazić Tatarska Autonomiczna Socjalistyczna Republika Radziecka.

Przy haśle „cud” przedstawiciele najwyższych władz zarzucili słownikowi klerykalizm i antyradzieckość zarazem. Urzędników zdenerwował cytat: „Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem! Jak mnie, dziecko, do życia przywróciłaś cudem (…)”, bo „cud musiałby mieć miejsce na terenie ZSRR, a to jest niedopuszczalne”.

Witold Doroszewski, autor Podstaw gramatyki polskiej, od 1930 roku profesor uniwersytecki, musiał z całą powagą polemizować z zarzutami partyjnych funkcjonariuszy. Ponoć profesor był człowiekiem wyjątkowo opanowanym, a głos mu drżał. Pierwotny planowany nakład słownika – dwadzieścia tysięcy egzemplarzy – za karę zmniejszono do czternastu tysięcy.

Pochodzące zza wschodniej granicy słowo „leninizm” miało swojego osobistego ochroniarza: asystent pierwszego sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki czuwał nad tym, żeby „leninizm” nie miał w słowniku mniej wierszy niż „lemur” i „lenno”. (Miał wierszy siedemnaście, po 1989 roku już tylko sześć).

Z takim oto przeczuleniem władzy na temat Związku Radzieckiego musiała poradzić sobie trzydziestoletnia wówczas reporterka, która postanowiła opisać życie w tym kraju.

Pisząc o ZSRR w tamtych czasach, można było narazić się dwojako. Pisząc prawdę – narazić się władzy, a tekst i tak nie zostałby wydrukowany. Pisząc nieprawdę, czyli to, co życzyła sobie władza, narazić się na śmieszność, często niechęć czytelników, a nawet opinię sługusa Moskwy.

3.

Zagadka dla młodych czytelników.

Oto zdanie o możliwościach dojazdu do miejscowości Wierszyna na Syberii: „Autobus jeździ codziennie z wyjątkiem dni, kiedy pada deszcz, kiedy są zaspy, kiedy jest wiosenne i jesienne błoto i kiedy są na drodze wyboje – po deszczu, błocie i zaspach”.

Zdanie to krytycy wskazywali jako przykład mistrzowskiego stylu Krall oraz jako genialnie skonstruowaną informację. Co w nim jest niezwykłego?

Otóż Krall pisze, że autobus do Wierszyny jeździ codziennie, ale jednocześnie pisze w zawoalowany sposób, że autobus do syberyjskiej wioski nie jeździ prawie nigdy. Nie mówi tego wprost, bo Związek Radziecki ma być wzorcem szczęśliwości, w którym wszystko skazane jest na sukces.

Małgorzata Szejnert nazywa tę metodę myleniem pogoni.

4.

Krall z mężem, dziennikarzem „Życia Warszawy” Jerzym Szperkowiczem, wyjechała do ZSRR w 1966 roku. Pracowali tam trzy lata.

– Sekretarzem redakcji „Życia Warszawy” był wtedy Leopold Unger, późniejszy publicysta „Kultury” paryskiej – opowiada Hanna Krall. – Był świadkiem na naszym ślubie i wpadł na pomysł, żeby nas wysłać do Związku Radzieckiego. Jurek dobrze znał rosyjski, bo urodził się w Wilnie i – jak mawia – Związek Radziecki sam do niego przyszedł. Nie pracowałam jeszcze w „Polityce”, ale poszłam do kierownika działu zagranicznego Henryka Zdanowskiego i zaproponowałam, że skoro jadę z mężem, to może bym stamtąd też coś pisała dla „Polityki” właśnie. Był średnio zachwycony. Nie mógł mi przecież powiedzieć, że pisanie stamtąd to będzie straszna nuda. Powiedział: niech pani spróbuje. Jako pierwszy przysłałam z Moskwy reportaż Wieczór poezji, potem jeszcze kilka i po jakimś czasie przyjechałam na chwilę do Warszawy. Kiedy przyszłam do Zdanowskiego, to on już inaczej się zachowywał. „Na zebraniach redakcyjnych pani teksty, koleżanko, są wysoko oceniane”. Czytelnicy też zauważyli te reportaże. Powtarzano mi, że takich tekstów stamtąd jeszcze nie było. Zaskoczyło mnie to bardzo, bo pisałam je, jak umiałam.

5.

Na wschód od Arbatu (Arbat to historyczna ulica w centrum Moskwy) nie należy dziś czytać jako książki o Związku Radzieckim, ale jako książkę o sposobie pisania o Związku Radzieckim. Na temat prawdziwej natury sowieckiego imperium powstała później literatura, która nie była już spętana cenzurą. Natomiast Arbat (jak się w skrócie mówiło o tym tytule) jest pisany w sposób nowy i specyficzny. Sposób, który pozwalał cenzorowi (najczęściej inteligentnemu i wiedzącemu, o co naprawdę autorce chodzi) na zaakceptowanie tekstu do druku, czytelnikowi pozwalał na poczucie, że nie jest oszukiwany, zaś autorce, że nie wygłupia się pisaniem słusznych tekstów.

Owo mylenie pogoni, typowe dla wielu reporterów, a zwłaszcza reporterek lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (szczególnie dla Łopieńskiej, Szejnert i Szymańskiej), zostało zapoczątkowane właśnie pod koniec lat sześćdziesiątych przez „radzieckie reportaże” Krall.

„Reporterka – pisze Wiesław Kot w szkicu Hanna Krall (Poznań 2000) – stroni od formułowania diagnoz w skali makro, zaskakując drobnymi obrazkami obyczajowymi. Domyślności czytelnika pozostawia fakt, iż w błahych i marginalnych z pozoru zdarzeniach kryje się istotna diagnoza. Innym elementem gry z polskim czytelnikiem jest oddawanie głosu, gdzie to tylko możliwe, rozmówcom stamtąd, których autorka cytuje rzekomo w najlepszej wierze, a tak naprawdę głównie po to, aby uzyskać efekt autokompromitacji”.

„Wyobraźcie sobie, że w całej Odessie nie ma czerwonych wstęg – mówi mama Diaczenko, ale natychmiast uprzytamnia sobie, że rozmawia z korespondentem zagranicznym, który mógłby źle pomyśleć o Odessie, więc dodaje szybko – i nic dziwnego, że zabrakło wstęg. Dużo nowych obiektów oddano ostatnio do użytku”.

Rozmówcy Krall są czujni, dlatego reporterka często sygnalizuje, że jest traktowana jako osoba z zewnątrz. Wprowadza w tym celu figurę „korespondenta zagranicznego”, którym jest ona sama. Korespondentowi należy jak najlepiej mówić o swoim kraju i panującym w nim ustroju, bo już w niedalekiej przyszłości wszystkim jego beneficjentom przyniesie on szczęście. Jednak obywatelom, których spotyka korespondent, nie zawsze uda się ukryć jakąś przykrą prawdę o codziennym życiu. Oto fragment, w którym autorka dekonstruuje taką wypowiedź:

„Aleksandra Pawłowna, gdy miała trzydzieści dwa lata, została głównym inżynierem fabryki zatrudniającej sześć tysięcy osób. Ma męża inżyniera i córkę. Ma moskwicza czterysta osiem, którym jeździ w niedzielę za miasto. Ma mieszkanie, a w mieszkaniu dwa komplety mebli: czeski i rumuński. – W dziedzinie mebli nasz przemysł jeszcze nie jest na należytym poziomie – mówi Aleksandra Pawłowna i w tym kunsztownym zdaniu udaje jej się pomieścić i krytykę, i poczucie proporcji (że w innych dziedzinach przemysł pracuje dobrze), i świadomość (w słowie »jeszcze«), że wszystko zmierza ku lepszemu”.

 

6.

Czytając Arbat, warto pamiętać, że nie ma w tej książce przypadkowych słów.

W reportażu Fizycy, który jest reportersko-socjologicznym portretem fizyków, elitarnej wtedy grupy zawodowej, pojawia się na przykład słowo „rozważni”:

„Pamiętają wojnę, powojenny głód, lata stalinizmu, sens XX Zjazdu… Są dorośli. Są rozważni. Wiedzą, że ich praca pozwala zajrzeć do tajemnic jądra atomu, a przy tym jest to praca pewna, stabilna, potrzebna. I będzie potrzebna zawsze. Wiadomo, jaka jest rola fizyki w dzisiejszym świecie. To znaczy – ich rola. Nie są lekkomyślni zatem. Unikają efektownych gestów. W ogóle nie dają się wziąć na gesty, zwłaszcza gdy wiedzą, że nie są skuteczne”.

„Rozważni” oznacza w 1967 roku coś więcej niż dla nas w roku 2014. Rozwaga jest dla obywateli radzieckich strategią polityczną i życiową. Człowiek rozważny nie narazi się świadomie na gniew władzy i płynące z niego kary czy represje. – W rozwadze chodziło o to – mówi dziś Krall – żeby robić swoje, żeby się nie narazić, żeby się nie ześwinić, żeby przejść suchą nogą, przedryfować.

I dodaje: – Dzisiaj tamte słowa znaczą o wiele mniej, są bardziej dosłowne. Słowa w ogóle znaczą coraz mniej.

A więc w Na wschód od Arbatu są słowa, od których czytelnik lat siedemdziesiątych oczekiwał znacznie więcej, niż my oczekujemy. Czytając tę książkę, warto je wytropić.

7.

Z ówczesnej prasy wynika, że książka, którą Krall ułożyła ze swoich najlepszych reportaży (napisała ich o wiele więcej), została rozkupiona błyskawicznie. Nakład dziesięciu tysięcy w 1972 roku okazał się niewystarczający.

Pamiętajmy, że Związek Radziecki nie cieszył się zbytnim zainteresowaniem, raczej wzbudzał niechęć większości społeczeństwa. Nie łudźmy się: nikt w Polsce lat siedemdziesiątych nie liczył, że przeczyta w oficjalnie wydanej prasie czy książce prawdę o ZSRR. Żeby więc zrozumieć popularność Arbatu, warto zacytować recenzje, jakie ukazały się na jego temat w roku pierwszego wydania:

„Jest to książka doskonała i warto się zastanowić dlaczego – pisał K.I. w „Widnokręgach”. – Hanna Krall posiadła trudną sztukę pytań, gdy inni zaczynają od odpowiedzi”.

Recenzent zachwyca się jej reportażem Cztery miliony szachistów. O tym, że mieszkańcy tego kraju są mistrzami szachownicy, wiedziano powszechnie, ale dopiero Krall w swojej książce udaje się znaleźć prawdziwe źródło masowej pasji. Najlepiej wyjaśnia ten problem szachowy mistrz świata Borys Spasski: „W szachach można znaleźć wszystko. Jeśli ktoś lubi wygrywać, a w życiu nie ma na to szans, nareszcie może zostać zwycięzcą (…)”. Inny bohater mówi: „Szachy dają nam swobodę decyzji”. I tak temat radzieckich szachistów pod piórem Krall staje się esejem o delegowaniu swojej wolności. W kraju zniewolenia wolni możemy być w szachach.

O wolności w ówczesnym Związku Radzieckim wiele mówi fakt, że obywatele nie mogli swobodnie podróżować. Do 1974 roku część mieszkańców kraju miała obowiązek posiadania paszportów wewnętrznych i bez tych paszportów nie mogła oddalić się od swojej miejscowości. Milionom ludzi zakazano takich paszportów i praktycznie byli przywiązani do miejsca zamieszkania. Mieszkańcy wsi mogli opuszczać ją wyłącznie na podstawie czasowego pozwolenia udzielanego pisemnie przez lokalne władze. Chłopom pozwolenia na wyjazd wydawano przeważnie tylko na miesiąc.

Wracając do recenzji, podkreślano wiarę reporterki w inteligencję polskiego czytelnika. „Pozostawia swoim czytelnikom szczelinę na namysł – pisał J.Ż. w „Dzienniku Ludowym” – na samodzielne myślenie, nie prowadzi za rękę do pointy. W efekcie mówi więcej, niż można wyrazić słowami. To traktowanie nas poważnie brzmi bardzo sympatycznie w zalewie książek nachalnie publicystycznych, walących w nas z ideologicznych armat tam, gdzie należałoby po prostu postawić kropkę”.

Rzecz jasna recenzje też były cenzurowane i krytyk nie mógł napisać dokładnie, o czym „więcej” mówi Krall.

– Chyba nikt nie liczył na to, że dostanie uczciwą książkę o ZSRR – mówię autorce – a tu taka niespodzianka.

– Zastanawiam się, czy słowo „uczciwa” nie jest za dużym słowem – odpowiada. – Słowo „uczciwość” musimy traktować względnie. Jedyny tekst, w którym udało mi się przemycić wypadki z 1937 roku, to Kawałek chleba o Polakach z polskiej wsi Wierszyna.

Reporterka ma na myśli eksterminację Polaków w ZSRR w 1937 roku. Z polecenia Stalina, na rozkaz ówczesnego szefa NKWD Nikołaja Jeżowa, zwanego ze względu na niski wzrost Krwawym Karłem, dokonano egzekucji stu jedenastu tysięcy Polaków strzałem w tył głowy. Podczas tej akcji zginęło o wiele więcej Polaków niż w Katyniu. (Łącznie w latach 1937-1939 dokonano w ZSRR eksterminacji ośmiuset tysięcy przedstawicieli innych narodowości niż rosyjska).

Przed odjazdem z Wierszyny – zauważył Wiesław Kot – gospodyni przygotowuje zdumionej dziennikarce kawałek chleba, pouczając: „Trzeba wziąć. Trzeba zawsze kawałek chleba mieć na drogę…”, co jest wymownym świadectwem głęboko tu zakorzenionej obawy przed głodem, o której oczywiście nikt otwarcie nie wspomina.

Przeglądając recenzje Arbatu, odnotowałem, że wiele z nich, mimo że są obszerne, nie jest podpisanych nazwiskami. Redakcje podają tylko inicjały recenzentów. Tak robi się najczęściej przy bardzo krótkich informacjach prasowych, ale nie przy większych analizach literackich. Nie umiem tego inaczej wytłumaczyć jak tylko obawą recenzentów, że chwalą książkę, z której nie wiadomo, co wyniknie. To książka lisia, trudno więc przewidzieć, co może spotkać autorkę i co w przyszłości może spotkać recenzentów.

8.

Do obecnego wydania Hanna Krall dodała jeden nowy tekst. Reportaż Mężczyzna i kobieta z początku lat dziewięćdziesiątych, a więc napisany dwadzieścia lat po pierwszym wydaniu, już po zmianach ustrojowych w naszym kraju. Co tym chciała powiedzieć?

– Jest pisany inną ręką – tłumaczy. – Tak powinien być pisany Arbat, gdybym wtedy mogła i gdybym umiała tak pisać. I gdyby mogły się pojawić słowa, które wcześniej nie mogły się pojawić. Ba, cały ten tekst wcześniej nie mógłby się pojawić.

I tak nowe wydanie Na wschód od Arbatu staje się dowodem, że styl pisania może wynikać nie tylko z rozwoju osobowości pisarskiej, ale że mogą kształtować go okoliczności.

Mariusz Szczygieł

KAWAŁEK CHLEBA

Jechali z Polski trzy tygodnie.

Najpierw zatrzymali się tam, gdzie teraz osiedle Czeremchowo. Rozejrzeli się – jedziemy dalej. Przyjechali do Tichonowki. Był tam gęsty brzozowy las i rosły truskawki. Najedli się truskawek za darmo i do syta, rozejrzeli się, jedziemy dalej. Przyjechali do Wierszyny. Rozejrzeli się… Chcieli jechać dalej, ale dalej była tylko tajga, więc zostali w Wierszynie na zawsze.

Droga do Wierszyny

Autobus jeździ codziennie z wyjątkiem dni, kiedy pada deszcz, kiedy są zaspy, kiedy jest wiosenne i jesienne błoto i kiedy są na drodze wyboje – po deszczu, błocie i zaspach.

Tego dnia nie było deszczu, błota ani zasp i kierowca powiedział, że pewnie dojedziemy.

Wyjechaliśmy z Irkucka o piątej. O szóstej zaczął padać deszcz. O siódmej droga zamieniła się w wąwóz pełen tłustej i gęstej gliny. Autobus stanął. Kierowca wysiadł i uważnie oglądał bryłę, w której buksowały koła. Wiedzieliśmy: obmyśla taktykę. Skinął głową (uśmiechnęliśmy się do siebie: już wie!) i siadł za kierownicą. Po piętnastu minutach autobus wyczołgał się z gliny. Przejechaliśmy dwieście metrów. Autobus stanął…

– Niczewo – mówiły kobiety, uspokajając płaczące dzieci – posiedzimy, odpoczniemy sobie…

Wszyscy rozumieli: pada deszcz. Od tego jest tajga, żeby nią nie przejechać, kiedy pada deszcz. I tak dobrze, że jest droga i że – kiedy nie pada deszcz – chodzi tędy autobus. Już prawie rok, jak chodzi.

Zaczęli wyciągać zapasy: pierożki, jajka na twardo, chleb. Ktoś śpiewał – „Irkuck radnoj – sieriedina ziemli”1… Kobiety układały dzieci wygodnie. Kierowca obmyślał precyzyjny plan pokonania kolejnej bryły błota.

Po dwóch godzinach deszcz minął. Przejechaliśmy ze sto kilometrów i usłyszeliśmy trzask:

– Wsio – mruknął kierowca. – Łopnuł wał.

– Co się stało? – zapytano z tyłu.

– Nic, wał.

– A, wał.

Jedliśmy dalej pierożki. Jedliśmy i śpiewaliśmy „Sieriedina zieemli” – krążąc po okolicznych wsiach i szukając warsztatu, a potem szukając technika, a potem czekając, aż technik zespawa wał. Nikt się nie denerwował, nie złorzeczył, nie dziwił i nie udzielał rad kierowcy. Po dwóch godzinach ruszyliśmy w dalszą drogę.

Zapadała chłodna syberyjska noc. Mężczyzna półgłosem opowiadał, kobieta sennie nuciła… Autobus zatrzymał się. Wsiadł ktoś wysoki, przygarbiony lekko i zwrócił się do stojących na przystanku. W ciszy nocy syberyjskiej, wśród szeptu rosyjskich słów, na drodze przez wiekową tajgę rozległ się głos:

– No, dziołchy, siadojta, a nie srojta tam.

Zrozumiałam, że Wierszyna istnieje naprawdę.

W gościnie u Pietrasów

– Pociągnij nosem, Hania – powiedział Pietras. – Jakie powietrze czujesz?

– Rześkie powietrze…

– Polskie powietrze, Hania, polskie. Pociągnij jeszcze raz. No? A coś ty myślała. Choć w Rosyji, choć syberyjskie – to co, my nie Poloki, szto li?

Weszliśmy do domu. – Nie ścieśniaj się, Hania, chodźże.

Pietrasowa patrzyła jak na ducha.

– A mnie się śniła dzisiok biała bielizna… Pospadowała, tak i ja jom zbierała. Rano mówię Bronkowi – jakiś prybyl będzie, no i patrzcie, dziołcha z Polski przyjechała. Ale coś zielona taka…

– To ta podróż…

– Helka, przynieś no kropli!

– Od boleści czy od słabości?

– Wszystkie.

Dali mi jeszcze wywar z korzenia, który rośnie w tajdze, i posłodzony samogon (pij, Hania, pij, sama pędziłam), i moskiewską z imbirem, po buriacku, i poczułam, że wracają mi siły i mogę odpowiadać na wszystkie pytania Pietrasów.

– Z jakiej jesteś guberni, Hania?

– Po żelaznej drodze do Irkucka przyjechałaś?

– A po jakiemuś jedna?

– Bo postanowiłam was znaleźć. Nikt nie wiedział, gdzie szukać was, a od dawna słyszeliśmy, że gdzieś tu, w Syberii, jesteście.

– Dziwnie gadasz, Hania. Jak dziwnie… To teraz tak w Polsce wszyscy gadajom?

Będzie obiad

O szóstej rano obudził nas motocykl. Przyjechał przewodniczący kołchozu, Buriat. Mówił po rosyjsku i robił gorzkie wyrzuty Pietrasowi, że nie zawiadomił go o przyjeździe delegacji.

– Nie zdążył – broniłam gospodarza. – Była już noc.

– Ale czy chociaż przyjął was tak, jak się przyjmuje delegację zagraniczną?

– Oczywiście, lepiej jeszcze.

Przewodniczący trochę się uspokoił.

– Opowiedzcie o kołchozie – poprosiłam, ale odmówił stanowczo.

– Najpierw zadzwonię do rajkomu2, powiem, że delegacja zagraniczna przyjechała. Potem zbiorę kolektyw – brygadzistę, przodujących traktorzystów i przodujące dojarki, żebyście mogli z ludźmi porozmawiać. Potem zrobimy na waszą cześć obiad.

– Po co obiad, ja się źle czuję…

– To nic. To możecie nie jeść. Ale jak przyjeżdża delegacja, to jest obiad. Porządek musi być…

Wsiadł na motocykl i pojechał do Komitetu Rejonowego naradzić się.

Historia

Czekając na kolektyw, oglądałam gospodarstwa Wierszyny. Jest ich sto. W każdym pięcioro, sześcioro dzieci i dwoje, troje dorosłych, więc mieszkańców ośmiuset prawie.

Nazwiska wierszynian: Pietras, Pietrzyk, Maśląg, Nowak, Niedbała, Januszek, Pośpiech, Wójcik, Figura, Wiktorowski, Kania, Konieczny, Korczak, Łyda, Kustosz, Mitręga.

Imiona dzieci: Karolcia, Hela, Marysia, Frania, Janek, Felek, Paweł, Walek, Antek.

Imiona psów są polskie. Najczęściej – Burek, bo z czytanki polskiej zapamiętali: „A ten Burek, pies kudłaty, co pilnuje naszej chaty”. Natomiast koty, których w czytance nie było, są zrusyfikowane. Waśki na ogół.

Spośród żyjących mieszkańców wsi w Polsce urodziło się pięć osób, Polskę pamięta jedna.

Przyjechali w 1910 roku dzięki reformie Stołypina: w końcu poprzedniego wieku wprowadził ulgi dla chłopów, którzy zechcą osiedlić się na Syberii.

Przesiedlali się z ubogich przeludnionych wsi, z Rosji, Białorusi, Ukrainy i – z Polski. Z Krakowskiego, Kieleckiego i Zagłębia przyjechało najpierw paru chłopów, żeby sprawdzić, co to jest Syberia. Powiedzieli w domu: las jest tak blisko, że jak zrąbiesz sosnę, to prosto do pieca leci, a drzewo darmo dają. To zadecydowało. Zebrali „wozy, pługi i kufery” i przyjechali „po żelaznej drodze”. Dostali po przyjeździe ziemię i las, wymienili u Buriatów portki na siekiery, tymi siekierami cięli las i stawiali domy. I pozostali w Wierszynie na zawsze. Sześćdziesiąt lat mieszkają na Syberii. Przez ten czas nikt do nich z Polski nie przyjeżdżał. Gazet polskich nie prenumerują, bo czytają słabo. Nauczyciel polskiego był do 1929 roku. Do 1941 był ksiądz. Obchodzą Boże Narodzenie i Wielkanoc według katolickiego, a nie prawosławnego kalendarza. Modlą się tylko starzy, ale wszyscy chrzczą swoje dzieci. Ponieważ księdza nie ma, chrzczą je sami. Specjalnie kiedyś do Irkucka do księdza jeździli, żeby powiedział, jak leje się wodę i co się mówi. Na pogrzebach śpiewają po polsku, ale mają z tym kłopot, bo poumierali ci, którzy znali żałobnicze pieśni.

 

Strojów ludowych już nie mają. Ostatni był strój krakowski Mirka Błażeja, ale kazał się w nim pochować. Na cmentarzu są polskie napisy: Konieczna Monika Józefowna, Janaszek Roman Stanisławowicz. W napisach są błędy, w słowie „umarł” nigdzie nie ma końcowego „ł”. Wszyscy każą się chować „w ojczyźnie, w Wierszynie znaczy”, nawet ci, którzy wyjechali z niej i zawierali małżeństwa z Rosjanami. Ich rosyjscy małżonkowie przywozili skądś, z głębi Rosji, trumny i mówili: on sobie życzył tego.

Na wszystkich grobach stoją krzyże. Na jednym jest krzyż i czerwona gwiazda. Leży tu Władek Nowak, komsomolec3. Jego ojciec chciał krzyż postawić, a Komsomoł gwiazdę, więc gwiazdę przymocowali do krzyża.

W grób Witka Kucka jest wetknięta butelka moskiewskiej wódki i szklanka na niej. W prawosławne zaduszki – tzw. roditielskij dzień – Rosjanie przychodzą na cmentarz wspominać najbliższych. Jedzą przy tym, piją, płaczą, a czego nie dopiją i nie dojedzą, zostawiają tym, których wspominali. Jest więc na grobie niedopita wódka: znak, że rosyjscy przyjaciele przyszli na polski cmentarz i Witka Kucka wspominali.

Wśród Rosjan mają wielu przyjaciół. Rosyjskie dzieci mówią po polsku, a Kolka Danielenko gra na garmoszce4 „Czyje to polusie nieorane, mojego Jasieńka zaniedbane” i „Dziewczyno ty moja, ty ulubiona, daj buzi, daj buzi, będziesz zbawiona”.

Mówią gwarą, do której wtrącają spolszczone rosyjskie słowa. Nie zdają sobie z tego sprawy. Tylko nauczycielka, ucząca w rosyjskiej szkole, ma niejasne poczucie, że język, którym mówi, nie jest językiem literackim. Zadaje mi dziesiątki rzeczowych pytań. – A jak się właściwie mówi – nadziewałka czy nadziewołka? – A co to jest? – No, soroczka (koszula męska). Albo: – Kiedy się mówi kiej, a kiedy kaj?…

Czytają o Polsce w prasie radzieckiej i wiedzą, że się po wojnie zmieniła, ale nie potrafią sobie tego wyobrazić. Natomiast tę Polskę, którą z rozrzewnieniem wspominali rodzice – widzą, wyobrażają sobie. Polskę 1910 roku. Polskę najbiedniejszych podkrakowskich wsi. Pewnie dlatego mówią czasem takie dziwne rzeczy: – Zostań do jutra, Hania, traktor zobaczysz. – Albo, z wahaniem: – Czy w Polsce ludzie chodzą boso? Bo nasze matki chodziły boso i mówiły, że butów szkoda na co dzień.

Dostatek

Gospodarstwa mają zasobne. 0,60 hektara każde, jak przewiduje regulamin kołchozu dla działki przyzagrodowej, ale na tym kawałku ziemi – wszystko, co uda się zmieścić: dom, stodoła, obora, chlew, kurnik, sad, ogród warzywny, szklarnia, ule… Ponieważ tajga jest dookoła, a drzewo nadal bezpłatne, więc wszystko buduje się z drewna. Zimą tylko drewnem palą. Całe gospodarstwo przegradzają płotami – oddzielnie pasieka, szklarnie, sad… Jest czysto, porządnie i przytulnie. Dom składa się z dwóch izb (pośrodku jednej stoi ogromny rosyjski piec), jest też w ogrodzie letnia kuchnia. Mówią, że nigdy im tak dobrze nie było. Żeby tylko pokój był i żeby człowiek miał siłę pracować…

Zachęcają do pracy w gospodarstwie wszystkich, całą rodzinę, także dzieci. Jeżeli nie można tego pogodzić z nauką, to ich nie posyłają do szkół. Pewnie dlatego w całej sześćdziesięcioletniej historii wsi wyższe uczelnie ukończyło pięć osób. Byli to nauczyciele, bo w marzeniach, które przywieźli ze sobą ich rodzice, było miejsce dla dwóch karier – nauczyciela i księdza.

Buriaci, którzy do niedawna w odzieży ze skór chodzili, a pierwsze tkane spodnie zobaczyli wtedy, kiedy dostali je za topór od Polaków – chętniej wyruszają do miast na uczelnie, a mając wykształcenie – zajmują najważniejsze stanowiska: przewodniczącego kołchozu, zootechnika, lekarza, dyrektora szkoły… W miejscowej szkole jest dwóch nauczycieli Polaków, trzech Rosjan, a Buriatów dziesięciu. Polacy w Wierszynie takich aspiracji nie mają. Uważają, że jeśli ktoś woli się uczyć, to dlatego, że mu się pracować nie chce.

Nauczycielka rosyjskiej szkoły Natalia Janaszek zachęca swoich rodaków do nauki, ale na ostatnim sielsowiecie5 znowu poruszono sprawę paru rodzin z Wierszyny, które nie posyłają dzieci do szkół.

Obiad

Tymczasem robi się późno. Przewodniczący kołchozu wrócił z rajkomu, mówi, że już zawiadomił przodowników pracy – tego, który przez osiem dni obsiał osiemset trzydzieści hektarów pszenicy, tego, który zasiał kukurydzę na dwustu hektarach, i przodujące dojarki, i najlepsze pracownice fermy kurzej i zaraz będziemy mogli zasiąść do stołu.

Stół ustawiono w sadzie Pietrzyków. Sad jest piękny, duży, oddzielony płotem od reszty gospodarstwa. Obok jest letnia kuchnia – kobiety przygotowują tam przyjęcie. Ustawiły na stołach jajka, sery, kury, grzyby, mięso, kompoty, owoce marynowane, wszystko swojej, domowej roboty, wyciągnięte ze spiżarni i piwnic.

Siadamy. Ja, gość – na honorowym miejscu, między przewodniczącym kołchozu i przedstawicielem władzy radzieckiej Maślągiem, naprzeciwko brygadzisty Pietrzyka. Przewodniczący kołchozu daje znak przewodniczącemu rady narodowej. Maśląg wstaje i przez wzgląd na obecność przewodniczącego zagaja po rosyjsku:

– Dla powitania delegacji korespondentów polskich na czele z Hanną Krall udzielam głosu towarzyszowi Pietrzykowi…

Brygadzista Pietrzyk mówi o nich, o Polakach syberyjskich. Tak właśnie określają siebie. Mówi o ich ojczyźnie – Związku Radzieckim. Dla nich istnieje tylko ta jedna, radziecka, syberyjska ojczyzna. I kończy: jesteśmy tu sześćdziesiąt lat i nasze dzieci mówią po polsku i jeżeli za sześćdziesiąt lat inny korespondent przyjedzie, to dzieci, które zobaczy, też będą mówiły po polsku…

Pytają, co na mnie zrobiło w Wierszynie największe wrażenie. Że między ich przyzagrodowymi polami – mówię – nie ma miedz. I że dzieci mówią w nocy przez sen po polsku…

Wiedzą, co to jest miedza, ale nie rozumieją, dlaczego akurat brak miedzy może robić wrażenie. Mojego pytania o walkę o miedzę też nie rozumieją, więc już nie tłumaczę.

– Naszego sybirskiego Polaka nie obraził tu nigdy nikt. Ani Ruski, ani Buriat, ani Chochoł6 – wraca do najważniejszego brygadzista. – A łączy nas wszystko, co przeżyliśmy razem. I czterdziesty pierwszy rok, kiedy wojowaliśmy w syberyjskiej dywizji pod Moskwą. I czterdziesty czwarty rok, kiedy jedliśmy wszyscy korzenie pasternaku i korę brzozy. I trzydziesty siódmy, kiedy przyjeżdżali nocą do domów. Po nich i po naszych jednakowo. A teraz łączy nas to, że tak dobrze, tak spokojnie już można żyć.

Wiedzą, kto w 1937 roku podsunął komu trzeba nazwiska Polaków z Wierszyny. Wiedzieli zawsze. I nawet po roku 1956, kiedy ludzie już wracali, a do Wierszyny nie wrócił nikt – nawet wtedy nie zabili go. Chodzili do niego i mówili – przez ciebie zginął mój ojciec… A on mówił im – ludzie, darujcie… Kiedy umarł, na jego pogrzeb nikt nie poszedł, ani jeden człowiek, choć zawsze na wszystkie pogrzeby chodzi cała wieś.

Do naszego stołu w sadzie Pietrzyków podeszła maleńka stara Buriatka. Natychmiast wstali, zrobili jej miejsce i pospiesznie podali nakrycie.

– Gdyby ona przyszła do mojego domu – zwrócił się do wszystkich Pietras – i gdyby powiedziała – nie mam gdzie żyć, powiedziałbym: zostań z nami na zawsze. I każdy w Wierszynie zrobiłby to samo.

– Każdy – potwierdzili za stołem.

– Kiedy w 1937 zostałam bez rodziców, sama, z młodszym rodzeństwem, i kiedy nikt nam, dzieciom „wrogów ludu”, nie odważył się pomóc, ona, ta Buriatka, przyniosła nam ukradkiem chleb – szepce Natalia Janaszkowa.

Dziewięćdziesięciosiedmioletnia kobieta orientuje się, o czym mówimy, uśmiecha się i obie rozumiemy dobrze, że nie ja jestem już honorowym goście przy tym stole.

Moskiewskiej i pomarańczowego likieru jest w butelkach coraz mniej. Zebrani porzucili oficjalne formuły, nie zwracają się już do siebie po otczestwu. Nic dziwnego. Wszyscy siedzący za tym stołem są spokrewnieni między sobą. Brygadzista Pietrzyk to, okazuje się, bratanek Figury, kierownika fermy. Figura to szwagier przewodniczącego Maśląga. Maśląg to brat Nowakowej, Figurowej i Korczakowej, a mąż Nowakowej, czyli szwagier Maśląga, to kierownik stajni i brat…

– Bardzo trudno kierować taką brygadą – powiada Pietrzyk. – Zwrócisz komuś uwagę, to zaraz: „Jak ty się do wuja zwracasz?”.

Spostrzeżenia Pietrzyka o polskiej brygadzie: są największymi indywidualistami w wielonarodowym kołchozie, każdy ma o wszystkim własne zdanie, każdego trzeba przekonywać, ale kiedy go się już przekona, to pracuje wspaniale; mają zmysł humoru – żarty chwytają w lot i odpowiadają żartami, najlepsze kołchozowe dowcipy rodzą się w polskim środowisku; najlepiej jeżdżą konno i świetnie polują. Zenek Mitręga upolował już dwanaście niedźwiedzi, a Pietrzyk, kiedy go żona prosi o futerko, idzie w tajgę i przynosi sobola.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?